niedziela, 15 grudnia 2019

Tippi i ja - czyli magia dwóch sióstr


Rodzeństwo. Domyślam się, że jeśli jesteście siostrą lub bratem, macie na ten temat dużo do powiedzenia. Posiadanie rodzeństwa złożone jest z zalet oraz wad. Plusem jest na przykład to, że o każdej porze dnia i nocy możecie razem tarzać się po podłodze i łaskotać na łóżku rodziców. Wygłupów i śmieszków nigdy za wiele, wiadomo. Jednak czasami nasze rodzeństwo doprowadza nas do szału i mówi rodzicom o tych rzeczach, o których nie do końca powinni wiedzieć (pozdrawiam mojego brata!). Gdyby pojawiło się pytanie "czy fajnie mieć brata lub siostrę?", a ja miałabym do wyboru dwie odpowiedzi - tak lub nie - zdecydowanie wybrałabym tę twierdzącą. Ale czy chciałabym spędzać z moim bratem tysiąc czterysta czterdzieści minut na dobę? Niekoniecznie.

Tippi i Grace to wzorowa miłość rodzeństwa, uwierzcie mi. Nawet Vincent van Gogh i jego brat nie darzyli się aż takim uczuciem. Dwie, wspomniane wcześniej dziewczyny nieco wyróżniają się w tłumie. To dlatego, że... są połączone w biodrach. Mają dwa serca, cztery ręce i dwie nogi. Mama Tippi i Grace chroni swoje córki aż do szesnastego roku życia. Dziewczyny nie chodzą do szkoły. W takiej publicznej placówce znajduje się mnóstwo nietolerancyjnych i niewyrozumiałych osób, które mogłyby je skrzywdzić. Naszym bohaterkom nigdy nie przeszła do głowy myśl, że będą musiały iść do szkoły. A jednak, stało się. Rodzinie zaczyna brakować pieniędzy na indywidualne (choć tak naprawdę to podwójne) nauczanie. Od września Tippi i Grace prawie codziennie będą musiały przekraczać próg, za którym czają się podejrzane spojrzenia i ukryte uśmieszki.

Przedstawię Wam teraz rodzinę nastolatek. Zacznijmy od siostry. Tak naprawdę ma na imię Nicola, ale Tippi i Grace mówią na nią Dragon. A to dlatego, że kiedy miała dwa lata, namiętnie udawała smoka - zioła ogniem i tupała nogami. Dragon uwielbia tańczyć i malować paznokcie. Chodzi na balet i ponoć całkiem nieźle jej idzie. Marzy o kosztownym wyjeździe na baletowy turniej. Mama jest niezwykle troskliwą osobą. Jej życie to niestety praca, praca, praca i martwienie się o rodzinę. Chce, aby wszystkie trzy córki czuły się w domu jak najlepiej. Czasami zjadają ją stres i nerwy. Natomiast tata kompletnie różni się od mamy. Bardzo często udaje - nie tylko przed rodziną, ale również przed samym sobą. Na przykład udaje, że chce znaleźć pracę. Pokazuje swojej żonie, że bardzo mu na tym zależy. Jednak wszyscy bardzo dobrze wiedzą, że to nieprawda. Tata ma wiernego, nierozłącznego przyjaciela. To alkohol. Jest on powodem wielu kłótni w domu. Pochłania także sporo pieniędzy niezbędnych do wychowania córek. Babcia cały czas usprawiedliwia swojego syna, co jest strasznie irytujące. Mimo tego Tippi i Grace czasami lubią z nią rozmawiać.


Pierwszy września zbliża się wielkimi krokami. Z każdym kolejnym, upływającym dniem napięcie w domu rośnie. Pójście do szkoły naszych dwóch bohaterek jest małym świętem, które wywołuje sporo stresu. Dragon daje swoim siostrom niezbędne rady. Opowiada też o głupocie czyhającej w szkole. I o tym, żeby wiele osób oraz rzeczy traktować z przymrużeniem oka. Tippi i Grace są dla siebie wielkim wsparciem. Dużo ze sobą rozmawiają, co zapewne nie jest zaskoczeniem. Gdy nadchodzi tak długo wyczekiwany dzień, dziewczyny znajdują się w gabinecie dyrektorki. Kobieta od razu zaznacza, że nie rzuci naszych bohaterek na pożarcie. Dlatego wybrała dla nich przewodniczkę i przyjaciółkę. Ma na imię Yasmeen. Jej włosy są różowe, a nadgarstki podejrzanie chude.

Yasmeen okazuje się być dziewczyną inną niż wszyscy. Nie zadaje pytań "w jaki sposób robicie siku?" i nie mówi "takie życie musi być koszmarem". Jeśli nawiązuje do tematu wyglądu swoich nowych koleżanek, robi to w bardzo umiejętny sposób. Nie jest lubiana w szkole. Większość uczniów się jej boi. Gdy tylko ktokolwiek rzuci obraźliwe słowa w kierunku sióstr syjamskich, czeka go wysłuchiwanie krzyków Yasmeen. Świeżo poznana dziewczyna staje się pewnego rodzaju autorytetem dla Tippi i Grace. Siostrom imponuje jej niezależność oraz to, że ma chłopaka. Bo one niestety nie mogą.

Przewodniczka przyznana naszym bohaterkom oraz jej chłopak stają się dla Tippi i Grace prawdziwymi przyjaciółmi. Nie podchodzą do nich ze współczuciem albo wyższością. Bardzo szybko akceptują ich odmienność. Można nawet powiedzieć, że chyba ją polubili. Podczas spotkań z Yesmeen i Jonem, nastolatki czują się swobodnie. W tym samym czasie, w domu ubywają pieniądze. I to w coraz szybszym tempie. Jak już wcześniej wspomniałam, Dragon marzy o wyjeździe na prestiżowy i kosztowny turniej baletowy. Jak się pewnie domyślacie, rodzice nie mają na to funduszy. Dlatego Tippi i Grace podejmują niezwykle ryzykowną decyzję. Pozwalają nakręcić o sobie dokument do telewizji, za co dostaną kolosalną sumę. Robią to, ponieważ kochają swoją rodzinę.

Pierwszym zaskoczeniem jest kolosalna suma za udział we wspomnianym dokumencie. Główne bohaterki nawet nie śniły o takiej kwocie. Ale cała rodzina miała zupełnie inne wyobrażenie na temat programu z udziałem Tippi i Grace. Kamera będzie je śledzić przez praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę. To oczywiście nie koniec niespodzianek w książce "Tippi i ja". Ale jeśli chodzi o treść, ja już milknę i nie zdradzę Wam nic więcej.

Muszę przyznać, że nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak wygląda życie sióstr syjamskich. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, z iloma problemami spotykają się w ciągu choćby jednego dnia. Sarah Crossan (autorka "Kasieńki" oraz "My dwie, my trzy, my cztery") zdecydowanie otworzyła mi oczy. Dzięki dzisiejszej pozycji doświadczyłam radości, smutku i wzruszenia, które bardzo płynnie przeplatały się ze sobą. "Tippi i ja" to pamiętnik Grace pisany wierszem od sierpnia do marca. Te osiem miesięcy były wypełnione zmianami i wydarzeniami, które naprawdę warto poznać. 

Tytuł - Tippi i ja
Tekst - Sarah Crossan
Przekład - Małgorzata Glasenapp
Okładka - Zosia Frankowska
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2019

niedziela, 8 grudnia 2019

Milion miliardów Świętych Mikołajów - czyli tysiąc pytań, jedna historia


Stało się! Kalendarzowe kartki z wielkim napisem "listopad" są już przeszłością. Nadszedł grudzień. Mroźny, aczkolwiek niezwykle przyjemny miesiąc. Z pewnością kojarzą się nam z nim prezenty. Założę się, że wręczyliście już niespodzianki swoim pociechom. A jeśli nie, na pewno macie pochowane je po kątach. Czy szóstego grudnia w Waszym domu padło pytanie "czy Święty Mikołaj naprawdę istnieje"? Uniknęliście odpowiedzi? Możecie być spokojni, pomogę Wam.


Dawno, dawno temu, żył tylko jeden Święty Mikołaj - pan z siwą brodą, okrągłym brzuszkiem i czerwonym strojem. Miał tylko jednego pomocnika - renifera. Nie potrzebował nikogo innego. A to dlatego, że na świecie była zaledwie garstka dzieci. Czteroletni przedszkola nie miałby najmniejszej trudności z policzeniem ich.


Gdy nadchodził pamiętny, grudniowy wieczór, Mikołaj pakował prezenty, wsiadał na swoje sanie i wybierał się w podróż. Zdążył odwiedzić dosłownie wszystkie szkraby. Zawsze zatrzymywał się u nich na ciepłą herbatkę oraz mały posiłek. Dzieci wytrzeszczały oczy z zaskoczenia i skakały z radości.


Jednak z każdym grudniem dzieci było coraz więcej. Już nie można było policzyć ich na palcach dwóch dłoni, o nie. Worek z prezentami stał się straszliwie ciężki. Mikołajowi zaczęło brakować sił. Renifer musiał robić sobie przerwy na odpoczynek. Święty Mikołaj myślał tylko o jednym. O tym, aby mógł się rozdwoić. Wtedy dostarczanie niespodzianek nie byłoby już takim kłopotem. I uwaga! Marzenie naszego bohatera zostało spełnione! Wspaniale, prawda?


Teraz nasi dwaj Mikołajowie mogli wykonywać wszystkie czynności dwa razy szybciej. Tylko że byli również dwa razy mniejsi. Idealni do wchodzenia do domu przez komin. Ale dzieci wciąż przybywało, i to w coraz szybszym tempie. Nasi dwaj panowie musieli pomyśleć o innym rozwiązaniu. Stwierdzili, że podwojenie się jest najlepszym pomysłem. Po kilku chwilach na świecie było już czterech Mikołajów. Lecz czy to koniec tej świątecznej historii? Ależ oczywiście, że nie.


"Milion miliardów Świętych Mikołajów" to pozycja posypana szczyptą humoru, absurdu i błyskotliwości. Czytając i oglądając ją, uśmiech nie schodzi nam z buzi. Od czasu do czasu pojawia się również wzruszenie. Autorki - Hiroko Motai oraz Marika Maijala - podeszły do tego tematu w bardzo nietypowy sposób. Tekst oraz ilustracje są równe pomysłowi, który skradł moje serce. Jestem pewna, że czytelnicy od trzeciego roku życia również będę nim zachwyceni. Rodzice oczywiście nie są wyjątkiem!


Ta przewrotna i śliczna książeczka musi znaleźć się na Waszej półce.

Tekst - Hiroko Motai
Ilustracje - Marika Maijala
Przekład - Karolina Iwaszkiewicz
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2019

niedziela, 24 listopada 2019

Eileen Gray. Dom pod słońcem - czyli kobiecy projekt


Architekci pełnią niezwykle istotną rolę. Bez nich nie byłoby malutkich domków na obrzeżach Warszawy oraz najwyższych wieżowców w centrum Nowego Jorku. Niektóre osoby wykonujące ten zawód są nie tylko architektami, ale także artystami. Zaprojektowane przez nich budynki najczęściej nie mają czterech ścian i prostokątnych okien. Ich nieszablonowe kształty potrafią zachwycać i cieszyć oko. Jedną z takich właśnie architektek - artystek była Eileen Gray. Kojarzycie jej słynny budynek E-1027?


Ojciec Eileen był do szaleństwa zakochany w sztuce. Opuścił swoją rodzinę oraz dom w Irlandii i wyjechał do Włoch. Podziwiał skaliste wybrzeża, górskie miasteczka i leśne plenery. Zainspirowany włoskimi krajobrazami, malował akwarele oraz rysował ołówkiem i kredą. Wysyłał listy do żony oraz córek. Podpisywał się "wasz kochany ojciec".


Mała Eileen bardzo tęskniła za tatą. Listy to przecież nie to samo, co przytulaski i wygłupy. Dziewczynka nieco różniła się od swojej siostry. Kiedy siostra wraz z koleżankami grała w tenisa, ona zjeżdżała z górki na wózku znalezionym w krzakach. Wyróżniała się będąc również dorosłą kobietą, nie tylko dzięki spodniom i koszulom.


Przenieśmy się do 1905 roku. Eileen Gray miała wtedy dwadzieścia siedem lat. Właśnie w tym wieku zainteresowała się laką. To żywica, z której można wykonywać zarówno skompilowane rzeźby, jak i proste talerzyki. Opis tego tworzywa brzmi "Doskonałość. Niezwykle wytworny, gładki materiał. Nie sposób przestać dotykać!". Nasza (wtedy przyszła) architektka chciała zrozumieć cały proces tworzenia przedmiotów z laki. Robiła to w towarzystwie dwóch mężczyzn, którzy dokładnie objaśniali jej każdy etap pracy. To zajęcie wymaga ponoć ogromnego poświęcenia. Bardzo łatwo stracić przy nim także zdrowie...


Z Londynu 1905 przeniesiemy się do Paryża 1922. Właśnie wtedy bohaterka dzisiejszej pozycji otwiera swój sklep o nazwie JEAN DESERT. Niestety, płeć żeńska plus udane projekty nie były wtedy zbyt przyjemnie przyjmowane. Świadoma tego Eileen musiała nieco oszukać swoich odbiorców. Zresztą sama powiedziała, że przyjęcie męskiego pseudonimu nie jest niczym złym. To znaczne ułatwienie sobie życia. Chociaż z drugiej strony bardzo chciała, aby nie było to konieczne.


Na huczne otwarcie sklepu przybył cały tłum gości. Jednym uchem można było podsłuchać rozmów ludzi ze świata kultury. Muszę zaznaczyć, że jeśli chodzi o towarzystwo, dominowały kobiety. Praktycznie wszystkie chciały poznać pana Jeana Deserta. Chwaliły jego świetny gust i talent. Na ich buziach malowały się uśmiechy. Jednak Eileen nie była szczęśliwa. Tłum i hałas wyraźnie ją przytłaczały.


Rok 1923 był dla Eileen Gray szczególnie wyjątkowy. Nie tylko otworzyła swój sklep, ale także poznała pewnego mężczyznę. Podczas jednego z wieczornych spotkań ze znajomymi, nasza pionierka architektury wpadła w oko Jeanowi Badoviciemu, projektantowi. I trzeba przyznać, że z wzajemnością. Namiętnie dyskutowali o zbędnych przedmiotach wypełniających wnętrza. Później ta zakochana w sobie dwójka wybierała się na wspólne wyprawy, jadała razem obiady i zwiedzała nieznane zakamarki miasta. Wkrótce ze sobą zamieszkała. Niemal każde ich spojrzenie świadczyło o tym, że poczuli do siebie miętę.


To był ciepły, słoneczny poranek. Eileen obudziła się dość wcześnie, co nie było niczym nowym. Paląc papierosa i wpatrując się w budowle Paryża, usłyszała od swojego partnera propozycję: "Chcę, abyś zaprojektowała nasz mały azyl". Po niedługiej namowie Eileen zgodziła się. Jednak istniał jeden warunek! Dom musiał znajdować się na Lazurowym Wybrzeżu. Jean tylko kiwnął głową.


Para nie czekała zbyt długo. Wspólnie udała się na wycieczkę, aby samodzielnie wybrać dokładne położenie swojego miejsca na ziemi. Tak wyglądały początki budynku E-1027, który otworzył wielu osobom oczy i skradł ich serca. To głównie dzięki niemu Gray została okrzyknięta pionierką modernistycznej architektury.


Zastanawiacie się pewnie, dlaczego tak mało ludzi wie o istnieniu Eileen Gray? Przede wszystkim dlatego, że nasza bohaterka cały czas żyła w cieniu swoich kolegów po fachu. Największy cień rzucał na nią Le Corbusier, który potrafił sprawić jej naprawdę wiele niespodzianek. Sama muszę ze wstydem przyznać, że zupełnie nie znałam tej wybitnej kobiety. Zetknęłam się z jej twórczością dzięki dwóm paniom - Charlotte Malterre - Barthes oraz Zosi Dzierżawskiej. Pani Charlotte jest francuską architektką, która chciała przypomnieć światu o Eileen Gray. Pomogła jej w tym Zosia Dzierżawska. Ilustracje tej pani potrafią zachwycać, uwierzcie mi. Ten żeński duet stworzył cudowną pozycję o tytule "Eileen Gray. Dom pod słońcem". Dzisiejszy komiks kryje w sobie wiele smaczków i niedopowiedzeń. Odkrywanie ich to czysta przyjemność.


Nie zwlekajcie.

Tytuł - Eileen Gray. Dom pod słońcem
Tekst - Charlotte Malterre - Barthes
Ilustracje - Zosia Dzierżawska
Przekład - Jacek Żuławnik
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa, 2019

niedziela, 3 listopada 2019

Balonowa 5 - czyli barwna jedenastka


Sąsiedzi. Z pewnością każdy z Was mieszka pod, nad lub obok osób, które darzy sympatią. Ba!, niekiedy zdarza się, że łączy nas z sąsiadami magiczna więź w postaci prawdziwej przyjaźni. Gramy razem w bierki, jemy lody na patyku, oglądamy horrory lub chodzimy na koncerty. Najczęściej wygłupów również jest co niemiara. Chcecie zajrzeć do mieszkań przy ulicy Balonowej 5? Zegar wybił właśnie kilka minut po siedemnastej. Zadzwońmy pod jedynkę!


Na parterze znajduje się terytorium Myszki. To słynny raper, jest wielbiony i kochany. Właśnie szykuje się do wyjścia. Dopasował już prawie wszystkie części swojej garderoby. Dopina właśnie ostatni guzik. Wisienką na torcie ma być kapelusz. Ale chwila, chwila... Gdzie on może być? Myszka zupełnie nie może sobie przypomnieć, ma pustkę w głowie. Szuka go wszędzie. Może jest za adapterem? Nie! Pod dywanem? Nie! Za ekspresem do kawy? Nie! W cukiernicy? Nie! Między książkami? Nie! W imbryku? Też nie! A w piekarniku? Myszce zniknął uśmiech z twarzy. No to gdzie jest jego kapelusz, jak myślicie?


Zapukajmy do mieszkania numer dwa. Drzwi otworzyła nam Małpa. Wraz ze swoimi lokatorkami piecze ciasto według przepisu z książki kucharskiej o tytule "Małpy w kuchni". Trzeba przyznać, że nasze kucharki narobiły niezłego bałaganu! W żółtej kuchni aż roi się od porozrzucanych składników. Pozwólcie, że przedstawię Wam przepis na wypiek o nazwie Piegowaty Orangutan. "Weź pół kostki masła, rozpuść w rondelku i odstaw do wystygnięcia. Szklankę białek ubij na sztywno ze szklanką cukru. Ostrożnie połącz pianę ze szklanką mąki i szklanką suchego maku. Na koniec dodaj ostudzone masło i...". Właśnie, i co jeszcze?


Dobrze, pobiegnijmy piętro wyżej. Teraz czas na trójeczkę. Mieszka tam Sowa. Ta postać najczęściej kojarzy się nam z mądrością. Dzisiejsza bohaterka nie jest wyjątkiem. Jej dom to wprost kraina książek, łamigłówek i gier planszowych. Na czerwonym stole możemy dostrzec jeszcze gorącą herbatę. W kominku wciąż widać ogień. Jednak Sowy nie ma w domu. W takim razie - gdzie uciekła? Może wyszła na chwilkę do sklepu? Skoczyła do sąsiada na pierogi? A może schowała się w łazience i chce zrobić nam psikusa? Tego nie wiemy.


Czwórkę przejął Kot. Właśnie wygrzewa się na parapecie w promieniach słońca. Jest bardzo ostrożny, bo nagrywa na dyktafonie głosy ptaków. Zerka na nie jednym okiem. Dokładnie nasłuchuje śpiewu dochodzącego z drzew. Fiu, kszt, pli, pąk, pip, kwik, tirli, dik, ćwierk. O nie, co to za przeraźliwy hałas? Od tego jakże donośnego dźwięku trzęsie się cały blok. A tak, to pewnie Hipopotam. O tej porze zazwyczaj rozpoczyna swoją poobiednią drzemkę.


O, odwiedźmy teraz Czarną Panterę pod piątką. To wielki miłośnik kwiatów doniczkowych. Sądzę, że jego serce jest zielone w stu procentach! W tym momencie podlewa swój ulubiony okaz - szeflerę. Robi to z wielką dokładnością i skupieniem. W końcu szaflera jest prezentem urodzinowym od ciotki z Tajwanu. Pantera ma w swoim domu przeraźliwie dużo roślin ze wszystkich kontynentów (zazdroszczę!). Jego fikuśne lilie pływają nawet w wannie. Wśród tej różnorodnej dżungli trudno dostrzec podłogę, uwierzcie mi.


No dobrze, a kto mieszka pod szóstką, siódemką i ósemką? Kogo rzeźbi Pies pod dziewiątką? Jak tańczy Nietoperz pod dziesiątką? Kim jest tajemnicza postać pod jedenastką? Co wydarzy się o godzinie osiemnastej? Jeżeli chcecie lepiej poznać naszych bohaterów, koniecznie sięgnijcie po "Balonową 5" Gosi Herby i Mikołaja Pasińskiego.


Jestem pewna, że znacie wspomniany wcześniej duet, który wspólnie stworzył między innymi "Słonia na Księżycu". Tekst to sprawka pana Mikołaja. Trzeba przyznać, że jest go niewiele, ale pełni niezwykle istotną rolę. Nie brakuje w nim także humoru. Za ilustracje jest odpowiedzialna pani Gosia. Zapewne już zauważyliście, że oglądając "Balonową 5" można porządnie nacieszyć swoje oczy. Ilustratorka postanowiła, że wprowadzi do tej książki troszeczkę zmian. Podczas pracy nad nią porzuciła tablet i sięgnęła po kredki! Muszę przyznać, że bardzo mnie to cieszy.


Szukajcie na księgarnianych półkach oraz w internecie kolorowej i pogodnej okładki! "Balonowa 5" kierowana jest przede wszystkim do dzieci w wieku przedszkolnym, ale starsi czytelnicy również będą mieli niezłą frajdę sięgając po dzisiejszą pozycję. 

Tytuł - Balonowa 5
Tekst - Mikołaj Pasiński
Ilustracje - Gosia Herba
Wydawnictwo Egmont, Warszawa, 2019

niedziela, 20 października 2019

Jak oni pracują 2 - czyli odwiedzając trzydzieści siedem domów i pracowni


Artyści. Indywidualiści. Wolni strzelcy. Freelancerzy. Panie i panowie swojego czasu. Ich szefem jest deadline, a pracą - pasja. Wydaje nam się, że prowadzą lekkie i przyjemne życie, a ich pensje zawierają sporą ilość zer. Wstają około południa, pracują kilka minut, a nocami włóczą się po mieście. To nieprawda. Zazwyczaj są pracoholikami, swoje zawody stawiają na pierwszym miejscu. Często brakuje im drugiej doby. Albo snu.

Zacznijmy od Joanny Karpowicz, malarki i autorki komiksów. Pani Joanna jest uzależniona od światła. Funkcjonuje wraz z jego rytmem. Wstaje dość wcześnie, aby na siódmą być już w pracowni. Z pracą idzie od lewej do prawej, tak jak słońce. Najpierw stoi przy sztaludze, później przenosi się do podniesionego biurka. W okolicach dziesiątej słońce pojawia się także na biurku, więc pani Joanna ląduje jeszcze w innym miejscu. Po południu zabawa w berka się kończy, bo ostre światło przechodzi na drugą stronę domu. Pani Joanna twierdzi, że sport jest ważny dla artysty, więc pływa, biega i spaceruje po lesie. Czasami jeździ też na rowerku stacjonarnym. Podczas tych czynności dokładnie układa swoje ilustracje w głowie. Później gotowe pomysły przenosi na płótno lub papier. Podczas pracy musi się odciąć, nikt nie może się kręcić w jej pracowni. Uwielbia farby akrylowe, natomiast nienawidzi olejnych. Kończy malować zazwyczaj wieczorem. Po tak zwanej brudnej pracy, czekają na nią maile, prysznic i spanko.

Jedną z osób, które zajmują się pisaniem (nie tylko odpisywaniem na maile) jest Anna Dziewit-Meller. Punktualność to jej drugie imię. Umowa głosi, że felieton do tygodnika musi być gotowy na piątek, jednak ona wysyła go już w czwartek. Jeśli z jakiegoś powodu nie zdąży do czwartku, otrzymuje od redaktora wiadomość o treści "czy wszystko w porządku?". O tekście do napisania zaczyna myśleć już w poniedziałek. Niekiedy zdarza się, że inspiracją jest książka przeczytana w weekend albo film obejrzany w niedzielny wieczór. Najtrudniejsze jest znalezienie tematu. Kiedy już jakiś wpadnie do głowy, pani Ania zapisuje go w specjalnym notesie, koniecznie w linie. Zazwyczaj zaczyna swoją pracę około dziewiątej. Tworzy i spotyka się z rozmówcami przez siedem godzin. Ale czasami zdarzają się takie sytuacje, że musi wyjechać na tydzień, aby skończyć książkę.

Odwiedźmy teraz żoliborskie mieszkanie Malwiny Konopackiej - pani od ceramiki i wszystkiego, co się z nią łączy. Pani Malwina wciąż dąży do uproszczenia formy. Obiekty ceramiczne są według niej dobrym tłem dla ilustracji. Od trzech lat zajmuje się wazonami. Niektóre "okazy" liczą ponad sto centymetrów. Różnią się od siebie stylami, kolorami, kształtami i motywami przewodnimi. To rzemiosło z krwi i kości. Pani Malwina niekiedy nawet nie ma czasu, aby wpisać terminy spotkań do kalendarza. To głównie dlatego, że pracuje w domu z Tereską, jej nieco ponad roczną córką. Kiedy ją karmi lub wychodzi na spacer, dokładnie obmyśla swoje projekty. Wie, że gdy usiądzie do komputera będzie miała zaledwie garstkę minut. Podczas pracy manualnej nigdy nie używa ekierek i linijek. Lubi odręczną, nieco krzywą kreskę. Taką, która pokazuje, że dany wazon stworzył człowiek, a nie maszyna.


Sądzę, że Moniki Brodki nie muszę nikomu przedstawiać. Jak wygląda jej dzień bez koncertu? Wokalistka uwielbia spać, dlatego wstaje około dziewiątej. Pobudki o siódmej w wieku szkolnym były dla niej mordęgą (nie dziwię się!). Jednak czasami dwa koty przeszkadzają w wyspaniu się. W domu mobilizacja jest dla pani Moniki bardzo trudna, mało tam tworzy. Dom kojarzy jej się z odpoczynkiem. Mimo tego ma tam pracownię. To mały pokoik wypełniony instrumentami. Gdy pani Monika nie pracuje nad płytą, raczej tam nie zagląda. No dobra, czasami tam sprząta. Mówi, że ma dziwne natręctwa. Na przykład po dłuższej nieobecności w mieszkaniu, zanim jeszcze się rozpakuje, musi mieć czysto. Zdarza się jej także przestawiać meble. Teksty piosenek, które znalazły się na ostatniej płycie powstawały nie w małym pokoiku, a w Los Angeles. Kiedy u nas była zimna, Monika Brodka opalała się na balkonie.

Kojarzycie studio o nazwie Tartaruga? Jedną z dwóch dziewczyn, które go tworzą jest Wiktoria Podolec. Pani Wiktoria nastawia sobie budzik na raczej wczesną godzinę. Kiedy wstaje późno, ma wrażenie, że zmarnowała kawałek swojego dnia. Sprawdza maile, je śniadanie i pije herbatę z miodem i dużą ilością cytyny - to jej rytuał. Cały czas obiecuje sobie, że będzie w pracowni o dziewiątej, ale zazwyczaj zaczyna pracę o dziesiątej. Podczas drogi z domu do pracowni szaleje w parku z suczką Bajką, z którą spędza praktycznie cały dzień. Studiowała wzornictwo. Właśnie tam wraz z koleżanką Jadzią zainteresowały się kilimami. Jak się to robi? Najpierw trzeba przygotować osnowę. To najważniejsza część tkaniny. Na jeden kilim o szerokości stu centymetrów przypada dwieście nitek osnowy. Każdą nitkę trzeba przeciągnąć przez odpowiadającą jej szczelinę w grzebieniu tkackim. Później następuje jeszcze kilka czasochłonnych etapów. Cały proces trwa około trzech dni. I po tym wszystkim można przystąpić do tkania. Oczywiście to słowa pani Wiktorii, nie myślcie sobie, że jestem taka mądra. Trudno mi uwierzyć w to, że jeden dywanik zajmuje kilka tygodni pracy! Strasznie długo. Współczuję dłoniom pani Wiktorii.

Przeniesiemy się teraz do domu Dawida Ryskiego w Puławach. Po siedmiu latach pracy w warszawskim banku pan Dawid postanowił rozpocząć karierę ilustratora na pełen etat. A nawet na dwa etaty. Rysowanie w domu nie sprzyja pracy w określonych godzinach. Zawsze znajdzie się chwila, żeby odpisać klientom, nanieść poprawki czy też rozpocząć szkic nowej ilustracji. Szkic oczywiście na tablecie, bo pan Dawid już jakiś czas temu odstawił metody analogowe. Aktualnie najwięcej robi plakatów, chociaż i tak mniej niż dwa lata temu. To prawdziwy pracoholik. Posiada jeszcze drugą pasję - granie na perkusji. Czyli do rysowania dochodzą jeszcze próby. Pan Dawid przyznaje, że ma bardzo wyrozumiałą żonę. Pani Anula odgania od niego synów, gdy pracuje. No tak - wsparcie przede wszystkim.

"Jak oni pracują 2" (bo o tej książce dzisiaj mowa) to kontynuacja rozmów Agaty Napiórskiej z polskimi twórcami. Ja jestem znana z tego, że kocham wywiady, więc ta pozycja idealnie trafiła w moje gusta! Rozmówcami pani Agaty są: Katarzyna Kozyra, Barbara Falender, Agata Bogacka, Marcin Wicha, Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Joanna Karpowicz, Mirella von Chrupek, Maurycy Gomulicki, Wojciech Chmielarz, Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Justyna Bednarek, Tomek Samojlik, Jacek Hugo-Bader, Angelika Kuźniak, Tadeusz Baranowski, Olga Wróbel i Daniel Chmielewski, Natalia Fiedorczuk-Cieślak, Olga Drenda, Alicja Długołęcka, Janusz Kapusta, Monika Brodka, Paulina Przybysz, Marcin Masecki, Wiktoria Podolec, Marcin Podolec, Ewa Bińczyk, Lidia Popiel, Jagoda Szelc, Dawid Ryski, Emilia Dziubak, Justyna Bargielska, Ania Kuczyńska, Marta Dymek, Zygmunt Miłoszewski. To łącznie trzydzieści siedem osób. Zacna gromadka!

Pędźcie do księgarń 30 października! Uwierzcie młodej czytelniczce - warto!

Tytuł - Jak oni pracują 2
Pytania - Agata Napiórska
Rozmówcy - Katarzyna Kozyra, Barbara Falender, Agata Bogacka, Marcin Wicha, Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Joanna Karpowicz, Mirella von Chrupek, Maurycy Gomulicki, Wojciech Chmielarz, Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Justyna Bednarek, Tomek Samojlik, Jacek Hugo-Bader, Angelika Kuźniak, Tadeusz Baranowski, Olga Wróbel i Daniel Chmielewski, Natalia Fiedorczuk-Cieślak, Olga Drenda, Alicja Długołęcka, Janusz Kapusta, Monika Brodka, Paulina Przybysz, Marcin Masecki, Wiktoria Podolec, Marcin Podolec, Ewa Bińczyk, Lidia Popiel, Jagoda Szelc, Dawid Ryski, Emilia Dziubak, Justyna Bargielska, Ania Kuczyńska, Marta Dymek, Zygmunt Miłoszewski
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa, 2019

niedziela, 6 października 2019

Projekt Rośliny - czyli chodźmy w zieleń


Należycie do grupy tych ludzi, którzy nie do końca potrafią odpowiednio troszczyć się o rośliny? Jesteście przekonani, że zielone okazy już na Wasz widok tracą swoją barwę i wdzięk? Myślicie, że "nie macie ręki do kwiatów"? W takim razie muszę Was uspokoić. Najpierw obalmy pewien mit. "Ręka do kwiatów" nie istnieje. Osoby kochające kwiaty (i z wzajemnością) po prostu mają na ich temat sporą wiedzę i dokładnie znają ich potrzeby. Być może zrujnowałam teraz wymówkę roślinnych leniuchów, wybaczcie. Ale dzisiaj nadchodzę z zielonymi radami! Zapraszam do małej dżungli ukrytej na kartach papieru.


Wchodząc do pomieszczenia zupełnie pozbawionego roślinnego akcentu wielu z nas odczuwa pewną pustkę. Nauka potwierdza, że zieloni przyjaciele pomagają się nam zrelaksować, tworzą harmonię w pokoju i znacząco wpływają na jakość powietrza. Może się wydawać, że pielęgnacja roślin jest skomplikowana i trudna. Jednak to nieprawda. Wystarczy poświecić naszym podopiecznym kilka minut dziennie. Podczas kupowania danej rośliny bierzemy na siebie pewnego rodzaju odpowiedzialność. Musimy pamiętać, że to także istota żywa. Rodzi się, dojrzewa, przeżywa dorosłość (później starość) i umiera. Warunki domowe nie są jej naturalnym środowiskiem, więc nie potrafi samodzielnie funkcjonować. Dlatego trzeba jej pomagać!


Pomocą jest między innymi sprawdzanie jakości podłoża. Często nie zwracamy uwagi na to, czego nie widać nad doniczką. Okazuje się, że nie do każdej rośliny nadaje się ziemia uniwersalna, co troszkę mnie zaskoczyło. Jednak samodzielnie możemy stworzyć jej odpowiedni rodzaj. Na przykład monstera uwielbia lekką i przewiewną glebę. Dlatego idealną mieszanką dla niej jest ziemia uniwersalna z podłożem torfowym. Ważne są także doniczki - najlepiej takie z dziurką i podstawkiem. Jednak jeśli posiadamy tylko osłonkę, z łatwością można rozwiązać ten problem. Wtedy należy wsypać odpowiednią ilość kremzytu na dno doniczki. Nadmiar wody zbiera się pod malutkimi kamyczkami, a nie wsiąka w glebę.


Jedną z najważniejszych rzeczy przy uprawie roślin jest oczywiście podlewanie. Roślina może dostosować się do różnych, niekiedy naprawdę trudnych, warunków, jednak bez wody po prostu umrze. Niestety niełatwo stwierdzić, ile dokładnie potrzebuje swojego napoju. Trzeba bacznie przyglądać się jej funkcjonowaniu. Tempie wchłaniania się wody do gleby, zmianom koloru i kondycji liści oraz łodygi. Wiele gatunków wymaga też częstego zraszania liści (a ja robiłam to bardzo rzadko, przyznaję się!). Raz na jakiś czas należy przetrzeć liściaste stwory wilgotną gąbką lub delikatną szmatką, a kaktusy i sukulenty - pędzelkiem z naturalnego włosia. Musimy też mieć świadomość tego, że nie każda woda jest dobra. Niekiedy ta z sieci miejskiej jest zbyt twarda, ponieważ zawiera dużo soli i wapnia. Podlewając rośliny taką wodą narobimy im kłopotów i nieźle oszpecić liście białymi plamami.


Odpowiednie stanowisko - akurat to nie przysparza wielkiego problemu opiekunom roślin. Jeśli mamy informację na temat pochodzenia zielonych organizmów, można łatwo wywnioskować, ile słońca potrzebują. Jednak wcale nie trzeba panikować, jeśli nie mamy takiej wiedzy. Zawsze na pierwszym miejscu jest obserwacja. Jeśli zauważymy, że roślina marnieje, opadają jej liście, nie wolno zwlekać! Od razu należy przenieść ją na inne miejsce. Ale znany jest przypadek begonii (ten gatunek uwielbia słońce), która pięknie rosła w zacienionym pokoju. To dowód na to, że zielone organizmy potrafią zaskakiwać.


Wyjazdy, wyjazdy, wyjazdy. Podczas różnych podróży należy zadbać o podlewanie. Najczęściej prosimy bliskich o odwiedziny i podlanie roślin w czasie naszej nieobecności, jednak istnieją też inne rozwiązania. Metoda butelkowa polega na wsadzeniu jednego końca sznurka do butelki z wodą, a drugiego - do ziemi na głębokość około dwóch centymetrów. Sznurek automatycznie sam będzie pobierał odpowiednią ilość wody. Powszechnie znane są jeszcze metoda kuli oraz metoda na zlewie. Ale umówmy się, że ich nie ujawnię.

Przeskoczymy choroby oraz szkodniki i odwiedźmy "słoneczne" okazy, czyli takie, które uwielbiają się opalać i kąpać w słońcu. Eszeweria ma ponad 150 gatunków. Starzec Herreiana to zielony sznur pereł.  Strelicja królewska jest kuzynką bananowca. Niestety, trzeba czekać nawet do sześciu lat, aby strelicja pokazała swoje kolorowe kwiatuszki. Kluzja różowa pochodzi z tropikalnych terenów Ameryki Północnej. Wszyscy wiedzą, że kaktusy uwielbiają słońce! Są idealnym rozwiązaniem dla zapominalskich. Przejdźmy do "rozproszonych", czyli roślin, które nie lubią bezpośredniego słońca i całkowitego cienia. To na przykład pilea peperomiowata, potocznie nazywana "pieniążkiem". Fatsja japońska zniesie wszystkie błędy pielęgnacyjne i urośnie nawet do dwóch metrów! Rypsalis przypomina zieloną czuprynę... A teraz czas na "cieniolubnych". Monstera dziurawa jest absolutną faworytką. Araukaria wyniosła była kiedyś popularna jako drzewko ogrodowe, jednak teraz stała się rośliną doniczkową. Za to zanokcica gniazdowa to jeden z gatunków paproci, ale znacznie różni się od innych. Ma sprężyste i jasnozielone liście, które mogą liczyć ponad metr.


W dzisiejszej pozycji, którą jest "Projekt Rośliny" pojawiają się także rozmowy z roślinnymi adoratorami. Znalazł się tam między innymi krótki wywiad z Martą Szymczak. Pani Marta kolekcjonuje rośliny. Często dostaje je od znajomych albo kupuje w hurtowniach. Czasami przygarnia umierające okazy, aby je uratować. Jest znana z tego, że... wyskakuje z roślinami pod prysznic. Większość jej podopiecznych dobrze reaguje na wilgoć, więc co kilka dni funduje im trochę pary. Oprócz tego często je rozmnaża i rozdaje. Jej kwiaty chyba nigdy się nie nudzą!


Kojarzycie może Beatę Małyską i Remka Zawadzkiego? Tworzą profil na instagramie @warsawjumgle, który obserwuję od kilkunastu miesięcy. Pokazują tam swoją dżunglę, którą stworzyli w samym środku Warszawy. Ich zielone mieszkanie jest dla nich schronieniem przed nadmierną dynamiką miasta. Oboje miłość do roślin wyssali z mlekiem matki. Teraz coraz częściej szukają mało spotykanych gatunków. W szczególności pani Beata wyszukuje perełek. W rozmowie wspominają też, że kiedy przychodzi moda na daną roślinę, jej cena jest wystrzelona w kosmos. Więc warto szukać okazów zgodnych ze swoim gustem, a niekoniecznie z modą.


A znacie Hekla Studio? Jego współzałożycielką jest Monika Proniewska. To graficzka i teoretyczka kultury wizualnej. Wykorzystuje rośliny w swojej pracy. Pokochała je w wieku kilku lat. Wtedy dorwała też książkę o ich pielęgnacji. Podczas dojrzewania i nastoletniego buntu rośliny zeszły na drugi plan, lecz na studiach znów powróciły. Panią Monikę zafascynowały ich forma, kształt, zapach. Oprócz tego odprężają nawożenie. Zdarza się jej odwiedzać różne spotkania pasjonatów roślin - zawsze dowie się tam o ciekawych, zielonych nowinkach, ale też niezbędnych radach.


Najczęściej jest tak, że czytamy książki z przyjemności albo z przymusu. Do przeczytania "Projektu Rośliny" zmusiła mnie moja monstera, która zaczęła opadać w bardzo niepokojący sposób. Niefajnie, że dotyka liśćmi podłogi, ale superaśnie, że mnie zmusiła! Już teraz wiem, co z nią zrobię! To oczywiście dzięki dwóm dziewczynom - wielbicielkom zwierząt, tańca analogów i kuchni roślinnej. Weronika Muszkieta oraz Ola Sieńko - to one. Niezwykła relacja między roślinami i naszymi paniami rozpoczęła się od wizyty w ogrodzie botanicznym i coś czuję, że nieprędko się zakończy. Weronika i Ola prowadzą też kwiaciarnię we Wrocławiu i sprowadzają tam piękne okazy!

No dobrze, to już wiecie, jak ozdobicie swój salon?

Tytuł - Projekt Rośliny
Tekst - Weronika Muszkieta i Ola Sieńko
Zdjęcia - Agata Piątkowska, Michał Sierakowski, Projekt Rośliny
Wydawnictwo Buchmann, Warszawa, 2018

niedziela, 22 września 2019

Wyroby - czyli urok w rzeczy samej


Wyroby. Durnostojki. Gównidełka. Zbieracze kurzu. Przydasie. Samoróbki. Pierdółki. Założę się, że każdy człowiek na tej planecie ma choć kilka niepotrzebnych przedmiotów. Takich, które zostały zakupione z właściwie niewiadomego powodu. Można je spotkać na targach, jarmarkach, w kioskach. Najczęściej są wykonane za pomocą rąk. Powstają z nudy, nagłej potrzeby lub dla ozdoby - ten argument można usłyszeć bardzo często. 

Moje dzieciństwo (które wciąż trwa) przypadło na czasy braku oryginalności, wiecznych powtórzeń i naśladowań. Nosimy identyczne buty i ubrania. Wnętrza domów i mieszkań są do siebie bardzo podobne. Nasze półki zdobią przedmioty masowej produkcji, zakupione w hegemonach. Osoby, które trzymają na półkach kartki z kotkami, malutkie grzybki muchomorki i Kaczory Donaldy są zazwyczaj nieco starszej daty. Możliwe, że na ich ścianach wiszą reprodukcje obrazów z płaczącym chłopcem. W Wielkiej Brytanii do dzisiaj krąży pewnego rodzaju ploteczka o klątwie nad tymi właśnie ilustracjami. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku pewna brytyjska prasa napisała o pożarze domu, z którego ocalał jedynie portret płaczącego chłopca. Strażacy mówili, że to nie jedyny przypadek i bardzo często znajdowali słynne reprodukcje w ruinach spalonych domów. Ludzie niechętnie się ich pozbywali, bojąc się o własne życie. A magazyny podsycały emocje, publikując nowe notki o związkach pożarów i smutnych portretów. 


Wyjdźmy teraz na świeże powietrze. W wielu ogródkach można zauważyć łabędzie z opon. Niektóre osoby myślą, że to "polska tandeta" i o jej stworzenie osądzają Adama Słodowego. Jednak nie jest to prawdą. Łabędź z opon pochodzi z Australii. Pierwotny wyrób ma nieco inne pióra i szyję, więc można stwierdzić, że jest kuzynem naszego gumowego zwierzaka. Amerykański brat łabędzia to różowy flaming. On także czasami pojawia się w polskich ogrodach. Jednak między łabędziem a flamingiem istnieje pewna różnica. Ten pierwszy jest ozdobą stworzoną własnymi dłońmi. Jej wykonanie to powód do dumy. Natomiast drugi pochodzi ze sklepu, jest wyprodukowany w fabryce. Brakuje w nim duszy, nierównych piór i nieco krzywych oczu. 


Innymi, niezwykle często spotykanymi, gośćmi ogródków są grzybki i krasnoludki. Największy krasnal świata nosi imię Soluś. Znajduje się w Nowej Soli, stolicy dekoracji ogrodowych. Mieszkańcy tej miejscowości kochają nadmiar i absolutnie wszystkie durnostojki. Bo przecież samotny grzyb będzie smutny, trzeba mu zrobić całą familię! Najlepiej taką, która rzuci się w oczy wszystkim spacerowiczom. Dlatego krwisto czerwone kapelusze z ogromną ilością białych kropek to już chyba tradycja. Pod owymi kapeluszami schowane są skrzaty - z przerażającymi uśmiechami, rozmazanymi źrenicami i kolorowymi kubraczkami. 


Ogrodowym dekoracjom towarzyszą również żywe zwierzęta. Psy. Tabliczki na ogrodzeniach ostrzegają przechodniów, że tuż za płotem znajduje się "zły pies". Ale niektórzy chcą się wyróżniać, więc wymyślają własne informacje. Pięknie wykaligrafowane, z zawijasami i kolorowym tłem. "Wchodzisz na własną odpowiedzialność", "Zły pies, a gospodarz jeszcze gorszy", "Uwaga, dobry pies - gryzie", "Nieproszeni goście zostaną pożarci". Jednak czasami takie tabliczki nabierają zupełnie innego charakteru. "Tego domu pilnuje york", "Witaj, hau, hau", "Tu mieszka najbardziej rozpuszczony labrador ja świecie". Wtedy napisom towarzyszą zdjęcia bądź ilustracje słodkich pyszczków, a my mamy ochotę postawić swoją stopę na posiadłości obcego człowieka i pobawić się z jego przyjacielem. 

Dobrze, na zewnątrz zrobiło się już troszkę chłodno, więc wróćmy z powrotem do środka. Tym razem odwiedzimy Korę Kowalską - kolekcjonerkę. Z wielką ciekawością zajrzymy do jej szuflad. A co tam znajdziemy? Syntetyczne robaki. Misia Miszkę z olimpiady w Moskwie. Podkowy szczęścia. Bolki i Lolki. Stare broszki. Plastikowe resoraki. Pocztówki z kotkami. I bardzo pożądaną przez dzieci zabawkę w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, czyli Brzydką Miki. To polska wersja skaczącej Myszki Miki na trapezie. Od oryginału z zagranicy różni się barwą i bryłą. Charakteryzuje ją odcień czerwieni pomieszany z szarością i nieco niekształtna figura. Zakupiona na targu lub jarmarku przynosiła ogromną radość, a wygrana w loterii - jeszcze większą! Dzieciaki wprost ją uwielbiały, mimo rzucających się w oczy niedoskonałości. 


Przenieśmy się teraz do połowy lat sześćdziesiątych. Wtedy sprzedawcy gitar zanotowali spory zysk, ponieważ młodzież zaczęła namiętnie je kupować i zakładać własne zespoły. Wzorowali się na popularnych wówczas grupach, z The Shadows na czele. Wszystkie puste garaże i podwórka przy domach kultury rozbrzmiewały muzyką. Zespoły nosiły oryginalne nazwy. Przykłady? Bardzo proszę - Kwaśne Mleko, Optymiści, Plastusie, Duchy, Bratki. Koncertowali w niewielkich klubach i na imprezach "dla młodych ludzi". Tylko szczęściarzom udało się trafić na składankową płytę z rytmami nastolatków. Trzy czwarte zespołów kończyło swoją działalność po miesiącach, a nawet tygodniach. 


Wszystkie z wymienionych powyżej rzeczy są wyrobami. Wykonały je osoby z niekoniecznie dobrym gustem i talentem artystycznym. Niegdyś nasze pierdółki przynosiły radochę praktycznie wszystkim. Teraz cieszą się z nich tylko kolekcjonerzy i wielbiciele niezbyt udanego, lecz uroczego, rękodzieła. Do klubu tych adoratorów należy między innymi Olga Drenda, o której głośno teraz w całym kraju. Jej świetnie napisana książka "Wyroby. Pomysłowość wokół nas" zdobyła masę nagród, wyróżnień i nominacji. I w pełni zasłużenie, bo chwytającym za serce zbieraczom kurzu należy się trochę uwagi! 

Odwiedźcie kolekcjonerów, zajrzyjcie przez ploty do ogródków i razem z panią Olgą tropcie polskie klimaty!

Tytuł - Wyroby. Pomysłowość wokół nas
Tekst - Olga Drenda
Wydawnictwo Karakter, Kraków, 2018