niedziela, 24 maja 2020

Warszawiacy - czyli puk, puk, my z wizytą!


Podróże i wycieczki nie szczytują aktualnie w tabelkach najbardziej zalecanych czynności. Wszędzie jest głośno o tym, aby wychodzić z domu znacznie rzadziej niż zazwyczaj. No dobra, ale przecież bez przesady! Ileż można wytrzymać w zamknięciu? Postaram się zaspokoić Wasze potrzeby. Chwycę Was za rękę i pociągnę za sobą. Wspólnie wybierzemy się do Warszawy. Jeśli tam mieszkacie, mamy nieco ułatwione zadanie. Obiecuję spotkania z niezwykle ciekawymi ludźmi. Będziemy pukać do ich drzwi. Podczas podróży ze mną możecie zapomnieć o maseczkach i rękawiczkach. Do plecaka wrzućcie tylko pustą butelkę na zaciekawienie oraz radość. Podczas naszej wyprawy wypełnimy ją w mgnieniu oka.

Rany, pociągnijcie szybciutko nosem. Wpuśćcie powietrze przez te dwie dziurki. O ile nie znajdują się w nich żadne gluciki, powinniście poczuć zapach tymianku. Spójrzcie, jakie piękne kwiaty. Ach nie, to nie kwiaty! To karczochy. Tuż obok nich możemy zobaczyć kapustę, brokuły, pory i selery. Nie mylicie się - właśnie zawitaliśmy do ogrodu królowej Bony. Możemy wejść po schodach do jej drewnianego domku nieopodal ogrodu i napić się tam herbatki z ziół. Królowa Bona zapewne z wielką chęcią opowie nam o sobie. To kobieta, która lubi dodawać swoje trzy grosze do polityki. Wiele razy pływała przez to w morzu z falami krytyki. Jej kubki smakowe preferują warzywne posiłki. Te mięsne nie do końca przypadły jej do gustu. A co mówią o niej dokumenty oraz obrazy?


Kto z Was nie lubi tłoku, a wielkomiejski gwar dodaje mu nerwów i bólu głowy? Pozwólcie, że jeszcze na moment zostaniemy w królewskim kręgu. Do grona takich osób należał Jan III Sobieski. On zdecydowanie wolał spokojniejsze życie. Zażyczył sobie zachwycającego pałacu w Wilanowie, który świadczyłby o jego władzy i potędze oraz olbrzymiej miłości do żony Marii. Kiedy pałac był już gotowy na wizyty, Jan III Sobieski organizował tam częste uczty. Hm, zobaczcie na ten stół. Król zupełnie nie posłuchał się ponad stuletnich rad królowej Bony. Był prawdziwym smakoszem mięsa. Pieczone przepiórki, smażone sarny, słowiki, drozdy, koguty, gołębie, panierowany węgorz nadziewany wieprzowiną... Oprócz jarmużu, na wilanowskim stole zdecydowanie nie królowała zieleń.


I hop, skaczemy do kolejnego stulecia. Za nami już dwa wieki warszawskich wizyt. Jak tam Wasze butelki, uzupełniły się już radością oraz zaciekawieniem? Nie tak szybko, zostawcie jeszcze troszkę miejsca na dalsze przygody. Tym razem zapukamy do łazienki. Halo, halo, czy możemy wejść? Uff, Izabela Lubomirska na całe szczęście się zgodziła. Cóż za wystrój! Marmur, złote detale, porcelanowe misy i dzbany w kwiatowe wzory. To miejsce prawdziwej damy, która ze stylu francuskiego brała garściami. Codziennie wskakiwała do wanny, co w osiemnastym wieku było dość niespotykane. Do swojej kąpieli dodawała oliwę, młode wino oraz mleko. Wygląd nie był jej obojętny, uwierzcie mi. Portfel Izabeli Lubomirskiej pozbył się już chyba wszystkich możliwych szwów, więc kobieta postanowiła wspierać... Właśnie, wiecie może kogo?


Nie wierzę własnym oczom! Jaka cudowna sklepowa witryna! Wejdźmy do środka. Patrzcie, Henryk Sienkiewicz stoi w rogu i wertuje gazetę! Ojejku, a po lewej stoi Eliza Orzeszkowa. Czy ten mężczyzna oddalony od nas o trzy metry to Władysław Reymont? Gustaw Gebether i August Wolff stworzyli fantastyczne miejsce. To księgarnia, w której można nie tylko nabyć najpoczytniejsze lektury oraz składy nut. Tutaj czyhają niepowtarzalne okazje na przybicie piątki lub żółwika z najsłynniejszymi polskimi pisarzami. Oj, ktoś mnie popycha. Ale mamy tutaj tłum. Aż zrobiło mi się duszno, czego z pewnością nie sprawiła pogoda na zewnątrz. Bez obaw, do księgarni duetu Gebether i Wolff możecie udać się również w Łodzi, Krakowie, Poznaniu i Zakopanem. Panowie otworzyli nawet księgarnię w Paryżu. Czy w tych miastach także ukrywają się niezwykle kuszące okazje? Chyba nie mamy co do tego żadnych wątpliwości.


Prędko, prędko, musimy troszkę przyspieszyć kroku. W końcu chcemy zdążyć na lekcję francuskiego Heleny Rzeszotarskiej. Zmierzamy w kierunku Nowej Pragi. Widział ktoś może ulice Konopacką 4? Wybieramy się właśnie do szkoły dla dziewcząt, ale jeśli jesteście mężczyznami, sądzę, że też uda Wam się tam przedostać. Pewnego dnia serce wspomnianej przed chwilą kobiety wyszeptało jej do ucha genialny pomysł. "Helena, słuchaj, daj upust swojej wspaniałej dobroci. Pomóż dzieciom z uboższych rodzin. Otwórz szkołę, w której nauka będzie kosztowała zaledwie parę groszy. Wtedy więcej osób pozwoli sobie na luksus, jakim jest edukacja. No to jak, Helena, dasz radę?". Nasza bohaterka nie zwlekała zbyt długo z odpowiedzią. Postanowiła iść za głosem (a raczej szeptem) swojego serca. O kurczę, co za pech. Nie zdążyliśmy na lekcję francuskiego. Jednak w sumie nic straconego, Helena Rzeszotarska uczy także polskiego, przyrody, matematyki i religii. Hm, to może matma?


Jeśli zadałabym Wam pytanie, jak wygląda Pan Kleks, najprawdopodobniej nie mielibyście najmniejszego problemu z odpowiedzią. No dobrze, w takim razie teraz pora na trudniejsze pytanie. Nie bójcie się, dodam tylko niewielką szczyptę trudności, taką malusieńką. Jak wygląda Franciszek Fiszer? Nie będę trzymała Was w niepewności. Uwaga! Dokładnie tak samo, jak Pan Kleks! Binokle na nosie, niewielkich rozmiarów kapelusik na głowie i kolorowa broda o dość sporej objętości. To był naprawdę kultowy warszawiak. Prawdziwe wcielenie Ambrożego Kleksa nie pamięta chwili, kiedy dobry humor nie był w jego pobliżu. Zabawne anegdoty wyciągane z rękawa bądź kieszeni kamizelki to jego znak rozpoznawczy. Kiedy ludzie dosiadali się do stolika Franciszka Fiszera, byli pewni jednej rzeczy - zbliżającego się bólu brzucha. Ze śmiechu, rzecz jasna.


Ależ ten czas pędzi jak szalony. Założę się, że wygrałby wyścigi na najszybszego biegacza świata. Przepraszam mamo, jeszcze musisz troszkę poćwiczyć, aby go dogonić :) Oj, już ta godzina! Spróbujmy wejść w buty czasu i szybciutko pobiegnijmy do radioodbiornika. Fala 480 metrów. Właśnie wita nas niesamowicie przyjemny głos. Rozpoznajecie go? To Janina Sztompkówna. Ta kobieta jest pierwszą polską spikerką radiową. Przy ulicy Kredytowej 1 spędziła sześć trzydziestych szóstych swojego życia. Jeśli to skrócimy, uzyskamy wynik równy jednej szóstej. Właśnie przy wymienionej ulicy, dokładnie na czwartym piętrze, znajdowała się siedziba Polskiego Radia Warszawa. To miejsce dodawało Pierwszej Damie Polskiego Radia - bo tak właśnie pieszczotliwie nazywano Janinę Sztompkównę - niemałe ilości stresu oraz strachu, ale również całą górę uśmiechu.


Hm, kto to jest... O tam, na górze. Spójrzcie na pierwsze piętro. Czy to Janusz Stanny? Tak, to właśnie on. Dlaczego wpatruje się w szafę? Rzućcie okiem na okno teatru. Jeśli mój wzrok jest w pełni sprawny, dostrzegam tam dwie znakomite aktorki komediowe. Znacie ich nazwiska? Nieopodal teatru jest spotkanie z Marią Skłodowską - Curie. Jak myślicie, od jakich słów rozpocznie swoje wystąpienie? Niemożliwe! Mój wzrok chyba naprawdę nie jest w najlepszej formie. Dlaczego pięć kroków ode mnie idzie Syrenka Warszawska?! Przecież nie jesteśmy nad Wisłą! Poszukajmy może jakiejś ławeczki. Odsapnijmy. Ja już za momencik muszę zmierzać w kierunki stacji kolejowej. Powrót do domu jest niestety nieunikniony. Ale proszę, obiecujcie mi coś! Dokończycie podróż po Warszawie, prawda? Jeśli Wasza butelka na radość i zaciekawienie jest już pełna, dam Wam drugą. Hop, hop, zbierajcie się, teraz czas na odwiedziny Bolesława Prusa.


Przycupnę na chwilkę przy Zamku Królewskim i dodam kilka ważnych zdań. Małgorzata oraz Marta Ruszkowskie zasłużyły na ukłony, brawa i bukiet tulipanów. Do tulipanów możemy dołączyć jeszcze goździki oraz róże. Te dwie panie otworzyły nam okno do wielkiego pokoju, w którym znajduje się historia Warszawy. Autorki pokazały, że miasto tworzą ludzie. I to jacy! Pani Małgorzata snuje opowieści o warszawiakach z ogromną lekkością. Przysięgam na mały paluszek, że jeśli sięgniecie po dzisiejszą pozycję, zostaniecie nieźle zaintrygowani. Wisienką na torcie są ilustracje pani Marty. No mówię Wam, naprawdę fajni ci "Warszawiacy".

Już wkrótce zafunduję Wam więcej podróży. Uściski!

Tytuł - Warszawiacy
Tekst - Małgorzata Ruszkowska
Ilustracje - Marta Ruszkowska
Kategoria wiekowa - 7+
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2018

niedziela, 10 maja 2020

Young power! - czyli uwaga, nadchodzimy


Jestem strasznie ciekawa, ile wiosen już liczycie! Statystyki na moim blogu wskazują, że moje recenzje są czytane przez osoby powyżej trzydziestego roku życia. Hm, czyżby? Być może istnieją takie słupki, jednak ja w życiu nie widziałam ich na oczy. Ale intuicja i liczne głosy podpowiadają mi, że właśnie tak jest. No dobrze, a ile trzeba mieć lat, aby oddać się jakiejś pasji? Oczywiście nie ma takiej rzeczy, jak odpowiedni wiek. Niekiedy wystarczy posiąść umiejętność chodzenia, mówienia bądź czytania. Odkrycie pasji może być spowodowane dostrzeżeniem kropli talentu, długotrwałym poszukiwaniem albo odkryciem inspiracji. Co powiecie na mocny zastrzyk opowieści o młodych ludziach tryskających mądrością i zaangażowaniem? Zaczynajmy!

Wróćcie na moment do swojego wieku szkolnego. Przypomnijcie sobie szkolną gazetkę. Najczęściej zupełnie nie spełniała ona swojej roli, prawda? To niestety wciąż się nie zmieniło. Zaledwie garstkę osób intrygują posty o kolejnym konkursie świątecznym oraz świeżo pomalowanych ścianach. Zuzanna Kuffel również o tym wiedziała. Dlatego postawiła sobie cel o nazwie "odświeżenie szkolnej gazetki". To były jej pierwsze poważne próby dziennikarskie. W gimnazjum stworzyła projekt polegający na wywiadach z uchodźcami mieszkającymi w Toruniu. Udało się jej również nakręcić pewien zmuszający do refleksji film. Kiedy Zuzia natknęła się w internecie na informację, że "New York Times" organizuje kurs dla młodych dziennikarzy, wysłała swoje zgłoszenie. Okazało się, że jej osiągnięcia zainteresowały redaktorów tej prestiżowej gazety. Jak się domyślacie, dziewczyna wyfrunęła do Nowego Jorku i wróciła z niego z plecakiem wypełnionym nowymi (niezwykłymi!) doświadczeniami. W końcu uczyła się od najlepszych. Miała też okazję biegać wśród żółtych taksówek, spacerować tuż obok drapaczy chmur i nacieszyć swoje oczy graffiti. 


Pamiętacie może małego, zaledwie czteroletniego, chłopca, który zachwycił cały świat swoją grą na perkusji? Ten filmik widziało kilkaset milionów ludzi! Jeśli pamięć zrobiła Was teraz w bambuko, kliknijcie tutaj. Ale obiecajcie, że za chwilkę wrócicie! Już jesteście? No to ekstra, kontynuujmy. Kiedy Igor Falecki miał około trzydziestu sześciu miesięcy, wystukiwał rytm muzyki na praktycznie każdym napotkanym przedmiocie. Ulubieńcem była książka kucharska mamy. Niedługo później w ogromnym (naprawdę ogromnym!) worku Święty Mikołaj przyniósł mu perkusję. Igor spędzał z nią praktycznie każdą chwilę. Zdobywał nowych adoratorów, którzy z wielką uwagą śledzili jego poczynania. Jako sześciolatek miał na koncie aż sześćdziesiąt koncertów. Nawet wypuszczono w świat limitowaną edycję pałeczek do gry z jego autografem. Amerykańska telewizja okrzyknęła go "geniuszem perkusji". W jego dziewiętnastoletniej biografii pojawiają się zarówno koncerty z orkiestrą symfoniczną, jak i te z raperami. Aktualnie trwają intensywne przygotowania do płyty Igora. Myślicie, że trafi na Waszą półkę?


Kiedy Oliwia Smektała miała pięć lat, mama zapisała ją na akrobatykę oraz na basen. Okazało się, że łatwo da się połączyć te dwie rzeczy. I tak w życiu naszej pływaczki narodziło się pływanie synchroniczne. Wiecie, co to za dyscyplina? Spokojnie, ja też nie wiedziałam. W tym fikuśnym sporcie liczą się detale - makijaż, cekiny, ale przede wszystkim zachwycające ruchy. To pewnego rodzaju przedstawienie w teatrze, lecz pod wodą. Ma również wiele wspólnego z tańcem. Oliwia jest nie tylko specjalistką od pływania synchronicznego. Ćwiczy także pływanie szybkie (takie na czas). Wiele osób doradza jej, aby wybrała jeden rodzaj sportu, jednak ona nie zamierza się ograniczać, choć wymaga to mnóstwo czasu i poświęcenia. Pięć lat temu wytropiła ją pewna trenerka z Poznania - oddalonego o dziewięćdziesiąt kilometrów od miejscowości Oliwii. Dziewczyna postanowiła skorzystać z tej okazji, dlatego cztery razy w tygodniu wraca do domu godzinę przed północą. Konkurs na perfekcyjną naukę w samochodzie wygrałaby z taką łatwością, z jaką zwycięża w mistrzostwach. W czerwcu okazała się najlepszą polską pływaczką synchroniczną we wszystkich możliwych kategoriach. Natomiast jeśli chodzi o pływanie szybkie, podczas finałów zaliczyła swoją życiówkę. Do medalu zabrakło jej dwudziestu setnych sekundy. Sądzę, że i tak należą się jej ogromne brawa.


Skoro siedzimy już w bańce o nazwie "sport", koniecznie muszę wspomnieć o Michale Karbowniku. Odkrył on swoją pasję sto metrów przed domem, na boisku. Wspomnę, że temat piłki nożnej jest mi bliski, ponieważ mój brat Bartek to zapalony zawodnik. Znał historię Michała znacznie wcześniej niż ja! No dobrze, wróćmy do naszego bohatera. Największa organizacja piłkarska w Europie, czyli UEFA, wyróżniła go, umieszczając jego nazwisko na liście pięćdziesięciu młodych piłkarzy, którzy mogą dużo osiągnąć w dwa tysiące dwudziestym roku. Koledzy mówili, że jest "bramkostrzelny", choć aktualnie zajmuje pozycję lewego obrońcy. Gdy Michał miał jedenaście lat, trafił do Młodzika Radom, gdzie dojazdy zajmowały mu strasznie dużo czasu. Po kilku latach został wywęszony w Młodej Legii. A wtedy już dzieliła go niedługa droga od tego, aby zostać najmłodszym graczem Legii Warszawa. Jeżeli jesteście fanami Ekstraklasy, z pewnością go kojarzycie. W końcu debiut Michała na warszawskiej "dorosłej" murawie był wyśmienity!


Jestem przekonana, że niecały rok temu o Wasze uszy obiła się informacja na temat odważnej dziewczyny, która strajkowała pod Sejmem. Tak, nie mylicie się - mowa o Indze Zasowskiej. Nasza bohaterka postanowiła wziąć przykład z ciut starszej od siebie Grety Thunberg. Obiecała sobie, że wakacje poświęci na walkę o planetę. Kiedy opowiedziała o swoim pomyśle mamie, uzyskała ogromne wsparcie. W piątki wspólnie jeździły do Warszawy (oczywiście pociągiem), aby zwrócić uwagę ludzi na to, jak wielką krzywdę wyrządzamy Ziemi. Czas spowodował, że do Ingi przyłączali się kolejni strajkowicze. Jedną dziewczynę z warkoczami i transparentem można było przeoczyć, jednak całego tłumu - już niekoniecznie. Po wakacjach Inga, po namowie pani dyrektor, postanowiła kontynuować swoją akcję w szkole. Założyła kółko ekologiczne. Aktualnie celem niewielkiej gromadki jest zasadzenie drzew. Myślę, że każdy z nas jeszcze sporo usłyszy o Indze.


Czy znacie historię każdego przedmiotu w swoim domu? Maciej Zawistowski może na to pytanie odpowiedzieć kiwając głową w dół i w górę. Jego biurkiem jest stół kuchenny, który niegdyś służył prababci do przyrządzania obiadów. W szafie wiszą na wieszakach ubrania liczące nawet sto lat. W zasięgu jego wzroku znajdują się również krzesła z przedwojennej obory. Jutrzyna jest historią na trzytomową opowieść. To malutka wieś zamieszkana przez zaledwie trzysta osób. Wśród nich jest także Maciek. Chłopak odwiedza swoich sąsiadów i rozpoczyna rozmowę zdaniem: "Proszę, opowiedz mi historię swojego życia". Niektórych musi lekko ciągnąć za język, ale zdarzają się też osoby, które wyjawią Maćkowi nawet sekrety swoich tajemniczych romansów. Do tych drugich zdecydowanie należy pradziadek Maćka. Trzeba zaznaczyć, że starszy pan może być dumny ze swojego prawnuka. Chłopak ma na swoim koncie już muzealną wystawę! Wszystkich nas, czytelników, zachęca do rozmowy z sędziwymi członkami naszych rodzin. Na gazety, albumy i archiwa zawsze będziemy mieć czas. Jednak prababcie lub wujkowie mogą nam niespodziewanie zniknąć. 


W książce "Young power!" znajduje się też dziewczyna z burzą jasnych loków na głowie, które rano przyprawiają ją o lekki zawrót głowy. Ta trzynastolatka (no dobra, już za lada moment czternastolatka!) nie szczędzi sobie snu, czego nie może powiedzieć o słodyczach. Nadrabia je filmikami o pieskach. Kiedy była w wieku przedszkolnym, pochłonęło ją rysowanie. Trzyma na swoim biurku mnóstwo ołówków, jednak używa tylko dwóch, z czego wkład do jednego z nich ciągle jest połamany - taka z niej ciapa. Nie jest dobra w utrzymywaniu porządku w szafkach. Ale na jej regale z książkami nie znajdziecie bałaganu. Nieco brakuje jej cierpliwości, dlatego gdy zbliżają się jej urodziny, co chwilę pyta rodziców o prezent. I najczęściej dostaje go kilka dni przed świętowaniem. Ona i sport raczej nie darzą się sympatią, jednak mama i tata powtarzają jej, aby poćwiczyła. Ponad trzy lata temu założyła książkowego bloga. Znacie może tę dziewczynę? Bo ja muszę przyznać, że nigdy wcześniej o niej nie słyszałam :)


Justyna Suchecka, specjalistka od edukacji, swoją debiutancką książką chciała powiedzieć, że wcale nie trzeba być dorosłym, aby robić superowe rzeczy. Autorka tak bardzo polubiła rozmowy z młodymi ludźmi, że postanowiła dorzucić jeden bonus. "Young power!" to trzydzieści jeden opowieści o nastoletnich osobach, które postanowiły wyskoczyć ponad linię przeciętności. Inspirują, zachwycają i przede wszystkim - działają! Dzięki dzisiejszej pozycji dowiecie się, w jaki sposób można łatwo zbadać glebę, dlaczego samolot latający do tyłu jest potrzebny, jaką rolę może odegrać w życiu muzyka oraz historia przodków i jak zrobić czekoladowy krem bez oleju palmowego. Chciałabym też zaznaczyć, że naprawdę warto chwalić się swoim talentem oraz pracą. Z pewnością kryją się w Was (lub w Waszych dzieciach) arcyciekawe pasje!

A, i jeszcze jedno! Rozejrzyjcie się. Może są wokół Was zdolne osoby, które potrzebują wsparcia? 

Tytuł - Young power! 30 historii o tym, jak młodzi zmieniają świat
Tekst - Justyna Suchecka
Bohaterowie - Jarek Brodecki, Igor Falecki, Viki Gabor, Janek Gawroński, Zuzanna Granek, Zuzanna Jabłońska, Justyna Jaworska, Michał Karbownik, Zofia Kierner, Julia Kosińska | Kalina Wiśniewska | Mateusz Malikowski, Kamil Kośnik | Kuba Twardowski | Kacper Orłowski, Zuzanna Kuffel, Ignacy Kus, Piotr Lazarek, Oskar Makowski, Milena Matujewicz, Jan Modrzyński, Maja Mulak, Aleksandra Maria Oto, Uczniowie z Pielgrzymowic, Tymon Radzik, Anna Skierska, Oliwia Smektała, Ola "Asolka" Sobol, Maja Sołtysik, Władysław Sowul, Kira Sukhoboichenko, Iga Świątek, Inga Zasowska, Maciej Zawistowski, Szymon Ziemicki
Ilustracje - Ola i Kamila Romaniak
Wydawnictwo Znak Emotikon, Warszawa, 2020

niedziela, 26 kwietnia 2020

Języczni - czyli mowa pod lupą


Co jest Waszym największym marzeniem? Takim, że gdy o nim myślicie, aż tupiecie nóżkami z przypływu emocji. Wydanie książki? Wizyta w Nowym Jorku? Pierwszy udany, samodzielnie zrobiony sernik? Wymarzone studia? Najprawdopodobniej zaskoczę Was tą odpowiedzią, ale badania wskazują, że najskrytszym marzeniem większości osób jest biegłe władanie drugim językiem. Naprawdę wielu z nas chce, aby półgodzinne rozmyślanie o angielskim odpowiedniku słowa rabarbar nigdy się nie powtórzyło. Pragniemy, żeby kontakt z naszymi znajomymi zza granicy przebiegał bez jakichkolwiek słownych barier. Jednak czym rzeczywiście jest językowa biegłość i kiedy możemy mówić o wkroczeniu na ten poziom?

W swoim niedługim życiu wielokrotnie słyszałam, że dzieci, w domu których mówi się dwoma językami, to osoby ze szczęściem w kieszeni. I faktycznie, jeśli już od pierwszych dni swojego życia słyszymy i uczymy się dwóch języków, mamy nieco ułatwioną przyszłość. Powszechnie wiadomo, że dzieci łatwiej przyswajają kolejne porcje słówek, pojedyncze zasady gramatyki lub pisowni. Jednak czy to nie jest przypadkiem mit? Odwołajmy się do obserwacji, badania zostawię Wam do samodzielnego odkrycia. Kiedy podejrzymy przedszkolne zajęcia języka angielskiego, na twarzach dzieci ujrzymy same uśmiechy. Nauka jest dla nich przyjemna. Wierszyki, piosenki i wspomagające pamięć choreografie taneczne sprawiają im ogromną frajdę. Wiecie dlaczego? Ponieważ nie myślą o swoich błędach, a co za tym idzie - nie wstydzą się ich. Skupiają się na tym, co już potrafią. Gdyby dorośli wzięli z nich przykład w tej kwestii, oszczędziliby sobie mnóstwo stresu i nerwów.


Aktualnie szkoły językowe cieszą się niezłą popularnością. Listy oczekujących na wolne miejsca rosną. Ale jak pewnie się domyślacie, sytuacja z językowymi zajęciami nie zawsze wyglądała tak kolorowo. Na początku ubiegłego wieku takie szkoły świeciły pustkami. Zresztą i tak było ich nie za wiele. Społeczeństwo twierdziło, że drugi język źle wpływa na rozwój dziecka. Zdaniem ówczesnych językoznawców znajomość drugiego języka szkodziła, była niczym niepożądany zwój mózgu. Z ich przedwojennych notatek możemy dowiedzieć się, że dwujęzyczność prowadzi między innymi do uszczerbku na inteligencji. W końcu to sprzeczne z naturą - jako małe brzdące uczymy się najczęściej tylko jednego języka, więc po co utrudniać zadanie naszemu mózgowi? Na całe szczęście z biegiem czasu specjaliści od mowy oznajmili, że te twierdzenia to kompletne bzdury.


Pisząc o mowie należy zaznaczyć, że nauka nowego języka idzie w parze z poznawaniem kultury kraju, z którego dany język się wywodzi. Każde państwo posiada swoje własne poczucie humoru, gry słowne, riposty oraz teksty znane wszystkim obywatelom. Osoba ucząca się języka polskiego na początku swojej przygody nie będzie widziała różnicy pomiędzy „nostalgią” a „tęsknotą”, jednak z czasem nabierze wprawy w dokładnym definiowaniu i nazywaniu naszych uczuć. Bardzo dużo osób posługujących się językiem angielskim na wysokim poziomie, przejęło także brytyjskie żarty. Czy to oznacza, że ludzie dwujęzyczni mają dwie osobowości i dwa poczucia humoru zależne od używanego języka? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. W jednej kwestii psycholodzy są zgodni - osobowość jest jedna. Natomiast mogą ukazywać się jej dwa oblicza.

Przenieście się na moment do swojego dzieciństwa. Powspominajcie przedszkolne przyjaźnie, posiłki w śniadaniówce robione przez mamę w lekkim pośpiechu, pasowanie na pierwszaka, podwórkowe szaleństwo z koleżankami i kolegami, obrzydliwe flaczki na obiad oraz pyszne babcine kompoty. W jakim języku myśleliście o tych momentach? Badania wskazują, że wydarzeniom z dzieciństwa najczęściej przypisujemy swój pierwszy język. To dlatego, że dane wyrazy, twarze i gesty kojarzą się nam z (w tym przypadku) językiem polskim. Mama krzyczała przez okno "Chodź na obiad!", a nie "Come for the dinner!". Myśląc o wspomnieniach z okresu, kiedy już zaczęliśmy wkraczać w kulturę innego kraju, do głowy mogą nam przychodzić wyrazy w obydwóch językach. Bardzo podobało mi się zdanie jednej z badaczek. Powiedziała ona, że język pierwszy to rower, drugi to samochód, a trzeci - autobus. Gdy usłyszymy słowo "jazda", pomyślimy o wszystkich trzech środkach lokomocji.


Dzisiaj pojawia się bardzo dużo pytań, prawda? W takim razie zadam Wam kolejne. Czy wiecie, kim dokładnie jest native speaker? Zazwyczaj sądzimy, że to osoba o ogromnej swobodzie w wyrażaniu swoich myśli, idealnej gramatyce i perfekcyjnej biegłości w danym języku. Wspomogę się tutaj definicją: "native speaker to osoba władająca danym językiem od wczesnego dzieciństwa, nie wskutek nauczenia się go jako dziecko czy osoba dorosła". Wszyscy jesteśmy native speakerami danego języka. Nie ma kategorii, które ujawniałyby nasz poziom językowy. Native speakerem jest zarówno Jerzy Bralczyk jak i człowiek, który z nauką był na bakier. Dlatego chcąc podszkolić swój kolejny język należy dokładnie przeanalizować możliwe opcje, aby nie dać wpuścić się w maliny.


Na pewno pojawiła się w Waszym życiu sytuacja, podczas której nie chcieliście wypowiedzieć danego słowa. Wydawało się Wam, że jest ono nieodpowiednie, nie na miejscu. Szukaliście zamiennika. Jakiś czas temu przeprowadzono eksperyment na osobach dwujęzycznych. Miał on na celu wskazanie, którego języka używają badani podczas rozmów na tematy wstydliwe i krępujące. Koniec końców wygrał język drugi, i to z wielką przewagą. Okazuje się, że język ojczysty często kojarzy się nam z rodziną, jej opiniami i normami społeczeństwa. Każde zdanie wydaje się być dosadne. Natomiast język drugi, nabyty, pozbywa nas zahamowań. Posługując się nim, potrafimy się bardziej otworzyć przed rozmówcą. Za przykład może posłużyć wyznanie miłości. "Kocham cię" brzmi znacznie konkretniej niż "I love you", które może być zakończeniem każdej wiadomości do przyjaciół.

Jak już wspomniałam, nauka nowego języka to pewnego rodzaju przygoda. To nie tylko suche reguły i zasady gramatyki. Mamy możliwość zawarcia nowych znajomości oraz zanurzenia się w obcej dla nas kulturze. Jagoda Ratajczak, autorka książki "Języczni. Co język robi naszej głowie" bardzo trafnie porównuje mowę do słoika z marmoladą. Możemy cały czas jeść dokładnie ten sam smakołyk i mówić, że to najwspanialsze, co nas spotkało. Jednak czasami warto sięgnąć po inny rodzaj marmolady. Jest szansa na to, że nasze ryzyko się opłaci i kubki smakowe będą jeszcze bardziej zadowolone. A jeśli się nie uda, przynajmniej będziemy mieć poszerzone horyzonty i większą wiedzę w tym temacie.


Czy idealne władanie danym językiem jest realne? Jak wiek wpływa na naszą językową wydajność? Ile lat nauki wystarczy, aby nazwać siebie biegłą bestią? Dlaczego tak właściwie uczymy się języka? Czy jedną z motywacji do jego nauki może być nienawiść? Jagoda Ratajczak, filolożka i tłumaczka, uważnie przyjrzała się tym tematom i je opisała. W jej książce "Języczni. Co język robi naszej głowie" znajdziemy również całkiem sporo cudownych porównań oraz metafor, które często są tematem przewodnim tajemniczych ilustracji Oli Niepsuj.

No dobra, a co język robi Waszej głowie?

Tytuł - Języczni. Co język robi naszej głowie
Tekst - Jagoda Ratajczak
Ilustracje - Ola Niepsuj
Wydawnictwo Karakter, Kraków, 2020

niedziela, 19 kwietnia 2020

Plastik fantastik? - czyli problem z tej Ziemi


Mam do Was pytanie. Jak często wybieracie się na krótką wędrówkę z workami wypełnionymi śmieciami? Wcale nie tak rzadko, prawda? Założę się, że w większości przypadków połowę tych odpadów stanowi wszechobecny plastik. Pomyślmy teraz o naszym pierwszym posiłku danego dnia. Chleb - w plastikowej torebce. Ser - w plastikowym opakowaniu. Masło - w papierze powlekanym plastikiem. Mleko - w plastikowej butelce. Owsianka - w plastikowej tubie. Winogrona - w plastikowej reklamówce. Już przed południem udaje się nam zapełnić dno kosza przeznaczonego na to tworzywo. Trochę niepokojące.


Cofnijmy się o dwadzieścia osiem lat. Być może niektórzy z Was już wiedzą, że w ostatnim czasie lubię przenosić się do przeszłości (ściskam moich stałych czytelników!). Tym razem wskoczymy na statek, który znajduje się między Hongkongiem a portem Tacoma w Stanach Zjednoczonych. Jesteśmy na ogromnym kontenerowcu. Myślę, że spokojnie można go nazwać wręcz monstrualnym. Pogoda nad Oceanem Środkowym jest nie najlepsza. Sztorm i wysokie fale zmyły z pokładu aż dwanaście kontenerów. Wiecie, co znajdowało się w środku? Tysiące zabawek do kąpieli, czyli kaczki, bobry, żaby i żółwie. A może zawieruszył się tam jakiś pelikan? Wymienione przedmioty czekały niespotykane przygody. Po wielu miesiącach niebezpiecznych tras wśród zwierząt, można było je odnaleźć na wybrzeżach Alaski, Ameryki Północnej i Szkocji. Prawie w ogóle nie dostrzegano u nich oznak zniszczenia. Od nowych modeli różniły się tylko wyblakłym kolorem i porysowanymi przez kamienie powierzchniami. Jednak wciąż spełniały swoją funkcję. Wiecie dlaczego? Ponieważ zostały wykonane z plastiku. To najtrwalsze, najlżejsze i wodoodporne tworzywo. A gdyby zabawki wykonano z innego materiału? Drewno jest skazane na przemoczenie i rozpadnięcie się. Szkło szybko by się potłukło i zatonęło. Natomiast metal od razu znalazłby się na dnie oceanu, a później czekałby go tylko proces rdzewienia.


Plastik znajdziemy w absolutnie każdym sklepie. To głównie ze względu na prostą produkcję, szybki transport i nikłą wagę. Na przykład pusta litrowa butelka na wodę lub sok waży około trzydzieści gramów. Gdybyśmy postawili na wadze butelkę szklaną, ujrzelibyśmy wynik pięciuset gramów. I znów wygrywa plastik. Jego plusem jest także to, że się nie stłucze. Metalowe części we wszystkich środkach transportu również są zamieniane na te wykonane z tworzywa sztucznego. Dzięki temu samochody, tramwaje, samoloty, pociągi i statki kosmiczne stają się dużo lżejsze. Plastik pozwala im na szybsze i dłuższe przemieszczanie się oraz na zużywanie mniejszej ilości paliwa.

Nikomu nie życzę, aby trafił w tym okropnym czasie do szpitala, więc przenieśmy się do niego tylko myślami. We współczesnej medycynie plastik znajduje się praktycznie wszędzie, dlatego możemy być leczeni w bezpieczniejszych i bardziej sterylnych warunkach. Kiedyś lekarze wielokrotnie używali na przykład tych samych strzykawek. Oczywiście odkażali je po każdym użyciu, jednak niekiedy zmęczenie dawało się we znaki i nie zawsze wykonywali to poprawnie. Zarazki z ogromną łatwością przenosiły się wtedy do organizmu następnego pacjenta. Teraz w szpitalach i gabinetach znajdują się tylko i wyłącznie strzykawki plastikowe, jednorazowe, więc ryzyko zakażenie jest równe zeru. Bardzo przydatne są również jednorazowe rękawiczki i maseczki, o których teraz jest tak głośno.


Pobuszujmy troszkę w sędziwych archiwach. Pierwsze tworzywo sztuczne, czyli celuloid, powstało w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. Wynaleziono je z nietypowego powodu. Poszukiwano zamiennika do produkcji kul bilardowych, które wykonywano z drogiej kości słoniowej, chcąc tym samym oszczędzić życia zwierząt oraz pieniędzy. Później pojawiały się kolejne rodzaje tworzyw sztucznych. To dlatego, że były tanie i łatwe do wyprodukowania. W zawrotnym tempie zastąpiły inne materiały. Panie zachwycały się nylonowymi pończochami, które stroniły od oczek. W kuchni zaczynały królować plastikowe naczynia - o wiele prostsze w obsłudze niż ich poprzednicy. Wkrótce nadeszły lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku, a wraz z nimi potworne plastikowe butelki.


Obecnie masowo produkuje się przerażające ilości plastikowych przedmiotów codziennego użytku. Są one powszechnie dostępne. Zapewne wiecie, że wykorzystanie plastiku w ciągu ostatnich lat gwałtownie zwiększyło się. Przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni używamy na świecie ponad trzystu milionów ton produktów z tworzywa sztucznego. Marnujemy aż bilion torebek plastikowych rocznie. W każdej minucie korzystamy z około dwóch milionów reklamówek. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym roku zużycie plastiku wynosiło piętnaście milionów ton. Sześć lat temu wzrosło ono aż dwadzieścia jeden razy. Muszę przyznać, że wyobrażenie sobie takiej ilości śmieci przychodzi mi z ogromnym trudem.


Gdzie ląduje porzucony przez nas plastik? Tylko dziewięć procent całości są poddane recyklingowi. Większa część trafia do spalarni śmieci. Jednak kiedy spalamy plastik, uwalniają się z niego trujące substancje, które szkodzą ludziom, zwierzętom i roślinom. Mogą powodować niebezpieczne choroby. Bardzo dużo odpadów zostaje wywiezione na wysypisko śmieci, co również nie jest dobrym rozwiązaniem. Papier rozkłada się od jednego do sześciu miesięcy. Bawełna - od jednego do pięciu miesięcy. Skóra - od czterdziestu do pięćdziesięciu lat. Natomiast plastik - od stu do tysiąca lat. Chociaż tak naprawdę nie można tego nazwać rozkładem, ponieważ jego cząsteczki tylko przenikają do gleby. Blisko osiem milionów ton plastiku rocznie trafia do oceanu. Powstały już nawet dryfujące wyspy ze śmieci. Jedna z nich jest większa od Polski! Drobinki plastiku znajdujące się w wodzie zostają zjadane przez ryby, dlatego zdecydowanie powinniśmy ograniczać ich spożywanie. Chociaż nawet bez zjadania ryb plastik przenika do naszego organizmu - wszystkie zwierzęta i spora część roślin również go w sobie mają. To przerażające.


Dwudziestego drugiego kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Ziemi. W trosce o dobro naszej planety oraz nas samych powinniśmy w miarę możliwości unikać plastiku. Rozejrzyjmy się, istnieje przecież mnóstwo alternatyw. Jeśli wybieramy się do kawiarni i mamy w kuchennej szafce termos, spakujmy go do plecaka. Pomyślicie pewnie - przecież jeden jednorazowy kubek i tak niewiele zmieni. I faktycznie, muszę przyznać, że macie rację. Ale jeśli wszyscy będziemy nosić ze sobą termosy, możemy zdziałać naprawdę wiele. Tak samo jest ze słomkami, wacikami, plastikowymi sztućcami i wszystkimi przedmiotami jednorazowego użytku. Zdecydowanie powinniśmy brać przykład z Danii. Wiecie dlaczego? Tego Wam nie zdradzę.

Tuż obok mnie znajduje się książka pod tytułem "Plastik fantastik?". Została stworzona przez dwie koreańskie autorki. Tekst napisała Eun-Ju Kim, natomiast ilustracje wykonała Ji-Won Lee. Obie panie postanowiły zebrać informacje o plastiku, które każdemu z nas obiły się o uszy, jednak najczęściej nie zgłębialiśmy tematu. Wiecie, czym dokładnie jest recykling? Jak produkuje się plastikowe naczynia, zabawki, nici oraz folie? W jaki sposób wytwarza się tworzywo sztuczne i z czego dokładnie powstaje? Nie znacie odpowiedzi na te pytania? Koniecznie musicie sięgnąć po "Plastik fantastik?". Jeśli macie powyżej pięciu lat, śmiało możecie wziąć do ręki naszą pozycję, zawołać domowników i wspólnie ją przeczytać. Całość idealnie dopełniają urocze ilustracje o cieszących oko kolorach.

Ziemio, już w środę jest Twój dzień! Wszystkiego, co najlepsze! 

Tytuł - Plastik fantastik?
Tekst - Eun-Ju Kim
Ilustracje - Ji-Won Lee
Przekład - Marta Tychmanowicz
Wydawnictwo Babaryba, Warszawa, 2019

niedziela, 12 kwietnia 2020

Listy do A. - czyli przedstawienie bez antraktu


W gronie Waszej rodziny z pewnością znajdują się bliscy w bardzo dojrzałym wieku. Dla młodszych członków rodziny - babcia i dziadek. Dla tych nieco starszych - mama i tata. Czasami do naszego życia wkradają się momenty troski i zaniepokojenia. Ze zmartwieniem w oczach obserwujemy wolne tempo na spacerze, szwankowanie pamięci i nieposłuszeństwo zdrowia. Właśnie takie chwile pojawiały się w rodzinie Anielki coraz częściej. 

Najpierw wskoczymy do wehikułu czasu i cofniemy się o kilka lat. Znajdujemy się na wsi, w domu babci Tosi. To kobieta niezwykle żwawa i zabawna. Wiele dzieci może mianować ją swoją przyjaciółką. Między innymi dlatego została dyrektorką przedszkola. Kiedy wnuczka ją odwiedza, jeżdżą tam razem. Podczas długich podróży autobusem babcia wymyślała zagadki specjalnie dla Anielki. Często odwiedzały lodziarnię. Wybór starszej kobiety nigdy nie był zaskakujący - zawsze wygrywała śmietanka i wanilia. Babcia królowała także w kuchni. Żaden obiad nie smakował tak pysznie jak jej pierogi z jagodami. Nikt nie gardził także smakowitymi wypiekami. Natomiast wieczorne wspólne czytanie było dla Anielki jedną z najprzyjemniejszych chwil.


No dobrze, wyskoczmy już z tego wehikułu. Przenieśmy się do domu dziewczynki. Od niedługiego czasu mieszka tam również babcia Tosia. Anielka nie ma pojęcia, dlaczego. Z podsłyszanych jednym uchem rozmów wywnioskowała, że do babci przykleił się Pan A... Dziewczynka za żadne skarby nie potrafi zapamiętać jego nazwiska. Wie, że to właśnie on każe babci odgrywać długi spektakl. Pan A. jest reżyserem, a babcia dostała rolę pierwszoplanową. Przynajmniej tak sądzi Anielka. Obiecała sobie, że wespnie się na wyżyny swojej pomysłowości, aby Pan A. opuścił jej najlepszą przyjaciółkę. Chciała wrócić do wspólnych łamigłówek i pysznego gotowania.


Co robicie, gdy słyszycie hałas i nerwowe krzątanie się? Oczywiście wychodzicie zobaczyć, czemu Wasi domownicy zachowują się tak głośno. Anielka nie była wyjątkiem, również tak zrobiła. Jednak widok, który ujrzała, sprawił, że na kilka sekund przestała ufać swoim oczom. Mama wyciągała z lodówki buty. Babcia włożyła tam obuwie z szafek i wyjęła wszystkie produkty spożywcze. Anielka była pewna, że to sprawka Pana A. Przecież jej ukochana babcia Tosia nawet nie wpadłaby na taki pomysł! Przez niewidzialnego mężczyznę o strasznie ciężkim do zapamiętania nazwisku mama Anielki niezwykle często płakała, tłumacząc się, że dosłownie chwilkę temu przestała kroić cebulę.


Zmartwienie dziewczynki o babcię rosło z każdym dniem. Para ciekawości zaczęła wychodzić Anielce nawet uszami. Postanowiła porozmawiać o Panu A. ze swoją starszą siostrą Patrycją. Już chciała otworzyć drzwi do jej pokoju, jednak wewnętrzny głos zadał pytanie - co się teraz dzieje z hormonami Patrycji? Jeśli buzują jak szalone, lepiej jej teraz nie odwiedzać! Na szczęście okazało się, że hormony właśnie zasypiały, więc to idealny czas na siostrzaną rozmowę. Patrycja wytłumaczyła dziewczynce, że Pan A. jest nieuleczalną chorobą, przez którą pamięć płata babci nieprzyjemne figle. To dlatego kobieta mówi do Anielki "Marysia", a do Patrycji zwraca się "pani". Jednak dziewczynka uznała, że to nie może być prawdą.


Anielka nie mogła pogodzić się z tym, że ta straszna choroba zaatakowała akurat babcię Tosię. Kiedy dziadek wpadł do jej domu z wizytą, postanowiła zaprowadzić go do swojego pokoju i zaskoczyć salwą pytań. Ku jej rozpaczy, dziadek potwierdził to, co wcześniej mówiła Patrycja. Zaznaczył też, że mózg babci jest w nie najlepszym stanie, dlatego warto wspomagać go ćwiczeniami. Role się odwróciły - teraz Anielka wymyślała babci zagadki i czytała jej książki. Często układały wspólnie puzzle. Wyglądało to tak, że wnuczka szybciutko dopasowywała do siebie kolejne kawałki, natomiast babcia patrzyła na nią z podziwem w oczach.


Zdarzało się, że kiedy Anielka tworzyła kolejną bransoletkę z koralików, do pokoju wpraszał się gniew. Oczywiście był on spowodowany tym, że Pan A. kradł jej babcię. Dziewczynka postanowiła się z nim rozprawić. Obiecała, że nie będzie jadła czekolady, ale pod jednym warunkiem. Pan A. koniecznie musi się wyprowadzić! Mijał już drugi tydzień, a tak bardzo wyczekiwane zmiany nie nadchodziły. Jedyną zmianą było to, że Anielka nawet nie tknęła słodkości, przez co Patrycja zaczęła na nią patrzeć nieco podejrzliwym wzrokiem. Natomiast babcia zaczęła dziwnie spoglądać na mamę. Pamięć znowu zrobiła ją w bambuko i wymazała z głowy fakt, że ta osoba jest jej córką. Dlatego kobieta stwierdziła, że koniecznie trzeba się jej pozbyć za pomocą miotły. Ten moment zdecydowanie nie należał do najweselszych.


Pewnego dnia babcia Tosia postanowiła wybrać się na spacer. Problem tkwił w tym, że zapomniała poinformować o tym domowników. Kiedy mama Anielki spostrzegła, że w domu panuje pustka, poruszyła całym osiedlem i zadzwoniła pod odpowiednie numery. Gdy Anielka i Patrycja wróciły ze szkoły, także stały się detektywami. Wyruszyły na poszukiwanie. Po długiej wędrówce odnalazły babcię. Kiedy do niej podeszły, zostały zapytane, kim są oraz czy również się zgubiły. Serca dziewcząt uroniły łezki. Jednak postanowiły nie pokazywać swojego smutku. Zaprowadziły babcię do domu. Tam mama przywitała je - wszystkie trzy - gorącymi uściskami. Już zapomniała o tym, że starsza kobieta wsypała do cukiernicy sól i podlewała szafki zamiast roślin.


Jak zapewne zdążyliście się już zorientować, babcia Tosia nie odgrywała żadnej roli. Ukradła ją choroba o nazwie Alzheimer. Dopada ona najczęściej osoby starsze. Niestety wciąż nie można jej wyleczyć. Anielka, chcąc się jej pozbyć, pisała listy do Pana A. Każdego wieczora kładła je pod drzwiami babcinego pokoju. W ten sposób dawała także upust swoim nieprzyjemnym emocjom, które towarzyszyły jej praktycznie codziennie. Tak naprawdę Pan A. nie jest reżyserem. To Alois Alzheimer, czyli człowiek, który odkrył i opisał chorobę zapominania. Nie powinniśmy się na niego gniewać. Dzięki niemu naukowcy i lekarze wiedzą, nad jakim lekiem koniecznie muszą popracować.


Autorka książki "Listy do A." jest córką kobiety, której pamięć płata poważne figle. Jak taką chorobę może rozumieć dziecko? Przecież z niektórymi sytuacjami nie radzą sobie nawet dorośli. Dlatego tak trudno przychodzi im rozmowa. Czytając tę niezwykłą książkę myślałam o tym, co by się stało, gdyby na miejscu babci Tosi znalazłaby się moja babcia lub dziadek. Ciężko jest mi wyobrazić sobie trudności, z jakimi musielibyśmy mierzyć się każdego dnia. Kiedy w moich rękach znalazła się pozycja "Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer", najpierw zwróciłam uwagę na cudowną okładkę. Zarówno za nią, jak i za ilustracje, odpowiedzialna jest Ewa Beniak-Haremska. Podobnie jak rysunki Joanny Concejo, przenoszą nas one do nostalgicznego świata, w którym obraz stoi na istotnym miejscu.


Przeczytajcie listy Anielki do Pana A. Może dziewczynka zrobi Wam bransoletkę na pocieszenie?

Tytuł - Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer
Tekst - Anna Sakowicz
Ilustracje - Ewa Beniak-Haremska
Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa, 2019

niedziela, 29 marca 2020

Ilustratorki, ilustratorzy - czyli naprzeciw szarości


Jeśli Wasze dzieciństwo przypadło na lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte, siedemdziesiąte lub początek osiemdziesiątych to musicie wiedzieć, że jesteście wielkimi szczęściarzami. Dlaczego? Zastanówcie się chwilkę. Macie trzy sekundy - jeden, dwa, trzy... Naprawdę nie wiecie?! No dobrze, nic straconego. Nieco odświeżę Wam pamięć, zgoda? No to lecimy!

Najpierw sięgniemy po książkę z najwyższej półki z najpiękniejszą żółtą okładką. Założę się, że wiecie, jak wyglądają Lasse, Bosse, Lisa, Britta i Anna. Ze świecą można szukać osoby, która nie kochała "Dzieci z Bullerbyn". Natomiast zaledwie garstka osób wie, dzięki komu nasi bohaterowie wyglądają tak wyjątkowo. Pierwsza polska wersja legendarnej pozycji Astrid Lindgren została wydana z ilustracjami Hanny Czajkowskiej. I choć później pojawiały się wydania z różnymi nazwiskami na pierwszej stronie, pani Hanna bezkonkurencyjnie wygrywa. Nieco ją Wam przybliżę. Była typem zbieraczki. Kolekcjonowała różne durnostojki przy swoim biurku do malowania. Cechowała ją dokładność. Jeśli zlecono jej narysowanie jemiołuszki, godzinami studiowała albumy przyrodnicze. Tworzyła obrazki do "Misia", zaliczyła nawet kilka okładek. Uwielbiała literaturę szwedzką dla dzieci, jednak nie udało się jej odwiedzić tego kraju. Mimo tego, że we wczesnych latach straciła trzech członków najbliższej rodziny, potrafiła dać upust swoim ciepłym uczuciom i namalować dziecięcy świat w książkach takich jak "Pierwsza czytanka", "Oto jest Kasia", "Lotta z ulicy awanturników" i "Karlsson z dachu".


Przenieśmy się do pracowni Danuty Konwickiej. Można tutaj znaleźć mnóstwo farb, kredek, sztalug, papierosów i starych wydań "Szpilek". Najpierw było to miejsce pracy Alfreda Lenicy, taty pani Danuty. To właśnie on zadbał o wielkie okna, czyli znakomite światło do tworzenia. Później przyjechał tu brat ilustratorki, Jan Lenica. I w końcu pracownię przejęła Danuta Konwicka. Mimo tego, że była wolnym strzelcem, codziennie o dziewiątej otwierała drzwi pracowni. Nie było mowy nawet o minucie spóźnienia. Tutaj miała swój świat. Przeglądała albumy, gromadziła książki oraz płyty z muzyką jazzową. Mocno stała na nogach. Ponoć była podporą całej czteroosobowej rodziny. Jej mąż, Tadeusz Konwicki, starał się stworzyć swojej żonie przestrzeń do pracy. Dbał także o wspólne wyjazdy i odpoczynek. Pani Danuta uwielbiała rysować zwierzęta. Możemy to zaobserwować na przykład w książce pod tytułem "O kowbojach z Kolorado". Natomiast jej uśmiechnięte buźki królują na okładce pozycji "Pilot i ja".


Jestem przekonana, że na poddaszu Waszego domu rodzinnego znajduje się choć jeden egzemplarz czasopisma "Miś". Miesięcznik był zbiorem wybitnych tekstów autorstwa miedzy innymi Czesława Janczarskiego, Marii Kownackiej czy też Marii Terlikowskiej. Dla "Misia" niezwykle istotna była także szata graficzna. Czuwała nad nią Janina Krzemińska. Swoją posadę dostała w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym roku. Pragnęła, aby dzieci już od najmłodszych lat otaczały się dobrymi ilustracjami. Najczęściej w pisemku ukazywały się grafiki Bohdana Butenki, Hanny Czajkowskiej i Zbigniewa Rychlickiego. Jednak rekord należy do samej Janiny Krzemińskiej. Uwierzycie, że malarka wykonała do "Misia" aż tysiąc dwie ilustracje?! Jednak wybór ilustratorów i tworzenie obrazków do miesięcznika to nie jej jedyne zajęcia. Artystka zajęła się oprawą graficzną książek dla młodych czytelników. Możemy kojarzyć ją między innymi z "Przygody z małpką" czy też z "Wesołego przedszkola".


Odwiedźmy dom rodzinny naprawdę wysmakowanego duetu. Chyba nie muszę przedstawiać Wam Janusza Stannego, prawda? Ten pan pojawia się w wielu wspomnieniach jako mistrz ilustracji, zaraz po Janie Marcinie Szancerze. Jednak dzisiaj skupimy się na jego żonie, Teresie Wilbik. Pani Teresa studiowała malarstwo na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, jednak po dwóch latach przeniosła się na grafikę, do pracowni Szancera. Jednym z powodów był fakt, że pedagogowi asystował mąż pani Teresy. Swoją pierwszą książkę zilustrowała jeszcze przed dyplomem. Przez krótki okres pracowała w Naszej Księgarni. Jak wyglądał proces tworzenia książki? Najpierw należało przyjść do wydawnictwa po tekst wydrukowany na kartkach. Podawano wymiary i grubość książki oraz limit ilustracji. Reszta należała już do grafika. W środy w budynku Naszej Księgarni zbierała się rada artystyczna. Kiedy zbliżał się końcowy termin, trzeba było stawić się na takim spotkaniu. Najczęściej zbierało się same pochwały i oklaski. Przynamniej tak było w przypadku Teresy Wilbik, która jest odpowiedzialna za rysunki między innymi w "Leonku i lwie", "Słoniu Trąbalskiem" oraz "Tonim".


Jan Marcin Szancer pojawił się w poprzednim akapicie dwukrotnie. W takim razie posnujmy sobie niedługą opowieść na jego temat. Mistrz już od wczesnego dzieciństwa miał bezpośredni kontakt ze sztuką. Dorastał w Krakowie, mieście artystów. Stale odwiedzał teatry i łykał literaturę niczym najpyszniejszą czekoladę. Jako ilustrator zadebiutował jeszcze przed wojną, jednak nie lubił wspominać o swoich pierwszych pracach. Rok po zakończeniu wojny zaczął pracę w wydawnictwie Czytelnik. Służbowo został skierowany do Łodzi na kilka miesięcy. Właśnie w tym mieście wraz z Janem Brzechwą dopieszczał Pana Kleksa. Wyobrażacie sobie tę postać w garniturze, z siwymi włosami i małym nosem? No właśnie. Dzięki mistrzowi wszyscy wiedzą, że Pan Kleks ma czarną brodę, spory brzuszek i kolorowe kubraczki. Jan Marcin Szancer zajmował się także scenografią w teatrach. W swojej autobiografii poświęca literaturze dziecięcej niewielki rozdział, jednak bez wątpienia ukształtował on gust i estetykę ówczesnych młodych czytelników.


Sięgnijcie teraz w najdalsze zakamarki pamięci. Kojarzycie swój pierwszy "Elementarz" z Olą, Jackiem i Asem na okładce? To kolorowy podręcznik do nauki czytania kilku pokoleń. Charakterystyczna okładka to sprawka Janusza Grabiańskiego. Zilustrował on ponad dwieście książek. Jest tatą zawadiackiej miny "Kota w butach" oraz całej sterty znaczków, plakatów i kartek okolicznościowych. Te ostatnie były niezwykle popularnym zajęciem wielu ilustratorów. Pan Janusz należał do niewielkiego grona artystów pokazujących owoce swojej pracy w zachodnich witrynach księgarskich. Przyjaźnił się z Józefem Wilkoniem, choć był raczej typem samotnika. Stale bywał w Bibliotece Narodowej, ponieważ ciągle poszukiwał sędziwych rycin. Dzieci uwielbiały jego ilustracje, dlatego bardzo często pojawiał się w "Płomyczku", "Świerszczyku" i "Misiu". Lekkość jego pociągnięć pędzlem ujmuje również starszych czytelników. Nikt nie zaprzeczy temu, że "Rogaś z Doliny Roztoki" jest przeuroczy.


Zbigniew Rychlicki został zapamiętany jako człowiek ciepły, asertywny i wybitny. To on miał największy wpływ na to, jak wyglądały książki dla dzieci w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Przez ponad trzydzieści pięć lat zajmował posadę dyrektora artystycznego Naszej Księgarni - wydawnictwa ze wspaniała tradycją. Uwielbiał dzieci, był dla nich bardzo wyrozumiały. Często odwiedzał szkoły i przedszkola, co nie było wtedy tak popularne. Regularnie pojawiał się na majowym kiermaszu książki przed Pałacem Kultury i Nauki. Razem ze wspomnianym już Czesławem Janczarskim stworzył Misia Uszatka, który swoją rozpoznawalnością zaskoczył swoich tatusiów. Wiecie, że ubranka przyjaznego niedźwiadka to odzież syna pana Zbigniewa? Chłopiec odegrał sporą rolę w artystycznym życiu taty. Bardzo często zaglądał mu przez ramię z ciekawością w oczach. Jeszcze wtedy nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego tata był aż tak wybitnym ilustratorem. W końcu to jemu zawdzięczamy wygląd "Plastusiowego pamiętnika" czy też "Klechd domowych".


Koniecznie muszę wspomnieć o Mirosławie Pokorze. To twórca bardzo mi bliski. Kiedy byłam nieco młodsza, pokochałam zilustrowaną przez niego "Babcię na jabłoni" oraz "30 lutego" z tekstem Wandy Chotomskiej. Skradł mnie swoim stylem zwanym "loczkowaniem". Narysował w ten sposób ilustracje do kilkudziesięciu książek. Jego charakter ponoć nie należał do najłatwiejszych. Kiedy tworzył, zupełnie zapominał o codziennych sprawach. Często podkreślał swoją miłość do zwierząt, jednak pasją pana Mirosława było polowanie. Świetnie sprawdzał się także jako kucharz. Przy jego blacie do rysowania roiło się od czarnych tuszów, piórek oraz ołówków. Najczęściej towarzyszyła mu także fajka. Niestety nie potrafił dbać o swoje honoraria, co wykorzystywali niektórzy zleceniodawcy. Ale w ostatnich latach wzrosło zainteresowanie jego ilustracjami. Wiele osób chce mieć w swoich kolekcjach rysunki, które darzy sympatią i o których myśli z nutą nostalgii oraz uśmiechu.


Barbara Gawryluk odwiedziła wiele pracowni, domów i muzeów. Postanowiła przypomnieć dorobek artystów reprezentujących polską szkołę ilustracji. Na czterystu stronach pozycji "Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów" udało jej się przedstawić historie dwudziestu czterech twórców. Wymieńmy ich: Maria Orłowska - Gabryś, Hanna Czajkowska, Ewa Salamon, Olga Siemaszko, Leonia Janecka, Elżbieta Gaudasińska, Danuta Konwicka, Janina Krzemińska, Krystyna Michałowska, Bożena Truchawska, Teresa Wilbik, Jan Marcin Szancer, Jerzy Srokowski, Kazimierz Mikulski, Adam Kilian, Janusz Grabiański, Zdzisław Witwicki, Zbigniew Rychlicki, Mirosław Pokora, Janusz Stanny, Antoni Boratyński, Józef Wilkoń, Mieczysław Piotrowski, Bohdan Butenko. Autorka spotkała się z bliskimi ilustratorów, a niekiedy z samymi artystami. W ten sposób nabyła ogromną porcję wiedzy i anegdot, którymi podzieliła się z nami, czytelnikami.

Poznajcie wielkich bohaterów. To właśnie dzięki nim Wasze dzieciństwo było wypełnione kolorami!

Tytuł - Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów
Tekst - Barbara Gawryluk
Opracowanie graficzne - Anna Pol
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa, 2019