Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Emilia Dziubak, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Emilia Dziubak, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 listopada 2018

Ten łokieć źle się zgina - czyli 11 wyrysowanych postaci


Kadra mistrzów polskiej ilustracji. Wciąż rozgrywa uporczywą walkę z brakiem czasu i nieprzyjaznymi sytuacjami z klientami. Ich codzienność wcale nie mieni się różowymi barwami - tak, jak mogłoby się nam wydawać. Ale spotykają ich też oczywiście o wiele bardziej miłe i przyjemne chwile, na długo pozostające w pamięci. Wygrana w prestiżowym konkursie, zlecenie od najsławniejszej amerykańskiej gazety, świetny odbiór nowej książki, gry czy kolekcji - na przykład ubrań. Chodźcie, dzisiaj będzie o ilustracji!

Sebastian Frąckiewicz. Wydaje mi się, że naprawdę trudno znaleźć osobę zatopioną w świecie literatury, komiksu oraz ilustracji, która nie słyszałaby o tym panu. W pewien październikowy dzień, rok temu, ukazała się pozycja "Ten łokieć źle się zgina. Rozmowy o ilustracji". Pierwsza część tytułu jest niezwykle interesującą zagadką. Powstrzymam swoje palce od napisania, jak brzmi rozwiązanie, co chyba w moim przypadku jasne. Natomiast druga część tytułu, tak zwany podtytuł, wyjaśnia nam, czego możemy się spodziewać sięgając po lekturę. Ale oczywiście nie w stu procentach.


Jedenastu autorów, jedenaście zupełnie odmiennych światów, jedenaście różnych rozmów. Od picturebooków, poprzez ilustracje na koszulkach, aż do projektowania postaci gier. Jan Bajtlik, Katarzyna Bogucka, Bohdan Butenko, Iwona Chmielewska, Emilia Dziubak, Bartłomiej Gaweł, Anna Halarewicz, Jan Kallwejt, Piotr Socha, Rafał Wechterowicz i Józef Wilkoń - to zacne grono, z którym mamy do czynienia w tej książce. Umówmy się, że uchylę rąbka tajemnicy opowieści niektórych z nich, dobrze?

Ale najpierw kilka słów o autorze. Można by rzec, że pan Sebastian dorastał w bibliotece. Wystarczyło, że zapłakał w przedszkolu i już go tam zaprowadzono. A dlaczego? Dlatego, że właśnie w bibliotece pracowała jego mama. Jak wszystkim wiadomo, książkożerstwo jest zaraźliwe, więc i pan Sebastian został nim zarażony. Już jako kilkulatek wyciągał z półek zakurzone książki. Najpierw je oglądał, a później, kiedy już posiadł tę umiejętność, czytał. Oglądanie było bardzo cenne. To dzięki niemu wychował się na ilustracjach mistrzów, takich jak Józef Wilkoń i Bohdan Butenko, także zresztą obecnych w naszym "Łokciu". I gdy w wieku przedszkolnym pan Sebastian wbił się do świata książek, do tej pory z niego nie wyszedł i raczej nigdzie się nie wybiera.

Zacznijmy od pani, której imię i nazwisko możemy ujrzeć tuż po wstępie. Emilia Dziubak zamiłowanie do sztuki, a szczególnie malarstwa, wyniosła z domu. To zamiłowanie ciągnęło się za nią każdego dnia do przedszkola, a później do szkoły. Jej mama zajmowała się malowaniem szyldów w całym Dęblinie - miejscowości, w której pani Emilia się wychowała. Swoje pierwsze projekty wykonała jako dziecko, pomagając mamie. Już w młodym wieku miała tak wyrafinowaną kreskę, że nikt nie spostrzegł, że dany szyld wyszedł spod ręki kilkulatki. Jako kilkunastolatka uczęszczała do liceum plastycznego w Nałęczowie. Mieszkała w internacie, który wszyscy znali z tego, że trzeba było przyklejać koce do szyb, aby zupełnie nie zamarznąć. Następnie, po liceum, studiowała... ha, i tu Was zdziwię, bo nie było to malarstwo. To w takim razie co, skoro nie malarstwo? O tym przekonajcie się sami. Teraz pani Emilia jest jedną z najbardziej rozchwytywanych ilustratorek, nie tylko w Polsce. Jej nasycone barwami i wielowarstwowymi narracjami ilustracje zachwycają każdą parę oczu!


Bum, bum, bum, przechodzimy do Piotra Sochy. Jego "Pszczoły" (napisałam o nich tutaj) oraz "Drzewa" (możecie również przeczytać o nich tu) to prawdziwe majstersztyki docenione na całym świecie. Jak się pewnie domyślacie, pan Piotr również rysował od wczesnego dzieciństwa. Ale na pewno nie spodziewacie się, że studiował... psychologię. Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Dla mnie również było to niemałym zaskoczeniem. Jednak pewien wykładowca otwarcie powiedział panu Piotrowi, że koniecznie musi spróbować dostać się na ASP. Pan Piotr nie tylko spróbował, ale również się dostał. Pracował między innymi ze znanym i wielbionym Januszem Stannym. Został przez niego hojnie wyróżniony, czemu się nie dziwię. Pan Piotr podkreśla też, że po wielu latach zrezygnował z drobnych detali. Nie mówi tego zresztą jako jedyny. Zabierają mnóstwo czasu i, zdaniem pana Piotra, są zbędne. A jednak "Pszczoły" to kunszt aż dwuletniej pracy i szczegółów tam co niemiara.


Sądzę, że tym razem pominiemy pana Józefa Wilkonia, choć jest to postać niezwykle interesująca. A pominiemy dlatego, że rozpisałam się o panu Józefie tutaj. Natomiast nie pominiemy osoby, która jest z panem Józefem związana. Jan Bajtlik, to właśnie on! Tak, to ten pan od "Typogryzmola" nagrodzonego Bologna Ragazzi Award. Dla niewtajemniczonych wspomnę, że to największe wyróżnienie, jeśli mowa o książkach dla dzieci. A pan Jan zdobył je już jako 26-latek. Talent i potencjał w młodym wieku wykrył u niego właśnie pan Józef Wilkoń. Zaproponował, aby pan Jan, a wtedy może już nie Janek, ale na pewno Jan, przyjeżdżał do niego na zajęcia. Tak też się stało. Siedzieli przy jednym stole. Józef Wilkoń robił swoje ilustracje do nowych książek, a Jan Bajtlik wykonywał ćwiczenia przygotowujące do egzaminu. To musiało być wspaniałe doświadczenie! I choć, jeśli chodzi o styl, panowie raczej nie mają wiele wspólnego, w środku pana Jana wciąż siedzą rady udzielone przez prawdziwego mistrza.


Kilka wydłużonych susów i uwaga, uwaga, skaczemy! Wylądowaliśmy tuż przy Katarzynie Boguckiej, która swoją drogę zaczęła od malarstwa. Profesorowie na studiach wciąż powtarzali jej, że za dużo opowiada w swoich obrazach, ale nasza studentka było niewzruszona i wciąż stała przy swoim. Od dziecka marzyła o tym, aby zostać malarką. Niestety, z każdym następnym dniem coraz bardziej uświadamiała sobie, że to nierealne. Patrzenie pani Kasi na książki uległo zmianie dzięki cotygodniowych zajęciach z Iwoną Chmielewską. Wtedy zrozumiała, że ilustracja to coś, czym naprawdę chce się zajmować. Jej pierwsza przygoda właśnie z tym związana to współpraca z Pan Tu Nie Stał. Rozkręcająca się firma połączyła swoje siły z rozrysowującą się ilustratorką. Jednak pani Kasia nie chciała znajdować się tylko i wyłącznie w szufladzie książek dla dzieci. Do dziś robi także plakaty, ilustracje na tkaniny i tapety. To również wzbogaca jej obfity warsztat. Gdy w domu pani Kasi pojawiło się łóżeczko i grzechotki, praca musiała zejścia drugi plan, ale bądźcie przygotowani na to, że wystartuje jeszcze niczym rakieta.


Teraz już ostatnia osoba, którą opiszę. To Iwona Chmielewska. Pewnie wszyscy z nas znają jej płynne, ale jakże mocne w przekazie, ilustracje. Pani Iwona wychowała się w Pabianicach. Miejscowość ta najmocniej kojarzy jej się z charakterystycznym zapachem na ulicach oraz bawełną tańczącą na wietrze. Często można zobaczyć te wspomnienia przeniesione na papier. I to niekoniecznie tylko na papier książek dla dzieci, dla dorosłych również. Pani Iwona podkreśla, że te pozycje - picturebooki, nie są tworzone tylko dla młodych czytelników. Powiedzenie, że ktoś jest za duży na ilustracje to przerażający infantylizm. W tej rozmowie był także poruszany wątek dostępu do książek oraz tematów, o których wiele osób sądzi, że nie są one zarezerwowane dla dzieci. Zdradzę jeszcze, że pani Iwona wychowała czworo dzieci i ma na swoim koncie blisko trzydzieści książek. Ilustrowanie połączyła razem z gotowaniem i sprzątaniem. Jak to pięknie ujęła, zależy jej na zakotwiczeniu się w codzienności.


Nie mam ani cienia wątpliwości, że "Ten łokieć źle się zgina" wchłonie nie tylko adoratorów ilustracji. Sebastian Frąckiewicz w jedenastu wywiadach pokazał nam przekrój polskiej ilustracji. Nie bał się zadawać pytań, których inny dziennikarz najprawdopodobniej nie odważyłby się zadać. Wcześniej nawet nie do końca zdawałam sobie sprawę, jak wiele może istnieć spojrzeń na pracę ilustratora. Teraz jestem o wiele bardziej świadoma trudu tej pracy. Ale nie bójcie się, zdania nie zmieniłam - w dorosłości dalej chcę ilustrować książki!

I Wy sięgnijcie po tę pozycję i odkryjcie, dlaczego łokieć źle się zgina.

Tytuł - Ten łokieć źle się zgina. Rozmowy o polskiej ilustracji
Wybór, wstęp i pytania - Sebastian Frąckiewicz
Opowieści i ilustracje - Jan Bajtlik, Katarzyna Bogucka, Bohdan Butenko, Iwona Chmielewska, Emilia Dziubak, Bartłomiej Gaweł, Anna Halarewicz, Jan Kallwejt, Piotr Socha, Rafał Wechterowicz, Józef Wilkoń
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2017

niedziela, 15 października 2017

Ilustrowany elementarz polskiego dizajnu - czyli od 1918 do 2017 w świetnym wydaniu


Czy wiecie, w którym roku Zofia Stryjeńska wymyśliła swojego drewnianego Smoka Wawelskiego; jak powstało Ptasie Mleczko; jaką nazwę mają ołówki, które zdobyły złoty medal podczas światowej wystawy w Paryżu i do czego służą urny Kosaka? Jestem przekonana, że nie!


Zapewne chodzi Wam teraz pewne pytanie po głowie, a brzmi ono tak - skąd ja to wiem? Taką wiedzę można nabyć, kiedy przeczyta się książkę noszącą tytuł "Ilustrowany elementarz polskiego dizajnu". Myślicie teraz, że już pisałam o tej książce, prawda? Drobny błąd, gdyż recenzowałam "Ilustrowany elementarz dizajnu"! No, to tylko jeden wyraz, każdemu mogło się pomylić.


Odpowiem Wam na pytania zadane kilka chwil temu. Smok Wawelski Zofii Stryjeńskiej, księżniczki polskiego malarstwa (bo tak ją nazywano) został zaprojektowany (przez naszą malarkę, rzecz jasna) w 1918 roku.


Wielu z Was, jeżeli nie wszyscy, jadło kiedyś Ptasie Mleczko. Dawno, dawno temu Jan Wedel, słynny cukiernik, wrócił z podróży po Francji i zainspirowany tamtejszymi specjałami wymyślił ten oto przysmak. Nie jestem pewna, czy znacie świetne ołówki techniczne o nazwie Polonia, ale z pewnością wiecie już, jakie zdobyły wyjątkowe trofeum!


A teraz ostatnia odpowiedź - w urnach Bogdana Kosaka umieszcza się prochy zmarłych. Urna raczej kojarzy się niewesoło, ale czy pocieszę Was, jeżeli dodam, że te od Kosaka są bardzo kolorowe i mają ciekawe kształty? Mam taką nadzieję.


Jestem ciekawa, czy zastanawiacie się, czemu napisałam 'od 1918 do 2017'. Już wyjaśniam. Otóż pierwszy przedmiot opisywany w tej książce (czyli znany Wam już Smok Stryjeńskiej) powstał w 1918 roku, a ostatni (koszulki Pan Tu Nie Stał) w 2017. Skróciłam to wszystko o kilka wyrazów, dodałam trzy i włala! Tytuł recenzji już gotowy!


Rzecz, która najbardziej spodobała mi się w tej książce i bardzo chciałabym ją mieć to stylowe okulary Massada! Bardzo pięknie prezentują się na nosie narysowanej przez Mariannę Sztymę pani i myślę, że na moim piegowatym również ładnie by wyglądały. O rajuśku, prawie zapomniałam o jednej z najważniejszej rzeczy o tej książce!


Tak jak pierwsza część, ta również została zilustrowana przez 25 ilustratorów i każdy z nich wykonał po cztery ilustracje! A oto oni: Jacek Ambrożewski, Edgar Bąk, Maciek Blaźniak, Katarzyna Bogucka, Ada Buchholc, Iwona Chmielewska, Robert Czajka, Agata Dudek, Emilia Dziubak, Małgorzata Gurowska, Monika Hanulak, Marta Ignerska, Tymek Jezierski, Paweł Jońca, Agata Królak, Grażka Lange, Piotr Młodożeniec, Patryk Mogilnicki, Anna Niemierko, Ola Niepsuj, Marianna Oklejak, Paweł Pawlak, Dawid Ryski, Marianna Sztyma i Ola Woldańska-Płocińska.


Dobrze, teraz dokończę historię o stylowych okularach Massada. Zaprojektowała je Katarzyna Łupińska i chodzą w nich panie z Tokio, Paryża i Londynu, jednak mało kto wie, że to polski produkt. Oprawki robione są ręcznie w Anglii z najlepszych materiałów. Są one okrągłe, więc osobom już w pełni dojrzałym przypominają filmy z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych! Bardzo ciekawe są również okulary przeciwsłoneczne Massady, gdyż mają niepowtarzalny kolor szkieł! Malowane są one ręczne w zakładzie pod Warszawą! Chciałabym móc kiedyś skusić się na jedną sztukę!


Nasz "Elementarz" kierowany jest również do osób nieco starszych. Może przypomnieć im kotwicę PW, grę "Hodowla zwierzątek" (dzisiaj - "Superfarmer") czy też słynną książkę Jana Wojeńskiego "Technika liternictwa".


"Ilustrowany elementarz polskiego dizajnu" to książka trzy w jednym (pomijając tę trójkę: kapitalny koncept, niesamowite ilustracje i świetny tekst): dowiadujemy się o historii bardzo ciekawych przedmiotów, możemy powspominać dawne czasy i znaleźć rzecz, którą warto mieć!


Muszę dodać, że Ewa Solarz nie była tutaj jedyną autorką tekstu! Zaprosiła do współpracy Agnieszkę Kowalską, dziennikarkę i autorkę książki "Hej, Szprotka!" oraz Agatę Szydłowską, historyczkę dizajnu. Jak dowiadujemy się z tekstu Ewy Solarz, lista przedmiotów, które zasługują na uwagę była jeszcze dłuższa niż spis rzeczy opisanych już w "Elementarzu"!


A Wy pooglądajcie 100 ilustracji, przeczytajcie 100 historii i spędźcie czas z rodziną, bo to książka (jak już wcześniej wspominałam) dla dorosłych i dla dzieci!

Tytuł - Ilustrowany elementarz polskiego dizajnu
Tekst - Ewa Solarz, Agnieszka Kowalska, Agata Szydłowska
Ilustracje - Jacek Ambrożewski, Edgar Bąk, Maciek Blaźniak, Katarzyna Bogucka, Ada Buchholc, Iwona Chmielewska, Robert Czajka, Agata Dudek, Emilia Dziubak, Małgorzata Gurowska, Monika Hanulak, Marta Ignerska, Tymek Jezierski, Paweł Jońca, Agata Królak, Grażka Lange, Piotr Młodożeniec, Patryk Mogilnicki, Anna Niemierko, Ola Niepsuj, Marianna Oklejak, Paweł Pawlak, Dawid Ryski, Marianna Sztyma, Ola Woldańska-Płocińska
Wydawnictwo Wytwórnia, Warszawa 2017

***

Aktualizacja (21 października 2017):
Jeżeli przeczytaliście tę recenzję wcześniej, należy się Wam krótkie wyjaśnienie dotyczące tytułu posta.
Dopiero dziś przeglądając po raz kolejny "Elementarz", zauważyłam, że popełniłam gafę i należy się Wam wyjaśnienie.
"Ilustrowany elementarz polskiego dizajnu" w wersji elektronicznej, którą otrzymałam przed korektą, kończył się na koszulkach Pan Tu Nie Stał z 2015 roku, a wydanie książkowe zamyka rok 2017. Gdy przywiozłam go z Warszawy, nie spojrzałam na ostatnią stronę i opublikowałam post z błędem, więc tytuł powinien brzmieć - "Ilustrowany elementarz polskiego dizajnu - czyli od 1918 do 2017 w świetnym wydaniu".

środa, 19 kwietnia 2017

Ilustrowany elementarz dizajnu - czyli od aparatu do żarówki w projekcie doskonałym


Wiecie kto zaprojektował biurko? Albo gdzie powstał ekspres do kawy? A może znacie rok produkcji lodówki? Biurko, ekspres i lodówka to tylko trzy ze stu rzeczy, które znajdują się w "Ilustrowanym elementarzu dizajnu". Znacie 25 różnych ilustratorów? Po przeczytaniu i obejrzeniu elementarza z pewnością ich poznacie!


Ewa Solarz i Arobal Bartek Kociemba, Jan Bajtlik, Katarzyna Bogucka, Ada Buchholc, Agata Dudek, Emilia Dziubak, Joanna Gniady, Małgorzata Gurowska, Monika Hanulak, Marta Ignerska, Tymek Jezierski, Paweł Jońca, Karolina Kotowska, Tomasz Leśniak, Anna Niemierko, Ola Niepsuj, Agata Endo Nowicka, Marianna Oklejak, Joanna Rusinek, Dawid Ryski, Maria Sławińska, Maria Strzelecka, Marta Szudyga, Dennis Wojda, Aleksandra Woldańska-Płocińska stworzyli niepowtarzalną książkę! Dzięki Ewie Solarz poznajemy historię danej rzeczy, a pozostałe osoby odpowiadają za ilustracje.


Każdy ilustrator pokazał nam wygląd czterech rzeczy. Co cztery strony poznajemy nowy styl. Obok każdej ilustracji umieszczone są informacje na temat tego przedmiotu, czyli imię i nazwisko ilustratora, nazwa rzeczy, rok produkcji, projektant, producent i na samym końcu historia powstania. W tej książce pojawiło się wiele trudnych nazwisk, skomplikowanych nazw. Ale autorka tekstu zadbała o to, abyśmy nie mieli z tym dużo kłopotu. Zamiast pisać "Florence Knoll Lounge Chair" możemy po prostu napisać "Fotel".


Teraz odpowiem Wam na pytania, które zadałam na samym początku. Biurko "S-285" zaprojektował Marcel Brever. Ekspres do kawy "Moka Express" powstał we Włoszech, a lodówka "FAB" ujrzała świat w 1995 roku.


Takie informacje to tylko streszczenia, lecz z czekoladą, jo-jem i lampką rozpiszę się troszkę bardziej. A więc Czekolada "Jedyna" pierwszy raz ukazała się w Polsce w 1920 roku. Jej producentem jest Wedel. Właściciel tej oto firmy, Emil Wedel, nie znosił podróbek swoich czekolad, dlatego postanowił, że każdą prawdziwą czekoladę będzie podpisywał. Z początku robił to ręcznie, ale później jego podpis zamienił się logo firmy.


Jo-jo  w USA w 1929 roku zaprojektował Donald Duncan, a producentem było Genuine Duncan YoYo Company. Jo-jo to jedna z najstarszych zabawek, bo znana była starożytnym Grekom, Chińczykom i Majom. Służyła również Francuzom, ale do mniej pokojowych celów. Współczesna historia jo-jo zaczęła się w Kaliforni, gdzie Pedro Flores otworzył firmę tych zabawek. W 1929 roku wykupił ją Donald Duncan i to jemu zawdzięczamy karierę dzisiejszego jo-jo.


Lampka nocna "Eclisse" powstała w 1966 roku we Włoszech. Jej projektantem był Vico Magistretti, a producentem Artemide. Eclisse po włosku oznacza zaćmienie. Ta nieduża lamka swoją budową przypomina latarnię morską. Wewnętrzna część klosza obraca się i zasłania światło żarówki tak, że wygląda to jak zaćmienie.


Podczas czytania i oglądania "Ilustrowanego elementarza dizajnu" odkrywamy historię rzeczy częstych w użytku, jednak nie zastanawiamy się jak powstały. Ta książka nam to uświadomi. Nie tylko zbierzemy wiadomości o zaprojektowanych przedmiotach, ale także spotkamy się z przeróżnymi ilustracjami, a świetnie napisany tekst plus genialne ilustracje równa się jedna z najlepszych książek na świecie!

Tytuł - Ilustrowany elementarz dizajnu (czyli 100 rzeczy narysowanych przez 25 ilustratorów)
Tekst - Ewa Solarz
Ilustracje - Arobal Bartek Kociemba, Jan Bajtlik, Katarzyna Bogucka, Ada Buchholc, Agata Dudek, Emilia Dziubak, Joanna Gniady, Małgorzata Gurowska, Monika Hanulak, Marta Ignerska, Tymek Jezierski, Paweł Jońca, Karolina Kotowska, Tomasz Leśniak, Anna Niemierko, Ola Niepsuj, Agata Endo Nowicka, Marianna Oklejak, Joanna Rusinek, Dawid Ryski, Maria Sławińska, Maria Strzelecka, Marta Szudyga, Dennis Wojda, Aleksandra Woldańska-Płocińska
Wydawnictwo Wytwórnia, Warszawa 2017

niedziela, 20 października 2019

Jak oni pracują 2 - czyli odwiedzając trzydzieści siedem domów i pracowni


Artyści. Indywidualiści. Wolni strzelcy. Freelancerzy. Panie i panowie swojego czasu. Ich szefem jest deadline, a pracą - pasja. Wydaje nam się, że prowadzą lekkie i przyjemne życie, a ich pensje zawierają sporą ilość zer. Wstają około południa, pracują kilka minut, a nocami włóczą się po mieście. To nieprawda. Zazwyczaj są pracoholikami, swoje zawody stawiają na pierwszym miejscu. Często brakuje im drugiej doby. Albo snu.

Zacznijmy od Joanny Karpowicz, malarki i autorki komiksów. Pani Joanna jest uzależniona od światła. Funkcjonuje wraz z jego rytmem. Wstaje dość wcześnie, aby na siódmą być już w pracowni. Z pracą idzie od lewej do prawej, tak jak słońce. Najpierw stoi przy sztaludze, później przenosi się do podniesionego biurka. W okolicach dziesiątej słońce pojawia się także na biurku, więc pani Joanna ląduje jeszcze w innym miejscu. Po południu zabawa w berka się kończy, bo ostre światło przechodzi na drugą stronę domu. Pani Joanna twierdzi, że sport jest ważny dla artysty, więc pływa, biega i spaceruje po lesie. Czasami jeździ też na rowerku stacjonarnym. Podczas tych czynności dokładnie układa swoje ilustracje w głowie. Później gotowe pomysły przenosi na płótno lub papier. Podczas pracy musi się odciąć, nikt nie może się kręcić w jej pracowni. Uwielbia farby akrylowe, natomiast nienawidzi olejnych. Kończy malować zazwyczaj wieczorem. Po tak zwanej brudnej pracy, czekają na nią maile, prysznic i spanko.

Jedną z osób, które zajmują się pisaniem (nie tylko odpisywaniem na maile) jest Anna Dziewit-Meller. Punktualność to jej drugie imię. Umowa głosi, że felieton do tygodnika musi być gotowy na piątek, jednak ona wysyła go już w czwartek. Jeśli z jakiegoś powodu nie zdąży do czwartku, otrzymuje od redaktora wiadomość o treści "czy wszystko w porządku?". O tekście do napisania zaczyna myśleć już w poniedziałek. Niekiedy zdarza się, że inspiracją jest książka przeczytana w weekend albo film obejrzany w niedzielny wieczór. Najtrudniejsze jest znalezienie tematu. Kiedy już jakiś wpadnie do głowy, pani Ania zapisuje go w specjalnym notesie, koniecznie w linie. Zazwyczaj zaczyna swoją pracę około dziewiątej. Tworzy i spotyka się z rozmówcami przez siedem godzin. Ale czasami zdarzają się takie sytuacje, że musi wyjechać na tydzień, aby skończyć książkę.

Odwiedźmy teraz żoliborskie mieszkanie Malwiny Konopackiej - pani od ceramiki i wszystkiego, co się z nią łączy. Pani Malwina wciąż dąży do uproszczenia formy. Obiekty ceramiczne są według niej dobrym tłem dla ilustracji. Od trzech lat zajmuje się wazonami. Niektóre "okazy" liczą ponad sto centymetrów. Różnią się od siebie stylami, kolorami, kształtami i motywami przewodnimi. To rzemiosło z krwi i kości. Pani Malwina niekiedy nawet nie ma czasu, aby wpisać terminy spotkań do kalendarza. To głównie dlatego, że pracuje w domu z Tereską, jej nieco ponad roczną córką. Kiedy ją karmi lub wychodzi na spacer, dokładnie obmyśla swoje projekty. Wie, że gdy usiądzie do komputera będzie miała zaledwie garstkę minut. Podczas pracy manualnej nigdy nie używa ekierek i linijek. Lubi odręczną, nieco krzywą kreskę. Taką, która pokazuje, że dany wazon stworzył człowiek, a nie maszyna.


Sądzę, że Moniki Brodki nie muszę nikomu przedstawiać. Jak wygląda jej dzień bez koncertu? Wokalistka uwielbia spać, dlatego wstaje około dziewiątej. Pobudki o siódmej w wieku szkolnym były dla niej mordęgą (nie dziwię się!). Jednak czasami dwa koty przeszkadzają w wyspaniu się. W domu mobilizacja jest dla pani Moniki bardzo trudna, mało tam tworzy. Dom kojarzy jej się z odpoczynkiem. Mimo tego ma tam pracownię. To mały pokoik wypełniony instrumentami. Gdy pani Monika nie pracuje nad płytą, raczej tam nie zagląda. No dobra, czasami tam sprząta. Mówi, że ma dziwne natręctwa. Na przykład po dłuższej nieobecności w mieszkaniu, zanim jeszcze się rozpakuje, musi mieć czysto. Zdarza się jej także przestawiać meble. Teksty piosenek, które znalazły się na ostatniej płycie powstawały nie w małym pokoiku, a w Los Angeles. Kiedy u nas była zimna, Monika Brodka opalała się na balkonie.

Kojarzycie studio o nazwie Tartaruga? Jedną z dwóch dziewczyn, które go tworzą jest Wiktoria Podolec. Pani Wiktoria nastawia sobie budzik na raczej wczesną godzinę. Kiedy wstaje późno, ma wrażenie, że zmarnowała kawałek swojego dnia. Sprawdza maile, je śniadanie i pije herbatę z miodem i dużą ilością cytyny - to jej rytuał. Cały czas obiecuje sobie, że będzie w pracowni o dziewiątej, ale zazwyczaj zaczyna pracę o dziesiątej. Podczas drogi z domu do pracowni szaleje w parku z suczką Bajką, z którą spędza praktycznie cały dzień. Studiowała wzornictwo. Właśnie tam wraz z koleżanką Jadzią zainteresowały się kilimami. Jak się to robi? Najpierw trzeba przygotować osnowę. To najważniejsza część tkaniny. Na jeden kilim o szerokości stu centymetrów przypada dwieście nitek osnowy. Każdą nitkę trzeba przeciągnąć przez odpowiadającą jej szczelinę w grzebieniu tkackim. Później następuje jeszcze kilka czasochłonnych etapów. Cały proces trwa około trzech dni. I po tym wszystkim można przystąpić do tkania. Oczywiście to słowa pani Wiktorii, nie myślcie sobie, że jestem taka mądra. Trudno mi uwierzyć w to, że jeden dywanik zajmuje kilka tygodni pracy! Strasznie długo. Współczuję dłoniom pani Wiktorii.

Przeniesiemy się teraz do domu Dawida Ryskiego w Puławach. Po siedmiu latach pracy w warszawskim banku pan Dawid postanowił rozpocząć karierę ilustratora na pełen etat. A nawet na dwa etaty. Rysowanie w domu nie sprzyja pracy w określonych godzinach. Zawsze znajdzie się chwila, żeby odpisać klientom, nanieść poprawki czy też rozpocząć szkic nowej ilustracji. Szkic oczywiście na tablecie, bo pan Dawid już jakiś czas temu odstawił metody analogowe. Aktualnie najwięcej robi plakatów, chociaż i tak mniej niż dwa lata temu. To prawdziwy pracoholik. Posiada jeszcze drugą pasję - granie na perkusji. Czyli do rysowania dochodzą jeszcze próby. Pan Dawid przyznaje, że ma bardzo wyrozumiałą żonę. Pani Anula odgania od niego synów, gdy pracuje. No tak - wsparcie przede wszystkim.

"Jak oni pracują 2" (bo o tej książce dzisiaj mowa) to kontynuacja rozmów Agaty Napiórskiej z polskimi twórcami. Ja jestem znana z tego, że kocham wywiady, więc ta pozycja idealnie trafiła w moje gusta! Rozmówcami pani Agaty są: Katarzyna Kozyra, Barbara Falender, Agata Bogacka, Marcin Wicha, Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Joanna Karpowicz, Mirella von Chrupek, Maurycy Gomulicki, Wojciech Chmielarz, Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Justyna Bednarek, Tomek Samojlik, Jacek Hugo-Bader, Angelika Kuźniak, Tadeusz Baranowski, Olga Wróbel i Daniel Chmielewski, Natalia Fiedorczuk-Cieślak, Olga Drenda, Alicja Długołęcka, Janusz Kapusta, Monika Brodka, Paulina Przybysz, Marcin Masecki, Wiktoria Podolec, Marcin Podolec, Ewa Bińczyk, Lidia Popiel, Jagoda Szelc, Dawid Ryski, Emilia Dziubak, Justyna Bargielska, Ania Kuczyńska, Marta Dymek, Zygmunt Miłoszewski. To łącznie trzydzieści siedem osób. Zacna gromadka!

Pędźcie do księgarń 30 października! Uwierzcie młodej czytelniczce - warto!

Tytuł - Jak oni pracują 2
Pytania - Agata Napiórska
Rozmówcy - Katarzyna Kozyra, Barbara Falender, Agata Bogacka, Marcin Wicha, Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Joanna Karpowicz, Mirella von Chrupek, Maurycy Gomulicki, Wojciech Chmielarz, Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Justyna Bednarek, Tomek Samojlik, Jacek Hugo-Bader, Angelika Kuźniak, Tadeusz Baranowski, Olga Wróbel i Daniel Chmielewski, Natalia Fiedorczuk-Cieślak, Olga Drenda, Alicja Długołęcka, Janusz Kapusta, Monika Brodka, Paulina Przybysz, Marcin Masecki, Wiktoria Podolec, Marcin Podolec, Ewa Bińczyk, Lidia Popiel, Jagoda Szelc, Dawid Ryski, Emilia Dziubak, Justyna Bargielska, Ania Kuczyńska, Marta Dymek, Zygmunt Miłoszewski
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa, 2019

piątek, 14 kwietnia 2017

Niezłe ziółko - czyli jak wyciągnąć Eryka z berberysu


W domu Eryka miała zamieszkać Babcia Malutka. Ośmioletni chłopiec aż zaniemówił z wrażenia! Aby dowiedzieć się więcej na temat przyjazdu babci, Eryk odpuścił nawet ulubione, poranne grzanki! Ale wiedział, że była to nieodpowiednia pora na wyjaśnienia. Musicie wiedzieć, że śniadanie Eryka, to maraton. On jednak nie lubi takich wyścigów. Robi to tylko dla rodziców. Wygra ten, kto jako pierwszy wpakuje talerz do zmywarki.

Babcia Malutka to mama mamy Eryka. Podróżowała i zbierała różne zioła. Na tym zna się najlepiej. Starsza pani uwielbiała również przejażdżki na swoim pstrokatym motocyklu, ale teraz wszystko jest inne. Babcia jeździ na wózku inwalidzkim.


Podczas babcinych opowiadań o ziołach i podróżach, Eryk postanowił, że zostanie mnichem lub podróżnikiem. Babcia zapytała go, kim chciał zostać, zanim postanowił, że stanie się mnichem lub podróżnikiem. Koszykarzem! - krzyknął Eryk. Babcia Malutka była znakomitą "rozwiązywaczką języków". Przy niej mówiło się wszystko, nawet to, czego wcale nie chciało się powiedzieć. Eryk zrezygnował z koszykówki, bo był "baletnicą na boisku". Przynajmniej tak przezywali go chłopcy.

Od tej pory zaczęły się treningi koszykówki! Babcia Malutka dodała Erykowi takiej motywacji, że zaraz wziął się za ćwiczenie rzutów. Wychodziło mu to całkiem nieźle, pomijając oczywiście rozbite szyby garażu.

Eryk kończy już osiem lat. Ten czas tak szybko minął! Nasz solenizant zapomniał o swoich urodzinach! Ale największe zaskoczenie czekało w niespodziane od babci! W pudełku znajdowały się saszetki z przeróżnymi ziołami, doniczki i zeszyt z napisem 'Moja zioła'. Był to raj dla Eryka! Miał nawet miejsce, w którym mógł pielęgnować swe roślinki.


I tak się też stało! Eryk bardzo często przychodził, by sprawdzić czy z jego ziołami wszystko w porządku. Opiekował się nimi, tak, jak mamusia swoim dzidziusiem lub wnuk babcią.

Pewnego ranka do domu Eryka zawitał doktor. Babcia źle się czuła. I po kilku dniach odeszła od wszystkich. No, prawie. Została z Erykiem. Z nim jest zawsze i jeździ do niego na pstrokatym motocyklu! Zapewne domyślacie się jak to możliwe, ale po przeczytaniu "Niezłego ziółka" przekonacie się czy mieliście rację.


Babcia pomogła Erykowi uwierzyć w siebie. Nie musiał on już tylko siedzieć w kłującym berberysie i patrzeć jak koledzy z klasy grają w koszykówkę. O nie! Mógł nie tylko dotknąć piłki, ale i... nie, nie, nie! Co ja piszę! Przecież nie można zdradzać rzeczy, które znajdują się na końcu książki!

Barbara Kosmowska pokazuje mam, jak ważna jest dla nas relacja z drugim człowiekiem. W tym przypadku członkiem rodziny, babcią. Bo właśnie starsze osoby mają większe doświadczenie życiowe. Kiedy zbliżymy się do nich, łatwiej będzie nam porozmawiać o rzeczach trudnych. A kiedyś z pewnością przyjdzie taki czas, że to oni będą nas potrzebować.


Książkę wzbogacają ilustracje Emilii Dziubak. Gdy patrzymy na narysowane przez panią Emilię zioła, czujemy ich aromatyczny zapach! Kiedy widzimy zilustrowany dym wydobywający się z pstrokatego motocyklu Babci Malutkiej, odczuwamy go na twarzy! Czyż nie brzmi to zachęcająco? Mam nadzieję, że tak!


Tytuł: Niezłe ziółko; tekst: Barbara Kosmowska; ilustracje: Emilia Dziubak
Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016









Życzę Wam radosnych Świąt w gronie najbliższych!