sobota, 26 grudnia 2020

Woda - źródło życia - czyli z chmury do oceanu

Wpadliście tutaj, aby dowiedzieć się nieco więcej o znakomitej książce? Świetnie! Ale najpierw musicie odpowiedzieć na pewne pytanie. Jaka jest najcenniejsza substancja na Ziemi? Macie osiem sekund na odpowiedź! Jeden, dwa, trzy, cztery... Jeszcze tylko cztery sekundy! Pięć, sześć, siedem... osiem! Jeśli na zadane chwilę temu pytanie odpowiedzieliście wyrazem "woda", wygraliście moje uznanie i szeroki uśmiech. No dobrze, skierujmy swoją uwagę na bohaterkę naszej zagadki. Gdyby woda nagle wyparowała i zniknęła, życie na naszej planecie nie byłoby możliwe. Wyginęłyby wszystkie rośliny, zwierzęta oraz my, czyli ludzie. Dlatego warto dowiadywać się coraz więcej na temat wody i nauczyć się rozsądnie z niej korzystać.

Do czego tak naprawdę służy nam woda? Do picia, mycia, wytwarzania energii i produkcji dosłownie wszystkich produktów. Co więcej, woda znajduje się w każdym z nas. Chociaż nie widzimy tego gołym okiem, nasze ciało to w większości właśnie woda. U małych dzieci wynosi ona około siedemdziesięciu procent, natomiast w ciałach ludzi już dorosłych stanowi od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu procent. Najwyższą zawartością wody w naszym organizmie może pochwalić się mózg. Składa się on w osiemdziesięciu procent z wody! Dlatego jeśli nie będziemy się wystarczająco dobrze nawadniać, pojawią się u nas problemy z koncentracją, pamięcią oraz skupieniem.

Dacie wiarę, że jedna osoba w Polsce zużywa codziennie około stu lub stu dwudziestu litrów wody?! To od dwustu do dwustu czterdziestu półlitrowych butelek. No musicie przyznać, że to dość zatrważająca liczba. Cztery litry do picia i gotowania posiłków, dwanaście litrów do mycia rąk i zębów, dwadzieścia litrów do prania, trzydzieści litrów do kąpieli pod prysznicem, czterdzieści litrów do spłukiwania toalety... Można by tak wymieniać w nieskończoność. Pamiętajmy, że w grę wchodzą także takie czynności, jak mycie naczyń czy też podlewanie roślin. Niektórzy mówią, że oszczędzanie wody jest bez sensu, bo ta substancja pokrywa aż siedemdziesiąt procent powierzchni Ziemi i to nie możliwe, aby kiedykolwiek jej zabrakło. Jednak niewiele osób wie, że dziewięćdziesiąt siedem procent wszystkich wód na naszej planecie to wody słone. Te słodkie, czyli zapewniające życie organizmom lądowym (ludziom również), liczą zaledwie trzy procent. Jak już sami możecie wywnioskować, wody odpowiedniej do użytku wcale nie jest tak dużo.

Jak już wspomniałam w poprzednim akapicie, na Ziemi występują dwa rodzaje wody - woda słona i słodka. Jeśli chodzi o tę drugą, wyróżnia się wody stojące oraz płynące. Są one miejscem życia przeróżnych gatunków zwierząt i roślin. Założę się, że każdy z Was pojechał kiedyś z kocykiem nad jezioro. Jeziora to spore wody stojące otoczone ze wszystkich stron lądem. Natomiast morza są zbiornikami wodnymi tylko częściowo otoczonymi lądem. Staw jest niewielkich rozmiarów, nie zalicza się do głębokich wód i zazwyczaj ma dopływ oraz odpływ. Sadzawka także jest mała i niezbyt głęboka, lecz od stawu różni się właśnie brakiem dopływów i odpływów. Do stawu bardzo podobne jest bajoro. Ale warto podkreślić, że ono regularnie wysycha i chyba nikt nie chciałby się w nim wykąpać.

Zastanawialiście się kiedyś, co dzieje się z brudną wodą? Muszę przyznać, że to pytanie bardzo często mnie nurtowało. W takim razie zacznę swoje opowiadanie o losie brudnej wody. Po zużyciu brudna woda dostaje się rurami odpływowymi do kanalizacji. Później nagromadzone w rurach ścieki trafiają do oczyszczalni. Tam czeka je wieloetapowe czyszczenie. Najpierw specjalne kraty wyłapują z wody większe odpady. Potem w piaskowniku osadzają się drobne kamienie i kawałki potłuczonego szkła. Na dnie osadnika wstępnego zbierają się kolejne śmieci. I chlup, nasz szlam wpada do komory fermentacyjnej. Tam dochodzi do emisji gazów, które następnie są spalane. Po spaleniu, w komorze nitryfikacyjnej mikroorganizmy (na przykład bakterie) zjadają pozostałe zanieczyszczenia. Osad i bakterie żegnają się z oczyszczaną substancją w osadniku wtórnym, a woda jest doprowadzana do pobliskiego zbiornika wody i ekspresowo powraca do ponownego obiegu. Mam nadzieję, że rozwiałam Wasze wątpliwości dotyczące losów brudnej wody.

Jak już wspomniałam na samym początku, niemal każda rzecz powstaje przy użyciu wody. Wszyscy wiemy, że wody potrzebują rośliny, ludzie i zwierzęta, ale... przedmioty? Przecież to niemożliwe! A jednak. Już podczas wydobywania surowców zużywa się wodę. Surowce te są tak przetwarzane, aby można było wytworzyć z nich potrzebne rzeczy. Mnóstwo wody przepływa również przez fabryki szyjące ubrania. Woda, która jest potrzebna przy produkcji wszystkich artykułów ma nawet swoją nazwę. To "woda wirtualna" - nie wchodzi w skład danych przedmiotów, ale i tak jest niezbędna przy ich produkcji. Im więcej rzeczy kupujemy, tym większy jest nasz ślad węglowy. A ślad węglowy to ilość zużytej wody przy stwarzaniu na przykład plastikowej zabawki lub pary dżinsów. O, właśnie! Czy wiecie, ile litrów wody potrzeba do wyprodukowania dżinsów? Zgadnijcie! Dziesięć litrów? Nie! Sto litrów? Też nie! Uwaga, uwaga! Jedenaście tysięcy litrów! Też jesteście w szoku? A jak myślicie - ile litrów zużywa się przy produkcji wołowiny? Podpowiem Wam, że naprawdę sporo.

Od jakiegoś czasu zużywamy za dużo wody, więc poziom wód gruntowych spada. Ale chwilka, chwilka... Czym są wody gruntowe? Wody gruntowe to takie malutkie rzeczki pod ziemią. Wystarczy, że ich poziom obniży się zaledwie o kilka centymetrów, a rośliny o krótkich korzeniach nie będą w stanie same zaopatrzyć się w wodę. To właśnie wtedy drzewa zaczynają wcześnie zrzucać liście, wysychają i obumierają. Teraz życie roślin jest w rękach rolników i opadów deszczu. Uwierzcie mi, nawadnianie całych pól nie jest łatwą sprawą. Wysoki poziom wód gruntowych zdecydowanie ułatwiłby sprawę.

Czy wiecie, że blisko trzydzieści procent ludzi na świecie nie ma dostępu do bezpiecznej wody pitnej? Jeśli przełożymy procenty na liczby, nasz wynik będzie wynosił niecałe dwa i pół miliarda. Właśnie tyle osób pije wodę wprost z jezior, rzek i kanałów, a w nielicznych sytuacjach ze studni. My, ludzie, mamy z wodą ogromny problem. Nie potrafimy jej szanować. Nie potrafimy zrozumieć, że jej zasoby się zmniejszają. Nie potrafimy rozsądnie z niej korzystać. Wciąż nie zdajemy sobie sprawy z tego, że pewnego dnia z naszego kranu nie poleci nawet kropelka wody. Christina Steinlein oraz Mieke Scheier zdają sobie sprawę z tego, w jakim niebezpieczeństwie znajduje się najważniejsza substancja na naszej planecie, dlatego postanowiły stworzyć książkę "Woda - źródło życia". W tej cudnie wydanej pozycji (przetłumaczonej przez Katarzynę Łakomik) z przepięknymi ilustracjami są poruszane tematy suszy, wyjątkowych właściwości wody, nadużywania wody oraz okropnych zanieczyszczeń wód i katastrofy klimatycznej. Zapewne zastanawiacie się teraz: "Co mogę zrobić, aby choć trochę odmienić katastrofalną sytuację wody na Ziemi?". Na całe szczęście autorki książki to przewidziały i na końcu naszej pozycji zostały zamieszczone rady i proponowane nawyki, który każdy z nas może wprowadzić do swojej codzienności.

Choć Wigilia już za nami, marzy mi się, aby książka "Woda - źródło życia" została prezentem dla absolutnie każdej osoby.


Tytuł - Woda - źródło życia. Wszystko o najważniejszej substancji na Ziemi

Tekst - Christina Steinlein

Ilustracje - Mieke Scheier

Przekład - Katarzyna Łakomik

Wiek - 6+

Wydawnictwo Babaryba, Warszawa, 2020

niedziela, 13 grudnia 2020

Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok - czyli po lodzie w śniegu

Zastanawialiście się może, jak wygląda krajobraz na dwóch biegunach naszej planety? Marzyliście kiedyś o tym, aby je odwiedzić? Tak? Czyżbym zgadła? Nic dziwnego, ja również chciałabym na własne oczy zobaczyć potężne lodowce, pływające kry lodu i kilkumetrowe zaspy. Rzeczą, o której absolutnie nigdy nie marzyłam jest piesza wędrówka na bieguny Ziemi. Wyobrażacie sobie przejść na nogach tysiące kilometrów przy temperaturze pięćdziesięciu stopni na minusie?! I to jeszcze z ciężkim plecakiem oraz przyczepionymi saniami ważącymi ponad sto kilogramów! Jednemu Polakowi udało się dokonać rzeczy wręcz niemożliwej. Otóż Marek Kamiński zdobył pieszo oba bieguny Ziemi... w rok.

Kilkuletni Marek codziennie fantazjował o dalekich podróżach i niezapomnianych przygodach. Niestety w czasach jego dzieciństwa za granicę wyjeżdżało się nieczęsto. Internet również jeszcze wówczas "nie hulał", więc dostęp do wiedzy o dalekich zakątkach świata nie był tak obszerny, jak teraz. Dzięki swojej chęci poznawania świata, Marek wpadł na genialny pomysł. Telefonował do ambasad różnych państw i prosił o adresy tamtejszych czasopism dla dzieci. Potem pisał do redakcji z prośbą o zamieszczeniu w gazecie jego krótkiego ogłoszenia. Brzmiało one: "Chłopiec z Polski chciałby nawiązać kontakt z rówieśnikami". Z czasem zaczął dostawać listy od dzieci z Francji, Niemczech, Grecji, a nawet Brazylii. Jednak to nie koniec pomysłowości młodego Marka. Zgadnijcie, gdzie wybrał się w wieku piętnastu lat i co zrobił, aby móc odbyć tak daleką podróż!

Marek Kamiński nigdy nie wyrósł ze swoich dziecięcych marzeń. Szczególnie ulubował sobie chłodne klimaty. Swoją przygodę z zimnem rozpoczął na Spitsbergenie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym roku. Właśnie tam poznał Wojtka Moskala. Marzeniem obydwóch polarników było przemierzenie całej Grenlandii. Spełnili je dokładnie trzy lata później. Ale nie myślcie sobie, że po tej wyprawie drogi naszych podróżników się rozeszły, o nie! Już podczas swojej pierwszej wspólnej przygody Marek i Wojtek snuli plany na temat następnych. Okazało się, że łączy ich kolejne marzenie. Zdobycie bieguna północnego. Stwierdzili, że zrobią to razem!

Polarnicy rozpoczęli przygotowania do swojej wyprawy. Punkt pierwszy - sponsorzy. Marek Kamiński i Wojtek Moskal koniecznie potrzebowali ich wsparcia, ponieważ sami nie byliby w stanie ponieść wszystkich kosztów ekspedycji. A jej cena wcale nie była niska. Wynosiła dwieście dziesięć tysięcy złotych. Znalezienie partnerów i sponsorów zajęło dwa lata. Po tym czasie podróżnicy mogli skupić się na zdobywaniu kolejnych pokładów wiedzy oraz na przygotowaniu swojego ciała do ogromnego wysiłku fizycznego. Nie tylko studiowali mapy i czytali zapiski oraz książki innych polarników, ale również pływali, biegali i chodzili na siłownię. Marek Kamiński nawet przymocowywał sobie do pleców oponę i pokonywał z nią trójmiejskie pagórki. Zdziwieni? To teraz zaskoczę Was jeszcze bardziej! Podróżnik, ubrany w gruby kombinezon i rękawice, rozkładał w ogródku namiot i w nim nocował. Przyrządzał posiłki na prymusie i nie zwracał uwagi na chichoty sąsiadów.

Kiedy Marek Kamiński i Wojtek Moskal spakowali do swoich sań i plecaków najpotrzebniejsze rzeczy (liczył się każdy gram, dosłownie!), wyruszyli na wyspę Ward Hunt, czyli najbardziej wysunięty na północ skrawek lądu. Dwunastego marca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku dwójka podróżników skierowała czubki swoich nart w kierunku bieguna północnego. Ah, czekała ich naprawdę długa podróż. Musieli przejść osiemset osiemdziesiąt kilometrów. I to po zamarzniętym oceanie! Warstwa lodu w każdej chwili mogła pęknąć, więc nasi polarnicy musieli być niezwykle uważni. Przed postawieniem praktycznie każdego kroku kilka razy pukali kijkiem w zamarznięty ocean. Puk, puk, puk, puk... Uf, nie ma pęknięcia, bezpieczny teren!

Jak się zapewne domyślacie, eskapada na biegun północny okazała się jeszcze trudniejsza, niż mogłoby się wydawać. Marka i Wojtka spotkało mnóstwo przygód. Nie sposób zliczyć, ile razy serce przestało im bić na kilka sekund. Każdy z Was pewnie wie, że między pływającymi krami znajdują się szczeliny. Podczas przeskakiwania z jednej kry na drugą, sanie Marka Kamińskiego z praktycznie całym jego ekwipunkiem utknęły w szczelinie. Cóż za pech. Jak myślicie, jak w tej sytuacji zachowali się polarnicy? O, a jesteście ciekawi, jaki był rytm dnia podczas tej wyprawy? Dobrze, zdradzę Wam kilka pierwszych punktów. Piąta - śniadanie i zwijanie biwaku. Ósma trzydzieści - wymarsz. Dziesiąta trzydzieści - przerwa na gorący napój i batonika. Jedenasta - marsz. Trzynasta - przerwa na... Jak myślicie, co konsumowali Marek Kamiński i Wojtek Moskal o godzinie trzynastej? Podpowiem Wam, że jest to przysmak, który smakuje absolutnie każdemu z Was.

Czy wiecie, czym są torosy? Albo jak wygląda przygotowanie się do snu przy temperaturze trzydziestu stopni na minusie? Czy na oblodzonym oceanie panuje cisza? Na czym polega system ARGOS i dlaczego jest tak bardzo istotny? Kiedy duet Marka i Wojtka zdobył biegun północny? Doskonale wiecie, że uwielbiam utrzymywać Was w ciekawości, więc odpowiem tylko na ostatnie pytanie. Dwaj polscy polarnicy - Marek Kamiński i Wojtek Moskal - stanęli na biegunie północnym dwudziestego trzeciego maja tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku, dokładnie po siedemdziesięciu dwóch dniach wędrówki. Osiągnęli swój cel oraz udowodnili, że są wybitnymi polarnikami. Cały świat o nich usłyszał. Jednak to nie wystarczyło Markowi Kamińskiemu. On wciąż czuł niedosyt. Dlatego postanowił, że zdobędzie również biegun południowy. I to w tym samym roku.

Wyprawa Marka Kamińskiego na biegun południowy rozpoczęła się niecałe pół roku po powrocie z północy. Polarnik nie miał problemu ze znalezieniem sponsorów oraz partnerów eskapady. Posiadał już również bezcenne doświadczenie, które zdecydowanie ułatwiło mu wyprawę. Nie musiał uczyć się rozkładania namiotu, gotowania na prymusie i władania kompasem w grubych rękawicach. Dokładnie wiedział, co koniecznie musi załadować na swoje sanie, a co może sobie darować. Były dwie znaczące różnice pomiędzy tymi wyprawami. Po pierwsze, droga na biegun północny składała się z zamarzniętego oceanu, natomiast ścieżka prowadząca do bieguna południowego to ląd pokryty grubą warstwą śniegu. Po drugie, na południu czekała na Marka Kamińskiego cieplutka stacja badawcza, w której mógł przykryć się kocem i napić się na przykład herbaty truskawkowej. No dobrze, plan już opracowany, mapy gotowe, sanie zapakowane - czas ruszać! Ale chwila, chwila, czy ktoś uwzględnił w planie przeraźliwą śnieżycę? Czy Marek Kamiński był w stanie stawić jej czoła? I kiedy postawił swoją stopę na biegunie południowym?

Z lekkim wstydem muszę przyznać, że wcześniej nie słyszałam o wybitnym osiągnięciu Marka Kamińskiego. Zdobyć dwa bieguny Ziemi w rok - cóż to za szaleństwo! Agata Loth-Ignaciuk (autorka tekstu) oraz Bartłomiej Ignaciuk (autor ilustracji) szczegółowo przybliżyli losy naszego polarnika w książce „Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok”. Ta pozycja, wypełniona po brzegi ilustracjami, świetnie pokazuje trud wyprawy, chwile zwątpienia podróżników, ale również momenty szczęścia i radości. Poszerza także wiedzę czytelników na temat bieguna północnego i południowego. Gdy ta książka stanie na Waszej półce, będzie mogła przejść przez naprawdę wiele rąk! Uwierzcie mi, że na bank zaciekawi całą Waszą rodzinę - począwszy od dzieci, a skończywszy na dziadkach. Sięgnięcie po nią z pewnością będzie przyjemnością także dla Was, więc nie zwlekajcie i jak najszybciej przebuszujcie księgarskie lub biblioteczne półki.


To co, wybierzecie się razem z Markiem Kamińskim na dwa końce świata?


Tytuł - Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok

Tekst - Agata Loth-Ignaciuk

Ilustracje - Bartłomiej Ignaciuk

Wydawnictwo Druganoga, Warszawa, 2020

niedziela, 6 grudnia 2020

Kurs na ulicę Szczęśliwą - czyli w tę i we w tę

Wyobraźcie sobie, że zwierzacie się pewnej osobie z najważniejszych momentów Waszego życia. Niekiedy czekacie na radę, a czasami po prostu pragniecie wylać z siebie potok słów. Nie, nie, nie - nie chodzi mi tutaj o wizytę u terapeuty. Opowiadając swoją historię, widzicie przemijające obrazy. Zaczynają się już od dzieciństwa i płyną przez nastoletniość, młodość oraz dojrzałość. Widzicie także obrazy za szybą mijane z prędkością około pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Taksówkarz to osoba, przed którą ludzie się otwierają. W końcu i tak są nią niego skazani - przecież muszą z nim dojechać do celu. Dlaczego by w takim razie nie urozmaicić swojej podróży rozmową?


Do auta wsiada kobieta około sześćdziesiątki. Słychać brzdęk zniczy w jej torbie. Nic dziwnego, w końcu jest Święto Zmarłych - pierwszy listopada. Mimo tego, że mamy bardzo wczesną porę, pasażerka prosi o podwózkę na cmentarz. Mówi, że woli załatwić sprawunki rano i już później się nimi nie przejmować. Po południu musi przyjmować gości. Twierdzi, że całe jej życie jest żartem. Zaczęło się od tego, że urodziła się w Święto Zmarłych. Ponoć pierwszy dzień jej życia był zwiastunem całej przyszłości. Po rozwodzie jej były mąż wyemigrował do Kanady. Postawił tam sobie piękny dom. A ona? Dorobiła się tylko schorzeń w barkach, bo kiedyś pływała zawodowo. W latach sześćdziesiątych zdobyła mistrzostwo Warszawy w pływaniu. Potem oddała się dziennikarstwu. Ale uważa, że jej praca to nuda jak flaki z olejem.


Znowuż mamy pierwszy dzień miesiąca. Tym razem pierwszy sierpnia. Do taksówki wsiada kobieta ze swoim tatą. Sędziwy mężczyzna wyróżnia się swoim wyglądem. Pochylone plecy, ciężki mundur, a na nim symbol Polski Walczącej. Niestety wiek sprawił, że mówienie sprawia mu ogromną trudność. Słuch również nie jest w najlepszej formie. Na pierwszy rzut oka widać duże podobieństwo córki do swojego taty. Wąskie usta, ostre rysy twarzy, spiczasty nos i przenikliwe spojrzenie. Widocznie silna osobowość to już cząstka genów tej rodziny. W zamian za transport do muzeum na obchody Powstania Warszawskiego, córka powstańca opowiada taksówkarzowi jego historię. W czasie wojny jej ojciec był listonoszem. Nosił listy między rodzinami. Swoją pracę traktował piekielnie poważnie. Któregoś dnia powstania mężczyzna zorientował się, że nie zdąży dostarczyć już powierzonych mu listów. Ukrył je w drzwiach mieszkania w starej kamienicy. O dziwo listy przetrwały resztę wojny. Właśnie wtedy listonosz obiecał sobie, że dostarczy wszystkie listy ich adresatom. Czuł się odpowiedzialny za tę korespondencję. Jak myślicie, ile lat zajęło mu to zadanie? Kiedy dopiął swego, zapewne był z siebie bardzo dumny.


Taksówkarz zerka na telefon. O, nowy kurs. Kurs na hasło "Tomasz". Kiedy pasażer wsiada do auta, od razu łapie kontakt z taksówkarzem. Rozmawia im się tak dobrze, że u celu podróży pan Tomasz zaprasza nowo poznanego człowieka na herbatę. Ściany jego mieszkania zdobią oryginalne maski, pamiątki, zdjęcia oraz przedziwne instrumenty muzyczne. Podłogi są usłane kolekcją azjatyckich dywanów. Mężczyzna mówi, że za trzy miesiące wyrusza w trasę koncertową. Planuje odwiedzić kameralne jazzowe kluby we Włoszech, Francji i Hiszpanii. Jest świeżo po operacji i nie czuje się najlepiej. Bardzo chciałby wziąć ze sobą osobę, która pomoże mu z walizkami i pakunkami. Taksówkarz zgadza się od razu. Taka propozycja to dla niego ogromny zaszczyt. Niestety niedługo później pan Tomasz umiera. Odszedł uwielbiany muzyk jazzowy - Tomasz Stańko.

Drzwi warszawskiej przychodni otwierają się i wychodzi z nich starsza kobieta. Ostrożnie wsiada do taksówki. Na pytanie: "Dokąd jedziemy?" odpowiada, że nie pamięta. Nie pamięta, gdzie mieszka. Jedyne, co przychodzi jej do głowy to ogromny kościół. Jej ręka wskazuje okolice Woli. Po kilku minutach krążenia po tej dzielnicy przypomina sobie, że mieszka na ulicy Sarmackiej, czyli na Wilanowie. Wprowadziła się tam trzy lata temu, ale pamięć wciąż płata jej figle. Starsza kobieta mówi, że tęskni za Zamościem. Spędziła tam całe swoje życie. Miała przyjaciółki i często wybierała się na spacery po rynku. Nie może przywyknąć do Warszawy, nie czuje się tutaj dobrze. Trzy lata temu córka poprosiła ją o podpisanie jakiegoś dokumentu, więć kobieta go podpisała. Z miłości do swojej jedynaczki. Mówi, że gdyby wiedziała, ile przez ten papierek straci - w życiu by go nawet nie dotknęła.


Przy autostradzie stoi autostopowiczka. Nie wygląda na szczęśliwą ani zdrową. Taksówkarz zatrzymuje się przy niej i zaprasza do środka. Nie przyjmuje żadnych pieniędzy, bo - jak sam podkreśla - autostop rządzi się swoimi prawami. Kobieta pragnie dostać się do Warszawy, więc idealnie się składa, ponieważ taksówkarz właśnie do niej jedzie. Wraca z kursu do Łodzi. Nowa pasażerka wsiada do samochodu z dwiema reklamówkami wypełnionymi warzywami. Ponoć co miesiąc tutaj po nie przyjeżdża. Znajomi starają się jej pomóc. Dają jej ziemniaki, marchewkę, buraki. Sporym problemem jest dojazd. Niekiedy kobieta jest zmuszona do spania na przystanku. W domu czeka na nią czwórka dzieci. Najstarsza córka, Natka, opiekuje się młodszym rodzeństwem. Ma dziewięć lat. Monolog kobiety przerywa na moment przystanek na stacji benzynowej. Gdy taksówkarz wysiada z samochodu, kobieta prosi go o kupienie coca-coli. Ma w sobie bardzo dużo cukru, więc zabije głód na parę godzin.


Łysiejący pan, na oko sześćdziesięcioletni, pakuje do taksówki swoją ogromną torbę. To człowiek, który od kilkunastu lat ubiera stopy warszawiaków. Chodzi na parkingach od kierowcy do kierowcy i stosuje swoje wybitne zdolności marketingowe. Dokładnie szesnaście lat temu zamknął swój niewielki sklepik ze skarpetkami i wyszedł z towarem na ulicę. Stawia się na parkingu codziennie o szóstej rano. Swoją pracę rozpoczyna od pukania w szybki. Zna każdego taksówkarza i każdego kierowcę autobusu. Już szykuje się na przypływ nowych klientów, bo za niedługo zmienia się autobusowa warta. Wszyscy darzą Skarpeciarza wielką sympatią. Nie tylko kupują od niego skarpetki, ale również częstują go kawą, ciastkiem i najnowszą historią z miasta.


Anna jest osobą niezwykle empatyczną i pogodną, chociaż życie cały czas podkłada jej kłody pod nogi. Marzeniem pana Drakuli i jego żony jest zostanie rodzicami, jednak to nie takie proste, jak mogłoby się wydawać. Taylor nie należy do punktualnych osób, natomiast Michał bardzo chce stać się odpowiedzialny. W ciągu pięciu lat w taksówce Bartosza Gardockiego siedziało mnóstwo ludzi. Możemy ich liczyć w tysiącach. Pięć lat temu pan Bartosz wstał z krzesła przy korporacyjnym biurku i usiadł za kierownicą. Z uśmiechem na twarzy mówi, że uwielbia swoją pracę. Radość sprawia mu nie tylko prowadzenie samochodu, ale przede wszystkim rozmowa z drugim człowiekiem. Na jego samochodowym fotelu usiedli Hanna Krall, Halina Szpilman, Zbigniew Wodecki, ale również samotna matka i pani pogodynka. Już po kilku pierwszych kursach Bartosz Gardocki orientuje się, że praktycznie wszystkie jego rozmowy z pasażerami zahaczają o bardzo ważne pytanie, czym jest szczęście. Dlatego właśnie jego wyśmienity reportaż nosi tytuł "Kurs na ulicę Szczęśliwą". Mam nadzieję, że czytelników tej świetnej książki będziemy mogli liczyć nie w tysiącach, lecz w setkach tysięcy, a nawet w milionach!


Tytuł - Kurs na ulicę Szczęśliwą

Tekst - Bartosz Gardocki

Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa, 2020