niedziela, 29 marca 2020

Ilustratorki, ilustratorzy - czyli naprzeciw szarości


Jeśli Wasze dzieciństwo przypadło na lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte, siedemdziesiąte lub początek osiemdziesiątych to musicie wiedzieć, że jesteście wielkimi szczęściarzami. Dlaczego? Zastanówcie się chwilkę. Macie trzy sekundy - jeden, dwa, trzy... Naprawdę nie wiecie?! No dobrze, nic straconego. Nieco odświeżę Wam pamięć, zgoda? No to lecimy!

Najpierw sięgniemy po książkę z najwyższej półki z najpiękniejszą żółtą okładką. Założę się, że wiecie, jak wyglądają Lasse, Bosse, Lisa, Britta i Anna. Ze świecą można szukać osoby, która nie kochała "Dzieci z Bullerbyn". Natomiast zaledwie garstka osób wie, dzięki komu nasi bohaterowie wyglądają tak wyjątkowo. Pierwsza polska wersja legendarnej pozycji Astrid Lindgren została wydana z ilustracjami Hanny Czajkowskiej. I choć później pojawiały się wydania z różnymi nazwiskami na pierwszej stronie, pani Hanna bezkonkurencyjnie wygrywa. Nieco ją Wam przybliżę. Była typem zbieraczki. Kolekcjonowała różne durnostojki przy swoim biurku do malowania. Cechowała ją dokładność. Jeśli zlecono jej narysowanie jemiołuszki, godzinami studiowała albumy przyrodnicze. Tworzyła obrazki do "Misia", zaliczyła nawet kilka okładek. Uwielbiała literaturę szwedzką dla dzieci, jednak nie udało się jej odwiedzić tego kraju. Mimo tego, że we wczesnych latach straciła trzech członków najbliższej rodziny, potrafiła dać upust swoim ciepłym uczuciom i namalować dziecięcy świat w książkach takich jak "Pierwsza czytanka", "Oto jest Kasia", "Lotta z ulicy awanturników" i "Karlsson z dachu".


Przenieśmy się do pracowni Danuty Konwickiej. Można tutaj znaleźć mnóstwo farb, kredek, sztalug, papierosów i starych wydań "Szpilek". Najpierw było to miejsce pracy Alfreda Lenicy, taty pani Danuty. To właśnie on zadbał o wielkie okna, czyli znakomite światło do tworzenia. Później przyjechał tu brat ilustratorki, Jan Lenica. I w końcu pracownię przejęła Danuta Konwicka. Mimo tego, że była wolnym strzelcem, codziennie o dziewiątej otwierała drzwi pracowni. Nie było mowy nawet o minucie spóźnienia. Tutaj miała swój świat. Przeglądała albumy, gromadziła książki oraz płyty z muzyką jazzową. Mocno stała na nogach. Ponoć była podporą całej czteroosobowej rodziny. Jej mąż, Tadeusz Konwicki, starał się stworzyć swojej żonie przestrzeń do pracy. Dbał także o wspólne wyjazdy i odpoczynek. Pani Danuta uwielbiała rysować zwierzęta. Możemy to zaobserwować na przykład w książce pod tytułem "O kowbojach z Kolorado". Natomiast jej uśmiechnięte buźki królują na okładce pozycji "Pilot i ja".


Jestem przekonana, że na poddaszu Waszego domu rodzinnego znajduje się choć jeden egzemplarz czasopisma "Miś". Miesięcznik był zbiorem wybitnych tekstów autorstwa miedzy innymi Czesława Janczarskiego, Marii Kownackiej czy też Marii Terlikowskiej. Dla "Misia" niezwykle istotna była także szata graficzna. Czuwała nad nią Janina Krzemińska. Swoją posadę dostała w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym roku. Pragnęła, aby dzieci już od najmłodszych lat otaczały się dobrymi ilustracjami. Najczęściej w pisemku ukazywały się grafiki Bohdana Butenki, Hanny Czajkowskiej i Zbigniewa Rychlickiego. Jednak rekord należy do samej Janiny Krzemińskiej. Uwierzycie, że malarka wykonała do "Misia" aż tysiąc dwie ilustracje?! Jednak wybór ilustratorów i tworzenie obrazków do miesięcznika to nie jej jedyne zajęcia. Artystka zajęła się oprawą graficzną książek dla młodych czytelników. Możemy kojarzyć ją między innymi z "Przygody z małpką" czy też z "Wesołego przedszkola".


Odwiedźmy dom rodzinny naprawdę wysmakowanego duetu. Chyba nie muszę przedstawiać Wam Janusza Stannego, prawda? Ten pan pojawia się w wielu wspomnieniach jako mistrz ilustracji, zaraz po Janie Marcinie Szancerze. Jednak dzisiaj skupimy się na jego żonie, Teresie Wilbik. Pani Teresa studiowała malarstwo na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, jednak po dwóch latach przeniosła się na grafikę, do pracowni Szancera. Jednym z powodów był fakt, że pedagogowi asystował mąż pani Teresy. Swoją pierwszą książkę zilustrowała jeszcze przed dyplomem. Przez krótki okres pracowała w Naszej Księgarni. Jak wyglądał proces tworzenia książki? Najpierw należało przyjść do wydawnictwa po tekst wydrukowany na kartkach. Podawano wymiary i grubość książki oraz limit ilustracji. Reszta należała już do grafika. W środy w budynku Naszej Księgarni zbierała się rada artystyczna. Kiedy zbliżał się końcowy termin, trzeba było stawić się na takim spotkaniu. Najczęściej zbierało się same pochwały i oklaski. Przynamniej tak było w przypadku Teresy Wilbik, która jest odpowiedzialna za rysunki między innymi w "Leonku i lwie", "Słoniu Trąbalskiem" oraz "Tonim".


Jan Marcin Szancer pojawił się w poprzednim akapicie dwukrotnie. W takim razie posnujmy sobie niedługą opowieść na jego temat. Mistrz już od wczesnego dzieciństwa miał bezpośredni kontakt ze sztuką. Dorastał w Krakowie, mieście artystów. Stale odwiedzał teatry i łykał literaturę niczym najpyszniejszą czekoladę. Jako ilustrator zadebiutował jeszcze przed wojną, jednak nie lubił wspominać o swoich pierwszych pracach. Rok po zakończeniu wojny zaczął pracę w wydawnictwie Czytelnik. Służbowo został skierowany do Łodzi na kilka miesięcy. Właśnie w tym mieście wraz z Janem Brzechwą dopieszczał Pana Kleksa. Wyobrażacie sobie tę postać w garniturze, z siwymi włosami i małym nosem? No właśnie. Dzięki mistrzowi wszyscy wiedzą, że Pan Kleks ma czarną brodę, spory brzuszek i kolorowe kubraczki. Jan Marcin Szancer zajmował się także scenografią w teatrach. W swojej autobiografii poświęca literaturze dziecięcej niewielki rozdział, jednak bez wątpienia ukształtował on gust i estetykę ówczesnych młodych czytelników.


Sięgnijcie teraz w najdalsze zakamarki pamięci. Kojarzycie swój pierwszy "Elementarz" z Olą, Jackiem i Asem na okładce? To kolorowy podręcznik do nauki czytania kilku pokoleń. Charakterystyczna okładka to sprawka Janusza Grabiańskiego. Zilustrował on ponad dwieście książek. Jest tatą zawadiackiej miny "Kota w butach" oraz całej sterty znaczków, plakatów i kartek okolicznościowych. Te ostatnie były niezwykle popularnym zajęciem wielu ilustratorów. Pan Janusz należał do niewielkiego grona artystów pokazujących owoce swojej pracy w zachodnich witrynach księgarskich. Przyjaźnił się z Józefem Wilkoniem, choć był raczej typem samotnika. Stale bywał w Bibliotece Narodowej, ponieważ ciągle poszukiwał sędziwych rycin. Dzieci uwielbiały jego ilustracje, dlatego bardzo często pojawiał się w "Płomyczku", "Świerszczyku" i "Misiu". Lekkość jego pociągnięć pędzlem ujmuje również starszych czytelników. Nikt nie zaprzeczy temu, że "Rogaś z Doliny Roztoki" jest przeuroczy.


Zbigniew Rychlicki został zapamiętany jako człowiek ciepły, asertywny i wybitny. To on miał największy wpływ na to, jak wyglądały książki dla dzieci w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Przez ponad trzydzieści pięć lat zajmował posadę dyrektora artystycznego Naszej Księgarni - wydawnictwa ze wspaniała tradycją. Uwielbiał dzieci, był dla nich bardzo wyrozumiały. Często odwiedzał szkoły i przedszkola, co nie było wtedy tak popularne. Regularnie pojawiał się na majowym kiermaszu książki przed Pałacem Kultury i Nauki. Razem ze wspomnianym już Czesławem Janczarskim stworzył Misia Uszatka, który swoją rozpoznawalnością zaskoczył swoich tatusiów. Wiecie, że ubranka przyjaznego niedźwiadka to odzież syna pana Zbigniewa? Chłopiec odegrał sporą rolę w artystycznym życiu taty. Bardzo często zaglądał mu przez ramię z ciekawością w oczach. Jeszcze wtedy nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego tata był aż tak wybitnym ilustratorem. W końcu to jemu zawdzięczamy wygląd "Plastusiowego pamiętnika" czy też "Klechd domowych".


Koniecznie muszę wspomnieć o Mirosławie Pokorze. To twórca bardzo mi bliski. Kiedy byłam nieco młodsza, pokochałam zilustrowaną przez niego "Babcię na jabłoni" oraz "30 lutego" z tekstem Wandy Chotomskiej. Skradł mnie swoim stylem zwanym "loczkowaniem". Narysował w ten sposób ilustracje do kilkudziesięciu książek. Jego charakter ponoć nie należał do najłatwiejszych. Kiedy tworzył, zupełnie zapominał o codziennych sprawach. Często podkreślał swoją miłość do zwierząt, jednak pasją pana Mirosława było polowanie. Świetnie sprawdzał się także jako kucharz. Przy jego blacie do rysowania roiło się od czarnych tuszów, piórek oraz ołówków. Najczęściej towarzyszyła mu także fajka. Niestety nie potrafił dbać o swoje honoraria, co wykorzystywali niektórzy zleceniodawcy. Ale w ostatnich latach wzrosło zainteresowanie jego ilustracjami. Wiele osób chce mieć w swoich kolekcjach rysunki, które darzy sympatią i o których myśli z nutą nostalgii oraz uśmiechu.


Barbara Gawryluk odwiedziła wiele pracowni, domów i muzeów. Postanowiła przypomnieć dorobek artystów reprezentujących polską szkołę ilustracji. Na czterystu stronach pozycji "Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów" udało jej się przedstawić historie dwudziestu czterech twórców. Wymieńmy ich: Maria Orłowska - Gabryś, Hanna Czajkowska, Ewa Salamon, Olga Siemaszko, Leonia Janecka, Elżbieta Gaudasińska, Danuta Konwicka, Janina Krzemińska, Krystyna Michałowska, Bożena Truchawska, Teresa Wilbik, Jan Marcin Szancer, Jerzy Srokowski, Kazimierz Mikulski, Adam Kilian, Janusz Grabiański, Zdzisław Witwicki, Zbigniew Rychlicki, Mirosław Pokora, Janusz Stanny, Antoni Boratyński, Józef Wilkoń, Mieczysław Piotrowski, Bohdan Butenko. Autorka spotkała się z bliskimi ilustratorów, a niekiedy z samymi artystami. W ten sposób nabyła ogromną porcję wiedzy i anegdot, którymi podzieliła się z nami, czytelnikami.

Poznajcie wielkich bohaterów. To właśnie dzięki nim Wasze dzieciństwo było wypełnione kolorami!

Tytuł - Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów
Tekst - Barbara Gawryluk
Opracowanie graficzne - Anna Pol
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa, 2019

niedziela, 22 marca 2020

CPN. Znak, identyfikacja, historia - czyli Całość Pięknie Narysowana


Nie jest tajemnicą, że książki to istne wehikuły czasu. Dlatego teraz przeniesiemy się niecałe cztery lata wstecz. Mamy dwa tysiące szesnasty rok, siedemnasty października. Znajdujemy się w Łomiankach, a konkretnie - w domu Ryszarda Bojara. Wraz z tym panem przebywa tam jeszcze dwóch specjalistów od inżynierii i projektowania, czyli Jerzy Słowikowski i Patryk Hardziej. Wszyscy trzej panowie, szperając po szufladach i przeszukując szafki, odbywają podróż. Podróż po historii CPN-u. Pozwólcie, że i ja podążę ich śladami.


Zacznijmy od prostego pytania - czy wiecie, czym dokładnie jest CPN? Jeśli nie, już spieszę z odpowiedzią. To... nie, nie, nie! Musimy zacząć od początku (co jest zresztą logiczne), więc przedstawię postać Ignacego Łukasiewicza, o którym uczono nas już we wczesnej podstawówce. Łukasiewicz jest nie tylko wynalazcą dziewiętnastowiecznej lampy naftowej, ale także twórcą polskiego przemysłu naftowego. Gdyby nie on, możliwe, że dopiero teraz powstawałyby pierwsze stacje paliw w naszym kraju. Ale to wydarzenie mamy już za sobą. 


Pierwsza stacja benzynowa w Polsce otworzyła się w tysiąc dziewięćset dwudziestym piątym roku w Poznaniu. A w rzeczywistości była to pojedyncza ręczna pompa paliwowa wyglądająca nieco prymitywnie. Dziewiętnaście lat później powstała pierwsza polska organizacja zajmująca się wyrobami naftowymi, która po piętnastu miesiącach funkcjonowania przyjęła nazwę Centrala Produktów Naftowych, w skrócie - CPN. Zakres działalności tej marki był olbrzymi. Jedna firma zajmowała się transportem, dystrybucją, budową magazynów oraz baz naftowych, budową i obsługą rurociągów oraz cystern, sprzedażą akcesoriów motoryzacyjnych, mechaniką pojazdową oraz dbaniem o jakość produkcji i realizacją zleceń zagranicznych. Nieźle. CPN stał się największym przedsiębiorstwem w czasie powojennym.


Dobrze, zajmijmy się teraz estetyką oraz sprawami graficznymi. Słynne logo CPN-u nie towarzyszyło mu od zawsze. Pierwsze zostało zaprojektowane przez Kazimierza Pirożyńskiego. Znak występował w różnych wersjach. Zdarzało się, że litery były wąskie lub rozciągnięte, oddalone od siebie lub lekko nachodzące. Z kolorami również było na bakier. Każda stacja paliw mieniła się zupełnie odmiennymi barwami. Natomiast jeśli chodzi o informatory dla kierowców, przypominały one książeczki dla dzieci. Wyglądały uroczo i z pewnością zatrzymywały na sobie wzrok klientów. Ale zupełnie nie pasowały do przemysłu. Szefowie Centrali stwierdzili, że muszą wziąć sprawy w swoje ręce i wprowadzić kilka zmian. A tak naprawdę to nie kilka, lecz całą górę.


Na pierwszy ogień poszedł dystrybutor paliwa. Do tego zadania powołano trzech mężczyzn - projektanta oraz kierownika zespołu Ryszarda Bojara, również projektanta Stefana Solika oraz inżyniera Jerzego Słowikowskiego. Wspomniane trio postawiło na prostotę i usunęło z dystrybutora wszystkie zbędne elementy. Otrzymano prostopadłościan z biało-niebieskimi ścianami. Dodano również zamykaną na klucz klapę. Dzięki niej dystrybutor mógł stać nie tylko na stacji, ale także na przykład na polu. Bojar, Solik oraz Słowikowski postanowili także dodać zupełnie świeży element do dystrybutora. Nowy znak graficzny.


Mam dla Was dwie wiadomości - złą i dobrą. Która pierwsza? Niech będzie, najpierw ta negatywna. Otóż dystrybutor naszego trio nigdy nie stanął przed stacją czy też na polu. Projekt poszedł do szuflady. Albo nawet do kosza. A teraz pozytywna wiadomość! Nowy znak graficzny został z CPN-em już na zawsze. Powstał przy okazji, ale zdecydowanie nie przez przypadek. Zdobył dobre opinie szefów między innymi dlatego, że jedna z trzech liter nie wymagała zużycia jakiejkolwiek ilości farby. Logo było funkcjonalne, nowoczesne i przylepione do przedsiębiorstwa niczym farba do płótna. Karol Śliwka sądził, że znak ma być firmą, a firma ma być znakiem. Natomiast Ryszard Bojar twierdził, że to część systemu, a system tworzy komunikację marki.


Jak się pewnie domyślacie, logo naszej firmy nie powstało w dwa dni. W dwujęzycznej (bo można ją czytać po polsku i po angielsku) książce Patryka Hardzieja o CPN-ie można zobaczyć drogę, którą podążano, aby uzyskać idealny znak. Najpierw skrótowiec przybierał przeróżne kształty. Był kołem, sześcianem i dziesięciokątem. Litery łączyły się ze sobą naśladując ścieżkę, a nawet cepelin. Później Ryszard Bojar (kierownik trzyosobowego zespołu) wpadł na pewien trop. Wykorzystał pusty obszar w literach "C" oraz "P" i umieścił tam "N". Właśnie dlatego za granicą często podpisywano ten znak "CNP". Kiedy uzyskano już odpowiednią formę, przyszedł czas na kolory. Poszukiwano takiej barwy, która będzie wyróżniała się na tle zieleni i szarości budynków. Padło na pomarańczowy określany jako "meksykańska czerwień". Bingo! Logo już gotowe. Wspomnę jeszcze tylko, że w każdym mieście odcień meksykańskiej czerwieni był ciut inny, co sprawiało, że CPN przybierał kolory od żółci do brązu.


Trzeba przyznać, że Centrala Produktów Naftowych zdecydowanie wyróżniała się na polskim rynku. Pomagał jej w tym między innymi katalog zasad identyfikacji wizualnej. A była to rzecz niespotykana w naszym kraju. Miała na celu utrzymanie jednorodności projektowania oraz realizacji elementów związanych z CPN-em. Ryszard Bojar (który spędził z tą marką trzydzieści pięć lat) zapewne podpatrzył ten pomysł u swoich nauczycieli z zachodu. W katalogu dokładnie opisał i pokazał na przykład proporcje znaku, napisy firmowe, wizytówki, wystrój stacji paliw, wygląd środków transportu i informacje na stacjach.


Ja nie pamiętam czasów Centrali Produktów Naftowych. Kiedy przyszłam na świat, ta marka funkcjonowała już pod szyldem "PKN Orlen". Do niedawna nawet nie wiedziałam, dlaczego rodzice i dziadkowie mówią: "zatrzymajmy się na CPN-ie". W pierwszych dniach marca odwiedziłam Zachętę. Właśnie tam Patryk Hardziej zabrał mnie i mnóstwo innych osób na wędrówkę po zakładach, stacjach i pracowniach. Już po kilku minutach wykładu wiedziałam, że muszę sięgnąć po książkę "CPN. Znak, identyfikacja, historia". Myślę, że dla wielu z Was może być to klucz do wspomnień i sentymentalnych wydarzeń.


No dobra, a na koniec chciałabym zachęcić Was do obejrzenia najlepszej reklamy z lat dziewięćdziesiątych! Wystarczy kliknąć tutaj.

Tytuł - CPN. Znak, identyfikacja, historia
Autor - Patryk Hardziej
Wydawnictwo Karakter, Kraków, 2019

niedziela, 15 marca 2020

Przyjaciel - czyli strata i zdobycz


Zakładam, że niektórzy z Was przeżyli stratę bliskiej osoby. Muszę przyznać, że w mojej niewielkiej biografii nie znalazłoby się takie doświadczenie. Uczucie ogromnego, trudnego do przedstawienia, smutku znam tylko z książek, rozmów i filmów. Niedawno w moich rękach znalazła się pozycja, która dotyczy między innymi tego tematu. Ale spokojnie, nie musicie brać chusteczek, aby przeczytać tę recenzję. No chyba, że chcecie kichnąć.  

Był pisarzem. Uwielbiał wybierać się na dłuższe spacery. Twierdził, że sukces polega na wypracowanym rytmie. Wykładał na uczelni. Studenci darzyli go wielką sympatią. Rzadko trafiał się profesor z taką wiedzą oraz... błyskiem w oku. Trzeba przyznać, że był idolem i obiektem westchnień wielu młodych dziewcząt. Klasyfikowano go jako mężczyznę, który adoruje kobiecą urodą. Miał niezbyt pochlebne zdanie na temat wydawanych na rynku pozycji oraz kolegów po fachu. W jego życiu pojawiły się trzy żony i jedna córka - ponoć żona pierwsza była najciekawszą osobą. Miał wrażliwe serce i zawiłe myśli w głowie. Oraz był najlepszym przyjacielem bezimiennej narratorki.

Opisany przed chwilą mężczyzna żył w towarzystwie strasznej choroby, jaką jest depresja. Bywały dni, kiedy zmieniał rytm swojego dnia. A przecież był on dla niego tak istotny. Brakowało mu sił, aby wstać z łóżka. Unikał spotkań z ludźmi. Swoje spacery zastąpił wpatrywaniem się w sufit. Pisanie także odłożył na bok. Jednak później nastąpił zwrot akcji. Wszystkie czynności, które wykonywał z tak wielką przyjemnością, na nowo wkroczyły do jego codzienności. Werwa i wigor znów wróciły do serca pięćdziesięcioletniego mężczyzny. Pewnego dnia znalazł na dworze psa - doga arlekina. Był to zwierzak naprawdę imponujących rozmiarów. Gdyby stanął na tylnych łapach, mógłby podrapać po głowie dwumetrowego człowieka. Pisarza opanowało zauroczenie. Postanowił pomóc psu i poszukać jego właściciela. Bezskutecznie. Ogromny dog arlekin stał się nowym członkiem rodziny pisarza oraz jego żony (trzeciej). Najpierw pies wabił się Dino, jednak imię zostało zmienione na o wiele bardziej szlachetne. Apollo. Wielkolud, który zachwyca posłuszeństwem i łagodnością.


Stało się to nagle i niespodziewanie. Bez listu pożegnalnego. Bez jakiegokolwiek wytłumaczenia. Najlepszy przyjaciel narratorki znika. Jego bliscy nie mogą tego zrozumieć. Cały czas myślą o tej śmierci jak o wypadku. A przecież mężczyzna sam tego chciał. Pojawiają się pytania, na które nikt nie pozna już odpowiedzi. Czy samobójstwo było skutkiem chwilowej myśli? A może pisarz planował to latami? Mężczyzna zostawił po sobie teksty w szufladzie oraz psa, którym jego żona nie chciała się zaopiekować. Był ateistą, więc pogrzeb w ogóle nie wchodził w rachubę. Dlatego jego bliscy zorganizowali spotkanie "na wspominki". Nasza narratorka również została na nie zaproszona. 

Ale kobieta nie chciała tam przychodzić. Obawiała się, że wspominanie najlepszego przyjaciela dostarczy jej dodatkową porcję bólu. Jednak uległa namowom zapraszających. Nie zdziwiło jej to, że córka pisarza była zbyt zajęta, aby przyjść na przyjęcie. Podczas krótkiej rozmowy z trzecią żoną, padło bardzo istotne pytanie - czy najlepsza przyjaciółka mężczyzny mogłaby przygarnąć psa? Przed śmiercią bohater wspominał, że jego bratnia dusza uwielbia zwierzęta. Ale zapomniał dodać, że ma niewielkie mieszkanie i odgórnie ustalony zakaz zwierząt w domu. Partnerka mężczyzny nalegała i prosiła. W końcu osiągnęła zamierzony cel.

Historia pamięta przypadki psów, których wierność nie znała granic. Za przykład może posłużyć Hachiko. Pies codziennie o tej samej godzinie przychodził na stację kolejową w Tokio. Odbierał stamtąd swojego pana, przyjeżdżającego z pracy. Jednak ten wieloletni rytuał zakończył się w chwili, w której właściciel Hachiko nie wyszedł z pociągu. Pies przeokropnie tęsknił. Przez następne dziesięć lat przychodził na stację, aby sprawdzić, czy jego przyjaciel się tam nie pojawił. Apollo również taki był. Czekał pod drzwiami i wydawał z siebie dziwny dźwięk, coś w rodzaju wewnętrznego pisku. Narratorka była dla niego niewidzialna i nieistotna. Zupełnie nie zwracał na nią uwagi. A gdy wieczorem położył się na łóżku i za żadne smakołyki nie chciał z niego wyjść, kobieta prawie przestała wierzyć w psią miłość. Nieco rozczarowana rozłożyła na podłodze materac i zasnęła właśnie na nim.


Jak już wcześniej wspomniałam, nasza bohaterka nie mogła trzymać zwierzaków w swoim wynajmowanym mieszkaniu. Jednak była bardzo uparta i walczyła o to, aby Apollo mógł zostać z nią w tym domu. Jaki był wynik tej rozgrywki? Tego Wam nie zdradzę. Ale muszę napisać o przemianie wielkiego doga arlekina. Apollo zaczął zaprzyjaźniać się z bezimienną narratorką. Często kładł swoją głowę na jej kolanach i uwielbiał wspólne... czytanie. Dodam jeszcze, że opisywana od kilku akapitów kobieta również była pisarką. Pewnego razu przeczytała na głos fragment tekstu i spostrzegła, że w oczach jej zwierzaka pojawiło się zainteresowanie. Dlatego kontynuowała. Kilka dni później, podczas odpoczynku na kanapie, Apollo wziął w zęby książkę leżącą na najniższej półce. Pisarka już w trzy sekundy przyzwyczaiła się do myśli, że jedna z jej ulubionych lektur zostanie obrócona w ruinę. Jednak po chwili lekko wybałuszyła oczy. Apollo przyniósł książkę na kanapę i ułożył się wygodnie. Wyczekiwał momentu, w którym właścicielka rozpocznie głośne czytanie. Widać, że nie tylko ludzie mogą być wielkimi adoratorami książek.

W rolę bezimiennej narratorki wcieliła się Sigrid Nunez. W swojej pozycji pod tytułem "Przyjaciel" porusza temat przyjaźni. Bardzo dokładnie analizuje to słowo. Rozkłada je na znaczenia, warstwy, sytuacje i osoby. Sporo uwagi poświęca także śmierci oraz uczuciom zwierząt. Można powiedzieć, że książka została podzielona na trzy części. Pierwsza dotyczy najlepszego przyjaciela, druga poświęcona jest anegdotom i ciekawostkom, a trzecia - psiemu towarzyszowi. Muszę również zaznaczyć, że pióro Sigrid Nunez jest naprawdę niesamowite. Należy się także ukłon tłumaczce, czyli Dobromirze Jankowskiej. Dzisiejsza książka liczy dwieście sześć stron, więc może się wydawać, że to lektura na dwa wieczory. Nic bardziej mylnego! Ja przez każde zdanie brnęłam powoli, ciesząc swoją duszę tak wspaniale dobranymi słowami.

No dobra, czasu na czytanie mamy teraz naprawdę sporo. Miłych lektur! Do przeczytania za tydzień!

Tytuł - Przyjaciel
Tekst - Sigrid Nunez
Przekład - Dobromira Jankowska
Wydawnictwo Pauza, Warszawa, 2019

niedziela, 23 lutego 2020

Boznańska. Non finito - czyli nieskończone, a pełne


Kiedy miałam dziewięć lat, powiedziałam rodzicom, że w przyszłości będę malować portrety i zamieszkam w Paryżu - dokładnie w tym samym miejscu, w którym tworzyła Olga Boznańska. Artystka słynęła z tego, że swoje portrety malowała latami. Była drobna, ale charakterna. Przez ponad sześćdziesiąt lat żyła w toksycznym związku ze sztuką. Malowanie dawało jej ogromną przyjemność, ale kradło rozsądek i wytwarzało mnóstwo problemów.

Olga przyszła na świat w tysiąc osiemset sześćdziesiątym piątym roku. Piętnasty kwietnia to bardzo szczęśliwy dzień dla Adama Boznańskiego i Eugenii Mondant. Trzy lata później w krakowskim domu pojawia się również Iza, jedyna siostra Olgi. Dziewczynki już od dzieciństwa były pchane do świata sztuki. Najpierw szkoliły swój rysunek pod okiem mamy. Oldze wychodziło to znacznie lepiej niż Izie, więc młodsza z sióstr zaczęła swoją przygodę z muzyką. Gdy przyszła malarka wkroczyła w wiek nastoletni, zaczęła chodzić na kursy rysunku oraz kopiowała dzieła wybitnych malarzy w towarzystwie Kazimierza Pochwalskiego oraz Józefa Siedleckiego. Rodzice dostrzegli w niej talent oraz pracowitość. Byli dla niej wsparciem - zarówno duchowym, jak i finansowym. Dlatego też nie wahali się podjąć odważnej decyzji, jaką była przeprowadzka Olgi do Monachium.


Na pierwszy rzut oka Boznańska wydaje się być nieśmiałą i uroczą kobietką. Jednak jej przyjaciele wiedzą, że to złudny obraz. Olga zawsze wyróżniała się swoim wyglądem. Zaznaczała brwi węglem i miała lekko siny odcień cery. Ubierała suknie z trenem pełnym falban i plis, najczęściej wyraźnie dotknięte przez upływający czas i myszy (za chwilkę do nich wrócimy!). Jeśli Boznańska musiała założyć coś na głowę, jej wyborem nie padały subtelne kapelusze czy też modne czapki. Potrafiła ozdobić swoją fryzurę owocami, a nawet bocianim gniazdem.


Gdy artystka miała na karku trzydzieści trzy wiosny, przeprowadziła się do Paryża. Prawie w ogóle nie odpoczywała. Wpadła w wir malowania i rozmów. W jej pracowni zawsze było tłoczno i duszno. Olga wzbudzała coraz większe zainteresowanie wśród miłośników sztuki. Ale trzeba również przyznać, że spotkała ją fala nieprzyjemnych recenzji. Prasa - zarówno francuska, jak i polska - aż huczała od negatywnych opinii na temat jej obrazów. Z czasem ulega to niezwykłej zmianie. Krytycy zachwycają się oczami spod ręki Boznańskiej i określają ją "mistrzynią portretu". Ponoć kobiety ostrzegały się wzajemnie, aby nie iść na portret do Boznańskiej. Dlaczego? Ponieważ malarka nie upiększała. Wręcz przeciwnie.


Dobrze, przenieśmy się teraz do paryskiej pracowni Olgi. Idealnie pasowałby tutaj tekst "zamknijcie oczy", ale oczywiście go nie napiszę. Wyobraźmy sobie, że siedzimy na brązowej kanapie. Za nami znajdują się szare tkaniny, natomiast przed nami - ogromna sztaluga. Zasłania ona praktycznie całą sylwetkę drobnej Olgi. Artystka nie mówi zbyt wiele. Jest skupiona na zarysie naszej twarzy. Jeszcze nie wiemy, że zawitamy tutaj aż trzydzieści razy, aby portret był pełny. Tak, pełny. Wyraz "skończony" zupełnie by tutaj nie pasował. Bo Boznańska nigdy nie kończy swoich dzieł, co wcale nie oznacza, że są one niepełne. W pracowni panuje artystyczny nieład. Niektóre obrazy wiszą na ścianach, ale znaczna większość poniewiera się po kątach. W pracowni mieszkają także... myszy. Pierwsze z nich Olga kupiła w tysiąc dziewięćset trzecim roku. Później białe zwierzaki zaczynają się rozmnażać. Ich "mama" nie widzi w tym żadnego problemu, jednak jej goście i modele - owszem. Niektórzy boją się powiesić kurtki na wieszaku, aby myszy jej nie zniszczyły. Wtedy Olga mówi, że one nadgryzają tylko odzież męską.


Wróćmy na chwilę do rodziców naszej bohaterki. Mama Olgi, czyli Eugenia Mondant, odeszła, kiedy jej starsza córka miała dwadzieścia siedem lat. A więc skupmy się na tacie, Adamie Boznańskim. Był to człowiek, który miał głowę do finansów, czego nie można powiedzieć o jego córce. Olga nie potrafiła zarządzać swoimi pieniędzmi. Często pomagała biednym, którzy później okazywali się naprawdę majętnymi ludźmi. Pożyczała spore sumy swoim znajomym, co powodowało, że niekiedy nie wystarczało jej na jedzenie i opłacenie pracowni. Dlatego tata cały czas wspomagał ją finansowo. Olga była od niego całkowicie zależna. Praktycznie każdą swoją decyzję konsultowała z tatą. Oczywiście listownie, bo Adam Boznański mieszkał w Krakowie. Jednak tata Olgi nie wygrałby medalu w konkursie "najlepszy ojciec". Niewykluczone, że artystka i jej siostra były molestowane w dzieciństwie. Wiele osób twierdzi, że odcisnęło to spore piętno na ich psychice. Boznański nie tolerował również jedynego partnera Olgi - Józefa Czajkowskiego. Był jednym (i zapewne najważniejszym) z powodów ich rozstania. Po tym wydarzeniu Olga już nigdy się nie zakochała. Jej relacja z ojcem wygląda trochę niepokojąco. I nie jest to tylko moje zdanie.


Kiedy piszę tę recenzję w swoim pokoju, przy biurku, co chwilę zerkam w prawo. Dlaczego? Dlatego, że wisi tam jeden z najpopularniejszych i najchętniej wystawianych obrazów Olgi. Tak, to "Dziewczynka z chryzantemami" (oczywiście nie oryginał!). Dostałam go od pani Asi, która kilka lat temu przychodziła do mnie, aby szkolić mój rysunek. Jeśli chodzi o dzieła Boznańskiej, większość z nich to - rzecz jasna - portrety. Artystka praktycznie zawsze sprzedawała je za cenę wyznaczoną przez klienta. Jak się zapewne domyślacie, była ona zdecydowanie za niska. Boznańska stworzyła również parę martwych natur i krajobrazów. Jednak nie przepadała za pejzażami. Wolała, żeby malowany obiekt przychodził do niej, a nie odwrotnie.


Pamiętacie może książkę "Jak oni pracują 2"? Pojawił się tam wywiad z autorką dzisiejszej pozycji - Angeliką Kuźniak. Właśnie dzięki tej rozmowie dowiedziałam się, że pani Angelika pisze biografię Olgi Boznańskiej. Ucieszyłam się podwójnie. Po pierwsze - mam spory sentyment do tej postaci. Po drugie - uwielbiam biografie! Kilka miesięcy później chwyciłam do ręki pozycję pod tytułem "Boznańska. Non finito" i pochłonęłam ją z wielką radością. Autorka odtworzyła obraz najwybitniejszej polskiej malarki z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku dzięki listom (a Olga pisała ich na potęgę), dokumentom, wystawom, tekstom prasowym i opowieściom świadków. Boznańska często przerysowywała swoją codzienność i dodawała jej barw. Zakłamywała również daty, więc autorka miała naprawdę trudne zadanie. Ale wywiązała się z niego doskonale.

Koniecznie musicie mieć na swojej półce tę biografię - wypełnioną długimi dygresjami, cytatami i niezwykle ciekawymi historiami.

Tytuł - Boznańska. Non finito
Tekst - Angelika Kuźniak
Wydawnictwo Literackie, Warszawa, 2019

niedziela, 9 lutego 2020

Ballada o dziewczynie - czyli rysowanie Ewy Frysztak


Czy ktoś z Was kojarzy panią o imieniu Ewa i nazwisku Frysztak? Nie? Niestety muszę przyznać, że ta odpowiedź nie za bardzo mnie zaskoczyła. W Polsce nazwisko Ewy Frysztak niewiele mówi. Natomiast za granicą plakaty i ilustracje tej pani są istnymi skarbami. Autorka jest osobą ze świetną kreską, ostrym charakterem i sporą liczbą okładek na koncie. Chcecie poznać ją nieco lepiej? Chodźcie, zajrzymy wspólnie do mieszkania wypełnionego monstrualną ilością kartek.


W domu Ewy Frysztak nie było tradycji rysowania lub malowania. Artystka nie uczęszczała do liceum plastycznego. Nawet nie miała świadomości, że takie istnieje. Po ukończeniu gimnazjum w głowie pani Ewy pojawiła się zagwozdka. I to dość spora. Fascynowała ją zarówno medycyna, jak i sztuka. Postanowiła spróbować swoich sił w obydwóch dziedzinach. Wybrała się na dwa egzaminy. Miała szczęście - zdała i tu, i tu. Postanowiła postawić swoją stopę na uczelni szkolącej przyszłych lekarzy. Spędziła tam pół roku. Ale czuła się nieswojo bez rysowania. Stwierdziła, że nie wytrzyma tak dłużej! Poszła do rektora Akademii Sztuk Pięknych - Eugeniusza Eibischa. Wyjaśniła mu, że zdała egzamin na ASP, jednak nie chodziła na zajęcia zajęta nauką łacińskich nazw kości. Teraz zmieniła zdanie i jej marzeniem jest studiowanie na krakowskiej akademii. Rektor powiedział, że już wkrótce może spodziewać się legitymacji studenckiej.


Trzeba przyznać, że odwaga pani Ewy pomogła jej w wielu niełatwych momentach. Ilustratorka stawała nie tylko w obronie swojej, ale również innych. W książce pod tytułem "Ballada o dziewczynie" przytoczyła pewną uczelnianą sytuację. Pod koniec roku akademickiego do pracowni przychodził profesor Witold Chomicz w towarzystwie swojego asystenta. Wspólnie omawiali prace każdego studenta. Doszli do pewnej uzdolnionej dziewczyny, która zdecydowanie zawyżała średnią wieku osób przebywających na sali. Mieszkała straszliwie daleko od Krakowa i codziennie - od czterech lat - wstawała o świcie, aby dojeżdżać na uczelnię. Nagle profesor powiedział: "Ja pani nie zaliczę". Bardzo oburzyło to Ewę Frysztak, więc wstała i rozpoczęła z profesorem walkę na argumenty. Jeden do zera dla pani Ewy. Wspomniana przed chwilą dziewczyna ukończyła studia i została nauczycielką rysunku na wsi.


Jestem pewna, że znacie Józefa Wilkonia, Romana Cieślewicza i Franciszka Starowieyskiego. To wybitna i szanowana trójka "magicznego rocznika". Pani Ewa również znajdowała się w tej brygadzie. Autorka wspomina Wilkonia jako człowieka trzymającego dystans i chodzącego własnymi ścieżkami. Natomiast z Franciszkiem Starowieyskim miała wspaniałą relację. W każdą niedzielę spotykali się na targu staroci, gdzie Ewa Frysztak sprzedawała swoje kompozycje z gotowych elementów. Ludzie nazywali je "sztuką dekoracyjną". A poza tym artystka szyła obrazy z fragmentów tkanin, które także nietrudno było zobaczyć na niedzielnym targu.


Kilka miesięcy przed rokiem dyplomowym młoda studentka wyjechała do Warszawy. Odbywała tam praktyki w Państwowym Instytucie Wydawniczym. Zagnieździła się w tym miejscu i praca na pół etatu szła jej wyśmienicie. Dyrektor pozwolił pani Ewie spać w pracowni graficznej na czwartym piętrze. Artystka zazdrościła swoim krakowskim kolegom tylko jednej rzeczy. Otóż oni mogli składać swój dyplomowy tekst w drukarni akademickiej - zaoszczędzało to ich energię, czas oraz wzrok. Natomiast pani Ewa nie miała dostępu do warszawskiej drukarni, co straszliwie ją irytowało. Ale nie dała się pokonać i napisała cały swój tekst ręcznie. Po czasie dostrzegła, że miało to mnóstwo plusów. Staranny charakter pisma i wyćwiczona ręka przydały się jej przy projektowaniu okładek wyróżniających się wysmakowanym liternictwem.


Ewa Frysztak bardzo dobrze wspomina pracę w PIW-ie. W końcu spędziła tam sporą część swojego życia. Jednym z minusów był dobór redaktorów naczelnych. Autorka żadnego z nich nie darzyła sympatią. Większość przychodziła do wydawnictwa w fatalnym stanie, który był skutkiem poprzedniego wieczoru. Ilustratorka miała w wydawnictwie ugruntowaną pozycję. Była PIW-owskim wyjadaczem. Robiła około cztery okładki w ciągu miesiąca. Wyróżniały się one prostotą, estetyką i wspomnianym już wyjątkowym liternictwem. Czasami do stopki redakcyjnej wkradał się błąd. Józef Wilkoń doskonale pamięta sytuację, w której jego okładkę podpisano nazwiskiem Ewy Frysztak. Nie zapomniał również swojej złości w tamtej chwili.


W latach sześćdziesiątych pani Ewa została zwolniona z PIW-u, czym zbytnio się nie przejęła. Mieszkała na prowincji, dlatego dojazd do redakcji sprawiał jej ogromną trudność. Po zwolnieniu autorka miała grono osób zaprzyjaźnionych z jej ilustracjami. Nie potrzebowała zatrudnienia, aby zdobywać kolejne zlecenia. Projektowała między innymi dla Wydawnictwa Literackiego i Wydawnictwa Poznańskiego. Zajęła się również plakatami. Oprócz tego malowała kartki świąteczne. Zdarzały się też takie z okazji 1 Maja lub 11 Listopada. Tworzenie tych pocztówek było niezłym wyróżnieniem. W końcu kupowała je cała Polska! Nietrudno rozpoznać w nich panią Ewę, mimo tego, że nie wypracowała charakterystycznego dla siebie stylu. Artystka bardzo rzetelnie wyciągała swoje literki kałankiem - takim cieniutkim pędzelkiem nazywanym również zerówką. W szczególności lubiła te krótkie i twarde, nie przepadała za długimi i miękkimi. Te drugie musiała usztywniać oblizując za każdym razem, aby trzymały czubek. Nieco irytujące zajęcie.


Czytając rozmowę Janusza Górskiego z Ewą Frysztak, rysuje się nam obraz kobiety z plecakiem wypełnionym doświadczeniem i dopracowanym warsztatem. Jestem pewna, że doskonale znacie jej okładki. Ja także wiele z nich kojarzyłam, ale nie wiedziałam, kto się za nimi kryje. Jedną z cech pani Ewy jest skromność. Wciąż twierdzi, że Jan Młodożeniec, Henryk Tomaszewski oraz Janusz Stanny byli o dwie lub trzy półki wyżej od niej. Janusz Górski wciąż powtarzał, że autorka w ogóle siebie nie docenia. Profesor gdańskiej ASP wydobył z artystki historie prywatne i zawodowe. Wiecie, że pani Ewa miała trzech mężów i straszliwie lubiła jeździć na nartach?

Sięgnijcie po "Balladę o dziewczynie". Łykniecie w jeden wieczór, uwierzcie mi.

Tytuł - Ballada o dziewczynie
Tekst - Janusz Górski, Ewa Frysztak
Wydawnictwo Karakter, Kraków, 2019

niedziela, 26 stycznia 2020

Mafalda - czyli wielki umysł z kokardką


Komiksy. Zapewne dla wielu z Was są one jednymi z pierwszych książkowych doświadczeń. Wyobrażam sobie teraz, że jesteście małymi brzdącami. Takimi z nieułożonymi czuprynami oraz ciekawymi świata oczami. Ubraliście już swoje kolorowe piżamki i wzięliście do rąk ukochany komiks. Usiedliście pomiędzy obszernym fotelem i wysokim regałem na książki. Pstryk, nagle zupełnie straciliście poczucie czasu, a Wasz wewnętrzny zegar przestał działać. Czy tak było? Tego nie wiem. No dobrze, a czy chcielibyście, aby Wasze dzieci zaliczyły taki właśnie wymarzony wieczór? Nadchodzę z pomocą.

Najpierw musimy cofnąć się o pięćdziesiąt sześć lat. Uf, już jesteśmy w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym roku. Przedstawiam Wam Mafaldę. To kilkuletnia dziewczynka, która nie ma zbyt dużego wzrostu, a mimo to przewyższa nawet dorosłych. Uważnie słucha radia i starannie wybiera filmy w telewizji. Strasznie martwią ją wojny i wszelkie spory polityków. Boi się o ludzkość. Dlaczego? Ponieważ - według Mafaldy - cztery miliardy osób nie pnie się, lecz spada. Dziewczynka twierdzi, że ludzkość jest po prostu odwrócona plecami do przyszłości i za żadne skarby nie chce wykonać obrotu o sto osiemdziesiąt stopni. Mafalda właśnie poszła do pierwszej klasy. Jej biednej nauczycielce bardzo często doskwiera ból głowy. A to z kolei przez nieszablonowe pytania zadawane na każdej lekcji. Mafalda, wraz ze swoimi przyjaciółmi, zastanawia się, dlaczego istnieją wojny i czemu wynaleziono bombę atomową. Trzeba przyznać, że jak na sześciolatkę, całkiem nieźle.


Teraz zawitajmy w pokoju Felipe. To największy wielbiciel "Samotnego Jeźdźca". Przygody tego bohatera są dla chłopca znacznie ważniejsze od odrabiania lekcji. Felipe jest jednym z czterech najlepszych przyjaciół Mafaldy. Cały czas chodzi z jo-jem w ręku, co przeraźliwie irytuje jego koleżankę. Przeraża go to, że na świecie drukuje się więcej banknotów niż książek. Ale jest dobrej myśli i twierdzi, że w przyszłości kultura będzie bardziej ceniona niż pieniądze. Chłopiec uwielbia grać w szachy. Oczywiście tylko i wyłącznie według swoich zasad. Darzy sympatią tatę Mafaldy, miłośnika roślin doniczkowych. Zawzięcie kibicuje mu w wytępieniu mrówek z doniczek. Felipe codziennie podkrada rodzicom gazetę. Dowiaduje się z niej między innymi o istnieniu UFO i o klęskach w Algierii oraz Wietnamie. Wszystkimi wiadomościami dzieli się ze swoją przyjaciółką, rzecz jasna.


Przedstawię Wam jeszcze Susanitę. Na czubku głowy tej dziewczynki znajdują się kręcone, jasne włosy. Susanita ma w życiu naprawdę poważny cel. Chce zostać żoną bogatego fabrykanta i mieć z nim całą gromadkę dzieci, oczywiście podrzucanych przez bociana z Francji. Mafalda cały czas powtarza jej, że Susanita powinna mieć nieco odważniejsze marzenia i jej przyszłość absolutnie nie może być podporządkowana pod jednego mężczyznę. Ważne, żeby również miała swoje zdanie! Ale Susanitę nie do końca interesuje opinia Mafaldy. Woli marzyć o swoich przyszłych dzieciach oraz luksusie, który zapewni jej mąż.


Zajrzyjmy do sklepu U DON MANOLA. Za ladą można ujrzeć chłopca z nastroszoną czuprynką i licznymi guzami na głowie. To Manolito, syn właściciela sklepu, w którym się znajdujemy. Manolito, gdy dorośnie, chce zostać prezesem sieci najpopularniejszych sklepów w całym kraju. Gdy tylko zamyka oczy, wyobraża sobie siebie w eleganckim garniturze i stylowych okularach. Jest tylko jeden problem. Manolito nie do końca polubił się z nauką. Z matematyką również. Idealnie odzwierciedlają to jego oceny. Jeśli się nie zmienią, może być ciężko ze zrealizowaniem planu chłopca. No dobrze, ale bądźmy dobrej myśli. Przyjaciele Manolita są na bieżąco informowani o wszystkich promocjach w sklepie jego taty, ponieważ Manolito bardzo dba o rodzinny biznes i jest chodzącą reklamą U DON MANOLA. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że momentami leciutko przesadza.


Teraz kolej na Miguelita. Miguelito jest dzieckiem kochającym refleksje. Bardzo często siada na chodniku i czeka na to, co przyniesie mu życie. Żal mu producentów broni. Pracują bez wytchnienia i na dodatek nie odnoszą korzyści. Bo przecież wszystko, co wyprodukują, zostaje zniszczone podczas wojny. Chłopiec bardzo dużo rozmyśla na temat istot w innych światach. Wciąż zastanawia się, czy są inteligentne. Miguelito wszystkie komunikaty odczytuje bardzo dosłownie. Jakiś przykład? Bardzo proszę. Gdy w książce jest napisane, aby lepiej poznać siebie, on szuka w niej lusterka. A w tym samym czasie Felipe oznajmia, że nie ma siły na wewnętrzne podróże.

A teraz znów otwórzmy drzwi do mieszkania głównej bohaterki dzisiejszego komiksu. Widzicie tego pana, który wsypuje ziemię do niewielkiej doniczki? Zapewne możecie się domyślać, że to tata Mafaldy. Regularnie przynosi do domu nowe roślinki. Codziennie, tuż po powrocie z biura, uważnie obserwuje ich rozwój. Każdy listek musi być idealnie dopieszczony. Mama Mafaldy spędza mnóstwo czasu w kuchni. Gotuje zupy, których nasza bohaterka nie znosi. Uważa, że to najgorsze przekleństwo dzieciństwa. Hm, ja mam zupełnie odmienne zdanie - pomidorowa na zawsze w moim sercu!


Argentyński rysownik Quino wymyślił, napisał i narysował życie sześcioletniej dziewczynki. Zaprzyjaźnił się z nią w tysiąc dziewięćset sześdziesiątym czwartym i towarzyszył jej przez dziewięć lat. Jego dzieło jest troszkę jak dziecko - rozśmiesza, uspokaja, irytuje i intryguje. Pozwala także poznać codzienność osób żyjących w latach sześćdziesiątych oraz siedemdziesiątych. Gdy sięgniecie po "Mafaldę", założę się, że odwiedzą Was wszelkie możliwe emocje. To komiks nie tylko dla Waszych pociech, ale również dla Was. No proszę, i mamy kolejną pozycję, która łączy pokolenia. 

Tytuł - Mafalda. Wszystkie komiksy. Tom 1
Tekst i ilustracje - Quino
Przekład - Filip Łobodziński
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa, 2020

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Lud - czyli w sercu Grenlandii


Grenlandia. Kiedy myślałam o tej wyspie, moja wyobraźnia przedstawiała mi opatulonych w futra mieszkańców z uśmiechami na twarzach, szczęśliwe rodziny przy kominku w pięknych domach, cudownie przyrządzone ryby i zaprzęgi pięknych psów. I muszę przyznać, że moja wyobraźnia się nie pomyliła. Jednak pominęła wiele obrazów, które budują rzeczywisty obraz Grenlandii. Okulary założyła mi na nos Ilona Wiśniewska, która wybrała się tam na trzymiesięczną podróż. Pozwólcie, że przedstawię Wam historie ludzi mieszkających (bądź chwilowo przebywających) na grenlandzkiej wyspie. Radzę Wam ubrać nieprzemakalne buty i futrzaną kurtkę.

Najpierw przenieśmy się na niewielką wysepkę. Ma ona powierzchnię dwunastu kilometrów kwadratowych. Zamieszkuje ją tysiąc trzysta osób. Nazywa się Uummannaq. "Uummat" to po grenlandzku serce. A "uummannaq" - miejsce, w którym leży serce. Właśnie tam znajduje się najsłynniejszy grenlandzki dom dziecka. Opiekuje się nim kobieta o imieniu Ann. Niezwykle istotna jest dla niej kultura grenlandzka oraz natura. Swoje wartości stara się przekazywać dzieciom. Rodzice podopiecznych domu dziecka nie mieli pojęcia, jak wychować swoje pociechy. Najlepszym rozwiązaniem - według rodziców - było oddanie ich w ręce Ann. W tym domu dziecka koszmary wypędza się muzyką. Każdy wychowanek na czymś gra. Ze swoją muzyką podróżują po świecie. Byli także w Warszawie. Ann wierzy, że muzyka pozwala uspokoić wszystkie niepokojące myśli.


Jest wiosna. Dwa tysiące siedemnasty rok. Ilona Wiśniewska przybyła do Uummannaq, aby zostać miejscową wolontariuszką. Chce napisać książkę o tym miejscu. Ann od razu zaznacza, że historie dzieci nie mogą znaleźć się na kartach książki. Autorka mieszka w domu z dziewiętnastoletnią Siką. Dziewczyna przyjechała tutaj, aby dojrzeć. Ma pogodny uśmiech i hipnotyzujące oczy. Na pytania pani Ilony odpowiada najczęściej po kilku dniach. Sika mówi, że wszystko, w co wierzą Grenlandczycy, pochodzi z natury. Ich główną opiekunką jest Matka Morza, która dostarcza pożywienie. Dziewiętnastolatka za kilka miesięcy wybiera się do Danii, aby studiować architekturę. Na Grenlandii nie ma tego kierunku. Jednak po studiach Sika planuje wrócić do swojego kraju, w odróżnieniu od wielu rówieśników. Jej pokolenie jest przyszłością i dziewczyna liczy na to, że na Grenlandii będzie coraz więcej ludzi wykształconych.


Wybierzmy się teraz na zamarznięte morze. Widzicie tego pana obok dwóch martwych halibutów? To Paaluk. Paaluk szanuje morze i ląd. Poluje. To jego praca. Ale robi to w tak umiejętny sposób, aby odcisąć jak najmiejsze piętno na naturze. Zaczął polować już jako dziecko. Każdego lata wyjeżdżał z rodziną pod namioty. Szukał zwierząt. Pewnego razu spotkał mężczyznę, który pokazał mu, jak trzymać broń i w co celować, aby od razu trafiać w serce. Kiedyś zabił renifera. Niósł go na barkach przez pół dnia. Wiedział, że musi zabrać całe zwierzę. Nic nie mogło się zmarnować. Rodzice nauczyli go szacunku do tego, co zabił. Teraz ma roczne limity, które ustalają w Nuuk, stolicy Grenlandii. Na przykład w dwa tysiące siedemnastym roku można było zabić dziewięćdziesiąt narwali na dwa tysiące żyjących. Paaluk mówi, że coraz trudniej się dzielić.


Odwiedźmy Uunartoqa i Ane w ich niebieskim domu. Trafiliśmy właśnie na porę obiadową. Na stole ląduje mięso z foki i wieloryba, mattak i suszona ryba. Większość potraw jest surowa i posypana aromatem. Od ponad dwudziestu lat Uunartoq pomaga domowi dziecka ucząc chętnych przewidywania pogody, jeżdżenia zaprzęgami i strzelania tak, by nie zniszczyć futra. Małżeństwo jest przykładem tego, że Grenlandczycy śmieją się bardziej niż ktokolwiek z północy.


Ilona Wiśniewska w szczególności przywiązała się do pewnego chłopca w domu dziecka. Gert jest nieśmiały, ale zaciekawiony światem. Bardzo podobają mu się zdjęcia pani Ilony, dlatego autorka pożycza mu swój aparat. Później wspólnie oglądają zrobione przez niego fotografie. Niektóre są nieostre, inne krzywe, a jeszcze inne potrafią poruszyć sercem. Zdjęcia są linią łączącą panią Ilonę i Gerta. Niewiele ze sobą rozmawiają. Jeśli dochodzi już do jakiejkolwiek wymiany zdań, to pani Ilona mówi, a Gert przytakuje. Chłopiec jest także bardzo wygimnastykowany. Potrafi zrobić salto w tył tuż przy brzegu oddzielającym skały od zamarzniętego morza.


Do domu dziecka przyjeżdża Inunnguaq. Znają go wszyscy, choć pojawia się tu pierwszy raz. To dlatego, że jest znanym szefem kuchni. Wcześniej mieszkał w Danii. Zrezygnował ze swojej pracy, kiedy okazało się, że Duńczycy dostawali wyższą pensję niż on, Grenlandczyk. Duńczycy mają lepsze życie, bo z założenia są lepszymi ludźmi. Grenlandczyków traktują jak gorszych i głupszych. W ogóle nie biorą pod uwagę tego, że Grenlandczycy najczęściej są nieśmiali i taktowni, natomiast oni, Duńczycy - głośni oraz przemądrzali. Rodzice Inunnguaqa mówią, że zostali skrzywdzeni przez Danię, ale w dobrej wierze. Jednak mają w sobie pewną namiastkę wstydu, że nie umieli się jej przeciwstawić. Niestety, nigdy nie mieli nic do powiedzenia. Dlatego Inu chce, aby Grenlandia w końcu była niepodległa i uniezależniła się od kraju na wschodzie.


Zajrzyjmy jeszcze do domu siedemdziesięcioparoletniej Helene. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym pierwszym roku Helene dowiedziała się, że czeka ją długa podróż. Była wówczas małą, inteligentną dziewczynką, a Duńczycy akurat szukali bystrych dzieci. W walizce Helene znalazły się nowe sukienki i stare rzeczy, które do niej należały. Gdy nadszedł dzień wyjazdu, mama odprowadziła Helene do portu, a po kilku chwilach dziewczynka wraz z dwudziestoma jeden innymi dziećmi odpłynęła w ciszy. Po dwóch tygodniach na horyzoncie pojawił się ląd. Była to Dania. Dzieci wciąż nie rozumiały, czemu je tutaj wysłano. Grenlandzcy chłopcy i dziewczynki uczyli się w duńskich szkołach i mieszkali u obcych rodzin. W wieku czterdziestu siedmiu lat Helene dowiedziała się, że była częścią eksperymentu. O jego szczegółach dowiecie się, gdy sięgniecie po pozycję "Lud. Z grenlandzkiej wyspy". Zdradzę Wam tylko, że Helene nigdy nie wybaczyła Duńczykom.


Ilona Wiśniewska (autorka pozycji "Białe" oraz "Hen") napisała wnikliwy reportaż. Jak już wspomniałam na samym początku, wybrała się na trzymiesięczną podróż na grenlandzką wyspę. Słuchała tam opowieści towarzyszących łowieniu ryb, sprzątaniu kuchni, oglądaniu sędziwych zdjęć bądź jedzeniu posiłków. Dowiadywała się o przeszłości Grenlandii oraz poszczególnych osób. Później, po powrocie do domu, opisała to w doskonały sposób. Przedstawiła czytelnikom problemy tego kraju (od braku niepodległości aż po wykorzystywanie i molestowanie) oraz jego piękne widoki. Tekst, wypełniony porównaniami oraz metaforami, zdecydowanie trafił w mój gust. 


No dobrze, mamy początek stycznia, a ja już teraz wiem, że to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku.

Tytuł - Lud. Z grenlandzkiej wyspy
Tekst i fotografie - Ilona Wiśniewska
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2018