niedziela, 20 października 2019

Jak oni pracują 2 - czyli odwiedzając trzydzieści siedem domów i pracowni


Artyści. Indywidualiści. Wolni strzelcy. Freelancerzy. Panie i panowie swojego czasu. Ich szefem jest deadline, a pracą - pasja. Wydaje nam się, że prowadzą lekkie i przyjemne życie, a ich pensje zawierają sporą ilość zer. Wstają około południa, pracują kilka minut, a nocami włóczą się po mieście. To nieprawda. Zazwyczaj są pracoholikami, swoje zawody stawiają na pierwszym miejscu. Często brakuje im drugiej doby. Albo snu.

Zacznijmy od Joanny Karpowicz, malarki i autorki komiksów. Pani Joanna jest uzależniona od światła. Funkcjonuje wraz z jego rytmem. Wstaje dość wcześnie, aby na siódmą być już w pracowni. Z pracą idzie od lewej do prawej, tak jak słońce. Najpierw stoi przy sztaludze, później przenosi się do podniesionego biurka. W okolicach dziesiątej słońce pojawia się także na biurku, więc pani Joanna ląduje jeszcze w innym miejscu. Po południu zabawa w berka się kończy, bo ostre światło przechodzi na drugą stronę domu. Pani Joanna twierdzi, że sport jest ważny dla artysty, więc pływa, biega i spaceruje po lesie. Czasami jeździ też na rowerku stacjonarnym. Podczas tych czynności dokładnie układa swoje ilustracje w głowie. Później gotowe pomysły przenosi na płótno lub papier. Podczas pracy musi się odciąć, nikt nie może się kręcić w jej pracowni. Uwielbia farby akrylowe, natomiast nienawidzi olejnych. Kończy malować zazwyczaj wieczorem. Po tak zwanej brudnej pracy, czekają na nią maile, prysznic i spanko.

Jedną z osób, które zajmują się pisaniem (nie tylko odpisywaniem na maile) jest Anna Dziewit-Meller. Punktualność to jej drugie imię. Umowa głosi, że felieton do tygodnika musi być gotowy na piątek, jednak ona wysyła go już w czwartek. Jeśli z jakiegoś powodu nie zdąży do czwartku, otrzymuje od redaktora wiadomość o treści "czy wszystko w porządku?". O tekście do napisania zaczyna myśleć już w poniedziałek. Niekiedy zdarza się, że inspiracją jest książka przeczytana w weekend albo film obejrzany w niedzielny wieczór. Najtrudniejsze jest znalezienie tematu. Kiedy już jakiś wpadnie do głowy, pani Ania zapisuje go w specjalnym notesie, koniecznie w linie. Zazwyczaj zaczyna swoją pracę około dziewiątej. Tworzy i spotyka się z rozmówcami przez siedem godzin. Ale czasami zdarzają się takie sytuacje, że musi wyjechać na tydzień, aby skończyć książkę.

Odwiedźmy teraz żoliborskie mieszkanie Malwiny Konopackiej - pani od ceramiki i wszystkiego, co się z nią łączy. Pani Malwina wciąż dąży do uproszczenia formy. Obiekty ceramiczne są według niej dobrym tłem dla ilustracji. Od trzech lat zajmuje się wazonami. Niektóre "okazy" liczą ponad sto centymetrów. Różnią się od siebie stylami, kolorami, kształtami i motywami przewodnimi. To rzemiosło z krwi i kości. Pani Malwina niekiedy nawet nie ma czasu, aby wpisać terminy spotkań do kalendarza. To głównie dlatego, że pracuje w domu z Tereską, jej nieco ponad roczną córką. Kiedy ją karmi lub wychodzi na spacer, dokładnie obmyśla swoje projekty. Wie, że gdy usiądzie do komputera będzie miała zaledwie garstkę minut. Podczas pracy manualnej nigdy nie używa ekierek i linijek. Lubi odręczną, nieco krzywą kreskę. Taką, która pokazuje, że dany wazon stworzył człowiek, a nie maszyna.


Sądzę, że Moniki Brodki nie muszę nikomu przedstawiać. Jak wygląda jej dzień bez koncertu? Wokalistka uwielbia spać, dlatego wstaje około dziewiątej. Pobudki o siódmej w wieku szkolnym były dla niej mordęgą (nie dziwię się!). Jednak czasami dwa koty przeszkadzają w wyspaniu się. W domu mobilizacja jest dla pani Moniki bardzo trudna, mało tam tworzy. Dom kojarzy jej się z odpoczynkiem. Mimo tego ma tam pracownię. To mały pokoik wypełniony instrumentami. Gdy pani Monika nie pracuje nad płytą, raczej tam nie zagląda. No dobra, czasami tam sprząta. Mówi, że ma dziwne natręctwa. Na przykład po dłuższej nieobecności w mieszkaniu, zanim jeszcze się rozpakuje, musi mieć czysto. Zdarza się jej także przestawiać meble. Teksty piosenek, które znalazły się na ostatniej płycie powstawały nie w małym pokoiku, a w Los Angeles. Kiedy u nas była zimna, Monika Brodka opalała się na balkonie.

Kojarzycie studio o nazwie Tartaruga? Jedną z dwóch dziewczyn, które go tworzą jest Wiktoria Podolec. Pani Wiktoria nastawia sobie budzik na raczej wczesną godzinę. Kiedy wstaje późno, ma wrażenie, że zmarnowała kawałek swojego dnia. Sprawdza maile, je śniadanie i pije herbatę z miodem i dużą ilością cytyny - to jej rytuał. Cały czas obiecuje sobie, że będzie w pracowni o dziewiątej, ale zazwyczaj zaczyna pracę o dziesiątej. Podczas drogi z domu do pracowni szaleje w parku z suczką Bajką, z którą spędza praktycznie cały dzień. Studiowała wzornictwo. Właśnie tam wraz z koleżanką Jadzią zainteresowały się kilimami. Jak się to robi? Najpierw trzeba przygotować osnowę. To najważniejsza część tkaniny. Na jeden kilim o szerokości stu centymetrów przypada dwieście nitek osnowy. Każdą nitkę trzeba przeciągnąć przez odpowiadającą jej szczelinę w grzebieniu tkackim. Później następuje jeszcze kilka czasochłonnych etapów. Cały proces trwa około trzech dni. I po tym wszystkim można przystąpić do tkania. Oczywiście to słowa pani Wiktorii, nie myślcie sobie, że jestem taka mądra. Trudno mi uwierzyć w to, że jeden dywanik zajmuje kilka tygodni pracy! Strasznie długo. Współczuję dłoniom pani Wiktorii.

Przeniesiemy się teraz do domu Dawida Ryskiego w Puławach. Po siedmiu latach pracy w warszawskim banku pan Dawid postanowił rozpocząć karierę ilustratora na pełen etat. A nawet na dwa etaty. Rysowanie w domu nie sprzyja pracy w określonych godzinach. Zawsze znajdzie się chwila, żeby odpisać klientom, nanieść poprawki czy też rozpocząć szkic nowej ilustracji. Szkic oczywiście na tablecie, bo pan Dawid już jakiś czas temu odstawił metody analogowe. Aktualnie najwięcej robi plakatów, chociaż i tak mniej niż dwa lata temu. To prawdziwy pracoholik. Posiada jeszcze drugą pasję - granie na perkusji. Czyli do rysowania dochodzą jeszcze próby. Pan Dawid przyznaje, że ma bardzo wyrozumiałą żonę. Pani Anula odgania od niego synów, gdy pracuje. No tak - wsparcie przede wszystkim.

"Jak oni pracują 2" (bo o tej książce dzisiaj mowa) to kontynuacja rozmów Agaty Napiórskiej z polskimi twórcami. Ja jestem znana z tego, że kocham wywiady, więc ta pozycja idealnie trafiła w moje gusta! Rozmówcami pani Agaty są: Katarzyna Kozyra, Barbara Falender, Agata Bogacka, Marcin Wicha, Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Joanna Karpowicz, Mirella von Chrupek, Maurycy Gomulicki, Wojciech Chmielarz, Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Justyna Bednarek, Tomek Samojlik, Jacek Hugo-Bader, Angelika Kuźniak, Tadeusz Baranowski, Olga Wróbel i Daniel Chmielewski, Natalia Fiedorczuk-Cieślak, Olga Drenda, Alicja Długołęcka, Janusz Kapusta, Monika Brodka, Paulina Przybysz, Marcin Masecki, Wiktoria Podolec, Marcin Podolec, Ewa Bińczyk, Lidia Popiel, Jagoda Szelc, Dawid Ryski, Emilia Dziubak, Justyna Bargielska, Ania Kuczyńska, Marta Dymek, Zygmunt Miłoszewski. To łącznie trzydzieści siedem osób. Zacna gromadka!

Pędźcie do księgarń 30 października! Uwierzcie młodej czytelniczce - warto!

Tytuł - Jak oni pracują 2
Pytania - Agata Napiórska
Rozmówcy - Katarzyna Kozyra, Barbara Falender, Agata Bogacka, Marcin Wicha, Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Joanna Karpowicz, Mirella von Chrupek, Maurycy Gomulicki, Wojciech Chmielarz, Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Justyna Bednarek, Tomek Samojlik, Jacek Hugo-Bader, Angelika Kuźniak, Tadeusz Baranowski, Olga Wróbel i Daniel Chmielewski, Natalia Fiedorczuk-Cieślak, Olga Drenda, Alicja Długołęcka, Janusz Kapusta, Monika Brodka, Paulina Przybysz, Marcin Masecki, Wiktoria Podolec, Marcin Podolec, Ewa Bińczyk, Lidia Popiel, Jagoda Szelc, Dawid Ryski, Emilia Dziubak, Justyna Bargielska, Ania Kuczyńska, Marta Dymek, Zygmunt Miłoszewski
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa, 2019

niedziela, 6 października 2019

Projekt Rośliny - czyli chodźmy w zieleń


Należycie do grupy tych ludzi, którzy nie do końca potrafią odpowiednio troszczyć się o rośliny? Jesteście przekonani, że zielone okazy już na Wasz widok tracą swoją barwę i wdzięk? Myślicie, że "nie macie ręki do kwiatów"? W takim razie muszę Was uspokoić. Najpierw obalmy pewien mit. "Ręka do kwiatów" nie istnieje. Osoby kochające kwiaty (i z wzajemnością) po prostu mają na ich temat sporą wiedzę i dokładnie znają ich potrzeby. Być może zrujnowałam teraz wymówkę roślinnych leniuchów, wybaczcie. Ale dzisiaj nadchodzę z zielonymi radami! Zapraszam do małej dżungli ukrytej na kartach papieru.


Wchodząc do pomieszczenia zupełnie pozbawionego roślinnego akcentu wielu z nas odczuwa pewną pustkę. Nauka potwierdza, że zieloni przyjaciele pomagają się nam zrelaksować, tworzą harmonię w pokoju i znacząco wpływają na jakość powietrza. Może się wydawać, że pielęgnacja roślin jest skomplikowana i trudna. Jednak to nieprawda. Wystarczy poświecić naszym podopiecznym kilka minut dziennie. Podczas kupowania danej rośliny bierzemy na siebie pewnego rodzaju odpowiedzialność. Musimy pamiętać, że to także istota żywa. Rodzi się, dojrzewa, przeżywa dorosłość (później starość) i umiera. Warunki domowe nie są jej naturalnym środowiskiem, więc nie potrafi samodzielnie funkcjonować. Dlatego trzeba jej pomagać!


Pomocą jest między innymi sprawdzanie jakości podłoża. Często nie zwracamy uwagi na to, czego nie widać nad doniczką. Okazuje się, że nie do każdej rośliny nadaje się ziemia uniwersalna, co troszkę mnie zaskoczyło. Jednak samodzielnie możemy stworzyć jej odpowiedni rodzaj. Na przykład monstera uwielbia lekką i przewiewną glebę. Dlatego idealną mieszanką dla niej jest ziemia uniwersalna z podłożem torfowym. Ważne są także doniczki - najlepiej takie z dziurką i podstawkiem. Jednak jeśli posiadamy tylko osłonkę, z łatwością można rozwiązać ten problem. Wtedy należy wsypać odpowiednią ilość kremzytu na dno doniczki. Nadmiar wody zbiera się pod malutkimi kamyczkami, a nie wsiąka w glebę.


Jedną z najważniejszych rzeczy przy uprawie roślin jest oczywiście podlewanie. Roślina może dostosować się do różnych, niekiedy naprawdę trudnych, warunków, jednak bez wody po prostu umrze. Niestety niełatwo stwierdzić, ile dokładnie potrzebuje swojego napoju. Trzeba bacznie przyglądać się jej funkcjonowaniu. Tempie wchłaniania się wody do gleby, zmianom koloru i kondycji liści oraz łodygi. Wiele gatunków wymaga też częstego zraszania liści (a ja robiłam to bardzo rzadko, przyznaję się!). Raz na jakiś czas należy przetrzeć liściaste stwory wilgotną gąbką lub delikatną szmatką, a kaktusy i sukulenty - pędzelkiem z naturalnego włosia. Musimy też mieć świadomość tego, że nie każda woda jest dobra. Niekiedy ta z sieci miejskiej jest zbyt twarda, ponieważ zawiera dużo soli i wapnia. Podlewając rośliny taką wodą narobimy im kłopotów i nieźle oszpecić liście białymi plamami.


Odpowiednie stanowisko - akurat to nie przysparza wielkiego problemu opiekunom roślin. Jeśli mamy informację na temat pochodzenia zielonych organizmów, można łatwo wywnioskować, ile słońca potrzebują. Jednak wcale nie trzeba panikować, jeśli nie mamy takiej wiedzy. Zawsze na pierwszym miejscu jest obserwacja. Jeśli zauważymy, że roślina marnieje, opadają jej liście, nie wolno zwlekać! Od razu należy przenieść ją na inne miejsce. Ale znany jest przypadek begonii (ten gatunek uwielbia słońce), która pięknie rosła w zacienionym pokoju. To dowód na to, że zielone organizmy potrafią zaskakiwać.


Wyjazdy, wyjazdy, wyjazdy. Podczas różnych podróży należy zadbać o podlewanie. Najczęściej prosimy bliskich o odwiedziny i podlanie roślin w czasie naszej nieobecności, jednak istnieją też inne rozwiązania. Metoda butelkowa polega na wsadzeniu jednego końca sznurka do butelki z wodą, a drugiego - do ziemi na głębokość około dwóch centymetrów. Sznurek automatycznie sam będzie pobierał odpowiednią ilość wody. Powszechnie znane są jeszcze metoda kuli oraz metoda na zlewie. Ale umówmy się, że ich nie ujawnię.

Przeskoczymy choroby oraz szkodniki i odwiedźmy "słoneczne" okazy, czyli takie, które uwielbiają się opalać i kąpać w słońcu. Eszeweria ma ponad 150 gatunków. Starzec Herreiana to zielony sznur pereł.  Strelicja królewska jest kuzynką bananowca. Niestety, trzeba czekać nawet do sześciu lat, aby strelicja pokazała swoje kolorowe kwiatuszki. Kluzja różowa pochodzi z tropikalnych terenów Ameryki Północnej. Wszyscy wiedzą, że kaktusy uwielbiają słońce! Są idealnym rozwiązaniem dla zapominalskich. Przejdźmy do "rozproszonych", czyli roślin, które nie lubią bezpośredniego słońca i całkowitego cienia. To na przykład pilea peperomiowata, potocznie nazywana "pieniążkiem". Fatsja japońska zniesie wszystkie błędy pielęgnacyjne i urośnie nawet do dwóch metrów! Rypsalis przypomina zieloną czuprynę... A teraz czas na "cieniolubnych". Monstera dziurawa jest absolutną faworytką. Araukaria wyniosła była kiedyś popularna jako drzewko ogrodowe, jednak teraz stała się rośliną doniczkową. Za to zanokcica gniazdowa to jeden z gatunków paproci, ale znacznie różni się od innych. Ma sprężyste i jasnozielone liście, które mogą liczyć ponad metr.


W dzisiejszej pozycji, którą jest "Projekt Rośliny" pojawiają się także rozmowy z roślinnymi adoratorami. Znalazł się tam między innymi krótki wywiad z Martą Szymczak. Pani Marta kolekcjonuje rośliny. Często dostaje je od znajomych albo kupuje w hurtowniach. Czasami przygarnia umierające okazy, aby je uratować. Jest znana z tego, że... wyskakuje z roślinami pod prysznic. Większość jej podopiecznych dobrze reaguje na wilgoć, więc co kilka dni funduje im trochę pary. Oprócz tego często je rozmnaża i rozdaje. Jej kwiaty chyba nigdy się nie nudzą!


Kojarzycie może Beatę Małyską i Remka Zawadzkiego? Tworzą profil na instagramie @warsawjumgle, który obserwuję od kilkunastu miesięcy. Pokazują tam swoją dżunglę, którą stworzyli w samym środku Warszawy. Ich zielone mieszkanie jest dla nich schronieniem przed nadmierną dynamiką miasta. Oboje miłość do roślin wyssali z mlekiem matki. Teraz coraz częściej szukają mało spotykanych gatunków. W szczególności pani Beata wyszukuje perełek. W rozmowie wspominają też, że kiedy przychodzi moda na daną roślinę, jej cena jest wystrzelona w kosmos. Więc warto szukać okazów zgodnych ze swoim gustem, a niekoniecznie z modą.


A znacie Hekla Studio? Jego współzałożycielką jest Monika Proniewska. To graficzka i teoretyczka kultury wizualnej. Wykorzystuje rośliny w swojej pracy. Pokochała je w wieku kilku lat. Wtedy dorwała też książkę o ich pielęgnacji. Podczas dojrzewania i nastoletniego buntu rośliny zeszły na drugi plan, lecz na studiach znów powróciły. Panią Monikę zafascynowały ich forma, kształt, zapach. Oprócz tego odprężają nawożenie. Zdarza się jej odwiedzać różne spotkania pasjonatów roślin - zawsze dowie się tam o ciekawych, zielonych nowinkach, ale też niezbędnych radach.


Najczęściej jest tak, że czytamy książki z przyjemności albo z przymusu. Do przeczytania "Projektu Rośliny" zmusiła mnie moja monstera, która zaczęła opadać w bardzo niepokojący sposób. Niefajnie, że dotyka liśćmi podłogi, ale superaśnie, że mnie zmusiła! Już teraz wiem, co z nią zrobię! To oczywiście dzięki dwóm dziewczynom - wielbicielkom zwierząt, tańca analogów i kuchni roślinnej. Weronika Muszkieta oraz Ola Sieńko - to one. Niezwykła relacja między roślinami i naszymi paniami rozpoczęła się od wizyty w ogrodzie botanicznym i coś czuję, że nieprędko się zakończy. Weronika i Ola prowadzą też kwiaciarnię we Wrocławiu i sprowadzają tam piękne okazy!

No dobrze, to już wiecie, jak ozdobicie swój salon?

Tytuł - Projekt Rośliny
Tekst - Weronika Muszkieta i Ola Sieńko
Zdjęcia - Agata Piątkowska, Michał Sierakowski, Projekt Rośliny
Wydawnictwo Buchmann, Warszawa, 2018

niedziela, 22 września 2019

Wyroby - czyli urok w rzeczy samej


Wyroby. Durnostojki. Gównidełka. Zbieracze kurzu. Przydasie. Samoróbki. Pierdółki. Założę się, że każdy człowiek na tej planecie ma choć kilka niepotrzebnych przedmiotów. Takich, które zostały zakupione z właściwie niewiadomego powodu. Można je spotkać na targach, jarmarkach, w kioskach. Najczęściej są wykonane za pomocą rąk. Powstają z nudy, nagłej potrzeby lub dla ozdoby - ten argument można usłyszeć bardzo często. 

Moje dzieciństwo (które wciąż trwa) przypadło na czasy braku oryginalności, wiecznych powtórzeń i naśladowań. Nosimy identyczne buty i ubrania. Wnętrza domów i mieszkań są do siebie bardzo podobne. Nasze półki zdobią przedmioty masowej produkcji, zakupione w hegemonach. Osoby, które trzymają na półkach kartki z kotkami, malutkie grzybki muchomorki i Kaczory Donaldy są zazwyczaj nieco starszej daty. Możliwe, że na ich ścianach wiszą reprodukcje obrazów z płaczącym chłopcem. W Wielkiej Brytanii do dzisiaj krąży pewnego rodzaju ploteczka o klątwie nad tymi właśnie ilustracjami. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku pewna brytyjska prasa napisała o pożarze domu, z którego ocalał jedynie portret płaczącego chłopca. Strażacy mówili, że to nie jedyny przypadek i bardzo często znajdowali słynne reprodukcje w ruinach spalonych domów. Ludzie niechętnie się ich pozbywali, bojąc się o własne życie. A magazyny podsycały emocje, publikując nowe notki o związkach pożarów i smutnych portretów. 


Wyjdźmy teraz na świeże powietrze. W wielu ogródkach można zauważyć łabędzie z opon. Niektóre osoby myślą, że to "polska tandeta" i o jej stworzenie osądzają Adama Słodowego. Jednak nie jest to prawdą. Łabędź z opon pochodzi z Australii. Pierwotny wyrób ma nieco inne pióra i szyję, więc można stwierdzić, że jest kuzynem naszego gumowego zwierzaka. Amerykański brat łabędzia to różowy flaming. On także czasami pojawia się w polskich ogrodach. Jednak między łabędziem a flamingiem istnieje pewna różnica. Ten pierwszy jest ozdobą stworzoną własnymi dłońmi. Jej wykonanie to powód do dumy. Natomiast drugi pochodzi ze sklepu, jest wyprodukowany w fabryce. Brakuje w nim duszy, nierównych piór i nieco krzywych oczu. 


Innymi, niezwykle często spotykanymi, gośćmi ogródków są grzybki i krasnoludki. Największy krasnal świata nosi imię Soluś. Znajduje się w Nowej Soli, stolicy dekoracji ogrodowych. Mieszkańcy tej miejscowości kochają nadmiar i absolutnie wszystkie durnostojki. Bo przecież samotny grzyb będzie smutny, trzeba mu zrobić całą familię! Najlepiej taką, która rzuci się w oczy wszystkim spacerowiczom. Dlatego krwisto czerwone kapelusze z ogromną ilością białych kropek to już chyba tradycja. Pod owymi kapeluszami schowane są skrzaty - z przerażającymi uśmiechami, rozmazanymi źrenicami i kolorowymi kubraczkami. 


Ogrodowym dekoracjom towarzyszą również żywe zwierzęta. Psy. Tabliczki na ogrodzeniach ostrzegają przechodniów, że tuż za płotem znajduje się "zły pies". Ale niektórzy chcą się wyróżniać, więc wymyślają własne informacje. Pięknie wykaligrafowane, z zawijasami i kolorowym tłem. "Wchodzisz na własną odpowiedzialność", "Zły pies, a gospodarz jeszcze gorszy", "Uwaga, dobry pies - gryzie", "Nieproszeni goście zostaną pożarci". Jednak czasami takie tabliczki nabierają zupełnie innego charakteru. "Tego domu pilnuje york", "Witaj, hau, hau", "Tu mieszka najbardziej rozpuszczony labrador ja świecie". Wtedy napisom towarzyszą zdjęcia bądź ilustracje słodkich pyszczków, a my mamy ochotę postawić swoją stopę na posiadłości obcego człowieka i pobawić się z jego przyjacielem. 

Dobrze, na zewnątrz zrobiło się już troszkę chłodno, więc wróćmy z powrotem do środka. Tym razem odwiedzimy Korę Kowalską - kolekcjonerkę. Z wielką ciekawością zajrzymy do jej szuflad. A co tam znajdziemy? Syntetyczne robaki. Misia Miszkę z olimpiady w Moskwie. Podkowy szczęścia. Bolki i Lolki. Stare broszki. Plastikowe resoraki. Pocztówki z kotkami. I bardzo pożądaną przez dzieci zabawkę w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, czyli Brzydką Miki. To polska wersja skaczącej Myszki Miki na trapezie. Od oryginału z zagranicy różni się barwą i bryłą. Charakteryzuje ją odcień czerwieni pomieszany z szarością i nieco niekształtna figura. Zakupiona na targu lub jarmarku przynosiła ogromną radość, a wygrana w loterii - jeszcze większą! Dzieciaki wprost ją uwielbiały, mimo rzucających się w oczy niedoskonałości. 


Przenieśmy się teraz do połowy lat sześćdziesiątych. Wtedy sprzedawcy gitar zanotowali spory zysk, ponieważ młodzież zaczęła namiętnie je kupować i zakładać własne zespoły. Wzorowali się na popularnych wówczas grupach, z The Shadows na czele. Wszystkie puste garaże i podwórka przy domach kultury rozbrzmiewały muzyką. Zespoły nosiły oryginalne nazwy. Przykłady? Bardzo proszę - Kwaśne Mleko, Optymiści, Plastusie, Duchy, Bratki. Koncertowali w niewielkich klubach i na imprezach "dla młodych ludzi". Tylko szczęściarzom udało się trafić na składankową płytę z rytmami nastolatków. Trzy czwarte zespołów kończyło swoją działalność po miesiącach, a nawet tygodniach. 


Wszystkie z wymienionych powyżej rzeczy są wyrobami. Wykonały je osoby z niekoniecznie dobrym gustem i talentem artystycznym. Niegdyś nasze pierdółki przynosiły radochę praktycznie wszystkim. Teraz cieszą się z nich tylko kolekcjonerzy i wielbiciele niezbyt udanego, lecz uroczego, rękodzieła. Do klubu tych adoratorów należy między innymi Olga Drenda, o której głośno teraz w całym kraju. Jej świetnie napisana książka "Wyroby. Pomysłowość wokół nas" zdobyła masę nagród, wyróżnień i nominacji. I w pełni zasłużenie, bo chwytającym za serce zbieraczom kurzu należy się trochę uwagi! 

Odwiedźcie kolekcjonerów, zajrzyjcie przez ploty do ogródków i razem z panią Olgą tropcie polskie klimaty!

Tytuł - Wyroby. Pomysłowość wokół nas
Tekst - Olga Drenda
Wydawnictwo Karakter, Kraków, 2018

niedziela, 8 września 2019

Wędrowny Zakład Fotograficzny - czyli komu w drogę, temu opowieści


Drewniane chatki. Pługi. Wychodki. Studnie. Gospodarstwa. Świeże mleko. Bujne ogródki. Suszące się torebki herbaty - tak, aby były dobre do ponownego zalania. Packi na muchy. I zapach - starości oraz drzew. Granice - z Litwą, Białorusią, Rosją. Ale także Dolny Śląsk. Najpierw odwiedźmy niewielki domek, który został porządnie nadgryziony zębem czasu. Zawalony dach kontrastuje z dorodnymi pomarańczowymi kwiatami w ogródku. W drzwiach powiewają firanki. Przez brudną szybę można ujrzeć stary tapczan, a na nim stertę ubrań. Można się domyślić, że niezbyt świeżych. "To najprawdopodobniej opuszczony dom" - myślimy. I cyk, zaskoczenie. Z głębi chatki dobiega głos zapraszający do środka. To głos mężczyzny, który właśnie ściga się z muchą. Śledzi jej ruchy z packą w dłoni. Jest samotny. Wcześniej towarzyszyła mu mama. To właśnie ona zasadziła pomarańczowe kwiaty w ogrodzie. Jednak niedawno odeszła. Od tamtej pory mężczyzna je mielonki z puszki w towarzystwie owadów. Żyje z tego, co zbierze w lesie. Dlatego uwielbia deszcze. Porządne opady oznaczają obfite zbiory, czyli więcej pieniędzy. Susze i nasz bohater nie darzą się sympatią.


Zajrzyjmy teraz do kobiety w dość imponującym wieku. Właśnie rozsypała zdjęcia na stół. Zapewne miała je schowane w albumach lub szufladach. Siostra wychodząca za mąż. Wnuczek, który właśnie szykuje się do ślubu. Syn przebrany za świętego Mikołaja. Wesele najstarszej córki. Siostra męża. Komunia wnuczki. Teść w Anglii. Młodsza córka w szpitalu - niestety umarła za młodu. Zdjęcie zostało zrobione tuż przed operacją. Dziewczyna była leczona lekarstwami swojej mamy, ponieważ rodzice nie przyznawali się do jej choroby lekarzom. Zapłacili za to najgorszą z możliwych kar. O, wszystkie siostry na ławeczce przed domem. A tutaj cała rodzina. Ta ostatnia fotografia liczy już kilkadziesiąt lat. Starsza kobieta była wtedy szczupłą i roześmianą dziewczyną.


Przenieśmy się teraz na zupełnie inne podwórko. Właścicielką jest pomarszczona pani, ubrana w kwiecistą chustkę i sędziwy fartuch. Ostatnio miała sporo gości. Najpierw odwiedziły ją dziki i zniszczyły cały ogród. Później pojawiła się córka i podkradła jajka z kurnika. Teraz staruszka musi cierpliwie czekać na nowe. Jej najlepszą przyjaciółką jest pewna kocica. Niedawno urodziła młode. Było ich całkiem sporo. Jednak kobieta nie miała ochoty "mnożyć sobie problemów". Nie chciała opiekować się młodymi kotkami, dlatego... zabiła je. Utopiła? Nie. Mówiąc wprost - zadźgała szpadlem. Jak już wspomniałam wcześniej, miała dużo gości, ale wrażliwość chyba nie zapukała do jej drzwi.


Przejdźmy może do nieco pogodniejszych historii. Mężczyzna o imieniu Jan straszliwie cieszy się na widok samodzielnie wyhodowanej fasoli. Niektóre strąki są dłuższe od dłoni i grubsze od palca. Jan ma dziewięćdziesiąt cztery lata i całe życie spędził w domu przy owocach swojej pracy, czyli siedmiometrowej fasoli. Je tylko jedną zupę. Fasolową, rzecz jasna. Swoje czarno-białe wspomnienia przechowuje w starym albumie. Jego żona Feliksa umarła kilka lat temu. Jej imię oznacza "szczęście". Pan Jan faktycznie był z nią szczęśliwy. Wciąż trzyma jej portrety, także te ze ślubu. Niedawno narysował ją ołówkiem na pożółkłym papierze. Trzeba przyznać, że nie jest zbyt podobna. A to dlatego, że Jan narysował swoją żonę tak, jak zapamiętało ją jego serce.


O, a teraz usiądźmy na ławeczce z sześcioma kobietami. Właśnie te panie założyły zespół. Śpiewają po chachłacku. To język trochę rosyjski, trochę ukraiński i trochę polski. Niegdyś mieszkańcy Wołynia porozumiewali się tylko po chachłacku. Kobiety znają piosenki od swoich matek, babć i sąsiadek. Potem niewiele brakowało do tego, aby je zapomniały. To przez ustrój komunistyczny. Wtedy musiały śpiewać po polsku. Znały dużo weselnych nut. Pojawia się w nich "świkrucha", czyli zła teściowa, do której dziewczyna idzie po ślubie. Ale na wsi często bywa tak, że świeżo upieczone małżonki znajdują wspólny język z teściowymi, a niekoniecznie z mężami.


Wyobraźmy sobie teraz pasiekę marzeń. Kolorowe kwiatki, soczyście zielona trawa, piękne ule i pszczoły, które omijają nas szerokim łukiem. Marzenie. Uwaga! Taka pasieka istnieje. No dobra, może bez tych szerokich łuków. Zajmują się nią ojciec i syn. Obydwoje mają pszczelarskie serducha w stu procentach. Ule, o które dbają, są ukryte między pagórkowatym łąkami. Raczej nikt nie może zobaczyć ich przez przypadek. To miejsce zostało wybrane celowo, aby złodzieje nie kradli miodu oraz uli. W okolicy zdarzały się takie przypadki - nocą grupka ludzi podjeżdżała ciężarówką i pakowała ule na swój pokład. Na całe szczęście ojca i syna nie spotkała taka przykra sytuacja.


Patrzcie, tam po lewej! Widzicie baner zakładu fotograficznego? Wisi na balkonie dwupiętrowego domu. Można łatwo zauważyć, że drzwi do niego były wielokrotnie malowane. Otwiera je pani Bronisława i zaprasza do środka. Jej dzieciństwo nie było zbyt kolorowe (w odróżnieniu do pasieki). Ojciec przeraźliwie mocno bił, a mama nie mogła z tym nic zrobić. Dobrze, że mieszkali na wsi, a nie na uboczu. Wtedy można było wybiec na ulicę i prosić o pomoc sąsiadów. A jeśli chodzi o baner, jest już nieaktualny. Syn pani Bronisławy próbował tutaj założyć firmę. Jednak poddał się. Wyjechał. Został szyld i samotna staruszka.


Odwiedźmy jeszcze jedną panią, która jest "żywym pomnikiem akcji "Wisła". Pani Maria twierdzi, że jej miejsce zamieszkania jest przepiękne i niczego więcej jej nie potrzeba. Często pije napar z ziół zerwanych w ogrodzie i obserwuje - naturę oraz ludzi. Ma wręcz białą cerę, szlachetne rysy i roześmiane oczy. Wyciąga zdjęcie klasowe. Dzieci ustawione są w rzędach. Górny rząd to chłopcy w rożnym wieku. Mają na sobie marynarki, spod których wystają koszulowe kołnierzyki. Niżej są dziewczynki w jednakowych spódniczkach. Między uczniami siedzi młoda nauczycielka, z pięknym, gęstym warkoczem. Była Niemką, ale biegle posługiwała się językiem polskim. Wszystkie dziewczynki chciały być takie, jak ich wychowawczyni. Stanowiła autorytet. To właśnie ona nauczyła panią Marię, że włosy zawsze muszą być zadbane, a ubrania czyste i schludne. Kobieta do dziś stosuje się do tej zasady.


Agnieszka Pajączkowska znalazła się w skórze fotografa z końcówki ubiegłego wieku. W 2012 roku założyła Wędrowny Zakład Fotograficzny. Jeździła żółtym Volkswagenem T3 wraz ze swoim psem Cukrem i fotografowała ludzi w zamian za opowieści, jedzenie i możliwość kąpieli. Stworzyła obraz osób żyjących przy granicy z Białorusią, Litwą i Ukrainą. Ale w książce pod tytułem "Wędrowny Zakład Fotograficzny" pojawiły się także historie mieszkańców Dolnego Śląska. Pani Agnieszka wydobyła z ludzi opowieści zabawne, smutne, a niekiedy i przerażajace. Po prostu prawdziwe. Tekst został uzupełniony zdjęciami. Jednak nie zobaczymy tam twarzy naszych bohaterów. Portrety są własnością tylko i wyłącznie osób fotografowanych. Nawet autorka nie posiada kopii. Dzisiejsza pozycja doświadczy nam wielu skrajnych emocji. Agnieszce Pajączkowskiej należy się honorowy uścisk dłoni za odwagę, wytrwałość, cierpliwość i przede wszystkim wspaniały efekt końcowy tego projektu.

Pozycja z żółtą okładką musi znaleźć się na Waszej półce, koniecznie.

Tytuł - Wędrowny Zakład Fotograficzny
Tekst i fotografie - Agnieszka Pajączkowska
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2019

niedziela, 4 sierpnia 2019

Marsz, marsz, Batory - czyli elegancja na falach


To transatlantyk, o którym słyszeli chyba wszyscy. Przez trzydzieści trzy lata był kluczem do pewnych drzwi. Drzwi, które otwierały nowy świat Polakom do emigracji. Już sama jego nazwa przywoływała na myśl luksus i elegancję. W końcu grejpfruty i czerwone dywany nie były codziennością. M/S Batory - to właśnie on. Z jego usług skorzystało aż dwieście siedemdziesiąt tysięcy pasażerów. Zajrzyjmy na pokład!


M/S Batory to statek jedyny w swoim rodzaju. Trzydzieści trzy lata pływał pod polską banderą. Odbył dwieście dwadzieścia dwa rejsy oceaniczne. Był naszą dumą narodową. Zmienił życie wielu osób. W czasie komuny pomagał przedostać się Polakom do Ameryki. Wszyscy byli wpatrzeni w nią jak w obrazek. Ameryka stanowiła układankę, w którą każdy chciał się wplatać. Niektórzy na zawsze, a inni tylko na kilka lat. Jednak niekiedy plany się zmieniały. Ale czasami także nie zawodziły.


Najpierw czekano na paszport oraz wizę. Czas tychże oczekiwań był udręką. Rok, pięć, a nawet siedem lat. Nigdy nie podawano dokładnego terminu odbioru dokumentów. Mówiono tylko jedno - kilka lat.  Kiedy ten etap już się kończył, przychodziła pora na pakowanie. A warto zaznaczyć, że zabierano ze sobą dosłownie wszystko. Teraz wydaje się to niezbyt realne. Jednak wtedy nie posiadano całej gromady zbędnych przedmiotów. Dlatego wielkie kufry były wypełnione nawet radiami, pościelami oraz niewielkimi meblami.


Zdarzało się, że kobiety kupowały sobie nowe suknie oraz buty specjalnie na rejs. A przed nim wszystkie biegały do krawcowej. Aby coś skrócić, przeszyć, żeby miało dłuższe życie. Później przychodził czas na pożegnanie z bliskimi. Do Ameryki płynęły całe rodziny, pary, przyjaciele lub pojedyncze osoby. Port w Gdyni był miejscem na ostatnie uściski, życzenia i rozmowy. Gdy rozbrzmiewały hymny - Batorego oraz Polski - należało wchodzić na pokład. Statek odpływał od brzegu bardzo powoli. Żegnał go zgromadzony tłum. Pojawiały się łzy, uśmiechy i machające dłonie.


Batory był statkiem niezwykle dużym. Posiadał aż siedem pokładów i miał sto sześćdziesiąt metrów długości. Wspomniane pokłady były ulubionymi miejscami do zabaw dzieci. Jednak często przeganiano je do kabin. A kiedy przychodził czas posiłku - do restauracji. Na Batorym codziennie serwowano pięć dań. Śniadanie, drugie śniadanie, obiad, deser, kolacja. Menu było bardzo rozbudowane. Podawano homary, cytrusy i zupy, o których większość osób nawet nie słyszała.


Wszystkie pokoje i sale naszego transatlantyka wprost błyszczały luksusem. Piękne dywany, obrazy Stryjeńskiej, żyrandole i nowoczesne meble. Kapitan wkładał rękawice i sprawdzał, czy jakiś mały kącik nie umknął uwadze pracownikom odpowiedzialnym za sprzątanie. Z każdym kolejnym dniem obsługa zyskiwała w oczach podróżnych i emigrantów. Był tylko jeden problem. Kołysanie. Ludzie, słysząc o historii Tytanica, przeraźliwie bali się dużych fal. Zamknięci w kabinach przemieszczali się z lewej strony na prawą i z prawej na lewą. Często rozróżnienie nieba i wody sprawiało lekką trudność.


Mama pewnej - wówczas małej - dziewczynki zabrała ze sobą mnóstwo książek. W domu zrobiła ich surową selekcję. Spakowała tylko polskie pozycje, tłumaczenia zostały w budynku zamkniętym na klucz. Inna kobieta tuż po wejściu na pokład zrobiła awanturę. Obiecano jej kabinę z pięknym widokiem na morze, a przez okno było widać "rudery". Okazało się, że statek jeszcze nie odpłynął. Wiele osób twierdziło, że Batory był wolnością. Ową wolność fotografowała pani z aparatem Zorka. Zresztą nie była sama. Pasażerowie chętnie uwieczniali niezapomniane chwile na statku. Później z uśmiechem patrzyli na zdjęcia, które tak bardzo kontrastowały z szarą rzeczywistością w Polsce.


Gdy nasi bohaterowie docierają do Ameryki, rozpoczynają zupełnie różne od siebie życia. Niektórzy kupują samochody i zajadają się czekoladą, a inni szukają promocji we wszystkich sklepach. Niewiele osób wraca do Polski - mimo tego, że tęsknota wzrasta z każdym dniem. Chcecie poznać historię legendarnego transatlantyka? Tak? Bardzo mnie to cieszy. Koniecznie sięgnijcie po pozycję "Marsz, marsz, Batory"!


"Marsz, marsz, Batory" to książka nieszablonowa. Jest podzielona na trzy części - pierwsza: przed rejsem, druga: podczas rejsu, a trzecia: po rejsie. Aleksandra Karkowska i Barbara Caillot postanowiły odszukać osoby, które płynęły legendarnym statkiem albo na nim pracowały. Autorki poznały ich przeżycia i wykorzystały nabytą wiedzę do swojej książki. "Batorowe" opowieści przeplatają się ze sobą. Niekiedy są metaforą, a czasami bezpośrednim opisem zdarzeń albo uczuć. Wspomnienia są uzupełnione licznymi fotografiami, listami i ilustracjami. Dlatego można pokusić się o stwierdzenie, że "Marsz, marsz, Batory" to tak naprawdę cudowny album.

No dobrze, weszliście już na pokład. Chyba zostaniecie na nim nieco dłużej, prawda?

Tytuł - Marsz, marsz, Batory
Tekst - Barbara Caillot, Aleksandra Karkowska
Oficyna Wydawnicza ORYGINAŁY, Poznań, 2019

sobota, 27 lipca 2019

7 dni - czyli 168 godzin na 243 stronach


Podejrzewam, że każdy z Was chodził bądź chodzi do szkoły. I zapewne każdy z Was zetknął się z wyśmiewaniem, które rozpoczęło się właśnie w niej. Ofiarą takiego zachowania jest czternastoletnia Jess. Mieszka z mamą i siostrą w dwupokojowej, zaniedbanej klitce. Nie ma tam zbyt wiele miejsca, na szczere rozmowy także. Mama Jess pracuje tylko i wyłącznie w nocy. A co robi? Sprząta. Dlatego też jej pensja nie jest duża. Czasami nawet jedzenie kosztuje zbyt wiele. Mimo to czternastolatka nie należy do najszczuplejszych. Można się także domyślać, że jej ubrania nie pochodzą z najnowszych kolekcji i najdroższych sklepów. Ale chwila, chwila... czy to jest powód do obraźliwych komentarzy? Niestety niektóre osoby uważają, że tak. W ich gronie znajduje się Kez.

Kez chodzi do klasy z naszą bohaterką. Ma delikatne rysy twarzy, starannie pomalowane oczy i pełne usta. I na pewno nie kupuje ubrań na dziale dziecięcym. Już po pierwszym kontakcie wzrokowym można stwierdzić, że nie opatula swoich rozmówców miłymi słowami. Wyjątkami są Lyn, czyli chłopak Kez, oraz Marnie - jej najlepsza przyjaciółka. Połączyła je wspólna pasją. Jaka? Już tłumaczę. To pasja o nazwie dokuczanie Jess. Do tego dochodzi także agresja. Kez nie ma zbyt ciekawej sytuacji w domu. Kanapa to ulubione miejsce taty. Jego stały towarzysz to alkohol. Natomiast mama najwięcej czasu spędza płacząc. Płacząc z bólu, gniewu i smutku. Jej posiniaczona twarz mówi wystarczająco dużo. Wciąż oszukuje się, że być może ich życie ulegnie nagłej zmianie i tata Kez, czyli jej mąż, przestanie ją ranić. Jednak Kez wie, że to nieprawda.


Trwa poniedziałkowy poranek. Jess musiała odprowadzić swoją siostrę do przedszkola. Wiadomo - mama była przeraźliwie zmęczona po pracy. Która godzina? No nie, za kilka minut zaczynają się lekcje. Dziewczyna zaczyna biec. Przed szkołą stoją Kez, Marnie oraz Lyn i jego koledzy. Wypuszczają właśnie papierosowy dym z ust. Kiedy Jess przechodzi obok, padają obraźliwe zdania w jej kierunku. Słowo "oblech" pojawia się chyba najczęściej. Nagle Kez podchodzi do naszej bohaterki. Podchodzi na tyle blisko, aby dziewczyny czuły swoje oddechy na nosach. Kez rozkazuje Jess, aby ją przeprosiła. Za co? Za to, że ją dotknęła. Musi uklęknąć i ją przeprosić. Jess woli unikać kłótni i raczej nie bryluje odwagą. Niestety. Robi to, czego inni od niej oczekują. Klęczy i przeprasza.

Wtorek. Jess spędziła wczorajszy wieczór czytając komentarze na temat wyglądu "oblecha". Wciąż o tym myśli. Nie ma ochoty patrzeć na siebie w lustrze. Z wielkim niezadowoleniem wstaje z łóżka. Czeka ją kolejny dzień wypełniony nieprzyjemnościami. Podczas kąpieli w wielkiej misce Jess bierze do ręki golarkę. Uważnie bada ją wzrokiem. Przykłada do swojego ciała. Woda w misce przybiera barwę krwi. Jednak Jess nie jest w stanie zranić się mocniej. Wie, że to nie rozwiąże problemów. Może tylko powiększyć ich pakiet. A to chyba nie jest potrzebne. Czternastolatka odkłada golarkę i wychodzi z łazienki. Czas na szkołę. Szkołę czyli Kez, Marnie i ich przemiłe gesty.

Środa. Wspominałam o tym, że Kez ma chłopaka - Lyna. Lyn to przyjaciel Jess z wczesnego dzieciństwa. Wspomnienia dziewczyny z wieku przedszkolnego to właśnie zabawy z Lynem. Z czasem ich drogi się rozeszły. Chłopak stał się popularnym "przystojniakiem" i nie spędzał już czasu z Jess. Jednak ta środa wyglądała nieco inaczej. Kiedy nasza bohaterka czekała w kolejce na stołówce, złapała kontakt wzrokowy z dawnym przyjacielem. Rzucili kilka śmiesznych słów podczas niedługiej rozmowy. Uśmiech nie znikał z twarzy dziewczyny. Cichy chichot także jej nie opuszczał. Zauważyła to Kez. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Czy jej chłopak rozmawiał właśnie z "oblechem"? Moc zazdrości znacznie wzrosła. Zemsta była nieunikniona.


Czwartek. Pierwsza lekcja. Jess usiadła w ławce najbliżej tablicy. Chciała znaleźć się jak najdalej od swoich dwóch "przyjaciółek". Udawała, że sprawdza zadanie domowe. Jej gałki oczne przemieszczały się z jednego kącika do drugiego. Nagle do klasy z przytupem weszła Kez. O dziwo nie skierowała się w stronę ostatnich ławek. Położyła swoją torbę na książce Jess. Zabrała ją, nie pytając o pozwolenie właścicielki i spisała pracę domową. Kiedy postawiła już ostatnią kropkę, rzuciła książkę w kierunku dziewczyny. Niestety rzucony przedmiot wyślizgnął się z rąk nastolatki i upadł na podłogę. Pech. Jess schyliła się, aby go podnieść i wtedy przydarzyła się niezbyt komfortowa sytuacja. Czemu w niektórych osobach drzemie aż tyle nienawiści?!

Co wydarzy się w piątek, sobotę i niedzielę? Czy każdy z tych dni także będzie ciężkim przeżyciem dla Jess? Czy Kez wciąż będzie bezlitosna? "7 dni" z pewnością jest pozycją, której się nie zapomina. To tydzień przedstawiony z dwóch perspektyw. Pierwsza to uczucia i przeżycia osoby krzywdzonej. Ofiary. Druga - uczucia i przeżycia osoby, która krzywdzi. Oprawcy. Eve Ainsworth napisała książkę trafiającą w punkt. Każde słowo, każdy gest idealnie odzwierciedlają zachowania nastolatków. Ta lektura może dodać szczyptę wsparcia osobom, które także są wyśmiewane. Z pewnością naprowadzi je na tory odpowiednich reakcji.

Pamiętacie może "Troskę"? Tak, to książka napisana przez tę samą autorkę. "7 dni" utrzymuje poziom, uwierzcie mi!

Tytuł - 7 dni. Tydzień, który zmieni wszystko
Tekst - Eve Ainsworth
Przekład - Marcin Mortka
Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa, 2019

sobota, 20 lipca 2019

Jak uratować świat? - czyli Ziemio, już biegniemy z pomocą!


W ostatnim czasie zrobiło się bardzo głośno o złym samopoczuciu naszej planety. Na pewno słyszeliście o plastikowych rybach i coraz bardziej powszechnych upałach. Jestem przekonana, że nowe i zdecydowanie niepocieszające wiadomości nie dają spokoju wielu z nas. Wcale mnie to nie dziwi. Jesteśmy na dobrej drodze do wzrostu temperatury Ziemi aż o dwa stopie. Jeśli to się wydarzy, zostaną uwolnione szkodliwe gazy. Możliwe, że Ziemia powróci wtedy do swojego stanu sprzed pięćdziesięciu milionów lat. A to chyba niezbyt ciekawe. Oprócz tego ogromnym problemem jest plastik. Jeśli jego produkcja nie ulegnie żadnej zmianie, w 2050 roku w morzach i oceanach będzie pływać więcej plastiku niż ryb. Mamy niewiele czasu na uratowanie sytuacji. Dlatego musimy działać w ultraszybkim tempie!


Znacie hasło "baby steps"? To metoda małych kroków, które zawsze doprowadzą nas do celu. Jeśli wiele osób się do nich dostosuje, przemienią się w ogromne susy. Dziś skupimy się właśnie na nich. Niektóre mogą wydawać się banalne, a niektóre nie. Jedno jest pewne - jeśli wprowadzimy je w swoje życie, planeta nam podziękuje! Dobrze, zacznijmy od śmieci. Czy możemy zmniejszyć ich produkcję? Ależ oczywiście. Używanie jednorazowych opakowań, sztućców czy też reklamówek to jeden z najgorszych błędów, jakie możemy popełnić. Jeśli idziemy do sklepu, aby kupić dwa jabłka, woreczek foliowy jest nam zupełnie niepotrzebny. Natomiast jeśli chodzi o jedzenie na wynos, zawsze możemy przynieść swoje własne naczynia. Wiem, że może to wydawać się nieco dziwne. Jednak zanim wybierzecie się do restauracji po posiłek, warto zadać sobie pytanie - czy na pewno chcemy produkować więcej śmieci?


Kolejną rzeczą jest transport. Nie od dzisiaj wiadomo, że środki komunikacji miejskiej są o wiele bardziej ekonomicznym i ekologicznym rozwiązaniem. Zaoszczędzimy dzięki temu dużo czasu - stanie w korkach chyba nie jest pasją nikogo z nas. Oprócz tego paliwo jest znacznie droższe od biletu, na przykład miesięcznego. A co powiecie na rower? Jeżeli czekają na Was bezpieczne drogi i niedługa podróż, warto rozważyć tę opcję!

Zahaczmy o temat jedzenia. Olej palmowy - o czym myślicie, gdy słyszycie te dwa słowa? O ogromnych obszarach leśnych, które są wycinane? O orangutanach, które giną bądź tracą dom? Musimy unikać oleju palmowego w naszych posiłkach i przekąskach. Kiedy idziemy na zakupy, sprawdzajmy składy kupowanych produktów. Dzięki temu niektóre z nich staną się naszymi słusznymi wrogami, a niektóre - przyjaciółmi.


Ulotki. Wyprodukowanie tony ulotek pochłania aż jeden ar lasu! Niestety jest to zdecydowanie zmarnowana powierzchnia. W dobie internetu i social mediów, ulotki już dawno przestały spełniać swoje funkcje. Ten rodzaj reklamy nie działa. Dlatego nie bierzmy ulotek i spróbujmy z nimi walczyć. Naklejajmy w klatkach schodowych informacje, że nie życzymy sobie zaśmiecania skrzynek pocztowych. Jeśli unikniemy wrzucenia choć jednej ulotki, będzie to nasz mały sukces.


Powróćmy do wspomnianych wcześniej śmieci. Najczęściej zapominamy o nich tuż po wrzuceniu do kontenera. Jednak one nie znikają, zostają na naszej planecie nawet na kilkaset lat. Tylko kilka procent z całości jest poddawane recyklingowi. Warto stosować różne zamienniki. Przedstawię Wam kilka z nich! Jednorazowy kubek na kawę - kubek wielokrotnego użytku. Plastikowa butelka - szklany, metalowy, a w najgorszym przypadku plastikowy, bidon. Jednorazowo pakowana herbata - herbata na wagę oraz zaparzacz. Ręcznik papierowy - bawełniane ścierki. Żel pod prysznic/szampon - mydło i szampon w kostce - tutaj możecie się nieźle zaskoczyć. Oczywiście pozytywnie!


Dobrze, teraz skupimy się na zamiennikach z nieco innej kategorii. Kranówka bądź dystrybutor zamiast butelkowanej wody. Ograniczenie drukowania, zużywanie obydwóch stron kartki. Wykorzystywania światła dziennego. Używanie zmywarki zamiast zmywania ręcznego. To aż pięciokrotne zaoszczędzenie wody! Nie marnujmy energii i podgrzewajmy w czajniku elektrycznym tylko tyle wody, ile potrzebujemy. Bardzo ważne jest także kupowanie produktów na wagę lub zapakowanych w szkło albo papier.

Często zdarza się, że płacimy za rzeczy, które z łatwością możemy wykonać sami. Przykłady? Bardzo proszę. Domowe detergenty - pasta do czyszczenia lub uniwersalny płyn do sprzątania. Warto zwrócić uwagę na domową pielęgnację. Zamiast drogich kosmetyków w wielu przypadkach możemy użyć miodu, mąki owsianej, wody różanej, fusów z kawy (buziaki dla mojej mamy!) oraz rozmarynu i tymianku. Nasza skóra nam jeszcze za to podziękuje. Przyjdźmy teraz do mody, a konkretnie - do ubrań. Wielki przemysł, jakim jest moda, odciska spore piętno na naszym środowisku. Jeśli w spodniach zrobi nam się dziura, przyszyjmy w tym miejscu ciekawy fragment innego materiału. Jeśli koszula, którą mamy w szafie, przestała się nam podobać, podarujmy ją komuś bądź zróbmy wymianę ubrań z inną osobą. I najważniejsze! Kupujmy mniej, a lepiej.


W książce „Jak uratować świat?” znajdziecie również „baby steps” w temacie diet i przekonacie się, że mięso wcale nie jest aż tak zdrowe, jak myślimy. Pojawią się również podróże - takie bez wyrzutów sumienia i niepotrzebnie zużytych produktów. Badania potwierdzają, że jeśli nie zmienimy nic w ciągu jedenastu lat, będzie już za późno na przybycie z pomocą Ziemi. Musimy wziąć sprawę planety w swoje ręce! To w końcu nasz wspólny i jedyny dom! Areta Szpura zdecydowanie ułatwia nam zadanie. Jej kolorowa i designerska (to zasługa Michała Loby) oraz niezwykle przydatna książka „Jak uratować świat?” zaliczyła sold-out już w ciągu miesiąca! To informacja, która naprawdę potrafi ucieszyć. Im nas więcej, tym lepiej!


Szukajcie kolorowej okładki na księgarnianych półkach! Wierzę, że wspólnie uda się nam uratować świat <3

Tytuł - Jak uratować świat? Czyli co dobrego możesz zrobić dla planety.
Tekst - Areta Szpura
Ilustracje - Michał Loba
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa, 2019