niedziela, 28 lutego 2021

Przygoda dzika Toniego Halika - czyli dokąd tym razem?

Chyba każde dziecko marzy o tym, aby wyruszyć w podróż na kraniec świata. Rozmyśla o tajemniczych dżunglach, pustyniach i oceanach. Pragnie odwiedzić miejsca, o których dowiedziało się z książek, atlasów i map. Mały Mieczysław nie był wyjątkiem. W swoim gimnazjum w Płocku raczej nie słynął z wzorowego zachowania i dobrych ocen. No dobra, nie wliczając w to jednego przedmiotu - geografii. Był w tej dziedzinie prawdziwym ekspertem. Praktycznie na wszystkich lekcjach zajmował się dokładnym studiowaniem map, za co dostawał przeróżne kary. Wbijał szpilki w kraje, do których chciał dotrzeć i łączył je nitkami. W ten sposób wyznaczał swoje przyszłe podróżnicze szlaki. Kiedyś na lekcji matematyki został nakryty na nauce języka portugalskiego. Większość jego kolegów nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że taki istnieje! Chłopiec cierpliwie tłumaczył im, że posługują się nim między innymi mieszkańcy Brazylii, do której notabene wkrótce się wybiera. Wtedy jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, że cały świat pozna go jako Toniego Halika.

Minęło wiele lat, a fantazje Mirosława na temat Brazylii wciąż go nie opuszczały. Wraz ze swoją żoną Pieret zamieszkał w Argentynie, która znajduje się tuż obok Brazylii. Tony marzył o odwiedzeniu nieznanych dotąd plemion. Aby to zrobić, musiał przedostać się na północ kontynentu. Wraz z Pieretą kupili małą żaglówkę i nazwali ją "Chico", co po hiszpańsku oznacza "chłopczyk". Coraz częściej zapuszczali się w głąb Parany, czyli jednej z największych rzek Ameryki Południowej. W pierwszych rejsach towarzyszyli im małpka Titi i kot Minuczo. Rany, jak te zwierzaki rozrabiały! Tony i Pieret nie mogli spuszczać ich z oczu. Podróżnik charakteryzował się bezgraniczną ciekawością świata, więc coraz częściej wyruszał na dłuższe wyprawy po rzece. W końcu postanowił, że popłynie tak daleko, jak tylko to możliwe! Pokonali już z Pieret potężny kawał trasy. Już znajdowali się blisko granicy Argentyny z Brazylią i nagle ich oczom ukazał się potężny wodospad. Nie ulegało żadnym wątpliwościom, że "Chico" wyglądał przy nim jak maleńka kropeczka. Jak myślicie, czy małżeństwo Halików postanowiło zawrócić czy jednak wybrało ryzyko?

W czerwcu tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego piątego roku Pieret i Tony stawili czoła następnemu zadaniu. Wsiedli na statek, który płynął z Buenos Aires wprost do Rio de Janeiro. Celem podróży było dotarcie do Indian i przywiezienie od nich prawdziwej indiańskiej dzidy. Tony - jak zwykle - był niemal pewny o pomyślnym zakończeniu swojej wyprawy. Jego entuzjazm sięgał zenitu. Szalał na pokładzie statku z kamerą i aparatem w ręku, a inni pasażerowie patrzyli na niego podejrzliwym wzrokiem. Byli przekonani, że cel jego podróży to szczyt głupoty i nigdy nie uda mu się dotrzeć do odległych plemion. W odróżnieniu do Toniego i Pieret, ich interesowało tylko i wyłącznie polowanie na egzotyczne zwierzęta. Halikowie nie popierali takiego zachowania i obiecali sobie, że będą zabijać zwierzęta tylko dla zaspokojenia głodu - nigdy dla zabawy! 

Na statku wybuchła ogromna kłótnia, której szczegółów Wam nie zdradzę. Jednak wiedzcie, że o mały włos uniemożliwiła ona dalszą część wyprawy Toniego i Pieret! Małżeństwu udało się opanować sytuację i już po kilku dniach zakupili dłubankę za niewielkie pieniądze. To podobna do kajaka wąska łódka. Tony oraz Pieret wypełnili ją swoimi rzeczami przywiezionymi z Argentyny i odbili od brzegu. Mieli lekkie trudności ze swoim środkiem transportu, który raczej nie był przeznaczony do dalekich dystansów na rzece Araguaia. Płynąc, Halikowie wypatrywali dzikich plemion. Oprócz tego oczywiście podziwiali otaczające ich widoki. Zapierały one dech w piersiach i zupełnie odciągnęły uwagę naszych podróżników od czyhających niebezpieczeństw! Na całe szczęście Pieret i Tony ocknęli się w porę. Gdy kobieta liczyła przepływające obok dłubanki różowe delfiny, Tony spostrzegł wygrzewające się w słońcu kajmany. Ale bądźcie spokojni, Halikowie nie wylądowali w brzuchach tych zwierząt.

Mijały kolejne dni, a po plemionach, których Pieret i Tony się spodziewali, nie było ani śladu. Zaczęło ich to trochę niepokoić. Jednak nie zniechęcali się i kontynuowali swoją przygodę. Pewnego dnia zobaczyli w rzece olbrzymią anakondę. Jak zapewne możecie się domyślać, nieźle się przestraszyli. Jeszcze nie zdążyli ochłonąć po spotkaniu z wężem, a nagle tuż za następnym zakrętem dostrzegli dwie łodzie, a na nich mężczyzn. Tony z pewnością w głosie oznajmił swojej żonie, że to zapewne Żawaowie, czyli plemię pokojowo nastawionych rybaków. Czarnoskórzy mężczyźni byli tak zajęci połowem żółwi, że przepływająca obok dłubanka z dwojgiem ludzi w środku zupełnie umknęła ich uwadze. Halikowie nie mieli pojęcia, że członkowie tego plemienia panicznie boją się białych ludzi. No muszę przyznać, że początek ich spotkania raczej nie wyglądał obiecująco. Jednak fakt, że Tony dość biegle posługiwał się ich językiem zdecydowanie ułatwił sprawę i strach Żawoawów odszedł w niepamięć. 

Para podróżników została doskonale ugoszczona. Z okazji ich odwiedzin wyprawiono nawet ucztę! Były na niej między innymi pieczone ryby, mięso żółwia, arbuzy i miód leśnych pszczół. Pieret chciała poczęstować dzieci argentyńskimi słodyczami, ale rarytasy niezbyt przypadły im do gustu. Podczas posiłku gospodarze obiecali Halikom, że zabiorą ich w głąb lasu deszczowego, prosto do ukrytych wiosek! "A więc zdobycie prawdziwej dzidy jest możliwe!" - pomyślał Tony. W tropikalnym lesie ukrywało się plemię Karażów. Mogłoby się wydawać, że zdobycie ich broni to już teraz bułka z masłem. Ha, nic bardziej mylnego! Otóż ludzie biali nie mają wstępu na teren Karażów. Okazało się, że biali turyści kiedyś nieźle tam nabroili i od tamtej pory wielki wódz Ubedu zabronił jakichkolwiek kontaktów z nimi. Cóż za pech! Jak myślicie, czy mimo tak wielu przeszkód Pieret i Tony zdołają spełnić swoje marzenie? Przekonajcie się sami!

Tony Halik to podróżnik, jakich mało. Książka "Przygoda dzika Toniego Halika" cudownie zilustrowana przez Magdalenę Kozieł-Nowak opowiada o jego arcyciekawej podróży w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym roku. Halik odwiedził wtedy z kamerą i aparatem w rękach mało znane plemiona żyjące przy rzece Araguaia. Bardzo dokładnie udokumentował ich zwyczaje i sposób życia, dzięki czemu Mirosław Wlekły mógł napisać na ten temat książkę dla młodych czytelników. W tej pozycji wspomniane są także problemy wandalizmu i braku poszanowania tradycji, które Tony i Pieret omijają szerokim łukiem, dając w ten sposób doskonały przykład małym pożeraczom książek. Jak już wcześniej wspomniałam, mamy tutaj do czynienia z wspaniałymi ilustracjami. Uwierzcie mi, Magdalena Kozieł-Nowak doskonale wprowadzi Was w klimat brazylijskiej wyprawy!

Wyruszcie w podróż razem z małżeństwem Halików. Zasmakujcie życia w środku tropikalnego lasu!


Tytuł - Przygoda dzika Toniego Halika

Tekst - Mirosław Wlekły

Ilustracje - Magdalena Kozieł-Nowak

Wydawnictwo Agora, Warszawa, 2021

niedziela, 31 stycznia 2021

Twarz, brzuch, głowa - czyli sio, patriarchacie!

Jak na początku większości moich recenzji, zadam Wam pytanie. Ale pozwólcie, że tym razem skieruję je do kobiet. Ile razy słyszałyście, że czegoś Wam "nie wypada"? Nie wypada Wam mieć własnego zdania. Nie wypada Wam kłócić się z mężczyznami. Nie wypada Wam odczuwać smutku oraz gniewu. Nie wypada Wam zabierać głosu. Malujecie się? To haniebne, jesteście skupione tylko na swoim wyglądzie, cechuje Was próżność. Nie malujecie się? Nie potraficie o siebie zadbać. Ubieracie długie spodnie? W ogóle nie jesteście "kobiece", zapewne wstydzicie się swoich nóg, bo są "nieatrakcyjne". Ubieracie krótkie spódniczki? Pragniecie uwagi, jesteście atencjuszkami. Macie dzieci? Nie stać Was na karierę i sukces. Nie macie dzieci? Myślicie tylko o sobie, przecież egoizm to Wasze drugie imię. My, kobiety, jesteśmy poddawane wiecznym testom, a w każdym kącie czeka na nas krytyka i ocena. Cały czas odczuwamy presję. Boimy się, że nie sprostamy oczekiwaniom innych ludzi (najczęściej mężczyzn), przez co wyrządzamy swoim ciałom wiele zła i sporo rzeczy robimy wbrew sobie. I na dodatek potrafimy to nieźle tuszować.

Twarz.

Wanda codziennie rano spogląda w lustro. Próbuje nie panikować, chociaż nie zawsze się jej to udaje. Bierze głębokie oddechy. Polewa twarz lodowatą wodą. Jednak efekt wciąż nie jest dla niej zadawalający. Dlatego później zabiera się za maseczkowanie, masowanie i miętoszenie. No, już trochę lepiej. Teraz jeszcze tylko czerwona szminka i ociupina maskary. Może być. Wanda wykonała swój "twarzowy" rytuał i wyszła z domu. Właśnie tego dnia dowiedziała się, że dostała nową pracę. Zajęła stanowisko doradczyni do spraw gender. Przepełniała ją ogromna radość i samozadowolenie. Była z siebie dumna. Ale zanim poleciała na swoją pierwszą podróż służbową, chciała zrobić porządek z włosami. Spokojnym krokiem weszła do zakładu fryzjerskiego i usiadła na fotelu kolorystki. Tak jak zwykle, pani kolorystka nakładała na włosy swojej klientki odcień intensywnego imbiru i niewinnie z nią gawędziła. Nagle padło pytanie: "Ma już pani wnuczki?". To był dla Wandy potężny cios. "Jak to, ja i wnuczki?! Przecież jestem taka młoda!!!" - pomyślała z oburzeniem. Z zakładu fryzjerskiego wyszła z o wiele gorszym humorem, niż gdy do niego wchodziła.

Znacie to uczucie, kiedy paraliżuje Was strach i nie wiecie, co ze sobą zrobić? Właśnie to odczuwała Wanda. Na chwilę zapomniała o swojej pracy, którą tak bardzo się ekscytowała. Usiadła w cieniu drzewa i zaczęła rozmyślać o przemijaniu. Uzmysłowiła sobie, jak bardzo się go boi i jak bardzo przed nim ucieka. Nigdy wcześniej nie myślała o sobie, jako o starzejącej się kobiecie. Nie chciała, aby przechodzący obok niej ludzie rozważali na temat jej wieku. Nie chciała, żeby ustępowali jej miejsca w komunikacji miejskiej. Nie chciała kojarzyć się innym ze śmiercią. Słowo "wnuczki" wciąż dzwoniło jej w uszach. Zdecydowała, że musi coś zrobić ze swoimi zmarszczkami. Włączyła komputer i wpisała w wyszukiwarkę słowo "botoks". Trafiła na rekomendację tego zabiegu i właściwie to nie trzeba było jej już dłużej namawiać. Opracowała dokładny plan działania. Wstrzyknie sobie botoks trzy dni przed wspomnianym już wyjazdem. Następne dwa dni spędzi w domu, aby pozbyć się opuchlizny. Po powrocie powie wszystkim, że ciepłe temperatury, wysoka wilgotność powietrza i świetna klimatyzacja idealnie wpłynęły na jej cerę. Wanda czuła poniekąd, że zdradziła feminizm. Wstydziła się tego, że się starzeje, ale wstydziła się także tego, że poprawia swoją twarz. Jednak postanowiła wybrać drugą opcję.

Brzuch.

Dziewczyny, czy podczas robienia (na przykład rodzinnych) fotografii zdarzyło się Wam kiedyś słyszeć: "Wciągamy brzuchy!"? Wujek Wandy był mistrzem takich tekstów. Jej wypukły brzuch przez całe życie wyprowadzał ją z równowagi i niszczył jej poczucie harmonii. Wanda tak bardzo go nienawidziła, że gdyby ktoś zadał jej pytanie, czy oddałaby pięć lat swojego życia za płaski brzuch, ona z pewnością odparłaby, że tak. I tak, zdaje sobie sprawę z tego, że byłaby to dość niefeministyczna odpowiedź, ale naprawdę okropnie nienawidziła tej części ciała. Gdy leżała na łóżku, wbijała sobie palce w brzuch, żeby poczuć swoje fałdki. Miała już dosyć tej ciągłej walki. Odkąd sięga pamięcią, torturowała swój brzuch i pielęgnowała nienawiść do niego. Od najmłodszych lat doskonale wypełniała "kobiecy obowiązek", jakim jest zwalczanie brzucha. Wydawało jej się, że bycie kobietą i posiadanie płaskiego brzucha muszą iść ze sobą w parze. Wyzywający i obrażający ją chłopcy tylko to potwierdzali. W szkole nazywali Wandę "grubą dynią" lub "tłustą beką". Ach, biedna Wanda...

Przez długi czas Wanda nie potrafiła dostrzec, że poniekąd zachowuje się tak, jak jej koledzy z podstawówki. Jej młodsza siostra, Ania, należała raczej do ludzi o okrąglejszych kształtach. Gdy Wanda wykonywała kolosalne ilości brzuszków, aby pozbyć się swoich znienawidzonych fałdek, namawiała do tego samego Anię. Wanda, jej dwie siostry oraz mama bardzo martwiły się tym, że Ania nie zdaje testu kobiecej tożsamości, bo nie dba o swój wygląd. Co chwilę któraś z nich kazała dziewczynie wciągać brzuch lub dokładnie się zakrywać. Z biegiem czasu Ania stała się już dorosłą kobietą, jednak oceniające spojrzenia sióstr skierowane na jej brzuch oraz nogi nie ustały. Wanda, Iza i Gusia cały czas wspominały Ani o cudownych dietach, obozach odchudzających oraz rowerowych wyprawach. Wszystkie z nich zakładały, że skoro Ania nie jest szczupła, nie jest także szczęśliwa. Ach, biedna Ania...

Głowa.

Wanda bardzo chciała zobaczyć Gretę Thunberg przemawiającą na forum ONZ. Nie robiła tego często, ale tym razem nie miała innego wyjścia - musiała włączyć telewizję. A to oznaczało, że czekało ją słuchanie wypowiedzi konserwatywnych polityków kpiących z mądrości Grety na temat globalnej katastrofy klimatycznej. Co więcej, oni nie tylko krytykowali jej przemówienie, ale także naśmiewali się z jej wyglądu oraz choroby. Poważnie niezrównoważone dziecko, chora umysłowo dziewczynka, Aspergerka, ofiara lewackiej rewolucji - to tylko niewielka część obelg, które padły w kierunku młodej aktywistki. Zapewne nie będziecie mieli trudności z wyobrażeniem sobie, jak ogromną złość wzbudziły w Wandzie te okropne słowa. Ostatnio w jej głowie gościła bezsilna furia. Aktualnie radość i beztroskie uczucia były jej obce. Nawet bieganie, które zawsze poprawiało Wandzie samopoczucie, na nic się nie zdało. Mimo tego, że już od wielu, wielu lat mieszka w Australii, strajki i protesty kobiet w Polsce również nie dawały jej spokoju. 

W głowie Wandy mieszkają emocje, uczucia i przemyślenia, obok których żadna kobieta lub dziewczyna nie może przejść obojętnie. Autobiograficzny memuar graficzny Wandy Hagedorn to bunt przeciwko ukobiecaniu. Czym jest ukobiecanie? To wieloetapowy proces wpajania dziewczynkom reguł, które wymyślił patriarchalny świat. Każda z nas, w większym bądź mniejszym stopniu, jest naznaczona tymi szkodliwymi i okrutnymi zasadami. Tworzony przez trzy lata komiks "Twarz, brzuch, głowa" to rzecz niezwykle odważna, mądra i osobista, za co należy się ogromne uznanie dla autorki. Musimy także zwrócić uwagę na ilustracje Oli Szmidy, której dynamiczna kreska idealnie oddaje gniew i sprzeciw wszystkich wypowiedzi pani Wandy. Po przeczytaniu tej pozycji, nachodzi nas ochota na wykrzyczenie wszystkich swoich emocji i zrzucenie z piedestału wszystkich ukobiecających nas mężczyzn."Twarz, brzuch, głowa" ma w sobie dawkę feminizmu, którą powinna przyjąć każda kobieta. Każda!


Tytuł - Twarz, brzuch, głowa

Tekst i scenariusz - Wanda Hagedorn

Ilustracje - Ola Szmida

Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa, 2021

niedziela, 17 stycznia 2021

Nomadland - czyli drogami losu

Dom. Nasza ukochana przestrzeń. Miejsce, w którym czujemy się przyjemnie, a przede wszystkim bezpiecznie. Myśląc o domu, zapewne wyobrażamy sobie nasze zamykane na klucz cztery ściany. Sądzę, że zgodzicie się ze stwierdzeniem, że domu nie tworzy budynek, lecz atmosfera, która w nim panuje. Na własnej skórze przekonali się o tym nomadowie. Niektórzy mówią, że to ludzie bezdomni. Ale to nieprawda, bo przecież mają dach nad głową. Są po prostu bezmiejscowi. Różne życiowe sytuacje zmusiły ich do tego, aby przeprowadzili się do "nieruchomości na kółkach" - kamperów, busów, sedanów, przyczep kempingowych, pikapów i starych szkolnych autobusów. Nomadowie wiodą życie zupełnie odmienne od naszego. Mierzą się z zupełnie odmiennymi problemami. Bardzo często są spychani na margines społeczny, jednak niezbyt się tym przejmują. Dyskryminację rekompensuje im poczucie bezgranicznej wolności.


Linda May niespodziewanie została bez pracy i miejsca zamieszkania. Mimo swoich wszechstronnych zdolności i niemałego doświadczenia w branży budowlanej, rynek pracy nie stał otworem dla sześćdziesięciolatki. Niestety, Linda wylądowała na kanapie u córki. Bardzo kochała swoją rodzinę i uwielbiała spędzać czas z wnukami, jednak pragnęła być królową własnej przestrzeni. Od dawna marzyła o życiu w drodze. Chciała również spróbować swoich sił w pracy na kempingu. Stwierdziła, że te pomysły da się połączyć. W internecie znalazła sporo informacji na temat nomadów. Wyczytała, że niektórzy potrafią przetrwać cały miesiąc za jedyne pięćset dolarów. Linda nie należała do osób bogatych, więc ta wiadomość jeszcze bardziej zachęciła ją do wędrówki na czterech kołach. Jeszcze wtedy nie wiedziała, że już kilka miesięcy później będzie sunęła swoją Dziuplą po amerykańskich ulicach w kierunku kempingu.

Przyszła nomadka włożyła całe serce w to, aby Dziupla była odpowiednio wyposażona. W końcu to jej nowy mobilny dom! Mała przyczepa wymagała lekkiego remontu, dlatego Linda poświęcała praktycznie każdą wolną chwilę na drobne naprawy. Usuwała plamy rdzy, naprawiała prysznic, urządzała sobie mały kącik jadalny oraz legowisko. Łóżko było na tyle duże, aby mogła na nim spać także suczka Lindy - Coco. W niewielkim sklepie zaopatrzyła się w zapasy jedzenia, które powinny wystarczyć na siedem dni. "Dlaczego akurat na tydzień?" - możecie zapytać. Dlatego, że właśnie wtedy miał dotrzeć do Lindy czek z Social Security, amerykańskiego programu federalnego. Biały jeep Lindy pojawił się na polu kempingowym o szóstej po południu. Kobieta wysiadła ze swojej Dziupli i odetchnęła rześkim powietrzem. Widok jej nowego miejsca pracy napajał ją ciekawością i powodował, że kąciki ust Lindy przemieszczały się ku górze. Jednak był jeszcze jeden powód jej szczęścia. Otóż nie mogła się doczekać, kiedy w końcu zobaczy swoją przyjaciółkę.


Silvianne kupiła swojego forda w niezbyt dobrym stanie. Popękane przewody hydrauliczne, zużyte opony, zepsute hamulce oraz zgrzytanie dochodzące z rozrusznika raczej nie były zwiastunem bezpiecznej podróży. Ale Silvianne - mimo swojego nie najmłodszego wieku - stawiła czoła tym problemom. Wkrótce jej nowy mobilny dom nie tylko nadawał się do zamieszkania i przemieszczania się, ale również niezwykle szykownie się prezentował. Wewnątrz świeciły liczne lampki choinkowe, wisiały bajecznie kolorowe apaszki i w każdym kącie leżały haftowane poduszki. Przed wyjazdem do swojej "kempingowej" pracy Silvianne napotkała na swojej drodze mnóstwo trudności. Ukradziono jej samochód, złamała nadgarstek, a gdyby tego było mało - za nic w świecie nie mogła sprzedać swojego mieszkania w Nowym Meksyku. Na całe szczęście już jakiś czas później kobieta pędziła na pole kempingowe, nucąc przy tym wymyśloną przez siebie piosenkę, którą nazwała hymnem nomadów. Była radosna, że już wkrótce spotka się ze swoją przyjaciółką.


Bob Wells stał się "koczownikiem" dwadzieścia lat temu. Miał wówczas dwóch synów, niezwykle ciężki rozwód po trzynastu latach małżeństwa i trzydzieści tysięcy długu na kartach kredytowych. No musicie przyznać, że sytuacja nie za ciekawa. Bob zamieszkał w Wasilli na paru hektarach ziemi, którą kilka lat temu kupił z zamiarem wybudowania domu. Rozbił w tamtym miejscu namiot pełniący funkcję miejsca do spania. Codziennie pojawiał się w pracy oddalonej o osiemdziesiąt kilometrów. Zmęczony dojazdami, stwierdził, że przeprowadzi pewien eksperyment. Aby zaoszczędzić na benzynie, zostawał w mieście od poniedziałku do piątku i spędzał noce w swoim pikapie z zabudowaną paką, natomiast pod namiot wracał w weekendy. Po dłuższym czasie funkcjonowania w ten sposób, Bob postanowił odmienić swoje życie. Nie dość, że na stałe zadomowił się w świeżo zakupionej ciężarówce, to założył najbardziej poczytnego bloga wśród nomadów - CheapRVLiving, a na dodatek stał się organizatorem najpopularniejszego zjazdu wszystkich ludzi żyjących "na kółkach". Stworzył Rubber Tramp Rendezvous, wydarzenie, na które co roku przyjeżdżało niekiedy kilkaset, a niekiedy kilka tysięcy nomadów. I tak właśnie powstała jedna wielka rodzina.

Swankie Wheels przeprowadziła się do busa w wieku sześćdziesięciu czterech lat. Nie było jej wówczas stać na wynajem porządnego mieszkania, jednak nie narzekała na nowy styl życia. W końcu mogła spełnić swoje ogromne marzenie, jakim było przepłynięcie żółtym kajakiem przez wszystkie pięćdziesiąt stanów. Susan, emerytowana nauczycielka matematyki, zainspirowana blogiem Tiogi George'a, również postanowiła wyruszyć w drogę. Co więcej, Sue także założyła swojego bloga. Publikowała na nim codzienne raporty z podróży i opisywała przeżyte przygody. Stała się dobrą wróżką wielu nomadów. Dzięki niej dziesiątki (a może i setki?) osób porzuciło swoje cztery ściany i siadło za kierownicą kamperów. Jak możecie się domyślać, dojrzewanie do tak drastycznej decyzji nie wszystkim przychodziło łatwo. Na przykład Ash i Jen - walczące z epizodami depresji i brakiem pracy - nie od początku były przekonane do koczowniczej odysei na kółkach. Obydwie przeczesywały internet szukając pomysłów na alternatywny, niedrogi tryb życia. Właśnie tak trafiły na bloga wspomnianego już Boba Wellsa. Czytając jego posty, z czasem przekonały się do dołączenia do nomadowej rodziny.


Wiecie, co łączy Lindę, Silviannę, Boba, Swankie, Sue oraz Ash i Jen? Nie tylko to, że są bezmiejscowi. Otóż wszyscy z nich przez pewien czas pracowali dla Amazona. Magazyny Amazona już od lat zmagały się z niedoborem pracowników w okresie przedświątecznym. Firma próbowała różnych sposobów. Niekiedy nawet dowoziła ludzi z miejsc oddalonych o trzy, cztery, a nawet pięć godzin jazdy. W dwa tysiące ósmym roku sprowadziła do jednego magazynu grupę kamperowców. Zadowolony z efektów Amazon rozsławił wśród nomadów swój projekt i nadał mu nazwę CamperForce. Zatrudnienie workamperów dla firmy szukającej sezonowych pracowników to szczyt wygody. Pojawiają się tam, gdzie są potrzebni, zabierają ze sobą cały swój dobytek i na dodatek nie mają wysokich wymagań. Nomadów, którzy ani razu nie pracowali dla Amazona, można szukać ze świecą. Powracają tam praktycznie co roku, mimo okropnych warunków. Codzienna ciężka, fizyczna praca po dwanaście godzin to nie lada wyczyn. A muszę też zaznaczyć, że do CamperForce zgłaszają się głównie emeryci. Praktycznie każdy z nich wychodzi z magazynu cały obolały i pierwsze, co robi, to spożycie kilku tabletek przeciwbólowych. Podobnie jest zresztą z sezonowymi zbiorami buraka cukrowego. Jeśli wasz cukier pochodzi z Ameryki, najprawdopodobniej zajmowali się nim właśnie nomadowie.

Amerykański kryzys pod koniec drugiej dekady dwutysięcznego roku zmusił wiele osób do zmiany ich dotychczasowego życia. Niektórzy wsiedli do kamperów, ponieważ nie mieli innego wyjścia, a niektórzy zrobili to z wielką radością i ciekawością. Jessica Bruder nie tylko uważnie przyglądała się temu zjawisku, ale także poniekąd stała się jego częścią. Przez kilka lat jeździła śladami wozu Lindy May oraz innych podróżników. Co więcej, autorka książki "Nomadland. W drodze za pracą" również kupiła kampera, brała udział w Rubber Tramp Rendezvous, zatrudniła się w magazynie Amazona i zgłosiła się do zbiorów buraka cukrowego. Zaprzyjaźniła się z wieloma nomadami, chociaż na początku nie każdy reagował ochoczo na spotkania z dziennikarką. Pozycja "Nomadland. W drodze za pracą" - w tłumaczeniu Martyny Tomczak - przedstawia ludzi bezmiejscowych w zupełnie inny sposób, niż moglibyśmy się tego spodziewać. Wiedziałam, że istnieją osoby mieszkające w domach na czterech kółkach, ale nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jaki jest ich los i z jakimi mierzą się trudnościami. Mam ogromną nadzieję, że ten znakomity reportaż Jessiki Bruder trafi w ręce każdego czytelnika. Jestem stuprocentowo pewna, że pokochacie Lindę i jej cała kamperową rodzinę.


Tytuł - Nomadland. W drodze za pracą

Tekst i fotografie - Jessica Bruder

Przekład - Martyna Tomczak

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2020