sobota, 13 lipca 2019

Sto godzin nocy - ucieczka z niewidocznym światłem w tunelu


No dobra, przyznajcie się - kto z Was nie marzy o wyprawie do Nowego Jorku? Chyba każdy ma ochotę choć raz zawitać w tym jakże różnorodnym i kolosalnym mieście. Nocna spacer uliczkami pełnymi ludzi i świateł znajduje się na długiej liście marzeń zapewne większości z nas. Doskonale znamy to miasto choćby z filmów i książek, jednak w ludziach (również we mnie) wciąż drzemie chęć samodzielnego odkrycia tego miejsca. Dokładnie to czuła Emilia. Gdy tylko przytrafił się sensowny powód ucieczki do Nowego Jorku, nie zastanawiała się zbyt długo.

Emilia December de Wit ma czternaście lat, mamę - wielką artystkę i wielbicielkę sztuki oraz tatę, który jest dyrektorem szkoły, uczy matematyki i kocha obserwować gwiazdy. Kilka dni temu stał się najgorętszym tematem holenderskich ploteczek. Dlaczego? Ponieważ zrobił przeraźliwie głupią i niedojrzałą rzecz. Popełnił błąd, którego nie da się naprawić i wybaczyć. Od tamtej pory anonimowi ludzie z internetu życzą mu śmierci i grożą podpaleniem domu. Emilia już tego nie wytrzymuje. Do czego doprowadził jej tata? Do tego, że jego córka nawet nie może spokojnie przechadzać się na świeżym powietrzu po Amsterdamie. Wtedy Emilia z prędkością światła staje się punktem "O" w okręgu stworzonym przez dziennikarzy. Do głowy przyszedł jej pewien pomysł. Dokładnie go przemyślała. I podjęła decyzję.

Dziewczyna wykupiła lot, wynajęła mieszkanie, wydrukowała odpowiednie godziny i przystanki metra oraz linii tramwajowych. Spakowała się i podkradła tacie kartę płatniczą. Obiecała sobie, że nie zdradzi rodzicom swoich planów. Okłamie ich, że poleciała do znajomej mieszkającej w Niemczech. To znaczy... jeśli się odważy. Gdy zasypia, nie do końca może w to uwierzyć. Jutro poleci do Nowego Jorku! I to zupełnie sama! Jest przekonana, że podoła wielu wyzwaniom oraz problemom, które na nią czekają. W końcu przygotowała się na każdą okazję. Obawia się tylko jednego - będzie musiała spać w obcym łóżku, dotykać wielu dotykanych już przedmiotów i siadać na fotelach w środkach komunikacji miejskiej. To straszne, ponieważ wszędzie są bakterie. A Emilia nienawidzi i trochę boi się właśnie bakterii.

W samolocie nastolatka dostaje wielkiego napadu strachu. Wszystkie pasażerskie oczy skierowane są w jej stronę. Stewardessy oraz lekarz stoją kompletnie nie wiedząc, co należy zrobić. Po jakimś czasie, czyli kilku godzinach, Emilia opanowuje swój lęk. Uf, już za chwile dotrze do Nowego Jorku. Wciąż pływa w uczuciu o nazwie „niedowierzanie”. I ja się temu nie dziwię.


Dziewczyna odbiera swoje bagaże. Czeka ją jeszcze bardzo ważna rozmowa. Rozmowa, która zadecyduje o tym, czy może stać się częścią nowojorskiej układanki. Pani na lotnisku prosi o zgodę rodziców na tutejszy pobyt. Na całe szczęście Emilia się przygotowała. A powód? - pyta kobieta. Oczywiście zwiedzanie - odpowiada Emilia. Cały dialog poszedł pomyślnie. Jednak wiadomo, nie obeszło się bez stresu. Teraz tylko podróż do wynajętego mieszkania i voila! Ale najpierw wizyta w banku. W końcu trzeba wypłacić pieniądze z karty kredytowej taty.

Okazuje się, że naprawdę trudno zorganizować taką wyprawę. Samodzielnie i w wielkiej tajemnicy przed wszystkimi. Emilia zupełnie nie miała pojęcia o tym, że w Ameryce mieszkanie mogą wynajmować tylko i wyłącznie osoby pełnoletnie. Niezły klops. A oprócz tego dziewczyna została oszukana. Pokój, który wynajęła przez internet, wcale nie jest do wynajęcia. Mieszka tam trzyosobowa rodzinka, co oznacza, że mężczyzna z internetu podał fałszywy adres i fałszywe nazwisko. Urodził się wielki problem. Mało tego! On wciąż rośnie. A na dodatek okazało się, że przez Nowy Jork już za kilka dni przejdzie huragan Sandy.

O czym Emilia myślała, kiedy planowała swoją podróż? Przecież wiedziała, że rodzice zaczną jej szukać. Wiedziała, że nie tak łatwo będzie wciskać im kolejne kłamstwa. Wiedziała, że pojawią się problemy, które będą mogli rozwiązać tylko i wyłącznie dorośli. Jednak nie dopuszczała do siebie tych myśli. Postawiła przed nimi ścianę, która została zburzona dopiero po przylocie do Nowego Jorku. Jest zadowolona z jednej rzeczy - z tego, że pokazała tacie, jak bardzo ją skrzywdził.

Pojawiają się Wam pytanie w głowie? O, to świetnie się składa! Jeśli sięgniecie po „Sto godzin nocy”, wszystkie zostaną rozwiane. Książka napisana przez Annę Woltz jest wypełniona emocjami. Czytając ją, budzi się w nas wielki gniew, smutek, a także radość. „Sto godzin nocy” ostrzega przed podejmowaniem pochopnych decyzji. Ale ukazuje również, że niekiedy spontaniczne kroki potrafią przynieść wiele korzyści.

Kiedy byłam jeszcze przed lekturą, straszliwie intrygował mnie tytuł. Być może z Wami jest tak samo. Zaspokójcie swoją ciekawość, to nie takie trudne!

Tytuł - Sto godzin nocy
Tekst - Anna Woltz
Tłumaczenie - Jadwiga Jędryas
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2019

sobota, 6 lipca 2019

Atlas miast Polski - czyli idealna mapa podróży


Wakacje. Dla osób, które mają na karku kilka bądź kilkanaście wiosen, wakacje są czasem na odpoczynek, sen, rozmyślanie... ale przede wszystkim na szaleństwa, przygody i podróże. Również te książkowe, bądź te wprowadzone w czyn dzięki książkom. Pamiętacie może "Atlas miast"? Wycieczki do opisanych tam miejsc byłyby wspaniałe i niezwykle ciekawe, jednak w wielu przypadkach trudne do zrealizowania. Natomiast co powiecie na miasta w Polsce? Iskierki w oczach? No to w drogę!


Pojedziemy pociągiem, dobrze? To wygodniejszy i znacznie bardziej ekonomiczny wybór. Pierwszym przystankiem będzie Koszalin. Jeśli kolor zielony jest bliski Waszemu sercu, idealnie trafiliście. Przeróżne parki i lasy zajmują aż czterdzieści procent powierzchni tego miasta. Co powiecie na wizytę w neogotyckim budynku Poczty Głównej? Trzeba przyznać, że prezentuje się całkiem nieźle. Został wzniesiony w 1884 roku. O, widzicie amfiteatr w oddali? Tuż obok możemy rzucić okiem na rzeźbę "Muzykanci". Za kilka minut będziemy tuż przy Domku Kata. Spokojnie, nie mieszka tam już żaden kat. Obecnie działa tu Teatr Propozycji Dialog. Kat wyniósł się stamtąd już sześć wieków temu. O rany, za chwilkę ucieknie nam pociąg! Już pędzimy! A co z parkiem wodnym i zielonym labiryntem? Hm, nikt nie powiedział, że do Koszalina można przyjechać tylko jeden raz.


Kierunek - Gdańsk. Pogoda dopisuje, więc z pewnością zaliczymy zamoczenie stóp w Morzu Bałtyckim. Przy okazji wejdziemy na latarnię morską w Nowym Porcie. Już prawie koniec wchodzenia! Wiem, to strasznie męczące. Fontanna Neptuna, Dwór Artusa, Zielona Brama, Teatr Miniatura, Dar Pomorza, Krzywy Domek... i słynne molo. Atrakcji tutaj nie brakuje. A może zajrzymy do Galerii Starych Zabawek? Z dokładnością obejrzymy tam eksponaty z lat 1920 - 1989. Musimy jeszcze wstąpić do kawiarni na skosztowanie tortu gdańskiego. To przecież lokalny przysmak! Jednak zostawmy sobie trochę miejsca w brzuchu, gdyż za chwilę powita nas Toruń.


Toruńskie pierniczki? Znane i kochane. Nie musimy podróżować aż do Pizzy, aby ujrzeć Krzywą Wieżę. Toruń także taką posiada. Jest odchylona od pionu o 146 centymetrów. Patrzcie, o tam, po prawej! Pomnik Mikołaja Kopernika. Chodźcie, zrobimy sobie z nim zdjęcie. Cóż za wspaniała ulica! Ulica Podchmurna. Możemy tam dostrzec figurki czytających ludzi. Fajnie, prawda? Ogród zoobotaniczny, Brama Mostowa, ruiny Zamku Krzyżackiego, obserwatorium astronomiczne, Centrum Nowoczesności, ratusz i park Tysiąclecia. A to nie wszystkie miejsca godne uwagi!


Nadszedł czas na Katowice. Punktem obowiązkowym naszej wyprawy jest Galeria Sztuki Współczesnej BWA. Warto sprawdzić także plan wydarzeń Spodka, być może coś Was tam zainteresuje. Wizyta w Filharmonii Śląskiej? Czemu nie. Teatr Śląski, Muzeum Śląskie? Nieopodal znajduje się także Muzeum Najmniejszych Książek Świata. Weźcie ze sobą lupy, bo mogą się przydać. A teraz biegniemy do Centrum Scenografii Polskiej. W planach mamy również odwiedziny Muzeum Historii Komputerów i Informatyki oraz Akademii Muzycznej. Musimy się troszeczkę pospieszyć.


Brak smogu i świeże powietrze? Niemożliwe? A jednak. Bardzo kusząca propozycja. Białystok to Zielone Płuca Polski. Spacer w Białowieskim Parku Narodowym? Ależ oczywiście! Później wstąpimy do Muzeum Historycznego, aby poznać przeszłość miasta. Możemy zerknąć na stare samochody i motocykle. Barokowy Pałac Branickich, Domek Napoleona, Muzeum Rzeźby Alfonsa Karnego - tam także postawimy swoje stopy, bez obaw. Na koniec chwila odpoczynku. W malutkim sklepiku możemy kupić słodki sękacz i skosztować go w przytulnym parku.


A co powiecie na wizytę w Przemyślu? Wierzcie mi, warto to przemyśleć! Rzeka San, piękne wzgórza, klimatyczne kamienice oraz podziemia. Park Krajobrazowy Podgórza Przemyskiego jest jednym z największych parków krajobrazowych w Polsce. Fontanna z niedźwiedzicą i niedźwiedziątkiem już od dłuższego czasu zdobi Rynek Starego Miasta. Wspomniane piętnastowieczne kamienice z pewnością przykują naszą uwagę na dłużej! Wstąpimy także do Muzeum Historii Miasta. No dobra, do Muzeum Dzwonów i Fajek także!


Niestety, muszę się już z Wami pożegnać. Pokazałam Wam zaledwie malutką cząstkę miast przedstawionych w "Atlasie miast Polski". Wysiadam na następnym przystanku. Jednak Wy zostajecie! Pozwólcie, że oddam Was w ręce Anny Rudak (ilustratorki) oraz Anny Garbal (pisarki). Uwierzcie mi - nikt nie oprowadzi Was tak dobrze po interesujących miejscach jak te dwie panie. Do odkrycia zostało Wam jeszcze 25 miast. Szerokiej drogi i miłej zabawy!

Tytuł - Atlas miast Polski
Ilustracje - Anna Rudak
Tekst - Anna Garbal
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa, 2019

sobota, 29 czerwca 2019

Pierwsza zasada punka - czyli coś dla niebieskich irokezów i kręconych blondynek


Lubicie kolendrę i długie sukienki? A może sklepy z winylami i potargane spodnie? Niezależnie od Waszych odpowiedzi, pozwólcie, że zabiorę Was do świata punkrocka. Mimo, że to nie jest mój ulubiony gatunek muzyczny, z wielką przyjemnością pochłonęłam dzisiejszą pozycję. Jestem przekonana, że w Waszym przypadku będzie dokładnie tak samo. Chcecie poznać pierwszą zasadę punka?

Dwunastoletnia Malú, a tak właściwie to María Luisa, ma dwa domy. Pierwszym jest mieszkanie mamy. Drugi to sklep taty. W tym pierwszym w szczególności uwielbia swój pokój. Darzy to miejsce miłymi uczuciami i wiąże z nim mnóstwo wspomnień. Natomiast sklep taty to prawdziwy raj dla muzycznych smakoszy. Dziewczyna czuje się tam najlepiej jak tylko można. Przesłuchiwanie całych stosów płyt to dla niej niezwykle ciekawe zajęcie. Warto dodać, że podobnie jak jej tata, Malú jest punkiem. To właśnie z tatą znalazła wspólny język. To on zawsze, ale to dosłownie zawsze, rozumie jej wybory i decyzje. Jest osobą, której dziewczyna powierza swoje największe tajemnice. Tata docenia ziny tworzone przez Malú oraz jej nieszablonowy styl ubierania się. A przecież potargane spodnie i trampki posklejane taśmą także mogą wyglądać czadowo, prawda? Nie do końca rozumie to mama, która chce, aby jej córka była jej dokładnym odwzorowaniem. Bardzo często mamie włącza się tryb "Super-Meksykanki". Jednak Malú nie czuje w sobie meksykańskiej krwi. Nie chce ubierać się w kolorowe sukienki, obchodzić tamtejszych świąt i jeść kolendry. Wie, że to nie jest zgodne z jej naturą. Kiedy mama zaczyna namawiać bohaterkę do robienia wymienionych rzeczy, nastolatka ma ochotę uciec do taty i zostawić mamę samą z jej meksykańskim charakterem.


Zdarza się, że los podsyła nam niespodzianki. Takim prezencikiem dla Malú oraz jej mamy była przeprowadzka do Chicago. Nie będę ukrywać, że nastolatka nie podskakiwała radośnie z tego powodu. Wręcz przeciwnie. Wypełnił ją smutek. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie będzie mogła odwiedzać już sklepu taty. Nagle jej ukochane miejsce oddaliło się o kilka tysięcy mil. Czuła się drzewem, które zostało wyrwane i przewiezione, jednak bez korzeni. Po przeprowadzce Malú bardzo często dzwoni do taty i relacjonuje przytrafione sytuacje, lecz rozmowy w cztery oczy (sześć, jeśli liczymy psa) są o niebo lepsze.


Nadszedł pierwszy dzień w nowej szkole, czyli to, czego Malú obawiała się najbardziej. Dziewczyna stwierdziła, że dostosuje się do pierwszej zasady punka, która brzmi "bądź sobą". Założyła ubrania charakterystyczne dla swojego stylu. Pomalowała się - brokatowy cień do powiek i eyeliner poszły w ruch. Nie do końca spodobało się to mamie. Ale nastolatka była uparta. Już na pierwszej lekcji okazało się, że złamała regulamin. W szkole panowały bardzo rygorystyczne zasady, jeśli chodzi o wygląd. Szorty, koszulki na ramiączkach, dekolty, kolorowe włosy, makijaż - zabronione. Przkroczenie regulaminu zaowocowało nową znajomością. Malú spotyka pewnego chłopaka z niebieskim irokezem. Ma na imię Joe. Jego mama prowadzi kawiarnię, która była dla Malú miejscem wakacyjnych odwiedziń. Uwielbiała tam przychodzić i wsłuchiwać się w muzykę docierającą do jej uszu. Ale wróćmy do chłopaka. Joe wydawał się być naprawdę miły. Nie wyśmiewał dziewczyny, co niestety sprawiało niektórym wielką satysfakcję. Nie nazywał ją "dziwadłem". To określenie często było kierowane również w jego stronę. Czyżby skończyło się już jedzenie obiadów w samotności?

Nie zdradzę Wam, jak do tego doszło, ale Malú wraz z Joe'm i dwójką innych znajomych zakłada punkowy zespół. Cała czwórka chce walczyć z dyskryminacją i niesprawiedliwością, która opanowała ich szkołę. Nasza bohaterka nie mówi mamie o zespole i próbach. Chce ukryć to chociaż do pierwszego występu. Dlaczego? Ponieważ wie, że zostałaby skrytykowana. Ma jednak wielkie wsparcie w tacie i mamie swojego przyjaciela, która znakomicie ją rozumie i służy pomocą. Prawo do własnego zdania i poglądów jest dla zespołu niezwykle istotne. Dla nauczycieli i dyrektora chyba niekoniecznie. Nadszedł czas, aby to zmienić. I w końcu dojść z mamą do pokojowych stosunków.


Kiedy czytałam "Pierwszą zasadę punka", naprawdę myślałam o tym, że ta pozycja byłaby wspaniałą lekturą szkolną. Z pewnością powinni po nią sięgnąć młodsi czytelnicy, rodzice oraz nauczyciele, o tak! Można powiedzieć, że to tylko zwykłe życie dwunastolatki. Przechodzi okres buntu, nic nadzwyczajnego. Jednak szeroko otwiera oczy i pokonuje swoją nieśmiałość, co również ułatwia jej walkę ze wspomnianą dyskryminacją. Książka pokazuje też, że muzyka potrafi niekiedy nieźle ułatwić życie. I zdecydowanie pomóc w przecięciu się ścieżek dwóch osób.


Celia C. Pérez - autorka - w dzieciństwie była bardzo podobna do Malú. Wyklejała ziny i czuła się odrzucona oraz niezrozumiana. I uwaga! Sylwia Chutnik - tłumaczka - miała dokładnie tak samo. To dzięki tym paniom "Pierwsza zasadę punka" jest tak wyjątkową książką. Myślę, że naprawdę nie macie się nad czym zastanawiać. Miłego czytania!

Tytuł - Pierwsza zasada punka
Tekst i ilustracje - Celia C. Pérez
Przekład - Sylwia Chutnik
Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa, 2019

sobota, 15 czerwca 2019

O psach - czyli węsząc tropy czworonogów


Psy. Całkiem spora gromadka osób sądzi, że są to najukochańsze zwierzęta pod słońcem. Sama tak uważam, dlatego przekonywanie rodziców do adopcji wciąż trwa! Nasze czworonogi od niepamiętnych czasów są obecne w sercach ludzi. I nie tylko w sercach, bo w literaturze także. W takim razie dzisiaj na tapet weźmiemy literaturę z pieskami w środku. No dobra, i na zewnątrz też!

Wspomniane zwierzaki zazwyczaj kojarzą się nam z chodzącym (lub biegającym) szczęściem i masą miłości. Jednak niektórym osobom psy mogą przypominać smutne momenty napotkane w życiu. Przykładem jest pewna kobieta. Kobieta, której bardzo gwałtownie rozsypało się małżeństwo. Niestety, obydwie strony odczuwały, że tego nie da się już uratować. Ale nikt nie miał w sobie tyle siły, aby zakończyć tę codzienną męczarnię. Gdy pewnego dnia kobieta przechadzała się po Warszawie ze smutkiem wymalowanym na twarzy, ujrzała w witrynie sklepowej gumowego, nadmuchanego psa. Od razu pomyślała, że być może trochę zirytuje i trochę rozśmieszy męża, kiedy przyniesie taką rzecz do domu. Pozbawiła niewielkiego sklepiku swojej śmiesznej witryny. Nie została zaskoczona po powrocie do domu. Gumowy, niezbyt urokliwy i rozpadający się pies stał się symbolem nędznego, niezbyt urokliwego i rozpadającego się związku.


Nie będę ukrywała, że powyższa historia jest jedną z moich ulubionych w książce "O psach". Jej autorką jest Weronika Murek, którą spotkałam po raz pierwszy, z czego bardzo się cieszę. Dobrze, a kto z Was kojarzy Andrzeja Stasiuka? Nie oszukujmy się, osoby, która nie kojarzy tego pana najprawdopodobniej możemy szukać ze świecą. Pan Andrzej jest otwarty na każdą psią przyjaźń. Zupełnie nie wie, jak to się dzieje, ale cały czas towarzyszą mu psy. Nie jeździ po nie do schroniska, ani nie kupuje ich w sklepach zoologicznych (mimochodem przypomnę - adoptujcie, nie kupujcie!). Już sam nie pamięta, ile psów znajdowało się pod jego dachem. Pierwsza opisana w książce parka to Mufka i Sybir. Mufka była niezwykle sprytna i zwinna - półtorametrowy płot przeskakiwała z wielką lekkością. Sybir musiał się nieco bardziej namęczyć, ponieważ podskoki nie przychodziły mu tak łatwo. Obydwa pieski zmykały razem do lasu. Zawsze wracały. Ale jak wszystkim wiadomo, zawsze nadchodzi koniec (przepraszam, rzuciłam teraz chyba najbardziej prozaicznym zdaniem). Stan na rok dwa tysiące osiemnasty wynosi, że panu Andrzejowi towarzyszą trzy psy - Cujka, Lubka i Mużin. Po drodze oczywiście pojawiło się jeszcze kilka, lecz to zostawię do samodzielnego odkrycia. Cujka, Lubka i Mużin - średniej wielkości, łaciate, niezbyt skoczne i jakże kochane!


Miłość do psa jest miłością bezgraniczną i wciąż niemożliwą do dokładnego opisania. Udowodniła to także Wioletta Grzegorzewska, która zakochana w pewnym piesku postanowiła go przygarnąć - mimo braku zgody osoby wynajmującej dom, słabej pozycji finansowej i kompletnego braku czasu. Jednak nie pożałowała swojej decyzji. Przekonała się na własnej skórze o tym, że psu można zdradzić każdą tajemnicę i o tym, że pies jest naszym najlepszym przyjacielem (no nie, znowu banał!), nawet jeśli raz na jakiś czas stracimy ulubione kapcie i po przyjściu do domu zastaniemy przewrócone krzesła.


W dzisiejszej książce znajduje się sześć opowieści, których autorami są: Michał Cichy, Wioletta Grzegorzewska, Weronika Murek, Patrycja Pustkowiak, Andrzej Stasiuk oraz Krzysztof Varga. Niektóre z nich to prawdziwe historie, żywcem wyjęte z życia pisarzy, natomiast niektóre to czysta fikcja. Niekiedy nasi czworonożni bohaterowie są metaforą bądź symbolem (tak jak u Weroniki Murek), a niekiedy przeuroczą istotą biegającą po podwórku (tak jak u Andrzeja Stasiuka). Ale jedno jest pewne - w każdym opowiadaniu odgrywają istotną rolę!


Muszę również zaznaczyć, że "O psach" została zilustrowana przez Olę Niepsuj, która mocno postawiła swoją stopę w świecie wyśmienitych kresek. Pozycja kryje w sobie sześć nieszablonowych rysunków. Już po okładce wiadomo, że to właśnie pani Ola wzięła się za szkice, wycinanki i rysunki do tej książki. I nie chodzi mi tutaj o podpis! Każda z ilustracji jest tak Niepsujowa, że już bardziej być nie może!

Wszyscy psiarze i psiarze "wannabe"! "O psach" to rzecz, którą po prostu musicie mieć! A przy okazji wspomnę, że powstała także pozycja-bliźniaczka zatytułowana "O kotach", o której możecie przeczytac tutaj. Kociarze, bez obaw - są także teksty i ilustracje kierowane właśnie do Was!

Tytuł - O psach
Tekst - Michał Cichy, Wioletta Grzegorzewska, Weronika Murek, Patrycja Pustkowiak, Andrzej Stasiuk, Krzysztof Varga
Ilustracje - Ola Niepsuj
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2018

sobota, 1 czerwca 2019

Encyklopedia Wczesnej Ziemi - czyli baśniowa wędrówka przez śnieg i fale


Możliwe, że niektóre osoby dostrzegły, że książki typu fantasy to zupełnie nie moja bajka. Jakoś wciąż nie pociągają mnie tematy magii, zwierząt decydujących o losach świata, czy też znikających czarownic. Jednak istnieją wyjątki. "Encyklopedia Wczesnej Ziemi" może nie do końca wpisuje się we wspomniany gatunek, ale śmiało można stwierdzić, że się o niego ociera. Dobra, lecimy do świata mitów i legend!


Zacznijmy od Trzech Sióstr z Letniej Wyspy. Większość osób posiadających rodzeństwo z pewnością może potwierdzić, że w takiej relacji pojawia się sporo kłótni. Nie wiem, od czego to zależy, ale czasami trudno przeżyć choć jeden dzień bez ostrej wymiany zdań. W Krainie Nord, miejscu nietopniejącego śniegu i ciągłego mrozu, żyły trzy siostry. Ich imiona można przetłumaczyć mniej więcej tak: Mewie Skrzydło, Rzeczna Trzcina i Pierwszy Śnieg. Już dorosłe kobiety chciały spędzać ze sobą jak najwięcej czasu. Oprócz siebie nawzajem, kochały również rywalizację. Nawet zwykłe rękawice potrafiły być powodem do kłótni. Podczas wspólnej pracy przy brzegu Niebiańskiego Jeziora, spostrzegły opuszczone dziecko zawinięte w chusty. Miały dobre serduszka, więc postanowiły je przygarnąć oraz wychować.


Pochodzenie małego chłopca było tajemnicą. Mimo tego każda z sióstr traktowała go jak własnego syna. I tutaj zaczynały się schody. Jedno dziecko, trzy zupełnie odmienne zasady wychowania. Siostry postanowiły poprosić miejscowego Znachora o podzielenie chłopca na trzy części. Jednak starszy mężczyzna rozegrał to w nieco inny sposób. Stworzył z jednej osoby trójkę ludzi. Był tylko jeden warunek - trzech chłopców nie może się spotkać w dzieciństwie. Groziłoby to ich połączeniem się w jedno ciało, a tego kobiety nie chciały. Każda z nich przeprowadziła się w inne miejsce. Nawet po kilku dniach przeokropnie za sobą tęskniły. Nie były szczęśliwymi matkami. I nie miały szczęśliwych dzieci.


Nordowie posiadają wiele tradycji. Jedną z nich jest opuszczenie domu na noc w wieku trzynastu lat. Nasi bohaterowie nie uciekli od tejże tradycji - wyruszyli w podróż w swoich łódkach. Tej nocy trzy siostry nareszcie mogły się spotkać. Jednak stało się coś, czego się obawiały. Ich synowie spotkali się. Nie wiedzieli, dlaczego ciągnie ich do siebie nieznane dotąd uczucie. Przytulili się i połączyli. Znów stanowili jedno ciało. Z początku naszemu, już jednemu, bohaterowi było bardzo ciężko. Nie do końca potrafił zrozumieć swój organizm. Jednak z każdym dniem było coraz lepiej. Czuł tylko, że brakuje cząstki jego duszy. Skierował się ze swoim problemem do Znachora. Ten przyznał się, że faktycznie, to jego błąd - zgubił ową część przy rozdzielaniu go na trzy osoby. Zdradził, że znajduje się ona na drugim biegunie.


Już nie jako chłopiec, a mężczyzna, znał praktycznie wszystkie historie swojego ludu, czyli Nordów. Dlatego też został Gawędziarzem. Podczas swojej wyprawy na Biegun Południowy spotykał wiele osób. Ba, plemion! Dotarł między innymi do Brytniarki. Mieszkańcy tegoż miejsca chcieli go potraktować bardzo okrutnie. Kiedy usłyszeli, że Gawędziarz nie jest jednym z Halów (z którymi mieli ogromny konflikt) i ma im do zaoferowania sporo opowieści, zgodzili się na to, aby mógł z nimi przebywać. Snuł wiele historii na temat Krainy Nord. Opowiadał o jasności trwającej ponad trzy miesiące. O Morzu, które można wtedy zobaczyć w stanie ciekłym. O lasach i polowaniach. Ale również o surowych zimach i zamarzaniu z chłodu. Bardzo zaciekawiło to mieszkańców Brytniarki. Oni także odwdzięczyli mu się swoimi opowieściami. Gawędziarz przeżył z nimi wiele przygód, zarówno tych miłych, jak i niezbyt przyjemnych. Ale nie mógł tutaj zostać na dłużej. Musiał wrócić do poszukiwań cząstki swojej duszy.


Bujanie wśród fal nie było jego ulubionym zajęciem. Dlatego gdy trafił na ląd, ucieszył się. Tym razem odwiedził Migdal Bavel. Tam również spotkały go przyżycia, które nie należą do tych cukierkowych. Ale uwaga, ja już zamilknę, jeśli chodzi o treść książki! Pff, treść i ilustracje, bo to przecież komiks. No dobra, chyba nie będzie dla Was zaskoczeniem fakt, że Gawędziarz znalazł tak długo poszukiwaną część. Jednak najprawdopodobniej nawet nie podejrzewacie, czym mogła ona być. Ja byłam zaskoczona. I zresztą nie tylko zaskoczona.


Warto także zaznaczyć, że w "Encyklopedii Wczesnej Ziemi" pojawiają się dwie narracje. Jedna dotyczy oczywiście naszego bohatera, natomiast druga - Ptakoluda i jego dzieci. Ptakolud jest bogiem, który ma wpływ na życie wszystkich ludzi. I nie jest to typ o dobrym serduszku i mądrej głowie. Akurat tak się składa, że jego dzieci posiadają większą inteligencję, a w szczególności dziewczyna - Dziecina! To chyba jasne, że młodsi osobnicy powinni władać światem, prawda?


Dzisiejszy komiks jest prawdziwą ucztą, zarówno dla oczu, duszy jak i głowy. I choć może się Wam wydawać, że zdradziłam bardzo dużo treści, bądźcie spokojni. To dopiero okruszek całości. Isabel Greenberg świetnie przedstawiła opisane historie. Można wyciągać z nich bardzo dużo morałów. Opowieści o szamanach, plemionach i Gawędziarzu bez trudu można przełożyć na nasze codzienne życie. A historia o miłości, którą zostawiłam do samodzielnego odkrycia, jest znakomicie przemyślana. "Encyklopedia Wczesnej Ziemi" wzbudziła we mnie wiele skrajnych emocji. Namawiam Was, abyście również zanurzyli się w tą baśniową historię. Dajcie się jej ponieść niczym Gawędziarz morskim falom!

Tytuł - Encyklopedii Wczesnej Ziemi
Tekst i ilustracje - Isabel Greenberg
Przekład - Łukasz Buchalski
Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa, 2019

sobota, 11 maja 2019

Rok, w którym nauczyłam się kłamać - czyli zwrot akcji w mig kamienia


Tytuł może zaintrygować. I tak było w moim przypadku, był jednym z czynników, dzięki którym wiedziałam, że to może być ciekawa pozycja. I jak się okazało, nie myliłam się. Z książkową intuicją jest tak, że rzadko wyprowadza na manowce. No dobrze, cofnijmy się w czasie. Przenieśmy się do roku 1943. Moim pierwszym skojarzeniem z tą datą jest wojna. Jednak to nie główny wątek naszej lektury. Dwunastoletnia Annabelle mieszka w niewielkiej wsi wraz ze swoją familią - braćmi Henrym i Jamesem, rodzicami, babcią i dziadkiem oraz ciotką Lily. Jej życie polega na szkolnych i gospodarczych rytuałach. Rano, po śniadaniu przygotowanym przez mamę, pokonuje Wilczy Jar, czyli drogę prowadzącą do szkoły. Lubi tam chodzić, bo wie, że każdego dnia przyswoi kompletnie nową porcję wiedzy. Przyjazne były także przerwy spędzane na świeżym powietrzu razem z Ruth, z którą Annabelle dzieli też swoją ławkę. Ruth jest najmilszą i najspokojniejszą dziewczynką, jaką nasza bohaterka kiedykolwiek poznała.

Jej kompletnym przeciwieństwo to ciut starsza Betty. Sieje postrach w całej szkole od chwili, w której przekroczyła jej próg. Niegdyś mieszkała w mieście, jednak mama zdecydowała, że jej córka przeprowadzi się do dziadków na wieś. To przez nieposłuszeństwo. Nie zaprzeczę temu, że wyjazd wcale Betty nie odmienił. Pech chciał, aby dziewczyna usiadła akurat w ławce przed Annabelle, przez co Annabelle miała nogi pokłute ołówkiem i włosy oblepione przeżutym papierem. Skargi nie były zgodne z jej naturą. I tak cieszyła się, że to nie Ruth doznaje tych nieprzyjemnych sytuacji, ponieważ jest ona znacznie delikatniejsza.


Powroty do domu zawsze były magiczne dla naszej bohaterki. Nigdzie nie musiała się spieszyć, miała czas na przypatrywanie się naturze i króciutki spacer. Jednak opisywany powrót do takich nie należał. Na skraju Wilczego Jaru czekała na nią Betty, która znalazła powód, aby ją zastraszyć. Zażądała, aby dziewczyna przyniosła jej jakąś cenną rzecz już jutro. Jeśli tego nie zrobi, jej bracia zostaną obrzuceni kamieniami, a ona sama poczuje ból uderzenia kijem. Annabelle bardzo się wystraszyła. Nie chciała martwić rodziców zachowaniem Betty. Stwierdziła, że jutro coś jej przyniesie, ale później już nie da się zastraszyć. Problem polegał na tym, że rodzina bohaterki nie była zbyt bogata. Dziewczyna miała w pokoju zaledwie kilka przedmiotów. Podarowała swojej "koleżance" drobną monetę, centówkę. Jednak dla niej było to za mało. Annabelle doznała ogromnego bólu - Betty trafiła kijem w jej biodro z ogromną siłą.

Dwunastolatka postanowiła, że to ostatnia tego typu sytuacja. Jeśli się powtórzy, powie o tym rodzicom. Kilka stron później Annabelle spotkała Toby'iego - włóczęgę, który zamieszkał w opuszczonej wędzarni nieopodal jej domu. Mężczyzna nie wyglądał zbyt sympatycznie. Trzy karabiny noszone na plecach, ciemne, zaniedbane ubrania i długa broda nie dodawały uroku. Większość osób bała się Toby'iego. Jednak nie Annabelle i jej mama. Obie przynosiły mu jedzenie i nie przypisywały nadzwyczaj niebezpiecznych historii jego bliznom, co robili inni mieszkańcy wsi. Toby oddał dziewczynie dobrze jej znaną centowkę. Ale czy to oznacza, że był świadkiem pobicia?

Betty z każdym dniem stawała się coraz bardziej podejrzana. Codziennie znikała na przerwach między lekcjami razem ze swoim kolegą Andy'm. Nikt nie wiedział, gdzie wtedy przebywali. Pewnego dnia, właśnie podczas przerwy, pan Ansel, znajomy bohaterki, którego darzyła miłym uczuciem, odwiedził dzieciaki oraz nauczycielkę, panią Taylor. Podjechał swoim wozem ciągniętym przez siwe konie. Zupełnie nie przeszkadzało jej, że jest Niemcem - przecież wojna wcale nie była jego winą. Z przyjemnością z nim gawędziła. Podczas rozmowy, dostrzegła lecący kamień. Kamień, który trafiłby wprost w głowę pana Ansela. Ale nie tak potoczyły się wydarzenia. Kamień znalazł się w oku Ruth. Na podłożu pojawiła się krew. I to nie koniec złych wieści.


To, co wydarzyło się później spowodowało, że Annabelle przeżyła prawdziwy wstrząs. Wciąż odczuwała chaos w swojej głowie. O rzut kamieniem podejrzewała tylko jedną osobę. Szkolną dręczycielkę. Dała upust swoim skrywanym uczuciom i opowiedziała o wszystkim rodzicom. A nie było to łatwe. Bo właśnie wtedy z nieprzyjemnej sytuacji powstał ogromny problem, w który została wmieszana rodzina Annabelle oraz dziadkowie Betty. Dziadkowie Betty uwierzyli swojej wnuczce, która wskazała Toby'ego jako sprawcę nieszczęścia Ruth. Rodzice dwunastolatki i ona także byli przekonani, że to niemożliwe. Gdy kilka dni później Betty nagle zniknęła, każdy osądzał o to tylko jednego człowieka - tajemniczego mężczyznę ubranego na czarno.

"Rok, w którym nauczyłam się kłamać" to powieść, którą czyta się z wypiekami na twarzy. Jestem przekonana, że ta książka poruszy sercem każdego. To także opowieść o relacjach rodzinnych, mocy rozmów i o słusznym dopuszczaniu dzieci do głosu. Jest napisana świetnym językiem, co zawdzięczamy autorce Laurenie Wolk oraz tłumaczowi Sebastianowi Musielakowi. Na zachętę dodam, że "Rok, w którym nauczyłam się kłamać" zdobyła wiele nagród. W ich grono wliczają się Najlepsza Dziecięca Książka Roku "Wall Street Journal" oraz Newbery Honor Book 2017. Ah, znalazła się także na liście bestsellerów "New York Timesa".

Myślę, że zostaliście przekonani! Miłej lektury!

Tytuł - Rok, w którym nauczyłam się kłamać
Tekst - Lauren Wolk
Przekład - Sebastian Musielak
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2019

sobota, 27 kwietnia 2019

Domy bezdomne - czyli zęby czasu


Dom to miejsce szczególne dla każdego człowieka. Bardzo często jest azylem, w którym chowamy się uciekając przed światem z zewnątrz. To miejsce rodzinnych spotkań. Jest wypełnione wspomnieniami i miłymi chwilami. To przestrzeń przeznaczona dla bliskich osób. Dom jest świadkiem naszego szczęścia, okrzyków radości, dzikich podskoków, ale także niepowodzeń, łez i smutku. W wielu przypadkach opuszczanie go jest bardzo trudne i bolesne. Ale najczęściej to krok nieunikniony.


Hanka tego nie doświadczyła. Spędziła w Gilowicach całe swoje życie. Jej oczy były cały czas zajęte, gdyż praca Hanny polegała na uważnym wpatrywaniu się, podążaniu za własnym wzrokiem. Rozdzielanie ziarna od plewu, odnajdywanie robaków w dziurawych workach z mąką, krojenie chleba tak, aby starczał na cały tydzień dla rodziny. A wcześniej trzeba było go jeszcze zrobić. Jak wiadomo, praca w polu nie należała do przyjemnych. Jej dzieciństwo przypadło na czasy wojenne. Hankę spotkały wtedy prawdziwe przeraźliwości. Była niezwykle uradowana, kiedy mogła już wrócić do domu. Znów codziennie widziała rodziców, zajętych gospodarstwem i dbających o swoje dzieci. Życie naszej bohaterki było usłane drobnymi radościami, które teraz mogą wydawać się nam zupełnie błahe. Aktualnie pani Hanna wciąż uwielbia patrzeć przez szyby okien w swoim domu w Gilowicach.


Jesteśmy świadkami wyburzania sędziwych budynków. Znaki pozostawione niegdyś przez naszych przodków już nie są dla nas tak cenne. Aktualnie niewiele osób pamięta wygląd klasycznego, wiejskiego domu. Takiego z klepiskiem, ciepłą kuchnią i słomą. A kuchnia była jednym z najważniejszych miejsc. To najczęściej właśnie tam domownicy spotykali się na pogawędki przy posiłkach. W tym pomieszczeniu raczej nie panował mróz. A to zasługa pieca, który "dbał" o brzuchy całej rodziny. Na wsiach zaczęło być gęsto od drewnianych chatek. Prezentowały się one bardzo ładnie, temu zaprzeczyć nie mogę. Jednak wszyscy wiemy, że zaprószenie ognia w takim domu nie jest sztuką i może zdarzyć się zupełnie znienacka. I wtedy już po całym budynku. Etap wiejskich, drewnianych chatek przypadł na czasy kraju pod zaborami. Po wielu tragediach związanych z ogniem, Niemcy ustanowili zakaz ich budowania. Cegła zdominowała wszystkie wsie! Jej wykonywanie było bardzo pracochłonne. Gdy ktoś budował nowy dom, pomagali mu w tym sąsiedzi i znajomi. Każdy budynek był wspólnym dziełem. Związano z nim historie rodzinne i przyjacielskie jeszcze przed jego powstaniem. Teraz cegła powraca, ale nie jako chwała przeszłości, lecz jako urozmaicenie widoku.


Ale dom to nie tylko twierdza ludzi. Przypomnimy sobie mroźną zimę. Śnieg. Posypmy ten biały puch martwymi pszczołami. Właśnie taki widok ukazywał się panu Tomaszowi Waloszkowi, pszczelarzowi. Codziennie przykładał stetoskop do ula i nasłuchiwał. Dźwięki były coraz cichsze, co oznacza, że pracowitych owadów wciąż ubywało. Drugim domem pana Tomasza jest właśnie pasieka. Oddaje pszczołom całe swoje serca, dba o nie. Bardzo niepokoi go obecna sytuacja. Pogoda popada ze skrajności w skrajność, powietrze, nawet to na wsi, także nie ma się zbyt dobrze. W wielu ulach panuje zupełna cisza. Kiedy nasz bohater zdejmuje daszek, odrywa deseczki zamykające konstrukcję, widzi najgorsze, co tylko może ujrzeć. Na dnie leży zeschnięta matka, a w okół niej nieżywe pszczoły. Pan Tomasz wie o tych malutkich zwierzętach bardzo dużo. Tata nauczył go opieki bez kapelusza i rękawic. Gołe ręce to podstawa. Pszczoły mają doskonale zorganizowaną pracę, więc nie należy im zbytnio przeszkadzać. Od swoich miodnych przyjaciółek nauczył się cierpliwości i życia w zgodzie z naturą. Oraz tego, że czasami statystki spadają...


Niektóre sędziwe domy, budowane z wielkim kunsztem, subtelnością i sercem, stoją opuszczone. Albo wcale nie stoją. Niegdyś tętniły życiem, i to o każdej porze dnia. Aktualnie zastąpiły je mieszkania. Wiele domów zostało już zrównanych z ziemią. Resztki zaniedbanych, leśnych chatek najczęściej znajdują się w bagnach. Możliwe, że dom wspomnianej w książce Emilii także tam spoczywa. Emilia wraz ze swoją rodziną mieszkała w niewielkiej chatce przy lesie. A to dlatego, że jej tata był opiekunem tej zielonej przestrzeni. Rano ubierał czysty mundur. Wieczorem wracał w lekko umorusanym. Czasami zabierał do pracy swoją córkę. Razem z nią otwierał bramy, które strzegły lasu nocą. Pokazywał jej tajne zakamarki. Emilia czuła się tam doskonale. Uwielbiała biegać razem z prądem rzeki. Przy okazji zbierała żurawinę i inne owoce. Mimo czyhających niebezpieczeństw, w lesie czuła się pewnie i spokojnie. Wszystko zmieniło się podczas nieobecności taty. Najpierw Emilia miała wrażenie, że las stał się o wiele bardziej dziki. Później obce osoby postanowiły go uporządkować. Zniknęły owoce, zniknęło wiele rośnin, zniknęły zwierzęta. Dziewczyna już nie darzyła lasu tak ciepłym uczuciem, przestał być jej ukochanym miejscem. Niechętnie przekraczała prowadzącą do niego bramę. Zieleń już nie była jej schronieniem. O wiele bezpieczniej czuła się w gajówce na skraju nienaturalnie okrzesanego lasu.


"Domy bezdomne" Doroty Brauntsch to pozycja opowiadająca o historiach ludzi oraz ich azyli w okolicy Pszczyny. Zachęca do zbadania własnych korzeni i uwieczniania momentów, które mogą być zapomniane już za kilka chwil. To nostalgiczna książka wypełniona fotografiami oraz wiedzą o pszczyńskich okolicach. To reportaż, który może zmienić nasze zdanie o codzienności prababć i pradziadków. Bo domy są jak ludzie - tylko z tą różnicą, że trzeba tchnąć w nie życie. A później to właśnie one pokierują tym naszym.

Tytuł - Domy bezdomne
Tekst i fotografie - Dorota Brauntsch
Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa, 2019

sobota, 13 kwietnia 2019

Karol Śliwka - czyli uroda znaków


Ile razy widzieliście znak banku PKO, fabryki Uroda, Biblioteki Narodowej czy też Instytutu Matki i Dziecka? Nie oszukujmy się, obcujemy z nimi praktycznie cały czas. A zastanawialiście się kiedykolwiek, kto jest ich twórcą? Z wielkim wstydem przyznaję się, że raczej rzadko zadawałam sobie to pytanie. Gdybym robiła to regularnie pewnie spostrzegłabym, że odpowiedź bardzo często brzmiałaby tak samo. Bo za wieloma wspaniałymi, wieloznacznymi i ponadczasowymi znakami graficznymi oraz logotypami stoi jedna osoba - Karol Śliwka.


Karol Śliwka urodził się 16 października 1932 roku w Harbutowicach - niewielkiej wsi województwa śląskiego. Pochodził z rodziny robotniczej i (jak było to powszechne w tamtych czasach) zupełnie nieprzywiązującej wagi do nauki. Młody Karol przyszedł na świat jako drugi z rodzeństwa, później w domu pojawiła się jeszcze jedna dwójka. Od najmłodszych lat interesował się sztuką. Wbrew woli rodziców, postanowił rozwijać swoją pasję. Ponieważ rodzice nie mieli zbyt grubych portfeli, niezbędne mu kartki i tekturki bardzo często pochodziły z koszów na śmieci. Sprzedając swoje prace zdobywał pieniądze na nowe pędzle, czy też farby. Nie podobało się to ojcu. Tata chciał, aby jego syn niegdyś przejął gospodarstwo i podtrzymał rodzinną tradycję. Jednak Karol od zawsze był uparty i podążał wyznaczonymi przez siebie ścieżkami.


Interesował się codziennością, ale także czołgami oraz bronią, której było pełno w tamtejszej prasie. W wieku trzynastu lat stracił jedno oko przy rozbrajaniu miny, lecz nie przeszkodziło to jego doskonałej pamięci wzrokowej. Podczas spaceru potrafił zobaczyć jakiś fascynujący widok, zapamiętać go, a w domu idealnie odwzorować na płótnie. Śliwka bardzo szybko polubił malarstwo. Sam robił ramki i naciągał na nie materiały. Zapisywał się także na wieczorne kółka malarskie, na przykład w Bielsku. Problemem był transport. Karol znalazł rozwiązanie, nie do końca legalne i bezpieczne. I niezbyt przyjemnie pachnące. Ale tego zdradzać nie będę.


Jak już wspomniałam, brak jednego oka nie przysparzał Karolowi Śliwce wielu kłopotów. Nadeszły one dopiero na studiach. Wydział Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie nie chciał go przyjąć, ponieważ według nich zdrowie świeżo upieczonego studenta nie było wystarczająco dobre. W końcu Karol został przyjęty, co było skutkiem jego przemówień, zapewnień i próśb. No i przede wszystkim zdolności, ale to chyba jasne. Pierwszym i niezapomnianym sukcesem Śliwki była wygrana w konkursie na projekt graficzny opakowania na papierosy w 1957 roku. "Syrena" zajęła pierwsze miejsce! I uwaga - jego "Morskie" oraz "Giewont" także zdobyły wyróżnienia! Po tym sukcesie regularnie brał udział w licznych konkursach na projektowanie znaków graficznych, logotypów oraz plakatów. Niejednokrotnie zdarzały się przypadki, że trzykrotnie stawał na podium.


Wiadomość o niesamowitej estetyce i pomysłowości grafika bardzo szybko rozprzestrzeniła się w branży ilustratorskiej. Zlecenia przychodziły w dziesiątkach i setkach. Wśród nich pojawiło się także zamówienie na zaprojektowanie logo dla PKO. Pierwsza wersja znacznie różniła się od tej, z którą spotykamy się do dzisiaj, ponieważ pewna sprzątaczka tegoż właśnie banku stwierdziła, że pierwotna grafika jest do niczego. Jednak Śliwka wykorzystał ją w plakacie "Październik - miesiącem oszczędności", który zwyciężył na Biennale Plakatu Polskiego w Katowicach. Po tym prestiżowym Złotym Medalu PKO zaakceptowało "skarbonkę" znaną chyba każdej Polce i każdemu Polakowi.


Osoby, których wiek zapisywany jest już w nieco większych liczbach niż mój pewnie kojarzą Karola Śliwkę ze słynną wodą kolońską Wars. Nic dziwnego, to właśnie ten pan stworzył jej logotyp. Wars zdobił niegdyś liczne łazienkowe półki i bardzo możliwe, że teraz także to robi. No dobrze, woda kolońska najczęściej pojawia się w łazience, natomiast buty - oczywiście na nogach (i w szafach!). Śliwka ma na swoim koncie wiele narysowanych butów. Oczywiście narysowanych w charakterystyczny dla niego sposób. Za te projekty także zdobywał liczne nagrody, czyli nic nowego.


Nie wiem, który raz przeglądam książkę poświęconą temu artyście. Za każdym razem zatrzymuję się na którejś ze stron i wciąż podziwiam inteligencję i pomysłowość Śliwki. Kiedy zobaczycie znak "Urody" (fabryki kosmetyków oraz mydła), być może pomyślicie o pięknym kwiatku i jego rozłożystych liściach. A może na myśl przyjdzie Wam kobieta otoczona wielkim kołnierzem z lisa. Pan Karol wybierał opcję numer dwa. To znów fantastyczny przykład tego, że dziś "rozmawiamy" o prawdziwym mistrzu i pionierze wieloznaczności w swoich grafikach.


Karol Śliwka zaprojektował łącznie ponad 400 znaków i logotypów, które wciąż funkcjonują w przestrzeni publicznej. Cały czas zachwycają ona kolejne pokolenia, czego jestem doskonałym przykładem, co świadczy o ich ponadczasowości. Książka pod tytułem "Karol Śliwka" przybliża nam postać tytułowego artysty i odkrywa jego zawodowe tajemnice. Pojawiają się tutaj cztery opowieści, których autorami są Agnieszka Drączkowska, Paweł Śliwka (brat), Patryk Hardziej oraz Marcin Wicha. A przy okazji możemy przeczytać także kilka słów od Seana Wolcotta oaz Jensa Mullera. Każda historia ma swój odrębny klimat. Każda jest skonsultowana z samym panem Śliwką, który jeszcze był wśród nas w czasie powstawania tej pozycji. I choć wszystkie poświęcone są właśnie jemu, każda dotyczy innych wątków.


Pozycja jest cudowne zaprojektowana. Pojawia się tutaj mnóstwo projektów oraz zdjęć. Trzeba przyznać, że mimo wielu trudnościom napotkanym na swojej drodze, Karol Śliwka pozostał człowiekim silnym i dążącym do celu. A jego cele były najlepsze z najlepszych. Chciałabym także polecić Waszej uwadze niedługi film. Jest to opowieść Śliwki o swojej ścieżce do sukcesu. Klik, klik!


Nie możemy zapomnieć o takiej postaci. Koniecznie odświeżcie ją w swojej pamięci!

Tytuł - Karol Śliwka
Tekst - Agnieszka Drączkowska, Paweł Śliwka, Patryk Hardziej, Marcin Wicha, Sean Wolcott, Jens Muller
Projekt graficzny - Patryk Hardziej
Muzeum Miasta Gdyni, Gdynia, 2018

P.S. Ponieważ dostępność albumy jest mocno ograniczona, służę podpowiedzią, gdzie można go nabyć. O, tutaj!