niedziela, 22 listopada 2020

Wihajster, czyli przewodnik po słowach pożyczonych - wycieczka w głąb słownika

Można powiedzieć, że języki żyją własnym życiem. Weźmy na tapet język polski. Ten to ma dopiero bujne życie towarzyskie! Cały czas przychodzi na domówki do swoich kumpli i dzięki nim poznaje nowe słowa. Co więcej, sporą część z nich pożycza i... nie oddaje. Nie świadczy to o jego złym wychowaniu, lecz o chęci powiększenia swojej kolekcji słów. Chcielibyście może poznać zapożyczenia? Tak? Świetnie, z przyjemnością spełnię Waszą prośbę.

Najpierw zajrzyjmy do kuchni. Czy Wy też czujecie unoszący się zapach słodkich wypieków? Spójrzcie, pani kucharka właśnie rozkłada talerze na ceracie. Może załapiemy się na pyszne ciasto! Ale chwilka - czym jest właściwie ta "cerata"? To bardzo stare słowo, które przywędrowało do nas z samej łaciny. W oryginale oznacza ono "coś woskowanego". I rzeczywiście, trudno zaprzeczyć tej definicji. Niekiedy zamiast obrusu na stole ląduje cerata, bo ścieranie z niej plam to bułka z masłem. A w jaki sposób do języka polskiego trafił talerz? Talerz na pewno ma zakwasy, ponieważ pokonał kawał drogi! Przyszedł na świat w łacinie, gdzie jest synonimem wyrazu "kroić". Później przeskoczył do języka włoskiego i tam z kolei zamienił się w "deskę do krojenia mięsa". Po języku włoskim przywędrował do niemieckiego, chwilkę później pojawił się w czeskim, a zaraz potem odwiedził język polski. 

Nie będziecie mieli nic przeciwko, jeśli zostaniemy jeszcze troszkę w kuchni? Pozwólcie, że zajrzymy do dużej, drewnianej miski na warzywa. A co my tutaj mamy? Sałata, pomidor, kalafior... Kalafior, cóż za ciekawe słowo! Okazuje się, że jego korzenie sięgają pewnego włoskiego dialektu, czyli takiego minijęzyka. Kalafior pierwotnie oznaczał "kwiat kapusty". No tylko na niego zerknijcie. On naprawdę wygląda niczym biały kwiat kapusty! A tuż za naszą drewnianą miską na warzywa znajdują się starannie poukładane, podłużne pudełka. W jednym z nich gości kakao. Kakao, podobnie jak talerz, to urodzony wędrowiec. Aztekowie, czyli lud mieszkający na terenie dzisiejszego Meksyku, nazywali ziarna kakaowca słowem "cacaua". Niedługo później Meksyk podbili Hiszpanie, którzy wprowadzili tam swój język. Stwierdzili jednak, że nie będą wyganiać wszystkich wyrazów Azteków i niektóre zostawią w spokoju. Jak już możecie się domyślać, kakao przetrwało! I język polski oczywiście je pożyczył.

Powoli będziemy już wychodzić z kuchni. Aby wydostać się z mieszkania, w którym właśnie jesteśmy, musimy przejść przez salon. O rany, podnieście głowę! Ten pięknie mieniący się żyrandol to zapewne skarb właścicieli mieszkania. Wypowiedzcie to słowo na głos - żyrandol. Czuć tutaj nutkę języka francuskiego, nie sądzicie? Nic dziwnego, w końcu "żyrandol" przyszedł do nas właśnie z francuskiego. Wcześniej zdążył jeszcze zadomowić się w języku włoskim, gdzie wywodził się od czasownika "wirować". Gdy lekko spuścimy swój wzrok z żyrandola, ujrzymy jeszcze bardziej bezcenny skarb, czyli... książki! Są idealne poukładane na regale. Słowo "regał" najprawdopodobniej przyszło na świat w jednym z niemieckich dialektów. Oznacza ono "stojak" lub "półka". Na przykład taka na cudowne książki.

No dobra, zerknijmy jeszcze na moment do łazienki. Cóż za ogromne lustro! Zostało sprowadzone z Włoch lub z Francji, nie ma tutaj zgodności specjalistów od języka. Właśnie tam lustrem nazywa się blask lub połysk. Ale tak naprawdę jego korzenie sięgają aż łaciny. Łaciński czasownik "lustro" bądź "lustrare" oznacza "oczyszczać, oświecać, oglądać". Natomiast "prysznic" ma zupełnie odmienną historię. To dlatego, że pochodzi od nazwiska austriackiego wynalazcy tego jakże przydatnego urządzenia. Vincent Priessnitz był jednym z twórców wodolecznictwa, czyli takich kąpieli, których możemy zażywać na przykład w uzdrowiskach. A co my jeszcze mamy w tej naszej łazience? Wanna, szampon, prysznic, żyletka, kurek... Uwierzcie mi, że każdy ten przedmiot jest godny uwagi!

Czy wy również czujecie ten przyjemny powiew wiatru? Jak dobrze wyjść na świeże powietrze! Miasto tętni życiem. Przejdźmy się może główną aleją, co Wy na to? Nie do końca wiemy, czy wyraz "aleja" znalazł się w naszym języku dzięki Francuzom, czy dzięki Niemcom, ale na sto procent wiemy, że "aleja" zawsze oznaczała główną ulicę miasta. O rany, jaki piękny budynek! Tutaj, po prawej. To teatr. Do języka polskiego przywędrował prosto z łaciny, natomiast wcześniej mieszkał w języku greckim. "Théatron" to miejsce, z którego dobrze się coś ogląda. Jeżeli kiedykolwiek spotkacie mnie w teatrze, ostrzegam - nie warto za mną siadać! Mimo tego, że nie należę do osób wysokich, moje włosy potrafią zasłonić połowę sceny! Po przedstawieniu teatralnym można wrócić do domu na przykład tramwajem. Ten środek komunikacji miejskiej przyjechał do nas prosto z Anglii jako "tramway". To połączenie dwóch słów: "tram" - szyny oraz "way" - drogi.

O, zobaczcie! Tuż obok nas biegną maratończycy. "Maraton" pochodzi od nazwy greckiej miejscowości, pod którą dawno temu odbyła się bitwa Greków z Persami. Według legendy, po zwycięstwie bitwy Grecy wysłali do Aten swojego posłańca, który chcąc przekazać wspaniałą nowinę rodakom, pędził do Aten, ile sił w nogach. Gdy wreszcie dotarł na miejsce i ogłosił radosną wiadomość, padł z wycieńczenia. Pewnie tak czuje się każdy maratończyk po przebiegnięciu czterdziestu dwóch kilometrów. A skoro jesteśmy już przy sporcie, zahaczmy lekko o kajakarstwo. Kajak przypłynął do Polskie aż z języka inuickiego. To język ludów mieszkających na Grenlandii. Kajak oznacza tam "męską łódkę". Jak w takim razie nazywała się "damska łódka"? Jestem niezwykle ciekawa.

Wiecie, skąd wziął się u nas "jacht", "wirus" i "fachowiec"? A może znacie korzenie "szyby", "firanki" lub "bigosu"? W książce "Wihajster, czyli przewodnik po słowach pożyczonych" moim absolutnym ulubieńcem jest historia o "papuciach". Te to dopiero przydreptały do nas z daleka! Michał Rusinek, mistrz posługiwania się słowem, odwiedził odległe zakątki świata i wrócił do Polski z walizkami pękającymi w szwach od ogromu ciekawych historii. Muszę przyznać, że nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jakie korzenie mają słowa, które wypowiadam kilka razy dziennie. W książce "Wihajster, czyli przewodnik po słowach pożyczonych" bardzo ważną rolę odgrywają nie tylko słowa, ale również kolorowe i radosne ilustracje Joanny Rusinek. Jeżeli będziecie trzymali tę pozycję w rękach, koniecznie zwróćcie uwagę na rysunki regału oraz pani w wannie - są cudowne. Zawsze będę darzyła sympatią rodzeństwo Rusinków, ponieważ to właśnie z nimi spędzałam niegdyś każdy wieczór. Czytane przez mamę "Wierszyki domowe" lub "Wierszyki rodzinne" były najlepszym zakończeniem dnia po przedszkolnych harcach. Sądzę, że sięgnięcie po dzisiejszą pozycją będzie równie wspaniałym przeżyciem.

No dobra, a na koniec mam do Was śmiertelnie poważne pytanie - co u licha tak naprawdę oznacza słowo "wihajster"?!


Tytuł - Wihajster, czyli przewodnik po słowach pożyczonych

Tekst - Michał Rusinek

Ilustracje - Joanna Rusinek

Wydawnictwo Znak Emotikon, Warszawa, 2020

niedziela, 15 listopada 2020

Ziemia. Żywa planeta - czyli historia w zaokrągleniu

Nasza planeta jest niezwykle doświadczona i dojrzała. Ma na karku ponad cztery i pół miliarda lat. Całkiem sporo. Dokładnie pamięta wydarzenia, o których my dowiadujemy się dzięki trudnej i wnikliwej pracy badaczy oraz naukowców. Ziemia jest bardzo zmęczona. Liczne wybuchy, zlodowacenia i bombardowania dały jej w kość. A teraz my - ludzie - nie pozwalamy jej na ani sekundę wytchnienia. Temperatura na Ziemi ekspresowo pnie się ku górze. Smog już dawno wymknął się spod kontroli. Trwa masowa wycinka lasów. Pochłaniamy zwierzęta na kilogramy i wyrzucamy plastik w każdy możliwy kąt. Za wszystkie wymienione okropności odpowiadamy my - ludzie, a to właśnie nasza planeta cierpi na tym najbardziej. Dzisiaj jednak nie skupimy się na nadchodzącej katastrofie klimatycznej, lecz na historii Ziemi. W takim razie musimy cofnąć się o ponad trzynaście miliardów lat.

Niecałe czternaście miliardów lat temu nie istniały ani planety, ani gwiazdy. Cały wszechświat był jedną, wielką pustką. Nieco później nastąpił wielki wybuch. Dosłownie w ułamku sekundy kolosalna eksplozja sprawiła powstanie materii, przestrzeni i czasu. Nagle cząsteczki materii fruwały na prawo i lewo. Były zbyt młode, aby posiadać orientację w terenie, więc cały czas się ze sobą zderzały. Dzięki ich "nieudolności" pojawił się Wszechświat, a w nim - gwiazdy oraz planety. Ziemia ukształtowała się z części energii zgromadzonej wokół Słońca. Jednak nie od początku prezentowała się tak pięknie, jak teraz. Najpierw była tylko... rozgrzanym obłokiem.

No dobrze, zatrzymaliśmy się na obłoku. Później zamienił się on w przeraźliwie gorącą materię. Co chwilę wybuchały nowe wulkany. Ziemia została zalewana zniewalającymi ilościami lawy. Erupcje były także obfite w różnego rodzaju gazy i pyły. Planetę często odwiedzały meteoryty. Chociaż "odwiedzały" to chyba zbyt łagodne słowo (o meteorytach napiszę ciut więcej w następnym akapicie, obiecuję!). Wówczas na Ziemi nie istniało jeszcze żadne życie. Z biegiem czasu planeta stygła. I właśnie wtedy nadeszły dwie niezwykle ważne zmiany. Po pierwsze - wytworzyła się atmosfera. Po drugie - pojawiła się woda! Ta ciekła substancja, którą doskonale znamy, gromadziła się w oceanach. Wyobraźcie sobie, że pierwsze oceany powstały ponad cztery miliardy lat temu!


Pod koniec pierwszego etapu dziejów Ziemi, czyli hadeiku, doszło do niezwykłego wydarzenia. Nastąpiło Wielkie Bombardowanie. Dosłownie tak nazwali to naukowcy. Wielkie Bombardowanie było pewnego rodzaju deszczem. Ale nie wyglądał on tak, jak sobie teraz wyobrażacie. W tym deszczu pojawiły się raczej znikome ilości wody. A to dlatego, że był to deszcz meteorytów! Właśnie dzięki niemu chłodzenie skorupy Ziemi trwało tak długo. Meteoryty zaatakowały nie tylko naszą planetę. Na przykład na Księżycu wciąż możemy zaobserwować charakterystyczne kratery, które wielokrotnie widzieliśmy na zdjęciach. Tak, to właśnie dziury zrobione przez meteoryty.

Przeszliśmy już przez Wielkie Bombardowanie i mamy idealnie ostudzoną skorupę ziemską. Weszliśmy w nowy etap istnienia naszej planety. Teraz znajdujemy się już w archaiku. Dokładnie wtedy na Ziemi pojawiło się... życie! Pierwszymi mieszkańcami planety były bakterie. To mikroskopijne żyjątka składające się tylko i wyłącznie z jednej komórki. Bakterie idealnie potrafią przystosować się do ciężkich warunków, dlatego przetrwały do dzisiaj i stały się pierwowzorem wszystkich żyjących istot. Doskonale radziły sobie pod wodą. "Dlaczego nie żyły na lądzie?" - możecie spytać. Z wielką chęcią Wam odpowiem. Dlatego, że wówczas nie było lądu. Całą planetę zalały oceany, natomiast masy lądu zaczęły wychodzić na powierzchnię dopiero trzy miliardy lat temu. 

Jak myślicie - czy wyłaniający się ląd od razu pięknie zajął miejsca kontynentów, które znamy dzisiaj? Oczywiście, że nie. Skorupa ziemska non stop ulegała wielu zmianom. Co więcej, ona wciąż się rusza! Nie odczuwamy tego na własnej skórze, ale musimy mieć świadomość, że zmiany nie zakończyły się sześćdziesiąt sześć milionów lat temu. Wiecie może, jak wyglądały kontynenty Rodinia, Pangea, Laurazja i Gondwana? Nie odbiorę Wam przyjemność z odkrywania tej wiedzy. Zdradzę tylko, że stworzenia żyjące na tych kontynentach byłyby mocno zdziwione, gdyby zobaczyły naszą Azję, Europę i Afrykę.

Dwa i pół miliarda lat temu klimat Ziemi znowu zupełnie się odmienił. Nasza planeta stała się ogromną kulą śniegową. Średnia temperatura powierzchni Ziemi wynosiła aż pięćdziesiąt stopni na minusie! Wszystkie oceany i kontynenty pokryła ponadkilometrowa warstwa śniegu i lodu. Mrozy utrzymywały się przez kilka milionów lat. A później - kiedy Ziemia już przestała być kulą śniegową - zaczęły rozwijać się złożone organizmy, czyli już nie takie jednokomórkowe. Rozwijająca się fauna żyła w głębinach wód. Dzięki skamiałościom wiemy, że morskie istoty miały miękkie, symetryczne kształty i osiągały nawet dwa metry długości!

Tuż po faunie edakariańskiej na Ziemi  "narodziły się" pierwsze rośliny. Powstały grzybowe lasy, które wyglądały naprawdę komicznie. Pojawiały się także nowe stworzenia. Było ich coraz więcej. Czterysta piętnaście milionów lat temu pod wodą zaczęły funkcjonować płazy. Ba, nie tylko pod wodą! Jak już zapewne wiecie, płazy to zwierzęta wodne, które mogą przeżyć także na lądzie. Życie wreszcie wyszło z wody. Zaraz po płazach na Ziemię wkroczyły gady. One raczej niechętnie wchodziły do mórz i oceanów. A jeśli jesteśmy już przy gadach, zostało nam tylko kilka kroków do dinozaurów. Później należy wspomnieć o wielkim wymieraniu, królestwu ssaków, epoce lodowcowej oraz istotach człowiekowatych. Jak myślicie, w jakie zwierzęta ewoluowały wspomniane istoty człowiekowate? Dowiecie się, jeżeli sięgniecie po książkę "Ziemia. Żywa planeta".

Kiedyś wydawało mi się, że historia naszej planety to opowieść z taką warstwą kurzu, że nie sposób się nią w ogóle zaciekawić. Jak bardzo się myliłam! Aina Bestard, artystka z Majorki, zanurzyła się do niesamowicie odległych etapów Ziemi i przedstawiła je nam, czytelnikom, z ogromną lekkością i bez ani cienia nudy. Czytając pozycję "Ziemia. Żywa planeta" w przekładzie Karoliny Jaszeckiej, nie można nie zwrócić uwagi na cudowne ilustracje. Rysunki w książce, przypominające swoim wyglądem sędziwe ryciny, są dokładnie tak samo ważne, jak tekst. Kalki, na które kilkukrotnie trafiamy poznając historię Ziemi, tylko dodają zachwytu nad tą pozycją. "Ziemia. Żywa planeta" Ainy Bestard postawiła niezwykle wysoką poprzeczkę wszystkim twórcom książek przyrodniczych.

Sięgnijcie po tę pozycję! Być może poznanie niełatwych losów Ziemi sprawi, że spojrzycie na nią z jeszcze większą troską.


Tytuł - Ziemia. Żywa planeta

Tekst i ilustracje - Aina Bestard

Przekład - Karolina Jaszecka

Wydawnictwo Tatarak, 2020

niedziela, 8 listopada 2020

Elementarz polskiej kultury - czyli świetna sztuka

Wyobraźmy sobie, że kultura to przeolbrzymia szafa z miliardem szufladek. We wszystkich szufladkach znajdują się rozmaite przedmioty, obrazy i dźwięki. Każda osoba, która otworzy ogromną szafę i nieco w niej pobuszuje, znajdzie coś dla siebie. Niektóre szufladki są otwierane niezwykle często. Co chwilę ktoś do nich zagląda i zachwyca się ich zawartością. Rzeczy ukryte w tych szczególnie lubianych szufladkach znacząco wpływają i kształtują kulturę. Można powiedzieć, że są jej twarzą i godnie ją reprezentują. Dzisiaj skupimy się właśnie na kulturowych perełkach, które - mimo upływającego czasu - nie leżą na dnie szafy.

Czy Wasze uszy również wyłapują tę cichą muzykę? Wydaje mi się, że dobiega ona z radia. Pozwólcie, że ją podgłośnię. Cóż to za piosenka? Jest jednocześnie delikatna i przerażająca. Brr, aż pojawiła się na moich rękach gęsia skórka. Krzysztof Komeda doskonale wiedział, jak odnaleźć czuły punkt ludzkich emocji. Jego "Kołysanka Rosemary" powstała do pierwszego hollywoodzkiego filmu Romana Polańskiego o tytule "Dziecko Rosemary". Stacje radiowe pokochały ten utwór i rozsławiły na cały świat. "Kołysanka" to ponoć najpopularniejsza polska piosenka muzyki rozrywkowej. Nominacje do Złotych Globów i Grammy mówią sama za siebie!

Jaki obraz pojawia się przed Waszymi oczami, kiedy słyszycie słowo "tłum"? Zapewne przychodzi Wam na myśl chaos, tłok i szybkie tempo. Wyobraźnia Magdaleny Abakanowicz zaprowadziła ją do zupełnie innych skojarzeń. "Tłum" tej pani to bezgłowe męskie postacie stojące w grupie. Wszystkie tego samego wzrostu i wszystkie w takiej samej pozie. Te nietypowe figury zostały wykonane z utwardzonego żywicą jutowego worka w szarobeżowobrązowym kolorze. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że postacie niczym się nie różnią, jednak nie ma dwóch identycznych. Kiedy dokładnie się im przyjrzymy, dostrzeżemy, że są puste w środku. To tylko skorupy. Magdalena Abakanowicz powiedziała, że tłum - niczym bezgłowy organizm - niszczy lub wielbi na komendę i jej instalacja ma o tym przypominać. 

Nowy Jork to miasto tętniące życiem. A dzięki komu jest ono tak żywe i dynamiczne? Dzięki ludziom, którzy w nim przebywają. Wśród nich znajdują się także osoby bezdomne. Pomocną dłoń wyciągnął do nich Krzysztof Wodliczka. Stworzył artystyczny projekt będący zarazem użytecznym obiektem. Najpierw Krzysztof Wodliczka prowadził rozmowy z ludźmi bezdomnymi o tym, czego szczególnie potrzebują. Chciał zaspokoić ich podstawowe potrzeby. A potem zbudował pojazd, który jest transportem i schronieniem. Pojazd dla bezdomnych nie tylko stał się mobilnym mieszkaniem dla osób w trudnej sytuacji, ale także zwrócił uwagę na ogromny problem i przykre doświadczenie, jakim jest bezdomność.

"Nic dwa razy" to najczęściej cytowany wiersz Wisławy Szymborskiej. Opowiada on o uciekającym czasie oraz wyjątkowych chwilach, które zdarzają się tylko raz. O spojrzeniu w oczy, wyznaniu miłości i niezapomnianych dniach oraz nocach. Poetka odczytała ten wiersz na noblowskim spotkaniu w Sztokholmie, dzięki czemu pojawiał się on na pierwszych stronach najpopularniejszych gazet oraz czasopism. To dzieło Wisławy Szymborskiej idealnie ukazuje charakterystyczne cechy jej poezji, czyli prostotę, melodyjność oraz szczyptę ironii i paradoksu. Noblistka miała w zwyczaju puszczać oczko do odbiorców swoich wierszy. Utwór "Nic dwa razy" nie jest wyjątkiem.

Do czego służą kominy? Jak dostarczyć wodę do domu? W jaki sposób zamontować guziczek do otwierania bramy? Skąd wziąć prąd? Jakie wybrać światło? To problemy, z którymi mierzy się elegancki pan Tom Łebski. Ubrany w płaszcz, z melonikiem na głowie i parasolką w ręku, próbuje zbudować dom i rozwiązać swoje zagwozdki. Niestety bezskutecznie... Ale na całe szczęście z pomocą przychodzi mu architekt Hilary Kąt. Wydana w pierwszej połowie ubiegłego wieku książka "Pan Tom buduje dom" autorstwa Franciszki i Stefana Themersonów zawiera ogromną garść awangardy oraz sporą szczyptę wiedzy, a na dodatek jest przyprószona porządną dawką zabawy! 

Uwielbiam zdjęcia, na których widać autentyczność, prawdziwość, szczerość i ani grama sztuczności. Zofia Rydet również ceniła takie fotografie. Gdyby było inaczej, nie odwiedziłaby kilku tysięcy domów z aparatem analogowym w ręku. Odwiedzała głównie wsie. Lubiła przyjeżdżać do mniejszych miejscowości, ale twierdziła, że zdjęcia stamtąd są za bardzo podobne. Jednakowe meblościanki i dodatki nie robiły takiego klimatu, jak wnętrza wiejskich domów. Jednak Zofia Rydet nie miała na celu pokazać wystroju mieszkań. Dzięki swoim genialnym fotografiom z cyklu "Zapis socjologiczny" opowiadała historie ludzi. Przyjaciół, rodzin, krewnych i sąsiadów. Wszystkie fotografie są czarno-białe, chociaż nie od początku miało tak być. Prace fotografki zajmują godne miejsca na przykład w Museum of Modern Art w Nowym Jorku lub w Muzeum Narodowym we Wrocławiu.

Wyobraźcie sobie, że pewna siebie kobieta za kierownicą zielonego bugatti spogląda na Was spod półprzymkniętych powiek. Jej usta są wyraźnie zaznaczone czerwoną szminką, a brwi idealnie wyregulowane. Kosmyki krótkich włosów wystają jej spod pilotki. Ta kobieta to ikona lat dwudziestych ubiegłego wieku. Jest niezależna i wyzwolona. To Tamara Łempicka. Obraz, który teraz opisałam, powstał na zamówienie niemieckiego magazynu. Poproszono malarkę, aby zapozowała do zdjęcia na okładkę, lecz ona wolała namalować swój autoportret. Co prawda nie posiadała zielonego bugatti, ale cała reszta się zgadza. Uwierzcie mi, mało kto wpłynął na malarstwo kobiet tak bardzo, jak feministyczna Tamara Łempicka!



"Elementarz polskiej kultury" to zestaw jedenastu szufladek. W każdej szufladce mieszczą się cztery dzieła - każde innego twórcy. "Architektura" skrywa opowieść między innymi o Robercie Koniecznym, natomiast "film" - o Agnieszce Holland. Otwierając "teatr" dowiemy się o spektaklu Krystiana Lupy, a zerkając do "literatury" poznamy historię najpopularniejszej książki Olgi Tokarczuk. Ewa Solarz, Karol Szafraniec oraz Małgorzata Miśkowicz opisali czterdzieści cztery elementy, które w połączeniu ze sobą tworzą esencję polskiej kultury. Co więcej, tę pozycję zilustrowało jedenastu ilustratorów - siedem artystek i czterech artystów. Tekst oraz oprawa graficzna są niezwykle spójne i idealnie ze sobą współgrają. Ale jeśli sięgnęliście po poprzednie dwie części z serii elementarzy (w tym roku piętnastoletniej!) Wytwórni, zapewne nie jest to dla Was zaskoczeniem. Koniecznie musicie mieć na swojej półce trzeci tom tego kultowego cyklu! Uwierzcie mi, nacieszycie nim nie tylko swoje oczy.

A podczas czytania zwróćcie uwagę na krój pisma. Nieprzypadkowo zawitał do tej książki.

Tytuł - Elementarz polskiej kultury 

Tekst - Ewa Solarz, Karol Szafraniec, Małgorzata Miśkowicz

Ilustracje - Basia Flores, Ola Jasionowska, Igor Kubik, Karolina Lubaszko, Julia Mirny, Małgorzata Nowak, Tomasz Opaliński, Urszula Palusińska, Tin Boy, Marta Tomiak, Łukasz Zbieranowski (Fajne Chłopaki)

Wydawnictwo Wytwórnia, Warszawa, 2020

niedziela, 25 października 2020

Z niejednej półki - czyli długo wyczekiwany debiut


Gdyby ktoś zadał mi pytanie, co mogłabym czytać do końca życia i nie miałabym możliwości wymigania się od odpowiedzi, powiedziałabym, że historie ludzi. Opowieści o ich emocjach, przeżyciach, opiniach i zagwozdkach. Bardzo często właśnie wywiady zawierają te wszystkie wymienione elementy. Chociaż wyraz "wywiady" należy raczej zamienić na "rozmowy". Przeczytanie rozmowy z ciekawą i inspirującą osobą potrafi siedzieć w mojej głowie całymi dniami i tygodniami, a zdarzają się też takie przypadki, do których powracam myślami już ponad rok. W tym tygodniu zetknęłam się z naprawdę wieloma świetnymi rozmowami, więc chciałabym zarazić Was sympatią do nich. Zaczynajmy!


Annie Proulx ma wspaniały kontakt z naszą planetą. Niezwykle uważnie się jej przygląda. Odkąd pamięta, las jest jej magnesem. Podczas jednego ze swoich leśnych spacerów zauważyła, że kolor drzew stopniowo ciemnieje. Miały na to wpływ zmiany klimatyczne. Annie zainteresowała się wtedy drzewami jeszcze bardziej. Stworzyła nawet o nich książkę, do napisania której pomogły jej setki publikacji. Zajęło jej to dekadę! Mimo tego, że nie przepada za przesiadywaniem w archiwach i zakopywaniem się stertami dokumentów, w "Drwalach" znajduje się mnóstwo szczegółów - danych, faktów, dat. Szczególną przyjemność sprawia jej obserwowanie oceanu. Odnalazła nawet ścieżkę idealną na spacery tuż przy oceanie, taką nieznaną przyjeżdżającym turystom. Nie myśli o sobie jako o pisarce - uważa się za czytelniczkę. W każdym wypowiedzianym przez nią zdaniu można dostrzec dojrzałość i mądrość. 

Wiesław Myśliwski twierdzi, że najważniejsza w życiu jest miłość. Nie przyjaźń, nie pasja, nie literatura, lecz właśnie miłość. Z dumą przyznaje, że jego życie miało sens, ponieważ poznał swoją żonę. Bardzo często dręczy go pytanie, jak będzie umierał. Ale nie narzeka na to, bo ponoć życie bez udręk sprawiłoby, że przestalibyśmy myśleć i odczuwać. Przyznaje, że pisanie książek sporo go kosztuje. Już od jakiegoś czasu obiecuje sobie, że porzuci tworzenie, ale jakoś średnio mu to wychodzi. Kiedy pracuje nad jakąś książką, jest praktycznie nieobecny. Rano wstaje, pije kawę, idzie na "górkę", czyli piętro i schodzi na dół dopiero wtedy, gdy żona go zawoła. Wiesław Myśliwski jest wielbicielem języka polskiego. I posługuje się tym językiem bardzo odpowiedzialnie.

Elizabeth Strout to słuchaczka i podglądaczka. Interesuje ją codzienność i potrafi się również codziennością cieszyć. Bardzo lubi grudniowe święta. Wyjeżdża wtedy do stanu Maine (skąd pochodzi) i spędza piękne grudniowe dni z przyjaciółmi oraz córką we własnym domku w centrum miasta. Coraz częściej wraca myślami do świąt, które kiedyś spędzała z rodzicami. Należy raczej do osób sentymentalnych. Elizabeth Strout nie ma w domu biurka. Zazwyczaj pisze przy stole w kuchni, na kanapie w salonie lub w łóżku. Ale potrafi skupić się wszędzie. Nie przepada natomiast za podróżami. Uważa, że przeszkadzają one w pisaniu. Tak naprawdę pisarką stała się już w podstawówce, ale autorką dopiero w wieku czterdziestu dwóch lat. Pomysły pojawiają się w jej głowie podczas prania, jazdy metrem oraz wyciągania naczyń ze zmywarki. Nie ściga się z czasem. Mimo tego, że jest niezwykle sympatyczna, nie polubiła się z pośpiechem.

Mariusz Szczygieł czuje się niepewnie bez książki. Gdy wsiada do pociągu i nie ma niczego do czytania, traci poczucie bezpieczeństwa. Ponoć cały czas odczuwa lęk przed tym, że ktoś zabierze mu kiedyś jego książki. W dzieciństwie miał porządne kłopoty nerwowe, tata ciągle pracował, a mama nie miała dla niego wystarczająco dużo czasu, więc mały Mariusz praktycznie cały czas bywał u cioć i znajomych rodziców. Książki były dla niego jedynym światem, do którego mógł wracać. Jego druga pasja, czyli sztuka, popchnęła go do zapisania się na studia podyplomowe. Sześć lat temu dostał propozycję, o której marzy wielu pisarzy. Poproszono go o pisanie felietonów do "New York Timesa". Ale niecały miesiąc później zginął jego najbliższy przyjaciel i Mariusz Szczygieł nie był w stanie pisać. A teraz nie odczuwa już potrzeby tworzenia felietonów do nowojorskiego magazynu.

Zadie Smith nie posiada smartfona. Nie korzysta także z mediów społecznościowych. Teksty oraz książki pisze tylko wtedy, kiedy jej dzieci są w szkole. Gdy przeczytała negatywną recenzję swojej książki we wspomnianym już "New York Timesie", płakała cały dzień i pół nocy. Sama zaznacza, że jej pozycja "Swing time" jest pewnego rodzaju hołdem dla Eleny Ferrante, która poniekąd ukształtowała Zadie. Zadie Smith towarzyszy lęk przed globalnym ociepleniem, które traktuje zupełnie bez żartów. Bardzo poważnie podchodzi również do macierzyństwa. Jest zaniepokojona, że jej rówieśniczki i rówieśnicy często traktują posiadanie dziecka na równi z przeprowadzką lub wyborem nowej komórki. Uwielbia przyglądać się ludziom i słuchać ich dialogów. Im jest starsza, tym mocniej dociera do niej, że nie ma osób o brzydkich twarzach. No chyba, że ta brzydota pochodzi ze środka.

Sarah M. Broom uwielbia ubierać dom w różne metafory. Mówi, że może być on zarówno więzieniem, jak i własnym światem, z czym jak najbardziej się zgadzam. Ma jedenaścioro rodzeństwa, więc w domu rodzinnym raczej brakowało jej przestrzeni dla siebie. Urządzanie mieszkania porównuje do pisania książki. Nazywa to stanem poszukiwania piękna. Bardzo przywiązuje się do swoich domów. I nie chodzi tu o budynek, lecz o przestrzeń i atmosferę. Sarah M. Broom czuje się dzieckiem Nowego Orleanu. To właśnie tam stał jej zniszczony przez huragan Żółty Dom, który opisała w swojej książce. Pokazała go z perspektywy opowieści jej rodzeństwa oraz mamy. Mama jest dla niej szczególnie ważną osobą. Nigdy nie dawała jej rad, ale niejednokrotnie odciskała piętno na decyzjach swojej córki. Aktualnie Sarah wraz ze swoją żoną uwija nowe gniazdo i wącha zapach hibiskusa, którego zawsze kupuje świeżo po przeprowadzkach.

Dlaczego Alice Munro nie odebrała Nagrody Nobla osobiście? Czym dla Margaret Atwood będzie koniec świata i jak według niej zawalczyć o prawa kobiet? Czemu Dorota Masłowska nie ogląda telewizji? Co połączyło Agnetę Pleijel i Macieja Zarembę Bielawskiego? Jak doszło do tego, że Herbjørg Wassmo prawie uśmierciła swojego ojca? Co sądzi Siri Hustvedt o książkach swojego męża Paula Austera? Czym jest prawda dla Swietłany Aleksijewicz? Dlaczego Javier Marías nie wierzy w moc słowa? Co interesującego Michael Cunningam odnalazł w baśniach? Czy Jerzy Pilch czuje się bardziej pisarzem czy felietonistą? Czemu Małgorzata Rejmer niepokoi się o kobiety w Albanii? Dlaczego absolutnie każdy powinien przeczytać opowieść Chimamandy Ngozi Adichie o okropnych zjawiskach, jakimi są rasizm i niewolnictwo? I jaka literatura pociągała Olgę Tokarczuk, kiedy była nastolatką?

Michał Nogaś to niezwykły czytelnik, słuchacz, pytacz i opowiadacz. Kiedyś był literackim głosem radiowej Trójki i właśnie tam stał się moim oknem na książkowy świat. Teraz pracuje w "Gazecie Wyborczej" oraz nadaje w "Nowym Świecie". Przez wiele lat uparcie mówił, że nie napisze żadnej książki. A tu proszę, w październiku dwa tysiące dwudziestego roku nadeszło Nogasiowe "nigdy". Już oficjalnie stał się autorem. Bo według mnie Michał Nogaś jest pisarzem już od dawna. W swojej książce "Z niejednej półki" rozmawia z trzydziestoma siedmioma pisarkami i pisarzami narysowanymi przez Joannę Rusinek. Jego rozmówcy nie tylko uchylają nam, czytelnikom, rąbki tajemnic swojego warsztatu literackiego, ale niejednokrotnie pozwalają zasięgnąć ich rad, opinii oraz mądrości. Sporo miejsca w książce zajmują tematy katastrofy klimatycznej, okropnego rasizmu oraz praw kobiet, które właśnie uległy w Polsce zniszczeniu. "Z niejednej półki" to świetnie wypełnione siedemset stron. Jak głosi czwarta okładka - do czytania przez czternaście godzin. W takim razie macie już plany na wszystkie wieczory następnego tygodnia.


Od maja słyszę, że książki z żółtymi okładkami całkiem nieźle się rozchodzą. Jestem pewna, że "Z niejednej półki" pojawi się również na Waszej półce!


Tytuł - Z niejednej półki

Autor - Michał Nogaś

Ilustracje - Joanna Rusinek

Okładka - Przemek Dębowski

Rozmówcy - Alice Munro, Wiesław Myśliwski, Hanna Krall, Annie Proulx, Mario Vargas Llosa, Bernardo Kucinski, Margaret Atwood, Agneta Plaijel, Maciej Zaremba Bielawski, Herbjørg Wassmo, Paul Auster, Swietłana Aleksijewicz, Stefan Hertmans, Javier Marías, Michael Cunningam, Orhan Pamuk, Jerzy Pilch, Didier Eribon, Timothy Garton Ash, Elizabeth Strout, Jo Nesbø, Claudia Piñeiro, Marcin Świetlicki, Javier Cercas, Mariusz Szczygieł, Georgi Gospodinow, Karl Ove Knausgård, Marcin Wicha, Michel Laub, Zadie Smith, Chimamanda Ngozi, Adichie, Jonathan Safram Foer, Jesmyn Ward, Sarah M. Broom, Dorota Masłowska, Malgorzata Rejmer, Édouard Louis, Olga Tokarczuk

Wydawnictwo Agora, Warszawa, 2020

niedziela, 27 września 2020

DyrdyMarki - czyli dwieście stron z wąsem o Niedźwiedziu

 


Czy są tutaj jacyś słuchacze Programu Trzeciego Polskiego Radia? Założę się, że tak! Do niedawna w moim domu praktycznie zawsze można było usłyszeć Trójkę. Towarzyszyła nam przy śniadaniu i kolacji, w weekendowe popołudnia i oczywiście piątkowe wieczory. Sądzę, że pana Marka od "Listy" nie trzeba nikomu przedstawiać. To człowiek, który ukształtował gust muzyczny wielu Polaków - w szczególności tych w wieku moich rodziców. To człowiek, który potrafił przykuć do radioodbiorników tysiące (o ile nie miliony!) słuchaczy. To człowiek o głosie, który wywołuje uśmiech i same pozytywne myśli. To człowiek, który swoimi opowieściami, wiedzą i doświadczeniem kupił sympatię całego świata. To człowiek radia. Marek Niedźwiecki.


Najpierw przenieśmy się do lat sześćdziesiątych. Marek Niedźwiecki był wówczas w wieku nastoletnim. Już wtedy znacząco wyróżniał się w gronie swoich rówieśników. Jego sobotnie poranki zawierały jeden, niezmienny rytuał - kupowanie "Sztandaru Młodych". Właśnie w tej gazecie pojawiała się "Lista Przebojów Studia Rytm". Audycja była emitowana w godzinach wieczornych. Przez całą sobotę, młodego Marka kusiło, aby podejrzeć, które numery znalazły się na "Liście". Niekiedy zerkał na przykład na dziesiąte miejsce, ale nigdy nie podglądał, która piosenka dumnie błyszczała przy jedynce. To ćwiczyło samodyscyplinę i pozwalało przeżywać liczne zaskoczenia, rozczarowania i nieustające podekscytowanie. "Lista Przebojów Studia Rytm" to nie jedyna lista, której słuchał Marek Niedźwiecki. Już w dzieciństwie stał się wielbicielem radia, a przede wszystkim muzyki.


Jak myślicie, ile płyt posiada pan Marek? Trzy tysiące? Osiem? Dziesięć? Nie. Piętnaście tysięcy. No może nieco ponad. Trzeba przyznać, że to kolekcja zasługująca na jakiś potężny medal. Właściciel tej kolekcji twierdzi, że kupowanie płyt to jego uzależnienie. Uwielbia dotykać ich okładek i czytać książeczki. Pliki z muzyką nie dostarczają mu tyle emocji, chociaż powoli się z nimi zaprzyjaźnia. Niektóre jego płyty stoją na półce jeszcze nieodfoliowane. Po prostu Marek Niedźwiecki nie czuje potrzeby, aby je rozpakować - no przecież nigdzie mu nie uciekną. I okazuje się, że nie tylko on tak robi. Wojciech Mann również niechętnie to przyznaje. W Waszej głowie może teraz krążyć pytanie: jak to możliwe, że ten człowiek posiada w domu tak wiele płyt?! Na przykład na początku lat dziewięćdziesiątych pan Marek przebywał w Chicago. Do Warszawy wrócił z porządnie napakowaną walizką. Zapytany o to, ile wiezie płyt, odpowiedział, że sto. Został zaatakowany wybałuszonymi oczami i ironicznym śmiechem. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby powiedział prawdę! Bo wspomniana setka nie była prawdziwą odpowiedzią.


Kawał czasu temu, kiedy Piotr Kaczkowski wyjechał do Stanów Zjednoczonych, Marek Niedźwiecki dostał w zastępstwie nocne wydanie sobotniego "Zapraszamy do Trójki". Przejmował antenę między godziną dwudziestą trzecią a drugą. I wpadł na dość nietypowy pomysł na prowadzenie tej audycji. Co tydzień przynosił do studia zegarek od wujka i wieszał go na mikrofonie. Robiła się atmosfera idealna do zapalenia świec i... czytania wierszy. Dlatego też pan Marek z wielką wnikliwością czytał przez trzy godziny wiersze Haliny Poświatowskiej. Wzbogacał tę recytację rockową muzyką. Podczas tych sobotnich nocy przekroczył intymną granicę między słuchaczami. Dostrzegł to dopiero czytając listy od słuchaczek, które wyznawały mu miłość i koniecznie chciały go odwiedzić. Dlaczego Marek Niedźwiecki czytał akurat wiersze Haliny Poświatowskiej? Chyba nietrudno zgadnąć, jaka jest odpowiedź - po prostu uwielbiał jej poezję. Oprawił sobie nawet jej portret w ramkę. Kiedyś pani sprzątająca spytała się, czy to jego była narzeczona. No niestety nie.


Oprócz Poświatowskiej, płyt i "Sztandaru Młodych", Marek Niedźwiecki uwielbia również Szklarską Porębę. Po raz pierwszy odwiedził to miejsce dwadzieścia lat temu. Pojechał tam z Trójką na "Listę" wyjazdową. Nie jest tajemnicą, że pan Marek nie przepadał za audycjami wyjazdowymi. Ponoć kosztowały go całą górę zdrowia i nerwów. Uważa też, że dla ludzi słuchających takich wyjazdówek w domu nie jest to żadna atrakcja. Nie zgodzę się z tym, bo kiedy byłam młodsza, lubiłam słuchać tych pozdrowień. A, właśnie! Być może nie wiecie, że w Szklarskiej utarł się taki zwyczaj, że między utworami słuchacze przesyłali na antenie pozdrowienia. Najzabawniejsze historie są oczywiście związane z wypowiedziami dzieci. Kilkanaście lat temu do wyjazdowego studia wkradł się pięcioletni Czajek. Czarek nie wymawiał "r". Przyjechał z mamą na "Listę" i powiedział legendarne zdanie: "Do widzenia, niestety muszę iść już spać". Dlaczego legendarne? Ponieważ do maja te słowa Czarka zamykały każdą "Listę Przebojów".


Co to jest radio? Marek Niedźwiecki uważa, że to jedno z najtrudniejszych pytań, jakie zostały mu zadane. Radio to ludzie. Radio to muzyka. Radio to fale. Radio to rozmowy. Radio to również nieprzewidywalność. Nie wiadomo, co wydarzy się za kilka minut. Nie wiadomo, kto będzie gościem audycji. Nie wiadomo, jaka pojawi się piosenka. Według pana Marka, ludzie właśnie dlatego słuchają radia. Chcą być zaskakiwani. Oczywiście mniej więcej wiedzą, czego mogą spodziewać się po danych prezenterach i dziennikarzach, jednak szczypta niewiedzy wciąż pozostaje. A skoro jesteśmy przy nieprzewidywalności, koniecznie musimy zahaczyć o teatr wyobraźni. Tak, radio to teatr wyobraźni. Marek Niedźwiecki szczególnie pobudzał wyobraźnię trójkowych słuchaczy. Czasami robił sobie z nich niezłe żarty. Kiedyś udawał, że prowadzi "Listę Przebojów" z kawiarni Ptyś. Specjalnie robił rundki na korytarzu, aby wbiegać zdyszany do radia, otwierać butelki z wodą gazowaną i mówić głośno, żeby przekrzyczeć "sztuczny" kawiarniany szum. Co więcej, Marek Niedźwiecki nawet podał adres kawiarni Ptyś. I już możecie sobie wyobrazić, co się działo później. Biedni słuchacze szukali kawiarni, z której były prowadzone "Listy Przebojów"! Niezły żartowniś z tego pana Marka.


Co kolekcjonował Marek Niedźwiecki? No dobra, ułatwię Wam to pytanie - czego on nie kolekcjonował? Dlaczego nie poleciał na wywiad z Davidem Bowiem? Czemu Australia jest dla niego niczym olbrzymi magnes? Komu podkradł papierosy w Wiedniu? Co podarował Madonnie? W jaki sposób stał się bohaterem przyjęcia Lionela Richiego? Jakie są jego "płyty idealne"? Czy jest asertywny? Co jest jego daniem popisowym? Do kogo wysyłał kartki pocztowe? Czemu nie przepada za wywiadami telefonicznymi? I dlaczego codziennie pije wodę z miodem?


Marek Niedźwiecki twierdził kiedyś, że nie wierzy w życie pozaradiowe. Teraz zmienił swoje zdanie. W Trójce spędził aż trzydzieści osiem lat! Przez te niecałe czterdzieści lat udało mu się stworzyć audycje mądre, wartościowe, uwielbiane, a czasami niesamowicie zabawne. W swojej książce "DyrdyMarki" stoi rozkrokiem pomiędzy dwoma wiekami i opowiada historie pełne anegdot, niesamowitych wspomnień i niezapomnianych podróży. To również pozycja o codziennych sprawunkach. Dowiemy się, jaki jest ulubiony napój pana Marka, czemu uwielbia kotlety mielone i po jakie produkty chodzi na bazarek. Czytając "DyrdyMarki", cały czas miałam w głowie głos Marka Niedźwieckiego. I poczułam się, jakbym nagle zyskała nowego kolegę, naprawdę!


To nie są żadne dyrdymałki, uwierzcie mi. To "DyrdyMarki".


Tytuł - DyrdyMarki
Tekst - Marek Niedźwiecki
Opracowanie graficzne - Andrzej Wąsik
Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa, 2020

niedziela, 20 września 2020

Nie róbcie mu krzywdy - czyli oko szybsze niż mózg

Czuliście się kiedyś wykluczeni ze względu na kolor Waszej skóry? A może byliście świadkami właśnie takiego wykluczenia? Mam nadzieję, że nie. Jednak bardzo często słyszymy o tego typu sytuacjach. Jak się okazuje, ofiarami padają nie tylko osoby o ciemniejszym kolorze skóry. Te, które nie zostały wyposażone w barwnik melatoniny, również mierzą się z okropnościami. O brutalnych atakach na osoby z albinizmem nie mówi się zbyt wiele. Ba, nie mówi się wcale! Praktycznie nikt nie wie o tym, co dzieje się w Tanzanii. W takim razie zajrzyjmy do białych Tanzańczyków i dowiedzmy się, z czym muszą się mierzyć.

Nkamba nie miała pojęcia, dlaczego nie rodzi dzieci. Odwiedziła już czterech uzdrowicieli, którzy dokładnie dotykali jej brzucha, ale żaden z nich nie mógł odpowiedzieć na pytanie swojej pacjentki. To nie tak, że kobieta nie mogła wydawać na świat potomstwa. Przecież miała już trójkę z poprzedniego małżeństwa. Teraz czuła, jakby ktoś rzucił na nią czar. Gdy zakończyła małżeństwo ze swoim partnerem, postanowiła poszukać innego ojca dla jej przyszłych dzieci. Zgodnie z tradycją w jej kraju, swojego wybranka poznała podczas ceremonii. W porze suchej gromadziły się niezamężne kobiety i przed dość sporym gronem mężczyzn pokazywały swoje umiejętności i talenty. Nkamba zaimponowała jednemu z nich pięknym głosem oraz świetnym tańcem. Darusi miał dużo ziemi, prawie trzydzieścioro dzieci i dwie żony. Nkamba miała być jego trzecią. Pomimo zmiany męża, kobieta wciąż nie wydawała na świat dzieci. Aż tu nagle urodził się chłopiec. Zdrowy. Kilka miesięcy po nim przyszedł na świat kolejny. Ten drugi znacznie wyróżniał się wśród innych. To dlatego, że miał jasnoróżową skórę. Ludzie z wioski, widząc niemowlę, krzyczeli: zabijmy, otrujmy, zakopmy, ukryjmy! Ale Nkamba płakała tak głośno, że nikt nawet nie pokusił się o dotknięcie malutkiego Kusekwy. Kusekwa to "ten, z którego się śmieją". Biedny Kusekwa nie miał jeszcze świadomości, że w przyszłości będzie nazywany diabłem i małpą.

Zabobony i kłamstwa na temat osób z albinizmem mają się wyśmienicie. Mimo tego, że Tanzańczycy nie wierzą we wszystkie z nich, wyssane z palca regułki wciąż krążą po kraju, a w szczególności na jego północy. Według niektórych Tanzańczyków albinosi to duchy. Potrafią przenikać ściany. W ciemnościach widzą jak za dnia. Nie czują strachu i bólu. Mają mniejsze mózgi. W ich żyłach płynie rtęć. Popiół ich ciał zamienia się w sól. Krew, kość lub starta skóra albinosa mogą pomóc awansować w pracy. Amulet lub eliksir z jego ciała może przynieść bogactwo lub szczęście. Trzeba jednak uważać, bo albinizmem można się zarazić przez dotyk albo sam kontakt wzrokowy z białą osobą. Albinizm to zawsze wina matki. To kara od samego Boga. To tragedia. To przekleństwo. Lista tego typu przesądów praktycznie nie ma końca. A co tak naprawdę wpływa na to, że człowiek rodzi się biały lub jasnoróżowy? No jak myślicie? Geny. Powtórzę - geny!


Zanim przejdziemy do konkretnych przykładów morderstw i okaleczeń ludzi z albinizmem, chciałabym wziąć na tapet ich głównego i najczęstszego zabójcę. To rak skóry. Kilka lat temu zorganizowano darmowe spotkania z dermatologami. Mówiono o nich w mediach, kościołach i meczetach. Na konsultacje przybyło zaledwie sto pięćdziesiąt osób. Niewiele. Do niektórych informacja w ogóle nie dotarła. Nie wszyscy przecież chodzą na kazania i nie każdy posiada radio lub telewizor. A nawet jeśli usłyszeli o badaniach, nie mieli pieniędzy na autobus do miasta. Mnóstwo osób z albinizmem nie może sobie pozwolić nawet na zakup kremu z filtrem, który jest tak niezbędny do zapobiegania rakowi skóry. Znaczna część jest skazana na powolną, bolesną śmierć. Całe dnie pracy na polu, w ogniu słońca, odciskają ogromne piętno na białej skórze. Później pojawiają się strupy, bąble, pęcherze, oparzenia i różowe rany. Jeśli od razu nie obejrzy ich lekarz, może zrobić się niezbyt ciekawie.

W styczniu dwa tysiące ósmego roku Flora nie mogła zostać na noc z dziećmi, dlatego zawiozła je do swojego ojca. Cała piątka spała w szopie tuż przy domu. Właśnie tej nocy wydarzyła się tragedia. Do szopy weszło trzech dorosłych mężczyzn. Najstarszy z rodzeństwa od razu rozpoznał twarz jednego z nich. Sąsiad jego dziadka powiedział, że jeśli dzieci się nie położą, zabije je wszystkie. Dosłownie kilka sekund później ustawione pod ścianą rodzeństwo patrzyło, jak jeden z mężczyzn podrzyna gardło ich malutkiej siostrze. Drugi mężczyzna dokładnie oświetlał pięcioletnią Mariam latarką, natomiast trzeci łapał płynącą strumieniami krew do rondla. Dziewczynka z albinizmem została okrutnie okaleczona i zamordowana. Kiedy jej mama, Flora, wróciła do domu ojca, zobaczyła zakrwawione ciało swojej córeczki bez nóg. Zabójcy wrócili do domu dokładnie z tym, co było im potrzebne. Teraz jeszcze tylko wizyta u czarownika i już staną się szczęśliwi.

Said na co dzień obiera czosnek z łupinek i sprzedaje warzywa na targu. Nie ukrywajmy, nie zbija na tym fortuny. Ale jest w gronie tych Tanzańczyków, którzy posiadają w domu telewizor. Wszystkie wieczory Saida wyglądają praktycznie tak samo. Mężczyzna spędza je przed telewizorem, wygodnie rozłożony na fotelu z miękkimi poduszkami. Podczas jednego z takich wieczorów usłyszał głośne pukanie do drzwi. Osoby dobijające się do niego znały jego imię, więc on bez zastanowienia krzyknął: jestem u siebie w pokoju! Do środka weszło dwóch mężczyzn, trzeci czekał na zewnątrz. Zaatakowali Saida od tyłu, założyli mu na głowę hidżab i próbowali go podduszać. Chcieli odciąć mu genitalia, ale na całe szczęście im się nie udało. Jednak nie obeszło się bez ran wykonanych maczetą. Oprawcom udało się odciąć Saidowi ucho. Uradowani, wybiegli z tą częścią ciała z jego domu. Zdobyli fragment ciała albinosa. Czyżby pragnęli specjalnego eliksiru? Nie. Pragnęli pieniędzy.


W maju Shitakelelwa został znaleziony przed swoim domem. Nieżywy i z wyrwanymi wnętrznościami. Sprawcy umiejętnie czmychnęli. Nigdy ich nie odnaleziono.
W czerwcu porwano dwóch chłopców z albinizmem - dziewięciolatka oraz siedmiolatka. Wieści na temat Remy'ego i Zakaria cichły z każdym dniem, tygodniem i miesiącem, a ich ojciec nigdy sobie nie wybaczył, że nie zdołał obronić swoich synów.
W lipcu do sypialni Mariamy i jej trzech sióstr weszli mężczyźni w maskach. Najniższy z nich powiedział do ich matki, że zamorduje wszystkie jej córki. A jeśli kobieta tego nie chce, musi oddać mu tę z albinizmem. Jego wspólnik siłą wyrwał siedmiomiesięczną dziewczynkę i zabrał ją na werandę. Mama oraz jej trzy córki słyszały tylko wrzask dziewczynki i uderzenia maczetą. Kiedy zapanowała cisza, mama zobaczyła ciało swojej córeczki bez rąk i nóg.
W październiku sześćdziesięcioletni Rweganyo stracił przytomność, a gdy ją odzyskał, nie miał już dwóch rąk. Kilka lat po tym zdarzeniu mężczyzna wylądował w grobie. Oprawcy dotarli nawet tam i ukradli jego szczękę oraz żebra.
W listopadzie grupa dziewięciu mężczyzn odwiedziła dom Emmanuela i jego mamy. Kobieta przyrządzała posiłek w kuchni, gdy czterech mężczyzn zaatakowało jej siedmioletniego synka. Odrąbali Emmanuelowi lewę ramię i palce u prawej ręki. Wybili zęby i próbowali odciąć język i nos.

Każda, nawet najmniejsza część ciała osoby z albinizmem jest pożądana. Do morderstw i okaleczeń najczęściej dochodzi na północy Tanzanii. Wszystkie te okropności zaczęły się w dwudziestym pierwszym wieku. Naprawdę, dosłownie kilkanaście lat temu! Wyobraźcie sobie, że cena za "materiały" do amuletów i eliksirów potrafi przekroczyć kwotę dwóch tysięcy dolarów. Statystyki nie kłamią, białoskórzy Tanzańczycy mają prawo czuć się zagrożeni. Muszę przyznać, że zaskoczył mnie fakt, że znaczna część bohaterów "Nie róbcie mu krzywdy" nie boi się ataków. Jak sami twierdzą, o wiele bardziej doskwiera im brak pieniędzy. Filip Skrońc wybrał się do Dar es Salaam, aby stworzyć reportaż o napadach na osoby z albinizmem. Koniec końców napisał książkę o biedzie, nowotworze, plemionach, tanzańskiej polityce, głodzie i historii osób z albinizmem. Pozycja "Nie róbcie mu krzywdy" jest wnikliwie napisaną opowieścią o kraju na wschodzie Afryki. Porusza, niekiedy kłuje w serce i na pewno zostaje w głowie. Nie miałam pojęcia, że w jakimkolwiek państwie ludzie z albinizmem są tak traktowani. Myślę, że Wy też nie zdawaliście sobie z tego sprawy. Dlatego tę książkę powinien przeczytać absolutnie każdy. A wrażliwcom podczas lektury radzę robić sobie przerwy.

Niech nasze oko nie będzie szybsze niż mózg. Najpierw dostrzeżmy osobę, jej historię, a dopiero później kolor skóry.

Tytuł - Nie róbcie mu krzywdy
Tekst - Filip Skrońc
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2020