Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Dziewit-Meller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Dziewit-Meller. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2020

Od jednego Lucypera - czyli śląski diament


Śląsk. Smog. Węgiel. Kopalnie. Praca fizyczna. Nietrzeźwi górnicy. Kościół. Modra kapusta. Rolady. Kluski śląskie polane tłuszczem. Alkohol w kieliszku i zakąska na talerzu. Kiełbasa. Kanapa i telewizor. Kobiety w kuchni. Dziouchy przy garach. Śląska gwara. Wieśniacka godka. Stereotypy o Ślązakach mają się wyśmienicie. Od kilkudziesięciu lat dumnie prężą się w naszej mowie i naszym myśleniu. Zaatakowały nie tylko starsze pokolenie. To właśnie przez nie wiele osób wyemigrowało ze Śląska. Wstydziło się swojego pochodzenia, swoich korzeni. Wciąż często to, co śląskie jest traktowane gorzej. Ślązacy konsekwentnie byli określani jako ludzie z brakami. Brakami planów na przyszłość, sukcesu i inteligencji. Jakież to jest głupstwo.


Kasia Twardowska to kobieta ze Śląska. Wyemigrowała do Holandii, aby dać upust swojej karierze naukowej. Nie potrafiła znaleźć poważnego powodu, aby pozostać w Polsce. Jedyną bliską osobą, którą posiadała w tym kraju, była jej babcia. Po przeprowadzce wciąż utrzymywała z nią kontakt. Telefoniczny. Kasia jest pierwszą kobietą w rodzinie z wyższym wykształceniem. Ukończyła studia i realizowała projekty naukowe. Cały czas doskwierał jej niedosyt sukcesu. Brak akcentu zaznaczającego, że jest dobrą naukowczynią i zasługuje na zaufanie kolegów po fachu. Gdy już realizowała swój plan, wcześniej dokładnie obmyślony, zawsze musiała maczać w nim palce kompletnie niepotrzebna osoba. Na przykład pan dyrektor Witkowski. Kobieta już nie mogła tego znieść. Mężczyźni zdominowali jej zawód i zaznaczali to na każdym kroku. To był jeden z głównych powodów, dzięki któremu Kasia opuściła Polskę. W Amsterdamie nikt nie doczepiał do niej osoby, aby ta prowadziła jej własny projekt.


Młoda kobieta od lat boryka się ze straszną chorobą. Ma bardzo niezdrową relację z jedzeniem. Spożywa zdecydowanie zbyt mało posiłków. Praktycznie codziennie telefon podpowiada jej, że osiągnęła bilans ujemny. Aplikacja mówi: "gratulacje", co przynosi Kasi wielką ulgę. Na pewno gratulacji nie składają jej lekarze, którzy wciąż powtarzają, że nie może tracić na wadze. Z każdą wizytą na badaniach jej żebra robią się coraz bardziej zarysowane, obojczyki coraz bardziej widoczne, a biodra coraz bardziej zapadnięte. Niedawno Kasia zjadła jabłko. Już od dłuższego czasu ją kusiło. Wyglądało tak soczyście i pysznie. Nie mogła mu odmówić. Po chwili został już tylko ogonek. Kobieta nie była z tego zadowolona. Lekko poprawiła sobie humor, kiedy zrobiła pięćdziesiąt brzuszków. Ale wciąż miała z tyłu głowy, że zjedzenie jabłka było przeraźliwym błędem. Doskonale pamięta, co wydarzyło się, kiedy była nastolatką. Miała operację przepukliny, nic niepokojącego. Jednak jej organizm zareagował na zmiany zupełnie niespodziewanie. Po długim pobycie w szpitalu Kasia wróciła do swojej podstawówki osiem kilogramów lżejsza. W oczach szkolnych koleżanek pojawiło się zdziwienie i lekka zazdrość. Każda z nich chciała, wręcz pragnęła, aby podczas chodzenia ich nogi się o siebie nie ocierały. Od tamtej pory Kasia chorobliwie zwraca uwagę na swoją wagę.


Pewnie nie będzie zaskoczeniem fakt, że nasza bohaterka chodzi na terapię. Grono terapeutyzowanych osób stale się powiększa. Społeczeństwo potrzebuje fachowych odpowiedzi na różne pytania i problemy drzemiące w ich głowach. Kasia także. Odkąd pamięta, towarzyszy jej pustka związana z rodziną. W jej domu rodzinnym cisza była standardem. Rozmowa raczej nie wchodziła w grę. Babcia niechętnie odbywała z wnuczką różne dyskusje. Mama podchodziła do córki z chłodnym dystansem. Tata był praktycznie nieobecny, a później go zabrakło. Mętlik w głowie Kasi stopniowo tworzył się od wczesnych lat dzieciństwa. Domyślanie się tak naprawdę stało się jej specjalnością. Wiele lat temu, podczas buszowania w babcinych szafkach, znalazła pudełko ozdobione obrazem Stryjeńskiej. W środku znajdowało się zdjęcie, którego nigdy wcześniej nie widziała. Przyglądała mu się z niedowierzaniem. Wpatrywała się w twarz nieznanej dziewczyny. Drugą rozpoznała od razu, to była jej babcia. Starsza kobieta, zapytana o towarzyszkę na fotografii, wymigała się od odpowiedzi i surowo zabroniła wnuczce zaglądania do szaf.


Marijka Solik to kobieta ze Śląska. Ma dwie potężne ręce, niczym grube gałęzie drzew. Jej nogi przypominają pnie. Pełną twarz z meszkiem nad wargą uwypukla ściśnięty, mocno zawiązany warkocz. Wiele osób mówi o niej "babochłop". Patrząc na Marijkę może się wydawać, że naprawdę nic jej nie pokona. Nawet Dzień Prania z babcią, mamą i siostrą w jednej kuchni. Spędzanie czasu w domu rodzinnym zdecydowanie nie było ulubionym zajęciem kobiety. Przed wspomnianym budynkiem, na podwórku, wylało się bardzo dużo krwi. Wiele zwierząt straciło tam swoje życie. Jednak pewnego dnia u Marijki zabrakło krwi, co strasznie ją zaniepokoiło. Ślązaczka co chwilę biegała do toalety. Niestety, za każdym razem nie było ani śladu krwi. Cóż za pech. Marijka zaczęła żałować, że nie dotrzymała wieńca do ślubu, tak, jak od zawsze jej wpajano. „Co zrobić? Wybrać się do rosyjskiej magiczki po specjalne zioła, czy poddać się aborcji nieodpowiedzialnemu mężczyźnie z dłutem lub śrubokrętem?” - zastanawiała się Marijka. Nie była jeszcze gotowa na zostanie matką. Nie chciała skończyć tak samo, jak inne kobiety w jej rodzinie.


Marijka pracuje w zakładzie azotowym w Chorzowie. Praca "na taśmie" nie jest jej marzeniem, ale cieszy się, że może toczyć swoje życie w miejscu innym niż dom. Codziennie odwiedza fabrykę, wkłada na swoje pulchne ciało granatowy kombinezon i wraz z innymi kobietami zaczyna swoją zmianę. Marijka pragnie awansu społecznego. W ostatnim czasie jest bardziej rozmowna i pomocna. W zakładzie staje się coraz bardziej widoczna. Udziela się wszędzie tam, gdzie tylko to możliwe. Nikt nie nazywa jej szarą myszką. Powoli zdobywa szacunek współpracowników i współpracowniczek. Szacunek młodszej siostry udało się jej zdobyć w ekspresowym tempie. Dziewczynka jest wpatrzona w swoją starszą siostrę jak w obrazek. Tylko ona okazuje jej czułość i bliskość. Całuje w czoło, pociesza ciepłym słówkiem, troszczy się. Marijka i jej siostra śpią razem na wspólnym sienniku. Nie prowadzą długich rozmów, ale mimo tego doskonale się znają i potrafią rozszyfrować swoje uczucia. Tworzą zgrane rodzeństwo. Bez dwóch zdań.


Marijkę dotykają problemy powojenne. Skutki wojny, stosunek do kobiet w tamtym czasie, brak dostępu do prawidłowych informacji i chłodne relacje w rodzinie nie tworzą jej przyjemnego życia. To, że jest osobą wyróżniającą się, również jej go nie ułatwia. Co właściwie mają ze sobą wspólnego Marijka Solik i Kasia Twardowska? Czyżby lęki, przemilczane sprawy i chęć podążania własną drogą? Marijka nigdy nie poznała Kasi. Kasia nigdy nie poznała Marijki. Połączyło je zdjęcie ukryte w pudełku Stryjeńskiej. Ale tak naprawdę to nie tylko zdjęcie.


Nie powstało jeszcze takie słowo, które idealnie opisywałoby pozycję "Od jednego Lucypera". To książka genialna. Powieść Anny Dziewit-Meller potrafi tak bardzo pochłonąć, że po kilku stronach nie do końca wiemy, czy znajdujemy się w Chorzowie i Amsterdamie, czy na własnej kanapie. Autorka ukryła tutaj kolosalną ilość historii, emocji i prawdziwych zdarzeń. Opowieść o dwóch kobietach jest tak naprawdę opowieścią o całym Śląsku. "Od jednego Lucypera" to pozycja wielopokoleniowa. Bezpośrednio dotyczy pokolenia moich rodziców, babć i dziadków oraz prababć i pradziadków. Anna Dziewit-Meller świetnie połączyła przeszłość i teraźniejszość swoim piórem niczym grubą, wytrzymałą nicią. Ja nie pamiętam, co działo się na Śląsku w ubiegłym wieku - mam zbyt niewiele lat. Ale dzisiejsza książka otworzyła mi oczy. Pokazała mi również, jak wiele wszyscy ludzie mają ze sobą wspólnego. Aktualnie jest lipiec, ale jestem stuprocentowo pewna, że "Od jednego Lucypera" będzie znajdowała się na wielu zestawieniach najlepszych książek tego roku. A kto wie, może i dekady!


"Jaka marchew - taka nać, taka córka - jaka mać
Jaka matka, taka cera - od jednego Lucypera".


Tytuł - Od jednego Lucypera
Tekst - Anna Dziewit-Meller
Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2020

niedziela, 20 października 2019

Jak oni pracują 2 - czyli odwiedzając trzydzieści siedem domów i pracowni


Artyści. Indywidualiści. Wolni strzelcy. Freelancerzy. Panie i panowie swojego czasu. Ich szefem jest deadline, a pracą - pasja. Wydaje nam się, że prowadzą lekkie i przyjemne życie, a ich pensje zawierają sporą ilość zer. Wstają około południa, pracują kilka minut, a nocami włóczą się po mieście. To nieprawda. Zazwyczaj są pracoholikami, swoje zawody stawiają na pierwszym miejscu. Często brakuje im drugiej doby. Albo snu.

Zacznijmy od Joanny Karpowicz, malarki i autorki komiksów. Pani Joanna jest uzależniona od światła. Funkcjonuje wraz z jego rytmem. Wstaje dość wcześnie, aby na siódmą być już w pracowni. Z pracą idzie od lewej do prawej, tak jak słońce. Najpierw stoi przy sztaludze, później przenosi się do podniesionego biurka. W okolicach dziesiątej słońce pojawia się także na biurku, więc pani Joanna ląduje jeszcze w innym miejscu. Po południu zabawa w berka się kończy, bo ostre światło przechodzi na drugą stronę domu. Pani Joanna twierdzi, że sport jest ważny dla artysty, więc pływa, biega i spaceruje po lesie. Czasami jeździ też na rowerku stacjonarnym. Podczas tych czynności dokładnie układa swoje ilustracje w głowie. Później gotowe pomysły przenosi na płótno lub papier. Podczas pracy musi się odciąć, nikt nie może się kręcić w jej pracowni. Uwielbia farby akrylowe, natomiast nienawidzi olejnych. Kończy malować zazwyczaj wieczorem. Po tak zwanej brudnej pracy, czekają na nią maile, prysznic i spanko.

Jedną z osób, które zajmują się pisaniem (nie tylko odpisywaniem na maile) jest Anna Dziewit-Meller. Punktualność to jej drugie imię. Umowa głosi, że felieton do tygodnika musi być gotowy na piątek, jednak ona wysyła go już w czwartek. Jeśli z jakiegoś powodu nie zdąży do czwartku, otrzymuje od redaktora wiadomość o treści "czy wszystko w porządku?". O tekście do napisania zaczyna myśleć już w poniedziałek. Niekiedy zdarza się, że inspiracją jest książka przeczytana w weekend albo film obejrzany w niedzielny wieczór. Najtrudniejsze jest znalezienie tematu. Kiedy już jakiś wpadnie do głowy, pani Ania zapisuje go w specjalnym notesie, koniecznie w linie. Zazwyczaj zaczyna swoją pracę około dziewiątej. Tworzy i spotyka się z rozmówcami przez siedem godzin. Ale czasami zdarzają się takie sytuacje, że musi wyjechać na tydzień, aby skończyć książkę.

Odwiedźmy teraz żoliborskie mieszkanie Malwiny Konopackiej - pani od ceramiki i wszystkiego, co się z nią łączy. Pani Malwina wciąż dąży do uproszczenia formy. Obiekty ceramiczne są według niej dobrym tłem dla ilustracji. Od trzech lat zajmuje się wazonami. Niektóre "okazy" liczą ponad sto centymetrów. Różnią się od siebie stylami, kolorami, kształtami i motywami przewodnimi. To rzemiosło z krwi i kości. Pani Malwina niekiedy nawet nie ma czasu, aby wpisać terminy spotkań do kalendarza. To głównie dlatego, że pracuje w domu z Tereską, jej nieco ponad roczną córką. Kiedy ją karmi lub wychodzi na spacer, dokładnie obmyśla swoje projekty. Wie, że gdy usiądzie do komputera będzie miała zaledwie garstkę minut. Podczas pracy manualnej nigdy nie używa ekierek i linijek. Lubi odręczną, nieco krzywą kreskę. Taką, która pokazuje, że dany wazon stworzył człowiek, a nie maszyna.


Sądzę, że Moniki Brodki nie muszę nikomu przedstawiać. Jak wygląda jej dzień bez koncertu? Wokalistka uwielbia spać, dlatego wstaje około dziewiątej. Pobudki o siódmej w wieku szkolnym były dla niej mordęgą (nie dziwię się!). Jednak czasami dwa koty przeszkadzają w wyspaniu się. W domu mobilizacja jest dla pani Moniki bardzo trudna, mało tam tworzy. Dom kojarzy jej się z odpoczynkiem. Mimo tego ma tam pracownię. To mały pokoik wypełniony instrumentami. Gdy pani Monika nie pracuje nad płytą, raczej tam nie zagląda. No dobra, czasami tam sprząta. Mówi, że ma dziwne natręctwa. Na przykład po dłuższej nieobecności w mieszkaniu, zanim jeszcze się rozpakuje, musi mieć czysto. Zdarza się jej także przestawiać meble. Teksty piosenek, które znalazły się na ostatniej płycie powstawały nie w małym pokoiku, a w Los Angeles. Kiedy u nas była zimna, Monika Brodka opalała się na balkonie.

Kojarzycie studio o nazwie Tartaruga? Jedną z dwóch dziewczyn, które go tworzą jest Wiktoria Podolec. Pani Wiktoria nastawia sobie budzik na raczej wczesną godzinę. Kiedy wstaje późno, ma wrażenie, że zmarnowała kawałek swojego dnia. Sprawdza maile, je śniadanie i pije herbatę z miodem i dużą ilością cytyny - to jej rytuał. Cały czas obiecuje sobie, że będzie w pracowni o dziewiątej, ale zazwyczaj zaczyna pracę o dziesiątej. Podczas drogi z domu do pracowni szaleje w parku z suczką Bajką, z którą spędza praktycznie cały dzień. Studiowała wzornictwo. Właśnie tam wraz z koleżanką Jadzią zainteresowały się kilimami. Jak się to robi? Najpierw trzeba przygotować osnowę. To najważniejsza część tkaniny. Na jeden kilim o szerokości stu centymetrów przypada dwieście nitek osnowy. Każdą nitkę trzeba przeciągnąć przez odpowiadającą jej szczelinę w grzebieniu tkackim. Później następuje jeszcze kilka czasochłonnych etapów. Cały proces trwa około trzech dni. I po tym wszystkim można przystąpić do tkania. Oczywiście to słowa pani Wiktorii, nie myślcie sobie, że jestem taka mądra. Trudno mi uwierzyć w to, że jeden dywanik zajmuje kilka tygodni pracy! Strasznie długo. Współczuję dłoniom pani Wiktorii.

Przeniesiemy się teraz do domu Dawida Ryskiego w Puławach. Po siedmiu latach pracy w warszawskim banku pan Dawid postanowił rozpocząć karierę ilustratora na pełen etat. A nawet na dwa etaty. Rysowanie w domu nie sprzyja pracy w określonych godzinach. Zawsze znajdzie się chwila, żeby odpisać klientom, nanieść poprawki czy też rozpocząć szkic nowej ilustracji. Szkic oczywiście na tablecie, bo pan Dawid już jakiś czas temu odstawił metody analogowe. Aktualnie najwięcej robi plakatów, chociaż i tak mniej niż dwa lata temu. To prawdziwy pracoholik. Posiada jeszcze drugą pasję - granie na perkusji. Czyli do rysowania dochodzą jeszcze próby. Pan Dawid przyznaje, że ma bardzo wyrozumiałą żonę. Pani Anula odgania od niego synów, gdy pracuje. No tak - wsparcie przede wszystkim.

"Jak oni pracują 2" (bo o tej książce dzisiaj mowa) to kontynuacja rozmów Agaty Napiórskiej z polskimi twórcami. Ja jestem znana z tego, że kocham wywiady, więc ta pozycja idealnie trafiła w moje gusta! Rozmówcami pani Agaty są: Katarzyna Kozyra, Barbara Falender, Agata Bogacka, Marcin Wicha, Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Joanna Karpowicz, Mirella von Chrupek, Maurycy Gomulicki, Wojciech Chmielarz, Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Justyna Bednarek, Tomek Samojlik, Jacek Hugo-Bader, Angelika Kuźniak, Tadeusz Baranowski, Olga Wróbel i Daniel Chmielewski, Natalia Fiedorczuk-Cieślak, Olga Drenda, Alicja Długołęcka, Janusz Kapusta, Monika Brodka, Paulina Przybysz, Marcin Masecki, Wiktoria Podolec, Marcin Podolec, Ewa Bińczyk, Lidia Popiel, Jagoda Szelc, Dawid Ryski, Emilia Dziubak, Justyna Bargielska, Ania Kuczyńska, Marta Dymek, Zygmunt Miłoszewski. To łącznie trzydzieści siedem osób. Zacna gromadka!

Pędźcie do księgarń 30 października! Uwierzcie młodej czytelniczce - warto!

Tytuł - Jak oni pracują 2
Pytania - Agata Napiórska
Rozmówcy - Katarzyna Kozyra, Barbara Falender, Agata Bogacka, Marcin Wicha, Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Joanna Karpowicz, Mirella von Chrupek, Maurycy Gomulicki, Wojciech Chmielarz, Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Justyna Bednarek, Tomek Samojlik, Jacek Hugo-Bader, Angelika Kuźniak, Tadeusz Baranowski, Olga Wróbel i Daniel Chmielewski, Natalia Fiedorczuk-Cieślak, Olga Drenda, Alicja Długołęcka, Janusz Kapusta, Monika Brodka, Paulina Przybysz, Marcin Masecki, Wiktoria Podolec, Marcin Podolec, Ewa Bińczyk, Lidia Popiel, Jagoda Szelc, Dawid Ryski, Emilia Dziubak, Justyna Bargielska, Ania Kuczyńska, Marta Dymek, Zygmunt Miłoszewski
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa, 2019

sobota, 12 stycznia 2019

Pod podszewką - czyli dziewiętnaście uszytych opowieści


Sądzę, że nikt nie zaprzeczy przysłowiu "Nie szata zdobi człowieka". Jednak sądzę także, że każdy z nas ma swoje ulubione części garderoby, które lubi zakładać i w których bardzo dobrze się czuje. Dziś podyskutujemy sobie nieco właśnie o ubiorze. Poznamy sposób patrzenia na modę znanych i cenionych pisarzy. A przy okazji w głowie pozostaną nam liczne anegdoty i mądre słowa. A więc wskoczmy prędziutko do szaf osób wielbiących litery!

Zaczniemy od Olgi Tokarczuk, o której huczy cały świat. Jestem pewna, że wszyscy adoratorzy dobrej literatury kojarzą jej charakterystyczną fryzurę. Pani Olga uważa, że moda to "ostatni bastion wolności".  Przyznaje, że tak, jak Picasso ma okresy kolorystyczne w swoim życiu. Istnieje jeden kolor, który towarzyszy jej cały czas (czerń górą!). Niegdyś dominowała czerwień, fuksja i magenta, bordo, a teraz ulubieńcem stał się niebieski. Oczywiście oprócz kolorów, bardzo ważny jest krój. Olga Tokarczuk jest zaprzyjaźniona z sukienkami, i to takimi nieszablonowymi. Sukienka bez podszewki lub elementu wysuwającego się spod niej nie nadaje się do włożenia. Pisarka lubi zaskakiwać nie tylko swoją literaturą, ale także wyglądem.


Otwórzmy teraz drzwi szafy Joanny Bator. Zdecydowanie dominują tam kimona. Autorka w swojej opowieści przybliża nam historię najchętniej odsłanianych części ciała. Kiedyś były to nadgarstki, później honorowe miejsce zajął kark. Teraz trudno nie dostrzec, co jest "na szczycie". Wracając do kimon, to nie jedyny przejaw miłości pani Joanny do Japonii. Mieszkając w tym kraju Joanna Bator zaczęła pisać prozę. Przerzuciła się na minimalizm oraz polubiła naturalność. Bieganie, lekki makijaż i naturalny kolor włosów. Aktualnie pisarka nie mieszka już w Japonii, lecz śmiało można stwierdzić, że państwo to pozostało w jej głowie oraz w szafie.

O, a teraz czas na czerwień! Literatura plus czerwona sukienka równa się Katarzyna Bonda! Pani Katarzyna pokochała sukienki do tego stopnia, że przeznaczyła na nie osobny pokój w mieszkaniu. Zdradza, że ma ich ponad pięćset. Kiedy pracuje nad swoimi książkami, zakłada piżamę bądź polar. Natomiast gdy wychodzi już ze świata fabuły, sukienki towarzyszą jej praktycznie cały czas. Wszystkie szyte są w pracowni krawieckiej Przystanek Haft. Katarzyna Bonda szyje je hurtowo. Czasem tylko po to, aby poprawić sobie humor. Ponoć w mig potrafi poznać po ubiorze charakter danej osoby. Dlatego na spotkanie z panią Kasią trzeba uważnie przemyśleć, co na siebie włożyć!


Od czerwonej sukienki przejdziemy do eleganckich koszul, cylindrów i much. Miłośnikiem tego typu odzieży jest oczywiście Jacek Dehnel. Często ubiór tego pana uznawany jest za dziwny i niemodny. No cóż, to ekstrawagancja z krwi i kości! Trudno przejść obok Jacka Dehnela obojętnie. Twierdzi, że jeśli chodzi o pisarzy, woli szukać czegoś ciekawego w ich książkach, a nie w garderobie (zgadzam się!). Ale wie, że wizerunek jest niezwykle ważny. Zawsze dobiera swój strój z dużą dokładnością. Uwielbia dodatki - szelki, krawaty i laski. A bokobrody komponują się z tym idealnie!


Sylwia Chutnik i Grażyna Plebanek - jeśli chodzi o tę parkę, istnieje sporo kontrastów. Róż na włosach kontra stuprocentowa naturalność, sukienki kontra spodnie. Ale poświęćmy chwilkę właśnie włosom. Grzywki pani Sylwii nie da się zapomnieć. Ten wizerunek już na dobre do niej przylgnął, co bardzo cieszy pisarkę. Pani Sylwia wciąż nie rozumie, dlaczego jeszcze nie stała się twarzą swojej farby do włosów. Natomiast pani Grażyna jest zwolenniczką prostych fryzur. Według niej, najlepszy efekt to naturalne, długie włosy. Jednak Sylwię Chutnik i Grażynę Plebanek łączą wspólne zainteresowania - boks oraz pisanie, wspólnych felietonów również.

Krótkie włosy, męskie koszule oraz perfumy, szeroki uśmiech i ukochane książki wielu młodych dziewczyn. Dorzućmy jeszcze garnitury, szmizjerki i kombinezony. Za tym wszystkim stoi tylko jedna osoba - Anna Dziewit-Meller. Kiedy była członkinią zespołu rockowego, chodziła w skórzanych kurtkach, długich spódnicach, a jej ręce zdobiły liczne rzemyki. Teraz pani Anna kojarzy się z delikatnością i subtelnością. Zawsze zwraca uwagę na swoje ubrania i perfumy. Kiedy ogląda film i widzi na półeczce w tle flakonik, zatrzymuje domowy seans i wyszukuje dane perfumy w internecie. Ma naprawdę ich sporą kolekcję! Jej ulubione to te o zapachu morza, glonów i soli. Zielony kombinezon, czerwona szminka i właśnie takie perfumy. Naprawdę intrygujące!


Łukasz Orbitowski to pan kojarzony z lekkim nieposłuszeństwem i szczyptą adrenaliny. Raczej nikogo nie zaskoczę, jeśli napiszę, że autor uwielbia dres. Ale być może niektórych zaskoczę, gdy wspomnę, że pan Łukasz uwielbia... nosorożce. Niegdyś miał epizod "groźnego metalowca" i nie rozstawał się ze skórzanymi płaszczami. Potem nastąpił czas ubioru studenckiego - golfy i koszule w kratę górowały. Muszę przyznać, że trudno mi wyobrazić sobie Łukasza Orbitowskiego w koszuli. Później przyszedł czas na dres i tak już zostało. Pisarz nie zwraca uwagi na modę. Swój wizerunek kreuje z lekką nonszalancją.


A teraz lekki powrót do elegancji. Garnitur, nieoczywiste okulary i Ministerstwo Głupich Skarpetek. Michał Rusinek zawsze kojarzył mi się z osobą spokojną, dociekliwą i z wyrafinowanym humorem. Osobą, dla której liczy się każdy szczegół. Nic więc dziwnego, że ten (nie)poważny pan uwielbia kolorowe skarpety i fikuśne bryle. Pan Michał twierdzi, że to właśnie oczy powinny przykuwać uwagę, a okulary idealnie w tym pomagają. Jak pewnie większość z Was wie, autora irytują "językowe pypcie". Dlatego też wspomniał, że ubrań się nie "ubiera", tylko "zakłada". "Ubierać" można choinkę. Od tej chwili już nigdy nie ubiorę żadnej koszulki, swetra ani spodni!


Uchyliłam tylko rąbeczek tajemnicy, teraz już nic więcej nie zdradzę. Wspomniałam zaledwie o dziewięciu z zacnego grona dziewiętnastu pisarzy. Olga Tokarczuk, Joanna Bator, Katarzyna Bonda, Jacek Dehnel, Sylwia Chutnik, Grażyna Plebanek, Anna Dziewit-Meller, Agnieszka Wolny-Hamkało, Janusz Leon-Wiśniewski, Wojciech Chmielarz, Łukasz Orbitowski, Mariusz Czubaj, Katarzyna Tubylewicz, Aleksandra Zielińska, Jakub Małecki, Michał Rusinek, Marta Guzowska, Grzegorz Kasdepke i Justyna Sobolewska. Poznajcie ich zdanie na temat mody i tego, co na siebie wkładają (nie ubierają!). Koniecznie sięgnijcie po pozycję o tytule "Pod podszewką" autorstwa Sylwii Stano i Zofii Karaszewskiej (tak, to te panie od "Ady"). Muszę także wspomnieć, że w ramach tego przedsięwzięcia wymienieni pisarze zaprojektowali różne części garderoby. Powstały płaszcze, kaszkiety, spódnice i inne wymyślne stroje. Niekiedy może Was nawiedzić niezłe zaskoczenie!

Nie czekajcie ani chwili dłużej, zajrzyjcie do szaf i pod podszewki cenionych pisarzy!

Tytuł - Pod podszewką. Prawdziwy wizerunek pisarza
Tekst - Sylwia Stano i Zofia Karaszewska oraz Olga Tokarczuk, Joanna Bator, Katarzyna Bonda, Jacek Dehnel, Sylwia Chutnik, Grażyna Plebanek, Anna Dziewit-Meller, Agnieszka Wolny-Hamkało, Janusz Leon-Wiśniewski, Wojciech Chmielarz, Łukasz Orbitowski, Mariusz Czubaj, Katarzyna Tubylewicz, Aleksandra Zielińska, Jakub Małecki, Michał Rusinek, Marta Guzowska, Grzegorz Kasdepke, Justyna Sobolewska
Projektowanie i szycie - Justyna Ołtarzewska
Fotografie - Michał Jaworski
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa, 2018

sobota, 30 czerwca 2018

Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy - czyli nasze bohaterki


Nareszcie wakacje! Te będą wyjątkowe, choćby dlatego, że liczą aż 72 dni! Wyobraźcie sobie, ile stron można przeczytać w 72 dni. Sporo, prawda? A wśród tych wszystkich stron z pewnością znajdzie się miejsce na 156 zapisanych historiami wielkich Polek. Trzeba przyznać, że ich też jest niemało. W takim razie zaczynamy naszą wakacyjną, dziewuchową przygodę!


Na samym początku przedstawię Wam Henrykę Pustowójtównę, dziewczynę z powstania styczniowego. Henryka jest naszą przewodniczką, to ona zaprasza nas do świata swoich koleżanek. Ale Henryka, podobnie jak reszta bohaterek, łatwego życia nie miała. Bowiem żyła w czasach, w których dziewczynkom nie wypadało biegać po trawnikach, wspinać się na drzewa, czy też skakać po kamieniach. Rodzice chcieli wychować swoją córkę na prawdziwą damę, wcale nie przejmowali się tym, że Henryka damą zostać nie chciała. A kiedy wybuchła wojna, nasza bohaterka wskoczyła w strój mężczyzny, chwyciła za broń i dzielnie walczyła! Odważna z niej kobieta!



Przenieśmy się teraz do dziewiętnastowiecznego parku pałacowego w Puławach. Rozłóżmy tutaj koc i przekąśmy coś. O, widzicie tą panią w sukni? To Izabela Czartoryska, właścicielka tej okolicy. Księżna Izabela postanowiła zgromadzić w Puławach to, co jej zdaniem warto pokazać Polakom. I choć wtedy podróżowanie i przewożenie różnych towarów nie przychodziło tak łatwo, jak może Wam się wydawać, Czartoryska podróżowała, gromadziła i pokazywała cenne pamiątki. W ich gronie znalazły się takie przedmioty, jak dwa miecze krzyżackie z bitwy pod Grunwaldem, sucharek należący do Tadeusza Kościuszki (zupełnie nie wiem, czemu go nie zjadł!) oraz niezwykle ceny obraz jednego z najbardziej znanych artystów, Leonarda da Vinci - "Dama z łasiczką" znana również jako "Dama z gronostajem"! To właśnie dzięki pani Izabeli posiadamy takie cacuszko.



A teraz przejdźmy spacerkiem do krakowskiego domu pana Franciszka i pani Anny Lubańskich. To właśnie w nim wychowała się pewna zapomniana, a niegdyś rozchwytywana na całym świecie polska malarka, Zofia Stryjeńska. Pan Franciszek uczył małą Zochę rysunku, zabierał ją także na targi i bazary, gdzie później Zosia tworzyła jako dorosła artystka. Mała Lubańska - a za kilkanaście lat Stryjeńska - uwielbiała rysować i malować. I wyobraźcie sobie, że gdy nasza malarka studiowała na niemieckiej akademii, musiała pracować w stroju mężczyzny. Na całe szczęście do Krakowa mogła wrócić już w sukience!



Gdzie by się tu teraz wybrać? A, już wiem! Wybierzmy się do londyńskiego butiku Barbary Hulanicki. Tak, nie mylicie się, pani Barbara jest Polką. Basia była drobną dziewczynką wychowywaną przez ciotkę. Ciotka bardzo chciała, aby jej Barbarka studiowała prawo i medycynę, no ale Biba - bo tak nazywano naszą bohaterkę - wcale tego nie chciała. Zamiast uczyć się pilnie przedmiotów, które wybrała jej ciotka, Biba projektuje odjazdowe ubrania dla Micka Jaggera czy też Andy'iego Warhola. Później pani Barbara swój butik przeniosła do siedmiopiętrowego domu, w którym mieszka do dziś. Organizuje tam także koncerty, czy też imprezy kulturalne, taki to jest duży budynek!



Nie myślcie sobie przypadkiem, że zdradziłam Wam teraz sporą część książki, a w życiu! Napisałam (i to w ogromnym skrócie) o czterech z ponad dwudziestu bohaterek. Reszta w waszych rękach! Naprawdę warto poznać historie wielkich, i niestety bardzo często też zapomnianych, Polek, dla których nie istniało słowo 'niemożliwe'. #GirlPower! To ważne, aby pamiętać nie tylko o wybitnych mężczyznach, ale także o kobietach. Ale nie bójcie się, "Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy" to lektura nie tylko dla dziewczyn.



Śmiało można stwierdzić, że Annie Dziewit-Meller należy się wielki ukłon! Pani Ania wykonała kawał dobrej roboty szukając, czytając, a później pisząc o wspaniałych bohaterkach. Pomyślcie, ile to musiało być pracy, aby dowiedzieć się o życiu i wyczynach każdej z kobiet, a później jeszcze wybrać ich finalną liczbę. I to świetne pióro... Ukłon należy się też Joannie Rusinek, która wspaniale oddała klimat czasu, w którym żyły nasze bohaterki. A że z damami, dziewuchami i dziewczynami fajnie spędza się czas, warto z nimi posiedzieć :)  


Tytuł - Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy
Tekst - Anna Dziewit-Meller
Ilustracje - Joanna Rusinek
Wydawnictwo Znak Emotikon, Warszawa, 2017


P.S. Ale to nie koniec dobrych wieści! Miesiąc temu ukazała się cześć druga, tym razem są to "Podróże w spódnicy". Niebawem i ja zagoszczę w ich towarzystwie!