poniedziałek, 6 stycznia 2020

Lud - czyli w sercu Grenlandii


Grenlandia. Kiedy myślałam o tej wyspie, moja wyobraźnia przedstawiała mi opatulonych w futra mieszkańców z uśmiechami na twarzach, szczęśliwe rodziny przy kominku w pięknych domach, cudownie przyrządzone ryby i zaprzęgi pięknych psów. I muszę przyznać, że moja wyobraźnia się nie pomyliła. Jednak pominęła wiele obrazów, które budują rzeczywisty obraz Grenlandii. Okulary założyła mi na nos Ilona Wiśniewska, która wybrała się tam na trzymiesięczną podróż. Pozwólcie, że przedstawię Wam historie ludzi mieszkających (bądź chwilowo przebywających) na grenlandzkiej wyspie. Radzę Wam ubrać nieprzemakalne buty i futrzaną kurtkę.

Najpierw przenieśmy się na niewielką wysepkę. Ma ona powierzchnię dwunastu kilometrów kwadratowych. Zamieszkuje ją tysiąc trzysta osób. Nazywa się Uummannaq. "Uummat" to po grenlandzku serce. A "uummannaq" - miejsce, w którym leży serce. Właśnie tam znajduje się najsłynniejszy grenlandzki dom dziecka. Opiekuje się nim kobieta o imieniu Ann. Niezwykle istotna jest dla niej kultura grenlandzka oraz natura. Swoje wartości stara się przekazywać dzieciom. Rodzice podopiecznych domu dziecka nie mieli pojęcia, jak wychować swoje pociechy. Najlepszym rozwiązaniem - według rodziców - było oddanie ich w ręce Ann. W tym domu dziecka koszmary wypędza się muzyką. Każdy wychowanek na czymś gra. Ze swoją muzyką podróżują po świecie. Byli także w Warszawie. Ann wierzy, że muzyka pozwala uspokoić wszystkie niepokojące myśli.


Jest wiosna. Dwa tysiące siedemnasty rok. Ilona Wiśniewska przybyła do Uummannaq, aby zostać miejscową wolontariuszką. Chce napisać książkę o tym miejscu. Ann od razu zaznacza, że historie dzieci nie mogą znaleźć się na kartach książki. Autorka mieszka w domu z dziewiętnastoletnią Siką. Dziewczyna przyjechała tutaj, aby dojrzeć. Ma pogodny uśmiech i hipnotyzujące oczy. Na pytania pani Ilony odpowiada najczęściej po kilku dniach. Sika mówi, że wszystko, w co wierzą Grenlandczycy, pochodzi z natury. Ich główną opiekunką jest Matka Morza, która dostarcza pożywienie. Dziewiętnastolatka za kilka miesięcy wybiera się do Danii, aby studiować architekturę. Na Grenlandii nie ma tego kierunku. Jednak po studiach Sika planuje wrócić do swojego kraju, w odróżnieniu od wielu rówieśników. Jej pokolenie jest przyszłością i dziewczyna liczy na to, że na Grenlandii będzie coraz więcej ludzi wykształconych.


Wybierzmy się teraz na zamarznięte morze. Widzicie tego pana obok dwóch martwych halibutów? To Paaluk. Paaluk szanuje morze i ląd. Poluje. To jego praca. Ale robi to w tak umiejętny sposób, aby odcisąć jak najmiejsze piętno na naturze. Zaczął polować już jako dziecko. Każdego lata wyjeżdżał z rodziną pod namioty. Szukał zwierząt. Pewnego razu spotkał mężczyznę, który pokazał mu, jak trzymać broń i w co celować, aby od razu trafiać w serce. Kiedyś zabił renifera. Niósł go na barkach przez pół dnia. Wiedział, że musi zabrać całe zwierzę. Nic nie mogło się zmarnować. Rodzice nauczyli go szacunku do tego, co zabił. Teraz ma roczne limity, które ustalają w Nuuk, stolicy Grenlandii. Na przykład w dwa tysiące siedemnastym roku można było zabić dziewięćdziesiąt narwali na dwa tysiące żyjących. Paaluk mówi, że coraz trudniej się dzielić.


Odwiedźmy Uunartoqa i Ane w ich niebieskim domu. Trafiliśmy właśnie na porę obiadową. Na stole ląduje mięso z foki i wieloryba, mattak i suszona ryba. Większość potraw jest surowa i posypana aromatem. Od ponad dwudziestu lat Uunartoq pomaga domowi dziecka ucząc chętnych przewidywania pogody, jeżdżenia zaprzęgami i strzelania tak, by nie zniszczyć futra. Małżeństwo jest przykładem tego, że Grenlandczycy śmieją się bardziej niż ktokolwiek z północy.


Ilona Wiśniewska w szczególności przywiązała się do pewnego chłopca w domu dziecka. Gert jest nieśmiały, ale zaciekawiony światem. Bardzo podobają mu się zdjęcia pani Ilony, dlatego autorka pożycza mu swój aparat. Później wspólnie oglądają zrobione przez niego fotografie. Niektóre są nieostre, inne krzywe, a jeszcze inne potrafią poruszyć sercem. Zdjęcia są linią łączącą panią Ilonę i Gerta. Niewiele ze sobą rozmawiają. Jeśli dochodzi już do jakiejkolwiek wymiany zdań, to pani Ilona mówi, a Gert przytakuje. Chłopiec jest także bardzo wygimnastykowany. Potrafi zrobić salto w tył tuż przy brzegu oddzielającym skały od zamarzniętego morza.


Do domu dziecka przyjeżdża Inunnguaq. Znają go wszyscy, choć pojawia się tu pierwszy raz. To dlatego, że jest znanym szefem kuchni. Wcześniej mieszkał w Danii. Zrezygnował ze swojej pracy, kiedy okazało się, że Duńczycy dostawali wyższą pensję niż on, Grenlandczyk. Duńczycy mają lepsze życie, bo z założenia są lepszymi ludźmi. Grenlandczyków traktują jak gorszych i głupszych. W ogóle nie biorą pod uwagę tego, że Grenlandczycy najczęściej są nieśmiali i taktowni, natomiast oni, Duńczycy - głośni oraz przemądrzali. Rodzice Inunnguaqa mówią, że zostali skrzywdzeni przez Danię, ale w dobrej wierze. Jednak mają w sobie pewną namiastkę wstydu, że nie umieli się jej przeciwstawić. Niestety, nigdy nie mieli nic do powiedzenia. Dlatego Inu chce, aby Grenlandia w końcu była niepodległa i uniezależniła się od kraju na wschodzie.


Zajrzyjmy jeszcze do domu siedemdziesięcioparoletniej Helene. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym pierwszym roku Helene dowiedziała się, że czeka ją długa podróż. Była wówczas małą, inteligentną dziewczynką, a Duńczycy akurat szukali bystrych dzieci. W walizce Helene znalazły się nowe sukienki i stare rzeczy, które do niej należały. Gdy nadszedł dzień wyjazdu, mama odprowadziła Helene do portu, a po kilku chwilach dziewczynka wraz z dwudziestoma jeden innymi dziećmi odpłynęła w ciszy. Po dwóch tygodniach na horyzoncie pojawił się ląd. Była to Dania. Dzieci wciąż nie rozumiały, czemu je tutaj wysłano. Grenlandzcy chłopcy i dziewczynki uczyli się w duńskich szkołach i mieszkali u obcych rodzin. W wieku czterdziestu siedmiu lat Helene dowiedziała się, że była częścią eksperymentu. O jego szczegółach dowiecie się, gdy sięgniecie po pozycję "Lud. Z grenlandzkiej wyspy". Zdradzę Wam tylko, że Helene nigdy nie wybaczyła Duńczykom.


Ilona Wiśniewska (autorka pozycji "Białe" oraz "Hen") napisała wnikliwy reportaż. Jak już wspomniałam na samym początku, wybrała się na trzymiesięczną podróż na grenlandzką wyspę. Słuchała tam opowieści towarzyszących łowieniu ryb, sprzątaniu kuchni, oglądaniu sędziwych zdjęć bądź jedzeniu posiłków. Dowiadywała się o przeszłości Grenlandii oraz poszczególnych osób. Później, po powrocie do domu, opisała to w doskonały sposób. Przedstawiła czytelnikom problemy tego kraju (od braku niepodległości aż po wykorzystywanie i molestowanie) oraz jego piękne widoki. Tekst, wypełniony porównaniami oraz metaforami, zdecydowanie trafił w mój gust. 


No dobrze, mamy początek stycznia, a ja już teraz wiem, że to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku.

Tytuł - Lud. Z grenlandzkiej wyspy
Tekst i fotografie - Ilona Wiśniewska
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2018

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Idą święta! - czyli smak tradycji i zapach świąt


Odczuwacie już tę ciepłą atmosferę, mimo nieprzyjemnej pogody? Macie w domach przystrojone choinki, a pod nimi prezenty dla bliskich? Do pełni szczęścia brakuje już tylko śniegu (co niestety jest skutkiem katastrofy klimatycznej). Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądają grudniowe święta w innych krajach? Jaki jest holenderski Mikołaj? Kto obchodzi Święto Światła? Kto zapoczątkował tradycję ubierania choinki? Jak powstały pierwsze bombki? Co pojawia się na wigilijnym stole u Greków, Norwegów i Szwedów? Gdzie mieszka prawdziwy Święty Mikołaj? I w jakim państwie istnieje grudniowe prima aprilis? Załóżcie ciepłe buty i weźcie do plecaka gorącą herbatkę, lecimy!


Nasz polski Święty Mikołaj odwiedza nas w nocy z piątego na szóstego grudnia. Zazwyczaj kładzie prezent obok łóżka lub nieopodal butów. Zjada kilka ciasteczek, popija je mlekiem i pędzi dalej. Zupełnie inaczej jest w Holandii. Mikołaj zjawia się u nich już jedenastego listopada! I uwaga, przypływa statkiem. Każdego roku przybija do innego portu, a dzieci witają go specjalną piosenką. Kolejnym zaskoczeniem jest fakt, że staruszek z długą brodą nie przybywa z Laponii, lecz z... Hiszpanii. Dlaczego? Dawno temu Holandia i Hiszpania prowadziły ze sobą bardzo istotny handel. W Holandii było bardzo dużo przedmiotów i owoców transportowanych z ciepłego kraju. Dlatego wszystko, co ekskluzywne, kojarzyło się z Hiszpanią. Muszę także zaznaczyć, że istnieją państwa, w których mikołajek w ogóle się nie obchodzi - to między innymi Szwecja, Norwegia czy Islandia.


Przenieśmy się teraz do przed chwilką wspomnianej Szwecji. Trzynastego grudnia szwedzkie ulice świecą chyba jeszcze jaśniej od słońca. Właśnie tego dnia mieszkańcy miast i wiosek w tym kraju wychodzą z domów ze świecami i lampionami. Trzy dni wcześniej, czyli dziesiątego grudnia, w sztokholmskim ratuszu odbywa się huczna uroczystość, jaką jest wręczenie Nagrody Nobla. Ponoć osoby, które mają otrzymać to cudowne wyróżnienie są budzone przez dziewczęta z płonącymi koronami na głowach. Laureaci najczęściej wpadają wtedy w szał. Znana jest historia, że jeden z nich, na widok płonących postaci, uciekł z pokoju, a po kilku sekundach wrócił z gaśnicą. No cóż, widocznie nie znał szwedzkiego zwyczaju.


Wybierzmy się teraz na jarmark! W dzisiejszych czasach świąteczne targi nie cieszą się już tak dużym zainteresowaniem, ponieważ zastąpiły je galerie handlowe. Niegdyś jarmarki przyciągały ludzi z najdalszych okolic. Robiono na nich zapasy na zimę, a przy okazji wrzucano do koszyka drobne, świąteczne upominki. Można było znaleźć tam zarówno drogocenne rzemiosło, jak i jaja, chleb, warzywa oraz mięso, koszyki, kożuchy i korale. Między straganami kręcili się także wędrowni śpiewacy i kobiety, które "przepowiadały przyszłość". Jednak jarmark wiązał się nie tylko z zakupami. Była to idealna okazja do przedświątecznych spotkań.


Dobrze, już dosyć tego gwaru i łoskotu. Wróćmy do domu. Wiecie, że tradycję przystrajania drzewek zapoczątkowali starożytni Rzymianie? Trochę później mnich Bonifacy zdecydował, że bożonarodzeniowe drzewko będzie iglakiem. Od wieków ludzie widzieli magię w drzewach iglastych. Nie mogli zrozumieć, dlaczego nie tracą koloru i nie gubią igieł zimą. Słowianie ucinali gałęzie sosny, świerku lub jodły i wieszali je przy suficie. Przystrojona owocami i wycinankami przydłaźniczka (bo tak ją nazywano) miała zapewnić miłość i dobrobyt. Choinki, które znamy dzisiaj, pojawiły się pięćset lat temu w Alzacji. Alzatczycy dekorowali je jabłkami (raj), piernikami (zdrowie) i orzechami (siła). Później ten zwyczaj rozpowszechniał się w Europie. Oryginalny pomysł na drzewko mieli górale. Wieszali je pod sufitem czubkiem do dołu. I kończąc już opowieść o iglakach, zadam Wam jedno pytanie - ile mierzyła najwyższa choinka? Sześćset metrów! Nie wierzycie mi? Wystarczy, że zajrzycie do książki o tytule "Idą święta! O Bożym Narodzeniu, Mikołaju i tradycjach świątecznych na świecie".


Bombki. Wielu z nas nie wyobraża sobie świąt bez tych ozdób. Chcecie poznać historię ich powstania? Stało się to w niemieckim miasteczku Lauscha, które od najdawniejszych czasów słynęło z wyrobów szklanych. Jednak w połowie dziewiętnastego wieku miejscowej hucie już nie wiodło się tak dobrze jak kiedyś, a co za tym idzie - jej pracownicy stali się biedni. Nadeszły święta i ich dzieci pragnęły udekorować choinki słodyczami oraz owocami. Niestety, rodziców nie było stać na takie łakocie. Jeden z pracowników wpadł na genialny pomysł. Postanowił wydmuchać owoce ze szkła za pomocą rozgrzanej do czerwoności szklanej rurki. Bombki w szybciutkim tempie zaatakowały miasteczko Lauscha, a później cały świat!


Zajrzyjmy teraz na wigilijny stół. Najpierw w oczy rzuca się nam kutia - z greckiego "kokkos", czyli pestka lub ziarenko. To danie zna chyba każdy. Kutia jest popularna na Ukrainie, Litwie i w Rosji. Natomiast lutefisk to norweska ryba mydlana. Wyobraźcie sobie, że zaczyna się ją gotować już dwa tygodnie przed świętami. Jest podawana z warzywami. Odwiedźmy Szwecję po raz kolejny i spróbujmy pokusy Janssona. Ta potrawa jest zapiekanką z ziemniaków, cebuli, szprotek, śmietany i białego pieprzu. Pozostańmy przy szwedzkim stole. Glögg to grzane wino ze skórką pomarańczy, cynamonem, kardamonem, goździkami i imbirem. Istnieje również wersja bezalkoholowa - owocowa i czekoladowa. Ponoć gdy tylko bierze się łyk tego napoju, kubki smakowe szaleją z rozkoszy.


Na sam koniec odwiedzimy Hiszpanię, Kolumbię i Meksyk jednocześnie. Dwudziestego ósmego grudnia mieszkańcy tych państw muszą mieć się na baczności! Dlaczego? Dlatego, że wtedy wszyscy oszukują i robią sobie niezłe psikusy. Telewizja nadaje zmyślone informacje, kelner serwuje kawę z solą i nieczynne sklepy mają wywieszone plakietki z napisem "otwarte". Właśnie tego dnia trwa grudniowe prima aprilis. Jestem przekonana, że jeśli wybierzecie się wtedy do wymienionych państw, będzie Wam naprawdę wesoło!

No dobrze, chyba zakończymy już naszą wspólną, szaloną podróż. Ale uwaga, zawsze możecie dokończyć ją samodzielnie lub w gronie bliskich. Wystarczy, że sięgniecie po pozycję "Idą święta! O Bożym Narodzeniu, Mikołaju i tradycjach świątecznych na świecie". Za tekst odpowiedzialna jest Monika Utnik - Strugała, a za ilustracje - Ewa Poklewska - Koziełło. Czytając tę książkę, miałam wrażenie, że pani Monika opowiada mi wszystkie historie, tak wspaniale napisana jest ta pozycja! Ilustracje pani Ewy są przecudowne i jestem pewna, że się Wam spodobają. Teraz nie macie już wyjścia - musicie poznać tradycje świąteczne na całym świecie! Miłej zabawy i wesołych świąt!

Tytuł - Idą święta! O Bożym Narodzeniu, Mikołaju i tradycjach świątecznych na świecie
Tekst - Monika Utnik - Strugała
Ilustracje - Ewa Poklewska - Koziełło
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa, 2019

niedziela, 15 grudnia 2019

Tippi i ja - czyli magia dwóch sióstr


Rodzeństwo. Domyślam się, że jeśli jesteście siostrą lub bratem, macie na ten temat dużo do powiedzenia. Posiadanie rodzeństwa złożone jest z zalet oraz wad. Plusem jest na przykład to, że o każdej porze dnia i nocy możecie razem tarzać się po podłodze i łaskotać na łóżku rodziców. Wygłupów i śmieszków nigdy za wiele, wiadomo. Jednak czasami nasze rodzeństwo doprowadza nas do szału i mówi rodzicom o tych rzeczach, o których nie do końca powinni wiedzieć (pozdrawiam mojego brata!). Gdyby pojawiło się pytanie "czy fajnie mieć brata lub siostrę?", a ja miałabym do wyboru dwie odpowiedzi - tak lub nie - zdecydowanie wybrałabym tę twierdzącą. Ale czy chciałabym spędzać z moim bratem tysiąc czterysta czterdzieści minut na dobę? Niekoniecznie.

Tippi i Grace to wzorowa miłość rodzeństwa, uwierzcie mi. Nawet Vincent van Gogh i jego brat nie darzyli się aż takim uczuciem. Dwie, wspomniane wcześniej dziewczyny nieco wyróżniają się w tłumie. To dlatego, że... są połączone w biodrach. Mają dwa serca, cztery ręce i dwie nogi. Mama Tippi i Grace chroni swoje córki aż do szesnastego roku życia. Dziewczyny nie chodzą do szkoły. W takiej publicznej placówce znajduje się mnóstwo nietolerancyjnych i niewyrozumiałych osób, które mogłyby je skrzywdzić. Naszym bohaterkom nigdy nie przeszła do głowy myśl, że będą musiały iść do szkoły. A jednak, stało się. Rodzinie zaczyna brakować pieniędzy na indywidualne (choć tak naprawdę to podwójne) nauczanie. Od września Tippi i Grace prawie codziennie będą musiały przekraczać próg, za którym czają się podejrzane spojrzenia i ukryte uśmieszki.

Przedstawię Wam teraz rodzinę nastolatek. Zacznijmy od siostry. Tak naprawdę ma na imię Nicola, ale Tippi i Grace mówią na nią Dragon. A to dlatego, że kiedy miała dwa lata, namiętnie udawała smoka - zioła ogniem i tupała nogami. Dragon uwielbia tańczyć i malować paznokcie. Chodzi na balet i ponoć całkiem nieźle jej idzie. Marzy o kosztownym wyjeździe na baletowy turniej. Mama jest niezwykle troskliwą osobą. Jej życie to niestety praca, praca, praca i martwienie się o rodzinę. Chce, aby wszystkie trzy córki czuły się w domu jak najlepiej. Czasami zjadają ją stres i nerwy. Natomiast tata kompletnie różni się od mamy. Bardzo często udaje - nie tylko przed rodziną, ale również przed samym sobą. Na przykład udaje, że chce znaleźć pracę. Pokazuje swojej żonie, że bardzo mu na tym zależy. Jednak wszyscy bardzo dobrze wiedzą, że to nieprawda. Tata ma wiernego, nierozłącznego przyjaciela. To alkohol. Jest on powodem wielu kłótni w domu. Pochłania także sporo pieniędzy niezbędnych do wychowania córek. Babcia cały czas usprawiedliwia swojego syna, co jest strasznie irytujące. Mimo tego Tippi i Grace czasami lubią z nią rozmawiać.


Pierwszy września zbliża się wielkimi krokami. Z każdym kolejnym, upływającym dniem napięcie w domu rośnie. Pójście do szkoły naszych dwóch bohaterek jest małym świętem, które wywołuje sporo stresu. Dragon daje swoim siostrom niezbędne rady. Opowiada też o głupocie czyhającej w szkole. I o tym, żeby wiele osób oraz rzeczy traktować z przymrużeniem oka. Tippi i Grace są dla siebie wielkim wsparciem. Dużo ze sobą rozmawiają, co zapewne nie jest zaskoczeniem. Gdy nadchodzi tak długo wyczekiwany dzień, dziewczyny znajdują się w gabinecie dyrektorki. Kobieta od razu zaznacza, że nie rzuci naszych bohaterek na pożarcie. Dlatego wybrała dla nich przewodniczkę i przyjaciółkę. Ma na imię Yasmeen. Jej włosy są różowe, a nadgarstki podejrzanie chude.

Yasmeen okazuje się być dziewczyną inną niż wszyscy. Nie zadaje pytań "w jaki sposób robicie siku?" i nie mówi "takie życie musi być koszmarem". Jeśli nawiązuje do tematu wyglądu swoich nowych koleżanek, robi to w bardzo umiejętny sposób. Nie jest lubiana w szkole. Większość uczniów się jej boi. Gdy tylko ktokolwiek rzuci obraźliwe słowa w kierunku sióstr syjamskich, czeka go wysłuchiwanie krzyków Yasmeen. Świeżo poznana dziewczyna staje się pewnego rodzaju autorytetem dla Tippi i Grace. Siostrom imponuje jej niezależność oraz to, że ma chłopaka. Bo one niestety nie mogą.

Przewodniczka przyznana naszym bohaterkom oraz jej chłopak stają się dla Tippi i Grace prawdziwymi przyjaciółmi. Nie podchodzą do nich ze współczuciem albo wyższością. Bardzo szybko akceptują ich odmienność. Można nawet powiedzieć, że chyba ją polubili. Podczas spotkań z Yesmeen i Jonem, nastolatki czują się swobodnie. W tym samym czasie, w domu ubywają pieniądze. I to w coraz szybszym tempie. Jak już wcześniej wspomniałam, Dragon marzy o wyjeździe na prestiżowy i kosztowny turniej baletowy. Jak się pewnie domyślacie, rodzice nie mają na to funduszy. Dlatego Tippi i Grace podejmują niezwykle ryzykowną decyzję. Pozwalają nakręcić o sobie dokument do telewizji, za co dostaną kolosalną sumę. Robią to, ponieważ kochają swoją rodzinę.

Pierwszym zaskoczeniem jest kolosalna suma za udział we wspomnianym dokumencie. Główne bohaterki nawet nie śniły o takiej kwocie. Ale cała rodzina miała zupełnie inne wyobrażenie na temat programu z udziałem Tippi i Grace. Kamera będzie je śledzić przez praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę. To oczywiście nie koniec niespodzianek w książce "Tippi i ja". Ale jeśli chodzi o treść, ja już milknę i nie zdradzę Wam nic więcej.

Muszę przyznać, że nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak wygląda życie sióstr syjamskich. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, z iloma problemami spotykają się w ciągu choćby jednego dnia. Sarah Crossan (autorka "Kasieńki" oraz "My dwie, my trzy, my cztery") zdecydowanie otworzyła mi oczy. Dzięki dzisiejszej pozycji doświadczyłam radości, smutku i wzruszenia, które bardzo płynnie przeplatały się ze sobą. "Tippi i ja" to pamiętnik Grace pisany wierszem od sierpnia do marca. Te osiem miesięcy były wypełnione zmianami i wydarzeniami, które naprawdę warto poznać. 

Tytuł - Tippi i ja
Tekst - Sarah Crossan
Przekład - Małgorzata Glasenapp
Okładka - Zosia Frankowska
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2019

niedziela, 8 grudnia 2019

Milion miliardów Świętych Mikołajów - czyli tysiąc pytań, jedna historia


Stało się! Kalendarzowe kartki z wielkim napisem "listopad" są już przeszłością. Nadszedł grudzień. Mroźny, aczkolwiek niezwykle przyjemny miesiąc. Z pewnością kojarzą się nam z nim prezenty. Założę się, że wręczyliście już niespodzianki swoim pociechom. A jeśli nie, na pewno macie pochowane je po kątach. Czy szóstego grudnia w Waszym domu padło pytanie "czy Święty Mikołaj naprawdę istnieje"? Uniknęliście odpowiedzi? Możecie być spokojni, pomogę Wam.


Dawno, dawno temu, żył tylko jeden Święty Mikołaj - pan z siwą brodą, okrągłym brzuszkiem i czerwonym strojem. Miał tylko jednego pomocnika - renifera. Nie potrzebował nikogo innego. A to dlatego, że na świecie była zaledwie garstka dzieci. Czteroletni przedszkola nie miałby najmniejszej trudności z policzeniem ich.


Gdy nadchodził pamiętny, grudniowy wieczór, Mikołaj pakował prezenty, wsiadał na swoje sanie i wybierał się w podróż. Zdążył odwiedzić dosłownie wszystkie szkraby. Zawsze zatrzymywał się u nich na ciepłą herbatkę oraz mały posiłek. Dzieci wytrzeszczały oczy z zaskoczenia i skakały z radości.


Jednak z każdym grudniem dzieci było coraz więcej. Już nie można było policzyć ich na palcach dwóch dłoni, o nie. Worek z prezentami stał się straszliwie ciężki. Mikołajowi zaczęło brakować sił. Renifer musiał robić sobie przerwy na odpoczynek. Święty Mikołaj myślał tylko o jednym. O tym, aby mógł się rozdwoić. Wtedy dostarczanie niespodzianek nie byłoby już takim kłopotem. I uwaga! Marzenie naszego bohatera zostało spełnione! Wspaniale, prawda?


Teraz nasi dwaj Mikołajowie mogli wykonywać wszystkie czynności dwa razy szybciej. Tylko że byli również dwa razy mniejsi. Idealni do wchodzenia do domu przez komin. Ale dzieci wciąż przybywało, i to w coraz szybszym tempie. Nasi dwaj panowie musieli pomyśleć o innym rozwiązaniu. Stwierdzili, że podwojenie się jest najlepszym pomysłem. Po kilku chwilach na świecie było już czterech Mikołajów. Lecz czy to koniec tej świątecznej historii? Ależ oczywiście, że nie.


"Milion miliardów Świętych Mikołajów" to pozycja posypana szczyptą humoru, absurdu i błyskotliwości. Czytając i oglądając ją, uśmiech nie schodzi nam z buzi. Od czasu do czasu pojawia się również wzruszenie. Autorki - Hiroko Motai oraz Marika Maijala - podeszły do tego tematu w bardzo nietypowy sposób. Tekst oraz ilustracje są równe pomysłowi, który skradł moje serce. Jestem pewna, że czytelnicy od trzeciego roku życia również będę nim zachwyceni. Rodzice oczywiście nie są wyjątkiem!


Ta przewrotna i śliczna książeczka musi znaleźć się na Waszej półce.

Tekst - Hiroko Motai
Ilustracje - Marika Maijala
Przekład - Karolina Iwaszkiewicz
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2019

niedziela, 24 listopada 2019

Eileen Gray. Dom pod słońcem - czyli kobiecy projekt


Architekci pełnią niezwykle istotną rolę. Bez nich nie byłoby malutkich domków na obrzeżach Warszawy oraz najwyższych wieżowców w centrum Nowego Jorku. Niektóre osoby wykonujące ten zawód są nie tylko architektami, ale także artystami. Zaprojektowane przez nich budynki najczęściej nie mają czterech ścian i prostokątnych okien. Ich nieszablonowe kształty potrafią zachwycać i cieszyć oko. Jedną z takich właśnie architektek - artystek była Eileen Gray. Kojarzycie jej słynny budynek E-1027?


Ojciec Eileen był do szaleństwa zakochany w sztuce. Opuścił swoją rodzinę oraz dom w Irlandii i wyjechał do Włoch. Podziwiał skaliste wybrzeża, górskie miasteczka i leśne plenery. Zainspirowany włoskimi krajobrazami, malował akwarele oraz rysował ołówkiem i kredą. Wysyłał listy do żony oraz córek. Podpisywał się "wasz kochany ojciec".


Mała Eileen bardzo tęskniła za tatą. Listy to przecież nie to samo, co przytulaski i wygłupy. Dziewczynka nieco różniła się od swojej siostry. Kiedy siostra wraz z koleżankami grała w tenisa, ona zjeżdżała z górki na wózku znalezionym w krzakach. Wyróżniała się będąc również dorosłą kobietą, nie tylko dzięki spodniom i koszulom.


Przenieśmy się do 1905 roku. Eileen Gray miała wtedy dwadzieścia siedem lat. Właśnie w tym wieku zainteresowała się laką. To żywica, z której można wykonywać zarówno skompilowane rzeźby, jak i proste talerzyki. Opis tego tworzywa brzmi "Doskonałość. Niezwykle wytworny, gładki materiał. Nie sposób przestać dotykać!". Nasza (wtedy przyszła) architektka chciała zrozumieć cały proces tworzenia przedmiotów z laki. Robiła to w towarzystwie dwóch mężczyzn, którzy dokładnie objaśniali jej każdy etap pracy. To zajęcie wymaga ponoć ogromnego poświęcenia. Bardzo łatwo stracić przy nim także zdrowie...


Z Londynu 1905 przeniesiemy się do Paryża 1922. Właśnie wtedy bohaterka dzisiejszej pozycji otwiera swój sklep o nazwie JEAN DESERT. Niestety, płeć żeńska plus udane projekty nie były wtedy zbyt przyjemnie przyjmowane. Świadoma tego Eileen musiała nieco oszukać swoich odbiorców. Zresztą sama powiedziała, że przyjęcie męskiego pseudonimu nie jest niczym złym. To znaczne ułatwienie sobie życia. Chociaż z drugiej strony bardzo chciała, aby nie było to konieczne.


Na huczne otwarcie sklepu przybył cały tłum gości. Jednym uchem można było podsłuchać rozmów ludzi ze świata kultury. Muszę zaznaczyć, że jeśli chodzi o towarzystwo, dominowały kobiety. Praktycznie wszystkie chciały poznać pana Jeana Deserta. Chwaliły jego świetny gust i talent. Na ich buziach malowały się uśmiechy. Jednak Eileen nie była szczęśliwa. Tłum i hałas wyraźnie ją przytłaczały.


Rok 1923 był dla Eileen Gray szczególnie wyjątkowy. Nie tylko otworzyła swój sklep, ale także poznała pewnego mężczyznę. Podczas jednego z wieczornych spotkań ze znajomymi, nasza pionierka architektury wpadła w oko Jeanowi Badoviciemu, projektantowi. I trzeba przyznać, że z wzajemnością. Namiętnie dyskutowali o zbędnych przedmiotach wypełniających wnętrza. Później ta zakochana w sobie dwójka wybierała się na wspólne wyprawy, jadała razem obiady i zwiedzała nieznane zakamarki miasta. Wkrótce ze sobą zamieszkała. Niemal każde ich spojrzenie świadczyło o tym, że poczuli do siebie miętę.


To był ciepły, słoneczny poranek. Eileen obudziła się dość wcześnie, co nie było niczym nowym. Paląc papierosa i wpatrując się w budowle Paryża, usłyszała od swojego partnera propozycję: "Chcę, abyś zaprojektowała nasz mały azyl". Po niedługiej namowie Eileen zgodziła się. Jednak istniał jeden warunek! Dom musiał znajdować się na Lazurowym Wybrzeżu. Jean tylko kiwnął głową.


Para nie czekała zbyt długo. Wspólnie udała się na wycieczkę, aby samodzielnie wybrać dokładne położenie swojego miejsca na ziemi. Tak wyglądały początki budynku E-1027, który otworzył wielu osobom oczy i skradł ich serca. To głównie dzięki niemu Gray została okrzyknięta pionierką modernistycznej architektury.


Zastanawiacie się pewnie, dlaczego tak mało ludzi wie o istnieniu Eileen Gray? Przede wszystkim dlatego, że nasza bohaterka cały czas żyła w cieniu swoich kolegów po fachu. Największy cień rzucał na nią Le Corbusier, który potrafił sprawić jej naprawdę wiele niespodzianek. Sama muszę ze wstydem przyznać, że zupełnie nie znałam tej wybitnej kobiety. Zetknęłam się z jej twórczością dzięki dwóm paniom - Charlotte Malterre - Barthes oraz Zosi Dzierżawskiej. Pani Charlotte jest francuską architektką, która chciała przypomnieć światu o Eileen Gray. Pomogła jej w tym Zosia Dzierżawska. Ilustracje tej pani potrafią zachwycać, uwierzcie mi. Ten żeński duet stworzył cudowną pozycję o tytule "Eileen Gray. Dom pod słońcem". Dzisiejszy komiks kryje w sobie wiele smaczków i niedopowiedzeń. Odkrywanie ich to czysta przyjemność.


Nie zwlekajcie.

Tytuł - Eileen Gray. Dom pod słońcem
Tekst - Charlotte Malterre - Barthes
Ilustracje - Zosia Dzierżawska
Przekład - Jacek Żuławnik
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa, 2019

niedziela, 3 listopada 2019

Balonowa 5 - czyli barwna jedenastka


Sąsiedzi. Z pewnością każdy z Was mieszka pod, nad lub obok osób, które darzy sympatią. Ba!, niekiedy zdarza się, że łączy nas z sąsiadami magiczna więź w postaci prawdziwej przyjaźni. Gramy razem w bierki, jemy lody na patyku, oglądamy horrory lub chodzimy na koncerty. Najczęściej wygłupów również jest co niemiara. Chcecie zajrzeć do mieszkań przy ulicy Balonowej 5? Zegar wybił właśnie kilka minut po siedemnastej. Zadzwońmy pod jedynkę!


Na parterze znajduje się terytorium Myszki. To słynny raper, jest wielbiony i kochany. Właśnie szykuje się do wyjścia. Dopasował już prawie wszystkie części swojej garderoby. Dopina właśnie ostatni guzik. Wisienką na torcie ma być kapelusz. Ale chwila, chwila... Gdzie on może być? Myszka zupełnie nie może sobie przypomnieć, ma pustkę w głowie. Szuka go wszędzie. Może jest za adapterem? Nie! Pod dywanem? Nie! Za ekspresem do kawy? Nie! W cukiernicy? Nie! Między książkami? Nie! W imbryku? Też nie! A w piekarniku? Myszce zniknął uśmiech z twarzy. No to gdzie jest jego kapelusz, jak myślicie?


Zapukajmy do mieszkania numer dwa. Drzwi otworzyła nam Małpa. Wraz ze swoimi lokatorkami piecze ciasto według przepisu z książki kucharskiej o tytule "Małpy w kuchni". Trzeba przyznać, że nasze kucharki narobiły niezłego bałaganu! W żółtej kuchni aż roi się od porozrzucanych składników. Pozwólcie, że przedstawię Wam przepis na wypiek o nazwie Piegowaty Orangutan. "Weź pół kostki masła, rozpuść w rondelku i odstaw do wystygnięcia. Szklankę białek ubij na sztywno ze szklanką cukru. Ostrożnie połącz pianę ze szklanką mąki i szklanką suchego maku. Na koniec dodaj ostudzone masło i...". Właśnie, i co jeszcze?


Dobrze, pobiegnijmy piętro wyżej. Teraz czas na trójeczkę. Mieszka tam Sowa. Ta postać najczęściej kojarzy się nam z mądrością. Dzisiejsza bohaterka nie jest wyjątkiem. Jej dom to wprost kraina książek, łamigłówek i gier planszowych. Na czerwonym stole możemy dostrzec jeszcze gorącą herbatę. W kominku wciąż widać ogień. Jednak Sowy nie ma w domu. W takim razie - gdzie uciekła? Może wyszła na chwilkę do sklepu? Skoczyła do sąsiada na pierogi? A może schowała się w łazience i chce zrobić nam psikusa? Tego nie wiemy.


Czwórkę przejął Kot. Właśnie wygrzewa się na parapecie w promieniach słońca. Jest bardzo ostrożny, bo nagrywa na dyktafonie głosy ptaków. Zerka na nie jednym okiem. Dokładnie nasłuchuje śpiewu dochodzącego z drzew. Fiu, kszt, pli, pąk, pip, kwik, tirli, dik, ćwierk. O nie, co to za przeraźliwy hałas? Od tego jakże donośnego dźwięku trzęsie się cały blok. A tak, to pewnie Hipopotam. O tej porze zazwyczaj rozpoczyna swoją poobiednią drzemkę.


O, odwiedźmy teraz Czarną Panterę pod piątką. To wielki miłośnik kwiatów doniczkowych. Sądzę, że jego serce jest zielone w stu procentach! W tym momencie podlewa swój ulubiony okaz - szeflerę. Robi to z wielką dokładnością i skupieniem. W końcu szaflera jest prezentem urodzinowym od ciotki z Tajwanu. Pantera ma w swoim domu przeraźliwie dużo roślin ze wszystkich kontynentów (zazdroszczę!). Jego fikuśne lilie pływają nawet w wannie. Wśród tej różnorodnej dżungli trudno dostrzec podłogę, uwierzcie mi.


No dobrze, a kto mieszka pod szóstką, siódemką i ósemką? Kogo rzeźbi Pies pod dziewiątką? Jak tańczy Nietoperz pod dziesiątką? Kim jest tajemnicza postać pod jedenastką? Co wydarzy się o godzinie osiemnastej? Jeżeli chcecie lepiej poznać naszych bohaterów, koniecznie sięgnijcie po "Balonową 5" Gosi Herby i Mikołaja Pasińskiego.


Jestem pewna, że znacie wspomniany wcześniej duet, który wspólnie stworzył między innymi "Słonia na Księżycu". Tekst to sprawka pana Mikołaja. Trzeba przyznać, że jest go niewiele, ale pełni niezwykle istotną rolę. Nie brakuje w nim także humoru. Za ilustracje jest odpowiedzialna pani Gosia. Zapewne już zauważyliście, że oglądając "Balonową 5" można porządnie nacieszyć swoje oczy. Ilustratorka postanowiła, że wprowadzi do tej książki troszeczkę zmian. Podczas pracy nad nią porzuciła tablet i sięgnęła po kredki! Muszę przyznać, że bardzo mnie to cieszy.


Szukajcie na księgarnianych półkach oraz w internecie kolorowej i pogodnej okładki! "Balonowa 5" kierowana jest przede wszystkim do dzieci w wieku przedszkolnym, ale starsi czytelnicy również będą mieli niezłą frajdę sięgając po dzisiejszą pozycję. 

Tytuł - Balonowa 5
Tekst - Mikołaj Pasiński
Ilustracje - Gosia Herba
Wydawnictwo Egmont, Warszawa, 2019