Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Agora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Agora. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 lutego 2021

Przygoda dzika Toniego Halika - czyli dokąd tym razem?

Chyba każde dziecko marzy o tym, aby wyruszyć w podróż na kraniec świata. Rozmyśla o tajemniczych dżunglach, pustyniach i oceanach. Pragnie odwiedzić miejsca, o których dowiedziało się z książek, atlasów i map. Mały Mieczysław nie był wyjątkiem. W swoim gimnazjum w Płocku raczej nie słynął z wzorowego zachowania i dobrych ocen. No dobra, nie wliczając w to jednego przedmiotu - geografii. Był w tej dziedzinie prawdziwym ekspertem. Praktycznie na wszystkich lekcjach zajmował się dokładnym studiowaniem map, za co dostawał przeróżne kary. Wbijał szpilki w kraje, do których chciał dotrzeć i łączył je nitkami. W ten sposób wyznaczał swoje przyszłe podróżnicze szlaki. Kiedyś na lekcji matematyki został nakryty na nauce języka portugalskiego. Większość jego kolegów nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że taki istnieje! Chłopiec cierpliwie tłumaczył im, że posługują się nim między innymi mieszkańcy Brazylii, do której notabene wkrótce się wybiera. Wtedy jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, że cały świat pozna go jako Toniego Halika.

Minęło wiele lat, a fantazje Mirosława na temat Brazylii wciąż go nie opuszczały. Wraz ze swoją żoną Pieret zamieszkał w Argentynie, która znajduje się tuż obok Brazylii. Tony marzył o odwiedzeniu nieznanych dotąd plemion. Aby to zrobić, musiał przedostać się na północ kontynentu. Wraz z Pieretą kupili małą żaglówkę i nazwali ją "Chico", co po hiszpańsku oznacza "chłopczyk". Coraz częściej zapuszczali się w głąb Parany, czyli jednej z największych rzek Ameryki Południowej. W pierwszych rejsach towarzyszyli im małpka Titi i kot Minuczo. Rany, jak te zwierzaki rozrabiały! Tony i Pieret nie mogli spuszczać ich z oczu. Podróżnik charakteryzował się bezgraniczną ciekawością świata, więc coraz częściej wyruszał na dłuższe wyprawy po rzece. W końcu postanowił, że popłynie tak daleko, jak tylko to możliwe! Pokonali już z Pieret potężny kawał trasy. Już znajdowali się blisko granicy Argentyny z Brazylią i nagle ich oczom ukazał się potężny wodospad. Nie ulegało żadnym wątpliwościom, że "Chico" wyglądał przy nim jak maleńka kropeczka. Jak myślicie, czy małżeństwo Halików postanowiło zawrócić czy jednak wybrało ryzyko?

W czerwcu tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego piątego roku Pieret i Tony stawili czoła następnemu zadaniu. Wsiedli na statek, który płynął z Buenos Aires wprost do Rio de Janeiro. Celem podróży było dotarcie do Indian i przywiezienie od nich prawdziwej indiańskiej dzidy. Tony - jak zwykle - był niemal pewny o pomyślnym zakończeniu swojej wyprawy. Jego entuzjazm sięgał zenitu. Szalał na pokładzie statku z kamerą i aparatem w ręku, a inni pasażerowie patrzyli na niego podejrzliwym wzrokiem. Byli przekonani, że cel jego podróży to szczyt głupoty i nigdy nie uda mu się dotrzeć do odległych plemion. W odróżnieniu do Toniego i Pieret, ich interesowało tylko i wyłącznie polowanie na egzotyczne zwierzęta. Halikowie nie popierali takiego zachowania i obiecali sobie, że będą zabijać zwierzęta tylko dla zaspokojenia głodu - nigdy dla zabawy! 

Na statku wybuchła ogromna kłótnia, której szczegółów Wam nie zdradzę. Jednak wiedzcie, że o mały włos uniemożliwiła ona dalszą część wyprawy Toniego i Pieret! Małżeństwu udało się opanować sytuację i już po kilku dniach zakupili dłubankę za niewielkie pieniądze. To podobna do kajaka wąska łódka. Tony oraz Pieret wypełnili ją swoimi rzeczami przywiezionymi z Argentyny i odbili od brzegu. Mieli lekkie trudności ze swoim środkiem transportu, który raczej nie był przeznaczony do dalekich dystansów na rzece Araguaia. Płynąc, Halikowie wypatrywali dzikich plemion. Oprócz tego oczywiście podziwiali otaczające ich widoki. Zapierały one dech w piersiach i zupełnie odciągnęły uwagę naszych podróżników od czyhających niebezpieczeństw! Na całe szczęście Pieret i Tony ocknęli się w porę. Gdy kobieta liczyła przepływające obok dłubanki różowe delfiny, Tony spostrzegł wygrzewające się w słońcu kajmany. Ale bądźcie spokojni, Halikowie nie wylądowali w brzuchach tych zwierząt.

Mijały kolejne dni, a po plemionach, których Pieret i Tony się spodziewali, nie było ani śladu. Zaczęło ich to trochę niepokoić. Jednak nie zniechęcali się i kontynuowali swoją przygodę. Pewnego dnia zobaczyli w rzece olbrzymią anakondę. Jak zapewne możecie się domyślać, nieźle się przestraszyli. Jeszcze nie zdążyli ochłonąć po spotkaniu z wężem, a nagle tuż za następnym zakrętem dostrzegli dwie łodzie, a na nich mężczyzn. Tony z pewnością w głosie oznajmił swojej żonie, że to zapewne Żawaowie, czyli plemię pokojowo nastawionych rybaków. Czarnoskórzy mężczyźni byli tak zajęci połowem żółwi, że przepływająca obok dłubanka z dwojgiem ludzi w środku zupełnie umknęła ich uwadze. Halikowie nie mieli pojęcia, że członkowie tego plemienia panicznie boją się białych ludzi. No muszę przyznać, że początek ich spotkania raczej nie wyglądał obiecująco. Jednak fakt, że Tony dość biegle posługiwał się ich językiem zdecydowanie ułatwił sprawę i strach Żawoawów odszedł w niepamięć. 

Para podróżników została doskonale ugoszczona. Z okazji ich odwiedzin wyprawiono nawet ucztę! Były na niej między innymi pieczone ryby, mięso żółwia, arbuzy i miód leśnych pszczół. Pieret chciała poczęstować dzieci argentyńskimi słodyczami, ale rarytasy niezbyt przypadły im do gustu. Podczas posiłku gospodarze obiecali Halikom, że zabiorą ich w głąb lasu deszczowego, prosto do ukrytych wiosek! "A więc zdobycie prawdziwej dzidy jest możliwe!" - pomyślał Tony. W tropikalnym lesie ukrywało się plemię Karażów. Mogłoby się wydawać, że zdobycie ich broni to już teraz bułka z masłem. Ha, nic bardziej mylnego! Otóż ludzie biali nie mają wstępu na teren Karażów. Okazało się, że biali turyści kiedyś nieźle tam nabroili i od tamtej pory wielki wódz Ubedu zabronił jakichkolwiek kontaktów z nimi. Cóż za pech! Jak myślicie, czy mimo tak wielu przeszkód Pieret i Tony zdołają spełnić swoje marzenie? Przekonajcie się sami!

Tony Halik to podróżnik, jakich mało. Książka "Przygoda dzika Toniego Halika" cudownie zilustrowana przez Magdalenę Kozieł-Nowak opowiada o jego arcyciekawej podróży w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym roku. Halik odwiedził wtedy z kamerą i aparatem w rękach mało znane plemiona żyjące przy rzece Araguaia. Bardzo dokładnie udokumentował ich zwyczaje i sposób życia, dzięki czemu Mirosław Wlekły mógł napisać na ten temat książkę dla młodych czytelników. W tej pozycji wspomniane są także problemy wandalizmu i braku poszanowania tradycji, które Tony i Pieret omijają szerokim łukiem, dając w ten sposób doskonały przykład małym pożeraczom książek. Jak już wcześniej wspomniałam, mamy tutaj do czynienia z wspaniałymi ilustracjami. Uwierzcie mi, Magdalena Kozieł-Nowak doskonale wprowadzi Was w klimat brazylijskiej wyprawy!

Wyruszcie w podróż razem z małżeństwem Halików. Zasmakujcie życia w środku tropikalnego lasu!


Tytuł - Przygoda dzika Toniego Halika

Tekst - Mirosław Wlekły

Ilustracje - Magdalena Kozieł-Nowak

Wydawnictwo Agora, Warszawa, 2021

niedziela, 25 października 2020

Z niejednej półki - czyli długo wyczekiwany debiut


Gdyby ktoś zadał mi pytanie, co mogłabym czytać do końca życia i nie miałabym możliwości wymigania się od odpowiedzi, powiedziałabym, że historie ludzi. Opowieści o ich emocjach, przeżyciach, opiniach i zagwozdkach. Bardzo często właśnie wywiady zawierają te wszystkie wymienione elementy. Chociaż wyraz "wywiady" należy raczej zamienić na "rozmowy". Przeczytanie rozmowy z ciekawą i inspirującą osobą potrafi siedzieć w mojej głowie całymi dniami i tygodniami, a zdarzają się też takie przypadki, do których powracam myślami już ponad rok. W tym tygodniu zetknęłam się z naprawdę wieloma świetnymi rozmowami, więc chciałabym zarazić Was sympatią do nich. Zaczynajmy!


Annie Proulx ma wspaniały kontakt z naszą planetą. Niezwykle uważnie się jej przygląda. Odkąd pamięta, las jest jej magnesem. Podczas jednego ze swoich leśnych spacerów zauważyła, że kolor drzew stopniowo ciemnieje. Miały na to wpływ zmiany klimatyczne. Annie zainteresowała się wtedy drzewami jeszcze bardziej. Stworzyła nawet o nich książkę, do napisania której pomogły jej setki publikacji. Zajęło jej to dekadę! Mimo tego, że nie przepada za przesiadywaniem w archiwach i zakopywaniem się stertami dokumentów, w "Drwalach" znajduje się mnóstwo szczegółów - danych, faktów, dat. Szczególną przyjemność sprawia jej obserwowanie oceanu. Odnalazła nawet ścieżkę idealną na spacery tuż przy oceanie, taką nieznaną przyjeżdżającym turystom. Nie myśli o sobie jako o pisarce - uważa się za czytelniczkę. W każdym wypowiedzianym przez nią zdaniu można dostrzec dojrzałość i mądrość. 

Wiesław Myśliwski twierdzi, że najważniejsza w życiu jest miłość. Nie przyjaźń, nie pasja, nie literatura, lecz właśnie miłość. Z dumą przyznaje, że jego życie miało sens, ponieważ poznał swoją żonę. Bardzo często dręczy go pytanie, jak będzie umierał. Ale nie narzeka na to, bo ponoć życie bez udręk sprawiłoby, że przestalibyśmy myśleć i odczuwać. Przyznaje, że pisanie książek sporo go kosztuje. Już od jakiegoś czasu obiecuje sobie, że porzuci tworzenie, ale jakoś średnio mu to wychodzi. Kiedy pracuje nad jakąś książką, jest praktycznie nieobecny. Rano wstaje, pije kawę, idzie na "górkę", czyli piętro i schodzi na dół dopiero wtedy, gdy żona go zawoła. Wiesław Myśliwski jest wielbicielem języka polskiego. I posługuje się tym językiem bardzo odpowiedzialnie.

Elizabeth Strout to słuchaczka i podglądaczka. Interesuje ją codzienność i potrafi się również codziennością cieszyć. Bardzo lubi grudniowe święta. Wyjeżdża wtedy do stanu Maine (skąd pochodzi) i spędza piękne grudniowe dni z przyjaciółmi oraz córką we własnym domku w centrum miasta. Coraz częściej wraca myślami do świąt, które kiedyś spędzała z rodzicami. Należy raczej do osób sentymentalnych. Elizabeth Strout nie ma w domu biurka. Zazwyczaj pisze przy stole w kuchni, na kanapie w salonie lub w łóżku. Ale potrafi skupić się wszędzie. Nie przepada natomiast za podróżami. Uważa, że przeszkadzają one w pisaniu. Tak naprawdę pisarką stała się już w podstawówce, ale autorką dopiero w wieku czterdziestu dwóch lat. Pomysły pojawiają się w jej głowie podczas prania, jazdy metrem oraz wyciągania naczyń ze zmywarki. Nie ściga się z czasem. Mimo tego, że jest niezwykle sympatyczna, nie polubiła się z pośpiechem.

Mariusz Szczygieł czuje się niepewnie bez książki. Gdy wsiada do pociągu i nie ma niczego do czytania, traci poczucie bezpieczeństwa. Ponoć cały czas odczuwa lęk przed tym, że ktoś zabierze mu kiedyś jego książki. W dzieciństwie miał porządne kłopoty nerwowe, tata ciągle pracował, a mama nie miała dla niego wystarczająco dużo czasu, więc mały Mariusz praktycznie cały czas bywał u cioć i znajomych rodziców. Książki były dla niego jedynym światem, do którego mógł wracać. Jego druga pasja, czyli sztuka, popchnęła go do zapisania się na studia podyplomowe. Sześć lat temu dostał propozycję, o której marzy wielu pisarzy. Poproszono go o pisanie felietonów do "New York Timesa". Ale niecały miesiąc później zginął jego najbliższy przyjaciel i Mariusz Szczygieł nie był w stanie pisać. A teraz nie odczuwa już potrzeby tworzenia felietonów do nowojorskiego magazynu.

Zadie Smith nie posiada smartfona. Nie korzysta także z mediów społecznościowych. Teksty oraz książki pisze tylko wtedy, kiedy jej dzieci są w szkole. Gdy przeczytała negatywną recenzję swojej książki we wspomnianym już "New York Timesie", płakała cały dzień i pół nocy. Sama zaznacza, że jej pozycja "Swing time" jest pewnego rodzaju hołdem dla Eleny Ferrante, która poniekąd ukształtowała Zadie. Zadie Smith towarzyszy lęk przed globalnym ociepleniem, które traktuje zupełnie bez żartów. Bardzo poważnie podchodzi również do macierzyństwa. Jest zaniepokojona, że jej rówieśniczki i rówieśnicy często traktują posiadanie dziecka na równi z przeprowadzką lub wyborem nowej komórki. Uwielbia przyglądać się ludziom i słuchać ich dialogów. Im jest starsza, tym mocniej dociera do niej, że nie ma osób o brzydkich twarzach. No chyba, że ta brzydota pochodzi ze środka.

Sarah M. Broom uwielbia ubierać dom w różne metafory. Mówi, że może być on zarówno więzieniem, jak i własnym światem, z czym jak najbardziej się zgadzam. Ma jedenaścioro rodzeństwa, więc w domu rodzinnym raczej brakowało jej przestrzeni dla siebie. Urządzanie mieszkania porównuje do pisania książki. Nazywa to stanem poszukiwania piękna. Bardzo przywiązuje się do swoich domów. I nie chodzi tu o budynek, lecz o przestrzeń i atmosferę. Sarah M. Broom czuje się dzieckiem Nowego Orleanu. To właśnie tam stał jej zniszczony przez huragan Żółty Dom, który opisała w swojej książce. Pokazała go z perspektywy opowieści jej rodzeństwa oraz mamy. Mama jest dla niej szczególnie ważną osobą. Nigdy nie dawała jej rad, ale niejednokrotnie odciskała piętno na decyzjach swojej córki. Aktualnie Sarah wraz ze swoją żoną uwija nowe gniazdo i wącha zapach hibiskusa, którego zawsze kupuje świeżo po przeprowadzkach.

Dlaczego Alice Munro nie odebrała Nagrody Nobla osobiście? Czym dla Margaret Atwood będzie koniec świata i jak według niej zawalczyć o prawa kobiet? Czemu Dorota Masłowska nie ogląda telewizji? Co połączyło Agnetę Pleijel i Macieja Zarembę Bielawskiego? Jak doszło do tego, że Herbjørg Wassmo prawie uśmierciła swojego ojca? Co sądzi Siri Hustvedt o książkach swojego męża Paula Austera? Czym jest prawda dla Swietłany Aleksijewicz? Dlaczego Javier Marías nie wierzy w moc słowa? Co interesującego Michael Cunningam odnalazł w baśniach? Czy Jerzy Pilch czuje się bardziej pisarzem czy felietonistą? Czemu Małgorzata Rejmer niepokoi się o kobiety w Albanii? Dlaczego absolutnie każdy powinien przeczytać opowieść Chimamandy Ngozi Adichie o okropnych zjawiskach, jakimi są rasizm i niewolnictwo? I jaka literatura pociągała Olgę Tokarczuk, kiedy była nastolatką?

Michał Nogaś to niezwykły czytelnik, słuchacz, pytacz i opowiadacz. Kiedyś był literackim głosem radiowej Trójki i właśnie tam stał się moim oknem na książkowy świat. Teraz pracuje w "Gazecie Wyborczej" oraz nadaje w "Nowym Świecie". Przez wiele lat uparcie mówił, że nie napisze żadnej książki. A tu proszę, w październiku dwa tysiące dwudziestego roku nadeszło Nogasiowe "nigdy". Już oficjalnie stał się autorem. Bo według mnie Michał Nogaś jest pisarzem już od dawna. W swojej książce "Z niejednej półki" rozmawia z trzydziestoma siedmioma pisarkami i pisarzami narysowanymi przez Joannę Rusinek. Jego rozmówcy nie tylko uchylają nam, czytelnikom, rąbki tajemnic swojego warsztatu literackiego, ale niejednokrotnie pozwalają zasięgnąć ich rad, opinii oraz mądrości. Sporo miejsca w książce zajmują tematy katastrofy klimatycznej, okropnego rasizmu oraz praw kobiet, które właśnie uległy w Polsce zniszczeniu. "Z niejednej półki" to świetnie wypełnione siedemset stron. Jak głosi czwarta okładka - do czytania przez czternaście godzin. W takim razie macie już plany na wszystkie wieczory następnego tygodnia.


Od maja słyszę, że książki z żółtymi okładkami całkiem nieźle się rozchodzą. Jestem pewna, że "Z niejednej półki" pojawi się również na Waszej półce!


Tytuł - Z niejednej półki

Autor - Michał Nogaś

Ilustracje - Joanna Rusinek

Okładka - Przemek Dębowski

Rozmówcy - Alice Munro, Wiesław Myśliwski, Hanna Krall, Annie Proulx, Mario Vargas Llosa, Bernardo Kucinski, Margaret Atwood, Agneta Plaijel, Maciej Zaremba Bielawski, Herbjørg Wassmo, Paul Auster, Swietłana Aleksijewicz, Stefan Hertmans, Javier Marías, Michael Cunningam, Orhan Pamuk, Jerzy Pilch, Didier Eribon, Timothy Garton Ash, Elizabeth Strout, Jo Nesbø, Claudia Piñeiro, Marcin Świetlicki, Javier Cercas, Mariusz Szczygieł, Georgi Gospodinow, Karl Ove Knausgård, Marcin Wicha, Michel Laub, Zadie Smith, Chimamanda Ngozi, Adichie, Jonathan Safram Foer, Jesmyn Ward, Sarah M. Broom, Dorota Masłowska, Malgorzata Rejmer, Édouard Louis, Olga Tokarczuk

Wydawnictwo Agora, Warszawa, 2020

poniedziałek, 17 lipca 2017

Lolek - czyli kudłata historia z gumowym kurczakiem w tle


Co łączy blizny i gumowe kurczaki? Lolek! Ale kto to jest? Odpowiem Wam na to pytanie. Lolek to pies Adama Wajraka. Lecz Lolek to również pies po przeżyciach. Po smutnych i bolesnych przeżyciach. Oddzielenie od matki, pojawienie się na podwórku u ludzi, którzy dają mocne kopniaki, założenie na szyje druta (druta!), mającego na celu służyć jako obroża. A później... draśnięcie siekierą. Straszne!!! Straszne to mało powiedziane! To, co niektórzy ludzie robią psiakom jest nie do opisania! Lolek nie miał łatwo, ale pewnego dnia (tuż po uderzeniu siekierą) udało mu się uciec! Uwolnić się od ludzi bez serca!


Czytając trzy pierwsze rozdziały, mamy łzy w oczach, jednak możemy pocieszać się myślą, że jest taki ktoś, jak Adam Wajrak i ten właśnie ktoś poszukuje psa. Nie zwracając uwagi na to, czy poszukiwany przyjaciel będzie miał strąki, czy też nie. Lolek, który nie był jeszcze Lolkiem, w końcu odnajdzie swojego pana, albo na odwrót. Znajdą się na stacji kontroli pojazdów. I od tej pory będą widzieć się codziennie. Codziennie w tym samym miejscu Lolek dostawać będzie smakołyki od pana Adama i jego żony Nurii.

Jak to się stało, że Lolek nagle pojawił się na podwórku i zdobył nowego właściciela? Kto wpadł na pomysł, aby kupić psu żółtego i gumowego kurczaka? Czy Lolek odważył się wejść do domu? Gdzie spał? Na te i inne pytania odpowiedzi szukajcie w z początku smutnej, lecz pod koniec radosnej książce o historii pewnego kudłatego psa, tytułowego Lolka.


"Lolek" to opowieść, którą powinni przeczytać w szczególności właściciele psów. To książka niezwykle potrzebna. Po przeczytaniu jej możemy stwierdzić, czy jesteśmy właścicielami psów, którzy zasługują na miłość swojego zwierzątka. Musimy pamiętać, że pies to nie zabawka. Posiadanie psa to duży obowiązek. To ogromny obowiązek. Ale po co mamy kupować psy, skoro jest tyle bezdomnych psiaków? Takie właśnie psy są najwierniejsze. I najbardziej kochane.


Adam Wajrak podzielił swoją książkę na dwie części. Ta pierwsza opowiada o życiu Lolka przed wyjściem zza rogu stacji kontroli pojazdów. I tutaj autor mógł sobie troszeczkę pozmyślać, bo nikt nie wie, co działo się wtedy z Lolkiem, który nim jeszcze nie był. Po dokładnym obejrzeniu jego blizn oraz zachowaniu, można było uchylić drzwi domku, w którym mieszkała fantazja pana Adama. Natomiast druga część książki to prawdziwa opowieść o Lolku, który już stał się jedynym w swoim rodzaju Lolkiem!


Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo cierpią zwierzęta przez swoich nieodpowiedzialnych właścicieli. Jednak, choć właściciele potrafią być piekielnie okropni, tylko nieliczne psy ich opuszczą. O tym, co zrobić, aby zwierzętom było u nas dobrze (na przykład kupić wspomnianego już gumowego kurczaka lub kawałek szmatki), dowiemy się po przeczytaniu tej oto książki i wypuszczeniu kilku łez z oczu.

A teraz przejdziemy do spraw przyjemnych dla oka. Książkę "Lolek" fachowo zilustrował Mariusz Andryszczyk, ilustrator znany z bestsellerowej "Rutki". No cóż, teraz zostanie rozpoznawalny również dzięki naszemu Lolkowi! Zilustrował tę opowieść w sposób magiczny! Jego ilustracje to kolaże, wspaniałe kolaże! Już sama rozczochrana okładka przyciągnie oko każdego psiarza!


Kiedy słyszę lub też czytam nazwisko Wajrak, od razu do głowy wpadają mi wszystkie żubry mieszkające w Puszczy Białowieskiej! Tak, tak, pan Adam mieszka w Białowieży i jest prawdziwym specjalistą od żubrów! Zna się na dzikich zwierzętach, tak, jak pan Mariusz na kolażach! Udana z nich para!


A Wy pamiętajcie, że psy bezdomne, ze schroniska lub po smutnych i bolesnych przeżyciach są najwierniejszymi przyjaciółmi na całym świecie! Lolek jest tego przykładem!

Tytuł - Lolek
Tekst - Adam Wajrak
Ilustracje - Mariusz Andryszczyk
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017

niedziela, 7 maja 2017

Rutka - czyli o wakacjach i Bałutach oraz przyjaźni, która tam się rozpoczęła




Wraz z nadejściem wakacji u większości dzieci pojawia się nuda. Tak samo było z Zosią. Ona wprost nienawidziła wakacji! Nie ruszała się z domu, za to jej mama co wakacje wyjeżdżała do pracy. Podczas nieobecności mamy Zosią opiekowała się sąsiadka. Jednak tego lata miało być troszeczkę inaczej, bo dotychczasowa opiekunka Zosi wyprowadziła się wczesną wiosną. Przez te wakacje dziewczynką miała się zająć ciotka Róża. Ale czy ciotka mogła się nią opiekować, skoro się nawet nie znały? Mogła.


Ciotka Róża jeździ na wózku inwalidzkim. Dwóch mężczyzn wniosło ją na piętro do mieszkania Zosi. Ciotka w jednym ręku trzymała wielgachnego arbuza, a w drugim mały bagaż. Swoim wiekiem przypominała bardziej prababkę niż ciotkę. Jej twarz wyglądała jak suszona śliwka, tak, tak, była pomarszczona.

Gdy mama wyszła na pociąg, staruszka rzuciła arbuzem w ścianę, aż sąsiadowi spadła peruka z głowy! Arbuz został podzielony na osiem części. Ciotka wzięła do ust jedną z nich i pochłonęła razem z pestkami, a następnie malutkie, czarne kuleczki wypluwała... uszami! Ona z pewnością nie jest podobna do żadnej innej dorosłej osoby! Oprócz tego przytargnęła ze sobą kuferek z literami S.R. (to zapewne skrót od Starej Róży), a w nim znajdowało się mnóstwo pieniędzy! Lecz dla ciotki były to tylko papierkowe zabawki.


W ostatnim tygodniu wakacji Zosia poznaje dziewczynkę w swoim wieku - Rutkę. Rutka ma długi rudy warkocz i całą masę piegów! Wygląda jak jakaś dziewczynka z bajki! I nie tylko tak wygląda, bo tak też się zachowuje. Dziesięcioletnia, piegowata dziewczynka mieszka samotnie. Bez rodziny, bo wyjechała ona (lub jeszcze czekają na odjazd - o tym dowiecie się po przeczytaniu książki) na Diamentową Planetę. Rutka narysowała mamę, tatę i brata pomarańczową kredą w swoim mieszkanku, aby mogła na nią chociaż patrzeć. Musicie też wiedzieć, że Zosia i Rutka mieszkały na tej samej ulicy - Rybnej 13 na Bałutach w Łodzi. Jednak Zosia mieszka w ładnym, a Rutka w rozsypującym się mieszkaniu.


Jak się pewnie domyślacie, Zosia zaprzyjaźniła się z Rutką i każdą wolną chwilę chciała spędzać właśnie z nią. Dziewczynki doświadczały razem wielu przygód, między innymi: włamanie do morwowego sadu, ratowanie motyli z brzucha Białego Pana, czy też inwazję kurczaków bez głów na karku w pobliskim sklepie. Spotkało je jeszcze dużo innych przeżyć, ale cel był jeden - odnalezienie rodziny Rutki. Zosia bardzo chciała pomóc przyjaciółce, i nie była sama. Z pomocą nadeszli kurczak bez głowy Tuptuś i stara ciotka Róża.


"Rutka" ma w sobie to, co dzieci lubią w książkach najbardziej. Joanna Fabicka dodała tutaj szczyptę fantazji. Oprócz tego książka napisana jest z poczuciem humoru i wciągnie każdego czytelnika, nie tylko tego małego. Pokaże nam, co jest w życiu najważniejsze i jak potrzebne jest nam wsparcie.

Ta opowieść jest jednym z najcenniejszych skarbów, bo nie ma nic bardziej wartościowego niż mądra i pięknie zilustrowana książka. No właśnie - pięknie zilustrowana. Już po okładce widzimy, że ilustracje będą przecudne. Nie mylimy się. Śliczne są także w środku. Większość z nich to kolaże, więc nie tak częsta forma ilustracji w książkach. Mariusz Andryszczyk pokazał nam, co to znaczy znać się na ilustrowaniu książek dla dzieci!


A Wy macie dwa zadania. Koniecznie przeczytać "Rutką", a następnie obejrzeć się wokół siebie. Może ktoś właśnie szuka swojej rodziny, przyjaciół, a może zwyczajnie potrzebuje Waszego wsparcia.

Tytuł - Rutka
Tekst - Joanna Fabicka
Ilustracje - Mariusz Andryszczyk
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2016