Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agata Loth-Ignaciuk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agata Loth-Ignaciuk. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 grudnia 2020

Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok - czyli po lodzie w śniegu

Zastanawialiście się może, jak wygląda krajobraz na dwóch biegunach naszej planety? Marzyliście kiedyś o tym, aby je odwiedzić? Tak? Czyżbym zgadła? Nic dziwnego, ja również chciałabym na własne oczy zobaczyć potężne lodowce, pływające kry lodu i kilkumetrowe zaspy. Rzeczą, o której absolutnie nigdy nie marzyłam jest piesza wędrówka na bieguny Ziemi. Wyobrażacie sobie przejść na nogach tysiące kilometrów przy temperaturze pięćdziesięciu stopni na minusie?! I to jeszcze z ciężkim plecakiem oraz przyczepionymi saniami ważącymi ponad sto kilogramów! Jednemu Polakowi udało się dokonać rzeczy wręcz niemożliwej. Otóż Marek Kamiński zdobył pieszo oba bieguny Ziemi... w rok.

Kilkuletni Marek codziennie fantazjował o dalekich podróżach i niezapomnianych przygodach. Niestety w czasach jego dzieciństwa za granicę wyjeżdżało się nieczęsto. Internet również jeszcze wówczas "nie hulał", więc dostęp do wiedzy o dalekich zakątkach świata nie był tak obszerny, jak teraz. Dzięki swojej chęci poznawania świata, Marek wpadł na genialny pomysł. Telefonował do ambasad różnych państw i prosił o adresy tamtejszych czasopism dla dzieci. Potem pisał do redakcji z prośbą o zamieszczeniu w gazecie jego krótkiego ogłoszenia. Brzmiało one: "Chłopiec z Polski chciałby nawiązać kontakt z rówieśnikami". Z czasem zaczął dostawać listy od dzieci z Francji, Niemczech, Grecji, a nawet Brazylii. Jednak to nie koniec pomysłowości młodego Marka. Zgadnijcie, gdzie wybrał się w wieku piętnastu lat i co zrobił, aby móc odbyć tak daleką podróż!

Marek Kamiński nigdy nie wyrósł ze swoich dziecięcych marzeń. Szczególnie ulubował sobie chłodne klimaty. Swoją przygodę z zimnem rozpoczął na Spitsbergenie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym roku. Właśnie tam poznał Wojtka Moskala. Marzeniem obydwóch polarników było przemierzenie całej Grenlandii. Spełnili je dokładnie trzy lata później. Ale nie myślcie sobie, że po tej wyprawie drogi naszych podróżników się rozeszły, o nie! Już podczas swojej pierwszej wspólnej przygody Marek i Wojtek snuli plany na temat następnych. Okazało się, że łączy ich kolejne marzenie. Zdobycie bieguna północnego. Stwierdzili, że zrobią to razem!

Polarnicy rozpoczęli przygotowania do swojej wyprawy. Punkt pierwszy - sponsorzy. Marek Kamiński i Wojtek Moskal koniecznie potrzebowali ich wsparcia, ponieważ sami nie byliby w stanie ponieść wszystkich kosztów ekspedycji. A jej cena wcale nie była niska. Wynosiła dwieście dziesięć tysięcy złotych. Znalezienie partnerów i sponsorów zajęło dwa lata. Po tym czasie podróżnicy mogli skupić się na zdobywaniu kolejnych pokładów wiedzy oraz na przygotowaniu swojego ciała do ogromnego wysiłku fizycznego. Nie tylko studiowali mapy i czytali zapiski oraz książki innych polarników, ale również pływali, biegali i chodzili na siłownię. Marek Kamiński nawet przymocowywał sobie do pleców oponę i pokonywał z nią trójmiejskie pagórki. Zdziwieni? To teraz zaskoczę Was jeszcze bardziej! Podróżnik, ubrany w gruby kombinezon i rękawice, rozkładał w ogródku namiot i w nim nocował. Przyrządzał posiłki na prymusie i nie zwracał uwagi na chichoty sąsiadów.

Kiedy Marek Kamiński i Wojtek Moskal spakowali do swoich sań i plecaków najpotrzebniejsze rzeczy (liczył się każdy gram, dosłownie!), wyruszyli na wyspę Ward Hunt, czyli najbardziej wysunięty na północ skrawek lądu. Dwunastego marca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku dwójka podróżników skierowała czubki swoich nart w kierunku bieguna północnego. Ah, czekała ich naprawdę długa podróż. Musieli przejść osiemset osiemdziesiąt kilometrów. I to po zamarzniętym oceanie! Warstwa lodu w każdej chwili mogła pęknąć, więc nasi polarnicy musieli być niezwykle uważni. Przed postawieniem praktycznie każdego kroku kilka razy pukali kijkiem w zamarznięty ocean. Puk, puk, puk, puk... Uf, nie ma pęknięcia, bezpieczny teren!

Jak się zapewne domyślacie, eskapada na biegun północny okazała się jeszcze trudniejsza, niż mogłoby się wydawać. Marka i Wojtka spotkało mnóstwo przygód. Nie sposób zliczyć, ile razy serce przestało im bić na kilka sekund. Każdy z Was pewnie wie, że między pływającymi krami znajdują się szczeliny. Podczas przeskakiwania z jednej kry na drugą, sanie Marka Kamińskiego z praktycznie całym jego ekwipunkiem utknęły w szczelinie. Cóż za pech. Jak myślicie, jak w tej sytuacji zachowali się polarnicy? O, a jesteście ciekawi, jaki był rytm dnia podczas tej wyprawy? Dobrze, zdradzę Wam kilka pierwszych punktów. Piąta - śniadanie i zwijanie biwaku. Ósma trzydzieści - wymarsz. Dziesiąta trzydzieści - przerwa na gorący napój i batonika. Jedenasta - marsz. Trzynasta - przerwa na... Jak myślicie, co konsumowali Marek Kamiński i Wojtek Moskal o godzinie trzynastej? Podpowiem Wam, że jest to przysmak, który smakuje absolutnie każdemu z Was.

Czy wiecie, czym są torosy? Albo jak wygląda przygotowanie się do snu przy temperaturze trzydziestu stopni na minusie? Czy na oblodzonym oceanie panuje cisza? Na czym polega system ARGOS i dlaczego jest tak bardzo istotny? Kiedy duet Marka i Wojtka zdobył biegun północny? Doskonale wiecie, że uwielbiam utrzymywać Was w ciekawości, więc odpowiem tylko na ostatnie pytanie. Dwaj polscy polarnicy - Marek Kamiński i Wojtek Moskal - stanęli na biegunie północnym dwudziestego trzeciego maja tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku, dokładnie po siedemdziesięciu dwóch dniach wędrówki. Osiągnęli swój cel oraz udowodnili, że są wybitnymi polarnikami. Cały świat o nich usłyszał. Jednak to nie wystarczyło Markowi Kamińskiemu. On wciąż czuł niedosyt. Dlatego postanowił, że zdobędzie również biegun południowy. I to w tym samym roku.

Wyprawa Marka Kamińskiego na biegun południowy rozpoczęła się niecałe pół roku po powrocie z północy. Polarnik nie miał problemu ze znalezieniem sponsorów oraz partnerów eskapady. Posiadał już również bezcenne doświadczenie, które zdecydowanie ułatwiło mu wyprawę. Nie musiał uczyć się rozkładania namiotu, gotowania na prymusie i władania kompasem w grubych rękawicach. Dokładnie wiedział, co koniecznie musi załadować na swoje sanie, a co może sobie darować. Były dwie znaczące różnice pomiędzy tymi wyprawami. Po pierwsze, droga na biegun północny składała się z zamarzniętego oceanu, natomiast ścieżka prowadząca do bieguna południowego to ląd pokryty grubą warstwą śniegu. Po drugie, na południu czekała na Marka Kamińskiego cieplutka stacja badawcza, w której mógł przykryć się kocem i napić się na przykład herbaty truskawkowej. No dobrze, plan już opracowany, mapy gotowe, sanie zapakowane - czas ruszać! Ale chwila, chwila, czy ktoś uwzględnił w planie przeraźliwą śnieżycę? Czy Marek Kamiński był w stanie stawić jej czoła? I kiedy postawił swoją stopę na biegunie południowym?

Z lekkim wstydem muszę przyznać, że wcześniej nie słyszałam o wybitnym osiągnięciu Marka Kamińskiego. Zdobyć dwa bieguny Ziemi w rok - cóż to za szaleństwo! Agata Loth-Ignaciuk (autorka tekstu) oraz Bartłomiej Ignaciuk (autor ilustracji) szczegółowo przybliżyli losy naszego polarnika w książce „Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok”. Ta pozycja, wypełniona po brzegi ilustracjami, świetnie pokazuje trud wyprawy, chwile zwątpienia podróżników, ale również momenty szczęścia i radości. Poszerza także wiedzę czytelników na temat bieguna północnego i południowego. Gdy ta książka stanie na Waszej półce, będzie mogła przejść przez naprawdę wiele rąk! Uwierzcie mi, że na bank zaciekawi całą Waszą rodzinę - począwszy od dzieci, a skończywszy na dziadkach. Sięgnięcie po nią z pewnością będzie przyjemnością także dla Was, więc nie zwlekajcie i jak najszybciej przebuszujcie księgarskie lub biblioteczne półki.


To co, wybierzecie się razem z Markiem Kamińskim na dwa końce świata?


Tytuł - Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok

Tekst - Agata Loth-Ignaciuk

Ilustracje - Bartłomiej Ignaciuk

Wydawnictwo Druganoga, Warszawa, 2020

piątek, 31 marca 2017

Draka w Muzeum - czyli Dziadek z ekipą w Muzeum Narodowym, i to bez biletów!


Muzeum to zapewne nuda dla energicznych dzieci, właśnie takich jak Janek. Ale włamanie się do takiej ogromnej instytucji kultury to już inna bajka. Janek założył się z Witkiem, że może wejść gdzie tylko chce, nawet do Muzeum Narodowego w Warszawie nocą! Moglibyśmy powiedzieć, że to wariactwo, lecz Janek brał to zupełnie poważnie. Na dowód tego, wziął sobie do pomocy młodszego brata Stefka.

Stefek już wiedział, że nie powstrzyma swojego brata przed wejściem do Muzeum nocą. Janek całe popołudnie siedział przy komputerze szukając wiadomości o eksponatach znajdujących się w tym oto budynku w stolicy Polski. Mało tego! Mieli ogromne szczęście, że ich Dziadek Edek pracował niegdyś w Muzeum Narodowym w Warszawie. Znał tam każdy zakątek, wszystkie szczeliny. No, może nie tak do końca wszystkie, ponieważ od ostatniej wizyty Dziadka w Muzeum upłynęło trochę czasu i mogły odbyć się jakieś remonty.


Dziadek dał się wkręcić w ten cały atak na Muzeum. Janek użył fortelu. Wmówił Dziadkowi, że to na polski. Taka trzymająca w napięciu historia przyda mu się na bank lub też może sejf podziemny!

Na niektórych stronach książki mamy dopiski dotyczące wspomnianej instytucji, ale też obrazów, eksponatów, kultur oraz obyczajów. Nasza wiedza wzbogaca się o działalność przedstawionego Muzeum aż od 1862 roku. Dokładnie w tym czasie założone zostało Muzeum Narodowe w Warszawie.


Agata Loth-Ignaciuk na podstawie śmiesznego opowiadania przedstawia nam, wydające się większości dzieci nudne, Muzeum. Wcale ono takie nie jest! A nawet kryje w sobie tajemnice! Dowiecie się o nich po przeczytaniu "Draki w Muzeum". Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko wziąć Dziadka za rękę i pójść do Muzeum Narodowego w Warszawie.

Komiksowe ilustracje są autorstwa Bartka Ignaciuka. Tak, pan Bartek i pani Agata to zapewne rodzina. Te obrazki to linoryty. L i n o r y t y! Mało osób spotyka się z tym słowem, więc troszeczkę go rozjaśnię. Na płytce dłutami wydłubuje się jakiś wzór. Smaruje się go farbą, odbija na kartce i włala! Mamy arcydziełko. Taką właśnie techniką posłużył się pan Bartek. Wyszło mu to wyśmienicie!


Jak się wszyscy domyślamy, Muzeum Narodowe w Warszawie zaangażowało się w wydanie tej oto książki. No bo, gdyby w "Drace w Muzeum" były jakieś przekłamania, cała historia straciłaby sens. O tym, że wszystko jest prawdą (oczywiście poza włamaniem Janka, Stefka i Dziadka) możecie się upewnić zwiedzając nasze wspaniałe Muzeum. Tylko mi nic nie buchnijcie!


Tytuł: Draka w Muzeum; tekst: Agata Loth-Ignaciuk; ilustracje: Bartek Ignaciuk
Wydawnictwo druganoga, Warszawa 2016