niedziela, 27 września 2020

DyrdyMarki - czyli dwieście stron z wąsem o Niedźwiedziu

 


Czy są tutaj jacyś słuchacze Programu Trzeciego Polskiego Radia? Założę się, że tak! Do niedawna w moim domu praktycznie zawsze można było usłyszeć Trójkę. Towarzyszyła nam przy śniadaniu i kolacji, w weekendowe popołudnia i oczywiście piątkowe wieczory. Sądzę, że pana Marka od "Listy" nie trzeba nikomu przedstawiać. To człowiek, który ukształtował gust muzyczny wielu Polaków - w szczególności tych w wieku moich rodziców. To człowiek, który potrafił przykuć do radioodbiorników tysiące (o ile nie miliony!) słuchaczy. To człowiek o głosie, który wywołuje uśmiech i same pozytywne myśli. To człowiek, który swoimi opowieściami, wiedzą i doświadczeniem kupił sympatię całego świata. To człowiek radia. Marek Niedźwiecki.


Najpierw przenieśmy się do lat sześćdziesiątych. Marek Niedźwiecki był wówczas w wieku nastoletnim. Już wtedy znacząco wyróżniał się w gronie swoich rówieśników. Jego sobotnie poranki zawierały jeden, niezmienny rytuał - kupowanie "Sztandaru Młodych". Właśnie w tej gazecie pojawiała się "Lista Przebojów Studia Rytm". Audycja była emitowana w godzinach wieczornych. Przez całą sobotę, młodego Marka kusiło, aby podejrzeć, które numery znalazły się na "Liście". Niekiedy zerkał na przykład na dziesiąte miejsce, ale nigdy nie podglądał, która piosenka dumnie błyszczała przy jedynce. To ćwiczyło samodyscyplinę i pozwalało przeżywać liczne zaskoczenia, rozczarowania i nieustające podekscytowanie. "Lista Przebojów Studia Rytm" to nie jedyna lista, której słuchał Marek Niedźwiecki. Już w dzieciństwie stał się wielbicielem radia, a przede wszystkim muzyki.


Jak myślicie, ile płyt posiada pan Marek? Trzy tysiące? Osiem? Dziesięć? Nie. Piętnaście tysięcy. No może nieco ponad. Trzeba przyznać, że to kolekcja zasługująca na jakiś potężny medal. Właściciel tej kolekcji twierdzi, że kupowanie płyt to jego uzależnienie. Uwielbia dotykać ich okładek i czytać książeczki. Pliki z muzyką nie dostarczają mu tyle emocji, chociaż powoli się z nimi zaprzyjaźnia. Niektóre jego płyty stoją na półce jeszcze nieodfoliowane. Po prostu Marek Niedźwiecki nie czuje potrzeby, aby je rozpakować - no przecież nigdzie mu nie uciekną. I okazuje się, że nie tylko on tak robi. Wojciech Mann również niechętnie to przyznaje. W Waszej głowie może teraz krążyć pytanie: jak to możliwe, że ten człowiek posiada w domu tak wiele płyt?! Na przykład na początku lat dziewięćdziesiątych pan Marek przebywał w Chicago. Do Warszawy wrócił z porządnie napakowaną walizką. Zapytany o to, ile wiezie płyt, odpowiedział, że sto. Został zaatakowany wybałuszonymi oczami i ironicznym śmiechem. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby powiedział prawdę! Bo wspomniana setka nie była prawdziwą odpowiedzią.


Kawał czasu temu, kiedy Piotr Kaczkowski wyjechał do Stanów Zjednoczonych, Marek Niedźwiecki dostał w zastępstwie nocne wydanie sobotniego "Zapraszamy do Trójki". Przejmował antenę między godziną dwudziestą trzecią a drugą. I wpadł na dość nietypowy pomysł na prowadzenie tej audycji. Co tydzień przynosił do studia zegarek od wujka i wieszał go na mikrofonie. Robiła się atmosfera idealna do zapalenia świec i... czytania wierszy. Dlatego też pan Marek z wielką wnikliwością czytał przez trzy godziny wiersze Haliny Poświatowskiej. Wzbogacał tę recytację rockową muzyką. Podczas tych sobotnich nocy przekroczył intymną granicę między słuchaczami. Dostrzegł to dopiero czytając listy od słuchaczek, które wyznawały mu miłość i koniecznie chciały go odwiedzić. Dlaczego Marek Niedźwiecki czytał akurat wiersze Haliny Poświatowskiej? Chyba nietrudno zgadnąć, jaka jest odpowiedź - po prostu uwielbiał jej poezję. Oprawił sobie nawet jej portret w ramkę. Kiedyś pani sprzątająca spytała się, czy to jego była narzeczona. No niestety nie.


Oprócz Poświatowskiej, płyt i "Sztandaru Młodych", Marek Niedźwiecki uwielbia również Szklarską Porębę. Po raz pierwszy odwiedził to miejsce dwadzieścia lat temu. Pojechał tam z Trójką na "Listę" wyjazdową. Nie jest tajemnicą, że pan Marek nie przepadał za audycjami wyjazdowymi. Ponoć kosztowały go całą górę zdrowia i nerwów. Uważa też, że dla ludzi słuchających takich wyjazdówek w domu nie jest to żadna atrakcja. Nie zgodzę się z tym, bo kiedy byłam młodsza, lubiłam słuchać tych pozdrowień. A, właśnie! Być może nie wiecie, że w Szklarskiej utarł się taki zwyczaj, że między utworami słuchacze przesyłali na antenie pozdrowienia. Najzabawniejsze historie są oczywiście związane z wypowiedziami dzieci. Kilkanaście lat temu do wyjazdowego studia wkradł się pięcioletni Czajek. Czarek nie wymawiał "r". Przyjechał z mamą na "Listę" i powiedział legendarne zdanie: "Do widzenia, niestety muszę iść już spać". Dlaczego legendarne? Ponieważ do maja te słowa Czarka zamykały każdą "Listę Przebojów".


Co to jest radio? Marek Niedźwiecki uważa, że to jedno z najtrudniejszych pytań, jakie zostały mu zadane. Radio to ludzie. Radio to muzyka. Radio to fale. Radio to rozmowy. Radio to również nieprzewidywalność. Nie wiadomo, co wydarzy się za kilka minut. Nie wiadomo, kto będzie gościem audycji. Nie wiadomo, jaka pojawi się piosenka. Według pana Marka, ludzie właśnie dlatego słuchają radia. Chcą być zaskakiwani. Oczywiście mniej więcej wiedzą, czego mogą spodziewać się po danych prezenterach i dziennikarzach, jednak szczypta niewiedzy wciąż pozostaje. A skoro jesteśmy przy nieprzewidywalności, koniecznie musimy zahaczyć o teatr wyobraźni. Tak, radio to teatr wyobraźni. Marek Niedźwiecki szczególnie pobudzał wyobraźnię trójkowych słuchaczy. Czasami robił sobie z nich niezłe żarty. Kiedyś udawał, że prowadzi "Listę Przebojów" z kawiarni Ptyś. Specjalnie robił rundki na korytarzu, aby wbiegać zdyszany do radia, otwierać butelki z wodą gazowaną i mówić głośno, żeby przekrzyczeć "sztuczny" kawiarniany szum. Co więcej, Marek Niedźwiecki nawet podał adres kawiarni Ptyś. I już możecie sobie wyobrazić, co się działo później. Biedni słuchacze szukali kawiarni, z której były prowadzone "Listy Przebojów"! Niezły żartowniś z tego pana Marka.


Co kolekcjonował Marek Niedźwiecki? No dobra, ułatwię Wam to pytanie - czego on nie kolekcjonował? Dlaczego nie poleciał na wywiad z Davidem Bowiem? Czemu Australia jest dla niego niczym olbrzymi magnes? Komu podkradł papierosy w Wiedniu? Co podarował Madonnie? W jaki sposób stał się bohaterem przyjęcia Lionela Richiego? Jakie są jego "płyty idealne"? Czy jest asertywny? Co jest jego daniem popisowym? Do kogo wysyłał kartki pocztowe? Czemu nie przepada za wywiadami telefonicznymi? I dlaczego codziennie pije wodę z miodem?


Marek Niedźwiecki twierdził kiedyś, że nie wierzy w życie pozaradiowe. Teraz zmienił swoje zdanie. W Trójce spędził aż trzydzieści osiem lat! Przez te niecałe czterdzieści lat udało mu się stworzyć audycje mądre, wartościowe, uwielbiane, a czasami niesamowicie zabawne. W swojej książce "DyrdyMarki" stoi rozkrokiem pomiędzy dwoma wiekami i opowiada historie pełne anegdot, niesamowitych wspomnień i niezapomnianych podróży. To również pozycja o codziennych sprawunkach. Dowiemy się, jaki jest ulubiony napój pana Marka, czemu uwielbia kotlety mielone i po jakie produkty chodzi na bazarek. Czytając "DyrdyMarki", cały czas miałam w głowie głos Marka Niedźwieckiego. I poczułam się, jakbym nagle zyskała nowego kolegę, naprawdę!


To nie są żadne dyrdymałki, uwierzcie mi. To "DyrdyMarki".


Tytuł - DyrdyMarki
Tekst - Marek Niedźwiecki
Opracowanie graficzne - Andrzej Wąsik
Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa, 2020

niedziela, 20 września 2020

Nie róbcie mu krzywdy - czyli oko szybsze niż mózg

Czuliście się kiedyś wykluczeni ze względu na kolor Waszej skóry? A może byliście świadkami właśnie takiego wykluczenia? Mam nadzieję, że nie. Jednak bardzo często słyszymy o tego typu sytuacjach. Jak się okazuje, ofiarami padają nie tylko osoby o ciemniejszym kolorze skóry. Te, które nie zostały wyposażone w barwnik melatoniny, również mierzą się z okropnościami. O brutalnych atakach na osoby z albinizmem nie mówi się zbyt wiele. Ba, nie mówi się wcale! Praktycznie nikt nie wie o tym, co dzieje się w Tanzanii. W takim razie zajrzyjmy do białych Tanzańczyków i dowiedzmy się, z czym muszą się mierzyć.

Nkamba nie miała pojęcia, dlaczego nie rodzi dzieci. Odwiedziła już czterech uzdrowicieli, którzy dokładnie dotykali jej brzucha, ale żaden z nich nie mógł odpowiedzieć na pytanie swojej pacjentki. To nie tak, że kobieta nie mogła wydawać na świat potomstwa. Przecież miała już trójkę z poprzedniego małżeństwa. Teraz czuła, jakby ktoś rzucił na nią czar. Gdy zakończyła małżeństwo ze swoim partnerem, postanowiła poszukać innego ojca dla jej przyszłych dzieci. Zgodnie z tradycją w jej kraju, swojego wybranka poznała podczas ceremonii. W porze suchej gromadziły się niezamężne kobiety i przed dość sporym gronem mężczyzn pokazywały swoje umiejętności i talenty. Nkamba zaimponowała jednemu z nich pięknym głosem oraz świetnym tańcem. Darusi miał dużo ziemi, prawie trzydzieścioro dzieci i dwie żony. Nkamba miała być jego trzecią. Pomimo zmiany męża, kobieta wciąż nie wydawała na świat dzieci. Aż tu nagle urodził się chłopiec. Zdrowy. Kilka miesięcy po nim przyszedł na świat kolejny. Ten drugi znacznie wyróżniał się wśród innych. To dlatego, że miał jasnoróżową skórę. Ludzie z wioski, widząc niemowlę, krzyczeli: zabijmy, otrujmy, zakopmy, ukryjmy! Ale Nkamba płakała tak głośno, że nikt nawet nie pokusił się o dotknięcie malutkiego Kusekwy. Kusekwa to "ten, z którego się śmieją". Biedny Kusekwa nie miał jeszcze świadomości, że w przyszłości będzie nazywany diabłem i małpą.

Zabobony i kłamstwa na temat osób z albinizmem mają się wyśmienicie. Mimo tego, że Tanzańczycy nie wierzą we wszystkie z nich, wyssane z palca regułki wciąż krążą po kraju, a w szczególności na jego północy. Według niektórych Tanzańczyków albinosi to duchy. Potrafią przenikać ściany. W ciemnościach widzą jak za dnia. Nie czują strachu i bólu. Mają mniejsze mózgi. W ich żyłach płynie rtęć. Popiół ich ciał zamienia się w sól. Krew, kość lub starta skóra albinosa mogą pomóc awansować w pracy. Amulet lub eliksir z jego ciała może przynieść bogactwo lub szczęście. Trzeba jednak uważać, bo albinizmem można się zarazić przez dotyk albo sam kontakt wzrokowy z białą osobą. Albinizm to zawsze wina matki. To kara od samego Boga. To tragedia. To przekleństwo. Lista tego typu przesądów praktycznie nie ma końca. A co tak naprawdę wpływa na to, że człowiek rodzi się biały lub jasnoróżowy? No jak myślicie? Geny. Powtórzę - geny!


Zanim przejdziemy do konkretnych przykładów morderstw i okaleczeń ludzi z albinizmem, chciałabym wziąć na tapet ich głównego i najczęstszego zabójcę. To rak skóry. Kilka lat temu zorganizowano darmowe spotkania z dermatologami. Mówiono o nich w mediach, kościołach i meczetach. Na konsultacje przybyło zaledwie sto pięćdziesiąt osób. Niewiele. Do niektórych informacja w ogóle nie dotarła. Nie wszyscy przecież chodzą na kazania i nie każdy posiada radio lub telewizor. A nawet jeśli usłyszeli o badaniach, nie mieli pieniędzy na autobus do miasta. Mnóstwo osób z albinizmem nie może sobie pozwolić nawet na zakup kremu z filtrem, który jest tak niezbędny do zapobiegania rakowi skóry. Znaczna część jest skazana na powolną, bolesną śmierć. Całe dnie pracy na polu, w ogniu słońca, odciskają ogromne piętno na białej skórze. Później pojawiają się strupy, bąble, pęcherze, oparzenia i różowe rany. Jeśli od razu nie obejrzy ich lekarz, może zrobić się niezbyt ciekawie.

W styczniu dwa tysiące ósmego roku Flora nie mogła zostać na noc z dziećmi, dlatego zawiozła je do swojego ojca. Cała piątka spała w szopie tuż przy domu. Właśnie tej nocy wydarzyła się tragedia. Do szopy weszło trzech dorosłych mężczyzn. Najstarszy z rodzeństwa od razu rozpoznał twarz jednego z nich. Sąsiad jego dziadka powiedział, że jeśli dzieci się nie położą, zabije je wszystkie. Dosłownie kilka sekund później ustawione pod ścianą rodzeństwo patrzyło, jak jeden z mężczyzn podrzyna gardło ich malutkiej siostrze. Drugi mężczyzna dokładnie oświetlał pięcioletnią Mariam latarką, natomiast trzeci łapał płynącą strumieniami krew do rondla. Dziewczynka z albinizmem została okrutnie okaleczona i zamordowana. Kiedy jej mama, Flora, wróciła do domu ojca, zobaczyła zakrwawione ciało swojej córeczki bez nóg. Zabójcy wrócili do domu dokładnie z tym, co było im potrzebne. Teraz jeszcze tylko wizyta u czarownika i już staną się szczęśliwi.

Said na co dzień obiera czosnek z łupinek i sprzedaje warzywa na targu. Nie ukrywajmy, nie zbija na tym fortuny. Ale jest w gronie tych Tanzańczyków, którzy posiadają w domu telewizor. Wszystkie wieczory Saida wyglądają praktycznie tak samo. Mężczyzna spędza je przed telewizorem, wygodnie rozłożony na fotelu z miękkimi poduszkami. Podczas jednego z takich wieczorów usłyszał głośne pukanie do drzwi. Osoby dobijające się do niego znały jego imię, więc on bez zastanowienia krzyknął: jestem u siebie w pokoju! Do środka weszło dwóch mężczyzn, trzeci czekał na zewnątrz. Zaatakowali Saida od tyłu, założyli mu na głowę hidżab i próbowali go podduszać. Chcieli odciąć mu genitalia, ale na całe szczęście im się nie udało. Jednak nie obeszło się bez ran wykonanych maczetą. Oprawcom udało się odciąć Saidowi ucho. Uradowani, wybiegli z tą częścią ciała z jego domu. Zdobyli fragment ciała albinosa. Czyżby pragnęli specjalnego eliksiru? Nie. Pragnęli pieniędzy.


W maju Shitakelelwa został znaleziony przed swoim domem. Nieżywy i z wyrwanymi wnętrznościami. Sprawcy umiejętnie czmychnęli. Nigdy ich nie odnaleziono.
W czerwcu porwano dwóch chłopców z albinizmem - dziewięciolatka oraz siedmiolatka. Wieści na temat Remy'ego i Zakaria cichły z każdym dniem, tygodniem i miesiącem, a ich ojciec nigdy sobie nie wybaczył, że nie zdołał obronić swoich synów.
W lipcu do sypialni Mariamy i jej trzech sióstr weszli mężczyźni w maskach. Najniższy z nich powiedział do ich matki, że zamorduje wszystkie jej córki. A jeśli kobieta tego nie chce, musi oddać mu tę z albinizmem. Jego wspólnik siłą wyrwał siedmiomiesięczną dziewczynkę i zabrał ją na werandę. Mama oraz jej trzy córki słyszały tylko wrzask dziewczynki i uderzenia maczetą. Kiedy zapanowała cisza, mama zobaczyła ciało swojej córeczki bez rąk i nóg.
W październiku sześćdziesięcioletni Rweganyo stracił przytomność, a gdy ją odzyskał, nie miał już dwóch rąk. Kilka lat po tym zdarzeniu mężczyzna wylądował w grobie. Oprawcy dotarli nawet tam i ukradli jego szczękę oraz żebra.
W listopadzie grupa dziewięciu mężczyzn odwiedziła dom Emmanuela i jego mamy. Kobieta przyrządzała posiłek w kuchni, gdy czterech mężczyzn zaatakowało jej siedmioletniego synka. Odrąbali Emmanuelowi lewę ramię i palce u prawej ręki. Wybili zęby i próbowali odciąć język i nos.

Każda, nawet najmniejsza część ciała osoby z albinizmem jest pożądana. Do morderstw i okaleczeń najczęściej dochodzi na północy Tanzanii. Wszystkie te okropności zaczęły się w dwudziestym pierwszym wieku. Naprawdę, dosłownie kilkanaście lat temu! Wyobraźcie sobie, że cena za "materiały" do amuletów i eliksirów potrafi przekroczyć kwotę dwóch tysięcy dolarów. Statystyki nie kłamią, białoskórzy Tanzańczycy mają prawo czuć się zagrożeni. Muszę przyznać, że zaskoczył mnie fakt, że znaczna część bohaterów "Nie róbcie mu krzywdy" nie boi się ataków. Jak sami twierdzą, o wiele bardziej doskwiera im brak pieniędzy. Filip Skrońc wybrał się do Dar es Salaam, aby stworzyć reportaż o napadach na osoby z albinizmem. Koniec końców napisał książkę o biedzie, nowotworze, plemionach, tanzańskiej polityce, głodzie i historii osób z albinizmem. Pozycja "Nie róbcie mu krzywdy" jest wnikliwie napisaną opowieścią o kraju na wschodzie Afryki. Porusza, niekiedy kłuje w serce i na pewno zostaje w głowie. Nie miałam pojęcia, że w jakimkolwiek państwie ludzie z albinizmem są tak traktowani. Myślę, że Wy też nie zdawaliście sobie z tego sprawy. Dlatego tę książkę powinien przeczytać absolutnie każdy. A wrażliwcom podczas lektury radzę robić sobie przerwy.

Niech nasze oko nie będzie szybsze niż mózg. Najpierw dostrzeżmy osobę, jej historię, a dopiero później kolor skóry.

Tytuł - Nie róbcie mu krzywdy
Tekst - Filip Skrońc
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2020

niedziela, 30 sierpnia 2020

30 znikających trampolin - czyli skacząc po opowieści

Na pewno przytrafiła się Wam kiedyś sytuacja, w której na przykład rodzina opowiadała o Waszym wspólnym wypadzie na kajaki, a podczas tej opowieści Wy łapaliście się za głowę i myśleliście: "O czym oni mówią? Przecież ich relacja zdarzeń wręcz graniczy z kłamstwem!". To nieprawda. Relacja zdarzeń rodziny wcale nie graniczyła z kłamstwem. Nie dotknęła go nawet opuszkiem palca! Podczas kajakowej wyprawy, uwagę rodziny przykuły po prostu inne atrakcje. Jej perspektywa znacząco różniła się od Waszej. I proszę bardzo - jedna historia, kilka osób i zupełnie odmienne opowieści. Dzisiaj naszą specjalną gościnią będzie... perspektywa! Zobaczcie, jak wiele od niej zależy.


Neutralnie.

Nadchodził sierpień. Właśnie zaczynała się druga połowa wakacji. Zosia i Łukasz spędzili całą sobotę ze swoją mamą. Najpierw wybrali się na basen. Radości z pływania i chlapania nie było końca. Po basenie grali w piłkę, a później założyli rolki i śmigali po asfalcie. Po tak aktywnie spędzonym czasie, brzuchy rodzeństwa się uaktywniły. Głód opanował je na dobre. Na całe szczęście w domu czekała pyszna pizza. Tata był prawdziwym pizzowym mistrzem. Oprócz smakowitego obiadu, Łukasz i Zosia nie mogli doczekać się... trampoliny! Trampolina była prezentem od rodziców. Skakanie na niej to ulubiona czynność naszej dwójki. Kiedy tylko pojawiała się wolna chwila, rodzeństwo pędziło do ogródka i wskakiwało na trampolinę. Ale wróćmy do sobotniego popołudnia. Zosia, Łukasz i mama wysiadali z autobusu i - z nutką zmęczenia na twarzy - zmierzali w kierunku domu. Łukasz dostał wiatru w żagle i szybciutko pobiegł do ogrodu. Na pewno wiecie, co chciał tam zrobić. Nagle stanął, jakby wyrosły mu korzenie. Nie mógł uwierzyć własnym oczom! Trampolina! Gdzie ona się podziała?!

Oczami.

Żadna chmurka nie zdołała zakryć słońca. Ta jaskrawa kula świeciła jak szalona! Wszyscy musieli mrużyć oczy. Łukasz oraz Zosia, ciemnowłose, zielonookie bliźniaki, właśnie wracali do domu. Ten dzień był wypełniony sportem. Najpierw rodzeństwo odwiedziło basen z przeźroczystą wodą, przez którą można było dostrzec błękitne kafelki. Dobrze, że wzięli ze sobą śnieżnobiałą piłkę - po basenie udało im się nią zagrać na zielonym trawniku. Natomiast później założyli rolki i razem z mamą rozszerzali oczy przechodniom. Nieco zmęczeni, położyli się na trawie fioletowej od koniczyn i popijali żółty sok. W końcu poczuli głód. Wyruszyli w drogę powrotną do domu. Rozmyślali o okrągłej, rumianej pizzy przygotowanej przez tatę. Ich myśli zajmowała także trampolina... Również okrągła, ale już nie rumiana. Swoim wyglądem cały czas kusiła Zosię oraz Łukasza, a oni ulegali jej urokowi i skakali po trampolinie całymi dniami. Po powrocie do domu Łukasz zauważył, że trampolina zniknęła! Na jego twarzy malował się jednocześnie smutek i niedowierzanie. Jak to możliwe, czyżby trampolina dostała nóg i uciekła?!

Uszami.

Tadam! Nadeszła pierwsza sierpniowa sobota. Panował tak ogromny upał, że wszystko skwierczało. Bliźniaki - Zosia i Łukasz oraz ich mama postanowili zrobić sobie sobotę, jakich mało. Z wielką ekscytacją pojawili się na basenie. Jednoznacznie stwierdzili, że schłodzenie się to świetny pomysł. Na basenie chlupała woda. Było słychać także radosne okrzyki dzieci i ich śmiech. A po basenie na całą trójkę czekała wizyta w parku z szeleszczącymi od lekkiego wiatru drzewami. Odbijanie piłki o trawnik nie było zbyt głośne, czego zdecydowanie nie można powiedzieć o wrzaskach mamy, która jeżdżąc na rolkach, bardzo często lądowała pupą na ziemi. Po niedługiej rolkowej przejażdżce, Zosia, Łukasz i mama spokojnie usiedli i pili sok, lekko siorbiąc. Nasi bohaterowie usłyszeli burczenie swoich brzuchów, więc szybciutko poszli na autobus. Jego silnik mruczał jak sędziwy niedźwiedź. W domu tata przygotowywał chrupiącą pizzę. Ale przed zjedzeniem obiadu, Zosia i Łukasz bardzo chcieli poskakać na swojej ukochanej trampolinie. Gdy tylko autobus się zatrzymał, chłopiec popędził do ogrodu. A tu niespodzianka! W ogrodzie nie było trampoliny. Łukasz wziął głęboki oddech i krzyknął: "Nie ma naszej trampoliny! Zniknęła! Ktoś ją ukradł!".

Straszliwie.

Ten dzień był dziwnie upalny i cichy. Nic nie wskazywało, że cokolwiek może zakłócić spokój sobotniego popołudnia. Zosię i Łukasza łączyło zniewalające podobieństwo. Każdy, kto tylko rzucił na nich okiem, dostawał w pakiecie ciarki na plecach i przeszywające spojrzenia. Bliźniaki i ich mama wracali do domu. Wcześniej wybrali się nad zdecydowanie za głęboki basen. To istny cud, że rodzeństwa nie pochłonął cyklon wodny, który pojawia się właśnie na głębokich wodach. Później Zosia i Łukasz grali w piłkę. Piłka unosiła się podejrzanie wysoko, jak gdyby podnosiły ją... duchy. Po kilku rozgrywkach cała trójka jeździła na rolkach. Mama także. Wychodziło jej to nieudolnie, często upadała. To był dla niej prawdziwy horror. Musiała walczyć o życie. Bo co by się stało, gdyby zbyt mocno uderzyła pupą o ziemię? Mogłaby umrzeć! Zosia i Łukasz byli wykończeni swoimi przerażającymi wyczynami na rolkach. Kiedy przycupnęli przy niemożliwie fioletowym trawniku, odezwały się ich brzuchy! Wypowiadały niezrozumiałe słowa. Bliźniaki oraz mama, straszliwie przestraszeni, popędzili do autobusu. Tam brzuchy domagały się pokarmu. Mówiły: "Szybko! Potrzebujemy jedzenia! Jeśli nam go nie dostarczycie, zjemy Was od środka". Na całe szczęście w domu czekała pizza przyrządzona przez tatę. Zosia oraz Łukasz marzyli jeszcze o zabawie na trampolinie. Ale co by się stało, gdyby skacząc skręcili sobie wszystkie kostki - nawet te w rękach? Już nie musieli się nad tym zastanawiać, bo gdy dotarli do domu, okazało się, że trampolina zniknęła. Czyżby ukradł ją jakiś potwór?!

Plotkarsko.

Dwie starsze panie przypadkowo spotkały się na ulicy. Słynęły one ze swojej biegłej znajomości okolicznych plotek. Swoją niedzielną rozmowę zaczęły od pytania: "A słyszała pani, co się stało wczoraj tu niedaleko?". Obydwie kobiety z ogromnym zaciekawieniem mówiły o napadzie na mamę oraz dwójkę jej dzieci! Ponoć gdy tylko nasza trójka wysiadła z autobusu po długim wypoczynku, ich walizki zniknęły. Ktoś ukradł je w biały dzień, tuż przy ludziach! Sąsiedzi widzieli tylko przestraszonego Łukasza, który szybciutko pędził do domu. Taka była wersja zdarzeń według pierwszej pani. Natomiast ta druga słyszała o czymś zupełnie innych. Podobno mama wyjechała z Zosią i Łukaszem nad morze, a w tym czasie złośliwi złodzieje obrabowali jej ogród! Włamali się nawet do domu i narobili tam licznych szkód. A kiedy Łukasz zobaczył, w jakim stanie jest jego dom, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Zaczął krzyczeć, po prostu puściły mu nerwy.

No cóż, jak widzicie, plotki i pogłoski mają się wyśmienicie. W miasteczku Zosi i Łukasza również.

Pozycja "30 znikających trampolin" przedstawia jedną, nieskomplikowaną - aczkolwiek zaskakującą - historię. Wspominane już wielokrotnie sobotnie popołudnie pokazane jest tutaj aż na trzydzieści różnych sposobów. W książce znajdziemy opowieść optymistyczną, esemesową, gazetową, długaśnie-zdaniową, a nawet rymowaną! Dorota Kassjanowicz zdecydowanie zasłużyła na uznanie czytelników. Jej pomysł na stworzenie tak nietypowej pozycji jest naprawdę genialny! Gdy tylko dowiedziałam się, że to Dorota Kassjanowicz jest autorką tekstu "30 znikających trampolin", szeroko się do siebie uśmiechnęłam. Dlaczego? Dlatego, że od książki "Cześć, wilki!" właśnie tej pisarki rozpoczęła się moja blogowa przygoda. Tak, to była pierwsza recenzja, którą napisałam! Możecie ją przeczytać klikając tutaj, ale raczej nie radzę tam zaglądać :) Ale do dzisiejszej lektury. Tekst idealnie przeplata się z ilustracjami, które świetnie wykonała Paulina Daniluk. No zerknijcie tylko na zdjęcia!


Chcecie dowiedzieć się, co stało się z trampoliną i na jakie sposoby została przedstawiona ta historia? Wiecie, co trzeba zrobić!


Tytuł - 30 znikających trampolin

Tekst - Dorota Kassjanowicz

Ilustracje - Paulina Daniluk

Kategoria wiekowa - 7+

Wydawnictwo Albus, Warszawa, 2020

niedziela, 23 sierpnia 2020

Start. Design dla nastolatków i nie tylko - czyli cóż za projekt!

Projektowanie graficzne czyha na każdym rogu. Rozejrzyjcie się. Wszystko wokół Was (z wyjątkiem tego, co stworzyła natura) zostało zaprojektowane. Biurko. Okno. Chusteczka higieniczna. Doniczka. Klamka. Długopis. Telefon. Przechodząc obok kosza na śmieci, raczej nie rozmyślamy o tym, kto mógł go zaprojektować. Dopiero, gdy sami chcemy dać popis swojej wyobraźni i próbujemy coś stworzyć, zaczynamy doceniać inne projekty. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że my również jesteśmy projektem. Ubieramy się w określony sposób. Układamy swoje włosy, zakładamy kolczyki, malujemy rzęsy. Odwiedzamy ulubione miejsca. Mamy własny charakter pisma. Kształtujemy swój zmysł estetyki. Poszukujemy pasji. Otaczamy się wybranymi przedmiotami. Po prostu tworzymy samego siebie. Dzisiaj skupimy się właśnie na projektowaniu. A konkretnie - na projektowaniu graficznym.

Jaką rolę ma tak właściwie projekt graficzny? Wymaga on zaangażowania naszej głowy. Znak STOP fizycznie nie sprawi, że się zatrzymamy. Ale jeśli tylko na niego spojrzymy (i przestrzegamy zasad ruchu drogowego), automatycznie staniemy. Projekt graficzny dociera przez nasze oczy wprost do naszego mózgu. Przykuwa uwagę. Intryguje. Niezwykle istotna jest jego forma. Forma to po prostu wygląd danej rzeczy. Odkładamy tutaj na bok znaczenie. Skupiamy się tylko i wyłącznie na wyglądzie, czyli na kolorach, kształcie oraz rozmiarze. Małe dzieci postrzegają cały świat jako jedną formę, dlatego projektanci bardzo często pielęgnują w sobie dziecięce spojrzenie. Wykonując swoją pracę, biorą pod uwagę na przykład to, że w większości kultur wszystkie komunikaty odczytywane są od góry do dołu. Nasz wzrok najpierw skupia się na górnych informacjach, a później przechodzi do tych niższych. Gdy odwróci się obraz, odbiorca spojrzy na niego uważniej i z większym zaciekawieniem. 

Niezwykle skutecznym i łatwo osiągalnym efektem graficznym jest powtórzenie. Stosując ten efekt, można zyskać na intensywności obrazu lub nadać mu zupełnie inne znaczenie. Ta zasada królowała w latach sześćdziesiątych. Andy Warhol szczególnie ją polubił. W jego pracach ważną rolę odgrywały również barwy. Odpowiedni dobór kolorów to odwieczna zagwozdka wielu projektantów. Kolory potrafią przekazać to, czego nie potrafią przekazać słowa. Ich moc jest ogromna. Niesamowite, że dana barwa wywołuje w nas emocje i uczucia. I to w głównej mierze właśnie kolor decyduje o tym, w jaki sposób odbieramy dany projekt. Wiedzieliście, że każdy kolor ma swoją nazwę? Pomysłodawcą systemu identyfikacji kolorów jest Lawrence Herbert. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym trzecim roku ten pan zdecydowanie ułatwił pracę wszystkim drukarzom. Stworzył Pantone. Pantone to nieocenione narzędzie wykorzystywane na całym świecie. Zbiory tego systemu liczą grubo ponad tysiąc kolorów wyposażonych w nazwy z cyferkami.

Przejdźmy do typografii. A konkretnie - pochylmy się nad literami alfabetu. Te trzydzieści dwa symbole tak naprawdę same w sobie nic nie znaczą. Dopiero, gdy zostaną połączone w różne kombinacje, tworzą prawdziwe opowieści. Litery mogą przybierać niewiarygodnie dużo form, które nazywane są krojami pisma lub fontami. To, jak tekst wygląda, jest praktycznie tak samo ważne, jak to, co oznacza. Historia każdego kroju pisma jest zupełnie odmienna. Na tapet weźmy na przykład font FUTURA. Wymyślił i opracował go Paul Renner. FUTURA opiera się na czystych, geometrycznych kształtach. Okrzyknięto ją wizualnym elementem dwudziestowiecznego modernizmu - mimo tego, że Renner nie przepadał za sztuką współczesną oraz abstrakcyjną. 

Style pisma także decydują o odbiorze tekstu. Pozwólcie, że przedstawię Wam styl szeryfowy. Szeryfy to takie małe "stópki" na końcach liter. Szeryfowy krój pisma to najbardziej tradycyjna forma współczesnych liter. Ewoluowała ona z pisma ręcznego, w którym wszystkie litery były łączone kreseczkami. Z kolei czcionek bezszeryfowych zaczęto używać dopiero pod koniec dziewiętnastego wieku. Dzięki swojej prostocie pozwalały one szybciej dotrzeć do mózgu konsumenta. Natomiast wersaliki wykorzystuje się w nagłówkach, tytułach oraz wszystkich miejscach w tekście, które autor szczególnie chce uwypuklić. Wersaliki to taki „bezgłośny krzyk”. Jeśli chciałabym użyć ich w mojej recenzji, WYGLĄDAŁABY ONA WŁAŚNIE TAK. No dobra, czas na kolejny styl pisma. Kerning to odstęp pomiędzy literami. Dobry kerning sprawia, że tekst jest czytelny. A czym są majuskuły oraz minuskuły i jakie role mają punkt oraz pica? Niech to pozostanie zagadką! 

Uchylmy drzwi do pokoju z następnym tematem, czyli z... treścią! Treść jest kluczowa, jeśli chodzi o projektowanie. To w końcu od niej zależy, jak będzie wyglądała wcześniej wspomniana już forma. Przypomnijcie sobie słynny znak EXIT. Napotykamy się na niego w prawie każdym budynku. Osoba, która go zaprojektowała, musiała jasno i prosto odpowiedzieć na pytanie ludzi: "Jak mam stąd wyjść?". Wielki amerykański architekt powiedział kiedyś, że forma wynika z funkcji. Autor znaku EXIT najprawdopodobniej wziął sobie do serca słowa kolegi po fachu. Przy swoim projekcie wybrał czytelną czcionkę. Taką bez zawijasów i kursywy. Postawił na kontrastujące ze sobą kolory. Gdyby użył na przykład pomarańczu i błękitu, znak straciłby na swojej prostocie. Właśnie dlatego EXIT zazwyczaj występuje w bieli i czerwieni lub bieli i zieleni. Niekiedy pojawia się również kolor czarny, który także sprawia, że napis jest widoczny. Mogłoby się wydawać, że ten znak jest banalny i projektant za bardzo się nad nim nie napocił. Nic bardziej mylnego!

Uwaga, teraz poleci do Was salwa pytań! Czym tak naprawdę jest logo? Czy przestrzeń negatywna jest równie ważna, jak ta pozytywna? Co właściwie oznaczają te dwa terminy? Jak często projektanci wykorzystują iluzję? Kiedy powstał design? Dlaczego prostota jest tak istotna we wszystkich projektach? Czy osoby zajmujące się projektowaniem mogą być mistrzami metafor i dwuznaczności? Czego codziennie szuka nasze oko? Co przykuwa naszą uwagę? Chip Kidd jest prawdziwym specjalistą od projektowania. W końcu ma już na swoim koncie ponad tysiąc książkowych okładek. Jego "Start. Design dla nastolatków i nie tylko" - w przekładzie Grażyny Chamielec - to genialny przewodnik, w którym skrywają się tajniki projektowania graficznego. Od razu muszę zaznaczyć, że nie jest to pozycja tylko i wyłącznie dla przyszłych grafików. To książka, która otwiera oczy i zwraca uwagę na często pomijaną pracę projektantów. Autorowi należy się porządny uścisk dłoni, ponieważ ta lektura jest niezwykle ciekawa graficznie! Mimo tego, że tytuł zwraca się do nastolatków, myślę, że każdy powinien po nią sięgnąć. Bo to naprawdę świetna rzecz. 

To co, pozwolicie się oprowadzić Chipowi Kiddowi po świecie designu?

Tytuł - Start. Design dla nastolatków i nie tylko
Tekst i oprawa graficzna - Chip Kidd
Przekład - Grażyna Chamielec
Wydawnictwo Mamania, Warszawa, 2018

niedziela, 16 sierpnia 2020

Xin chào! - czyli dzień dobry, Wietnamie!


Mam dla Was znakomitą wiadomość! Niezwłocznie muszę o niej napisać. Dzisiaj zabieram Was w bardzo daleką podróż. Mam nadzieję, że poczuliście teraz przedwyjazdowy dreszczyk emocji. Wybierzemy się dokładnie tam, gdzie pieprz rośnie. Spróbujemy liczi, duriana i pysznego ryżu. Zapukamy do drzwi Chryzantemy, odwiedzimy Niebieskiego Smoka i uśmiechniemy się do Łagodności. Takie właśnie imiona noszą mieszkańcy naszego celu podróży. Wtopimy się w ruch uliczny ogromnego miasta i założymy na głowę nón lá, czyli charakterystyczny dla tego kraju stożkowy kapelusz. Staniemy pod pomnikiem niezwykłego Polaka i zajrzymy do rolników pracujących na polu ryżowym. Już wiecie, do jakiego państwa Was zabiorę? Nawet nie musicie się pakować! Usiądźcie wygodnie. Wyruszamy do Wietnamu!

Wietnam jest bardzo wąski i długi na ponad tysiąc sześćset kilometrów. Zdecydowanie wyróżnia się swoim kształtem. Wyobraźcie sobie, że na środku, w swoim najwęższym miejscu mierzy zaledwie pięćdziesiąt kilometrów! Znacznie rozszerza się na północy oraz na południu. Wietnamczycy mówią, że ich kraj do złudzenia przypomina đô gânh. To nazwa dwóch koszy połączonych ze sobą wytrzymałym bambusowym patykiem. Odkąd sięga pamięć Wietnamczyków, lokalni rolnicy noszą w takich koszach swoje ryżowe plony. Choć Wietnam jest tylko nieco większy od Polski, może pochwalić się o wiele dłuższą linią brzegową! Wynosi ona aż trzy i pół tysiąca kilometrów! Polska linia brzegowa liczy około siedmiuset siedemdziesięciu kilometrów. Gdy Wietnamczyk odwiedza inną część swojego kraju, musi się liczyć z tym, że będzie miał trudności z komunikacją. To dlatego, że w kraju ryżu mieszkają aż pięćdziesiąt cztery grupy etniczne. Najliczniejsi są Wietowie, a tuż po nich Tajowie. Tajowie wierzą, że nie tylko ludzie i zwierzęta mają duszę - również przedmioty i rośliny. W kraju, w którym żyje tak wiele zupełnie różnych ludzi, istotny jest szacunek i tolerancja. Niestety, mniejszości etniczne są bardzo źle traktowane przez głowy państwa. 


Na pewno zdarzyło się Wam kiedyś odezwać do swoich rodziców z nutką gniewu, znudzenia lub zdenerwowania w głosie. Wtedy rodzice zapewne mówili Wam: "Nie tym tonem!". W Wietnamie intonacja jest niezwykle ważna. Wystarczy, że wypowiadając jakieś słowo lekko zmienimy ton i już mamy inny wyraz. Język wietnamski nazywa się językiem tonalnym. Składa się z sześciu tonów. Niektóre tony są wysokie, inne gwałtownie opadają albo się falują. Ton danej litery zaznacza się znakami diakrytycznymi, czyli kropkami, kreskami, zawijasami i falami. Znaczenie danego wyrazu zależy od tego, w jaki sposób je wymówimy, dlatego nauka wietnamskiego może wydawać się na początku nieco trudna. Ponoć po opanowaniu tonów jest już z górki. Tutejszy język ma bardzo mało reguł oraz wyjątków, a na dodatek wszystkie rzeczowniki występują w mianowniku, a czasowniki - w bezokoliczniku. Wietnamskie zdanie przetłumaczone na język polski mogłoby brzmieć na przykład tak: "Przechodzić do następny akapit".


Odwiedzimy teraz miasto Sajgon. Obecnie nazywa się ono Ho Chi Minh, ale Wietnamczycy zdecydowanie wolą pierwotną nazwę. Spacerując po ulicach tego olbrzymiego miasta, mamy ochotę powiedzieć tylko jedno - ale sajgon! Panuje tu ogromny chaos i zamieszanie. Sajgon liczy aż dziewięć milionów mieszkańców. To Warszawa pomnożona aż pięć razy! Europejczycy, patrząc na tutejszy gwar na ulicach, mogą złapać się za głowę. Wietnamczycy absolutnie nie przejmują się zasadami drogowymi. Samochody jeżdżą po chodnikach, na jednym skuterze podróżuje cała rodzina, a ludzie chodzą środkiem ulicy. Tutaj każdy dostosowuje się do powiedzenia: "Kto pierwszy, ten lepszy". Nieodłącznymi elementami Sajgonu są okropnie zanieczyszczone powietrze oraz... woda. Miasto bardzo często jest podtapiane, ponieważ leży dokładnie na poziomie morza. Zupełnie nie przeszkadza to dzieciom, które podczas wizyt wody w Sajgonie robią papierowe statki i urządzają im rejsy.


Cały świat wie o tym, że Wietnam to królestwo ryżu. Wszyscy mieszkańcy tego kraju bardzo szanują ryż. Wiedzą, jak ciężko muszą pracować rolnicy, aby mieć obfite plony. Opowiem Wam nieco o tym ciężkim zajęciu, jakim jest uprawa ryżu. Najpierw rolnicy wkładają ziarenka do specjalnych, płóciennych woreczków i odkładają je w wilgotne miejsce. Po kilku dniach nasiona zaczynają pękać. Wtedy wysiewa się je na grządce i cierpliwie czeka, aż wykiełkują. W tym czasie rolnicy biorą się za przygotowywanie pola, które przypomina mnóstwo płytkich basenów z mętną wodą. W przygotowaniu uprawy pól pomagają silne bawoły. Maszyny od razu utknęłyby w błocie. Kiedy rolnicy troszczą się o odpowiednie warunki ziemi, na grządkach pojawiają się sadzonki. Rolnicy delikatnie je wyciągają i pochyleni, brodząc po kostki w mętnej wodzie, wsadzają sadzonki w odpowiednie miejsca. Ku ich utrapieniu, temperatura i wilgoć są naprawdę wysokie. To niezwykle trudna praca. Ryż dojrzewa przez około dwa, trzy miesiące. Po tym czasie pola już przestają być mokre i stają się złote. Gdy rośliny osiągają już wysokość dorosłego człowieka, rolnicy ścinają je sierpem. I później zaczyna się kolejna ciężka praca, czyli wyłuskiwanie ryżu ze skórek. Z takiej jednej sadzonki rodzi się zaledwie od trzydziestu do stu ziarenek ryżu! To naprawdę niewiele! Teraz już wiecie, dlaczego Wietnamczycy tak bardzo szanują nawet najmniejszą miskę ryżu.


Wcześniej wspomniałam o mieście Sajgon. Założę się, że jego nazwa skojarzyła się Wam z sajgonkami. W Wietnamie mówi się na nie nem cuơn. Te charakterystyczne małe krokiety szczytują na listach najpopularniejszych wietnamskich potraw. Pochodzenie tego dania wciąż jest zagadką. Sajgonkami chwalą się i Chiny, i Wietnam. Jednak te chińskie są zrobione z grubego ciasta z mąki, natomiast te wietnamskie - z cieniutkiego papieru ryżowego. Jedno jest pewne - swoim smakiem sajgonki zachwyciły dosłownie cały świat. W cieniutki papier ryżowy zawija się farsz z mięsa i warzyw lub z samych warzyw. Wietnamczycy uwielbiają ten smak!

A skoro jesteśmy już przy jedzeniu, spróbujmy lokalnych owoców. Na pierwszy ogień pójdzie liczi. Liczi kształtem może przypominać truskawkę, ale w odróżnieniu od niej ma twardą skórkę i soczysty, słodki miąższ. Czas na kolejny smakołyk. Wyobraźcie sobie, że rambutan pokryty jest... włosami! Zjedzenie tego owocu jest niezłym wyzwaniem, ponieważ miąższ i pestka tak się ze sobą polubiły, że prawie w ogóle nie chcą się nawzajem puścić. Spróbujmy jeszcze trzeciego owocu. Wy też poczuliście teraz ten dziwny zapach? To durian. Jest on znany właśnie ze swojego intensywnego, niezbyt przyjemnego zapachu. Ten owoc może mierzyć nawet czterdzieści centymetrów i ważyć pięć kilogramów! Jest naprawdę potężny. Drzewa, na których rośnie durian, potrafią być niebezpieczne. To dlatego, że ich wysokość wynosi mniej więcej czterdzieści metrów. Gdy durian spada z takiego olbrzyma, z łatwością może uszkodzić czyjąś głowę. Jeśli ktoś jest nieprzyzwyczajony do smaku duriana to zapewne zaatakują go duszności i zawroty głowy. Zdecydowanie warto jeść ten owoc przy otwartych oknach.


Jak myślicie, co w Wietnamie robi spory pomnik Kazimierza Kwiatkowskiego, nazywanego Ka Zikiem? Czym ten człowiek zasłużył sobie na dozgonne oddanie Wietnamczyków? Dlaczego po śmierci żółwia Hoàn Kiêm dziennikarze pisali, że to zły znak dla stolicy? Czemu Wietnamczycy raczej stronią od lekarstw i skąd znają tyle zastosowań ziół? Czy wietnamski smok istnieje? Jak naprawdę nazywa się słynny myszojeleń, który niedawno został odkryty w Wietnamie? Tôn Vân Anh oraz Monika Utnik-Strugała pokazują nam, czytelnikom, prawdziwe oblicze Wietnamu! Książka o tytule "Xin chào! Wietnam dla dociekliwych" jest zbiorem wietnamskich prawd, legend, powiedzeń i przesądów. To również pozycja, która umożliwia poznanie tego kraju od kuchni (oczywiście takiej z garnkami wypełnionymi ryżem). Wietnam zupełnie różni się od krajów europejskich i każdy kolejny rozdział książki pokazuje, że jego odmienność jest fascynująca. Mam nadzieję, że zostaniecie tam, gdzie pieprz rośnie, razem z autorkami tekstu oraz Anną Kaźmierak, która wykonała ilustracje idealnie oddające klimat Wietnamu. Jeśli spotkacie jakiegoś Wietnamczyka, od razu powiedzcie mu: "Xin chào! Tôi là người Ba Lan". Przyjemnej podróży!

Tytuł - Xin chào! Wietnam dla dociekliwych
Tekst - Tôn Vân Anh, Monika Utnik-Strugała
Ilustracje - Anna Kaźmierak
Kategoria wiekowa - 8+
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2020

niedziela, 9 sierpnia 2020

Herosi - czyli nasze skarby


Kiedy rozpoczynają się letnie igrzyska olimpijskie, cały świat wpatrzony jest w telewizory i praktycznie wszystkim udzielają się sportowe emocje. Losy polskich sportowców absolutnie żadnemu Polakowi nie są obojętne. Do ostatniej chwili trzymamy kciuki i nie gasimy w sobie iskry nadziei. Czasami podnosimy głos, rzucamy niemiłe słówko, a niekiedy piejemy z zachwytu i z radością wstajemy z kanapy. Dziś skupimy się raczej na tych drugich reakcjach. Nie jest tajemnicą, że Polakom udało się uzbierać całkiem sporo olimpijskich medali. Za każdym złotem, srebrem lub brązem kryje się niezwykle ciekawa i nierzadko niespodziewana opowieść.


Zacznijmy od pierwszego polskiego medalu, który udało się nam zdobyć na słynnej olimpiadzie. Musimy uruchomić książkowy wehikuł czasu i przenieść się prawie sto lat wstecz. Uf, no dobra - już jesteśmy w tysiąc dziewięćset dwudziestym ósmym roku. Znajdujemy się w Amsterdamie. Mimo tego, że mamy lato, pogoda nie dopisuje. Deszcz oraz wiatr urządzili sobie wielodniowe przyjęcie. Wesoło tańczą nad całym miastem i porządnie wymachują biodrami. Nie sprzyjają warunkom do rzucania dyskiem. Halina Konopacka wzięłą do ręki mokry, potwornie śliski dysk, stanęła w kole o rozmiękłym podłożu i od razu wiedziała, po co tutaj przyjechała. Jej skupienie oraz umiejętności pozostały na swoim miejscu. Dysk wylądował na granicy czterdziestu metrów! To był nowy rekord świata! I to ustanowiony przez Polkę! Żadna rywalka nie uzyskała lepszego wyniku. Złoto Haliny Konopackiej było polskim akcentem na igrzyskach oraz prezentem na dziesięciolecie odzyskania niepodległości.


Był Amsterdam, teraz czas na Montreal. Jeszcze przed rozpoczęciem ogromnej olimpiady Polacy doskonale wiedzieli, że już za moment będą się cieszyć złotym medalem. Dlaczego? Czy rozgrywki były ustawione? Oczywiście, że nie. Już wszyściutko Wam tłumaczę. Nasza drużyna siatkarska trenowała wtedy pod okiem Huberta Wagnera. Od razu musicie wiedzieć, że był to niezwykle wymagający trener. Niektórzy mówili o nim, że jest tyranem i katem! Ten mężczyzna zakończył swoją karierę gracza i od razu rozpoczął karierę trenera. Jego charakter nie należał do najłatwiejszych. To on ustalał warunki i dyktował zasady. Zawodnicy musieli mu się podporządkować. Nikt nie miał śmiałości postawić się Hubertowi Wagnerowi. Trener dbał o kondycję swojej drużyny przed olimpiadą. Siatkarze wychodzili z treningów okropnie zmęczeni. Często czekało ich jeszcze bieganie po górach z dodatkowym obciążeniem! Tak, to także był rozkaz Wagnera. Gdy trener oznajmił, że Polacy przyjadą z igrzysk ze złotym medalem w dłoni, nikt nie wątpił w jego słowa. Kibice oraz gracze się nie zawiedli - stanęliśmy na najwyższym miejscu na podium!


Czasami swojego sukcesu nie warto mierzyć w medalach i zwycięstwach. Te słowa mogłyby wybrzmieć z ust Elżbiety Krzesińskiej, którą na olimpiadzie dopadł przeogromny pech. Udział w finale skoku w dal kobiet to niezłe wyróżnienie. Wśród finalistek znalazła się siedemnastoletnia Polka. Tak, zgadliście! To właśnie Elżbieta Krzesińska. Oczy wszystkich kibiców od razu skierowały się na młodą reprezentantkę. Nastoletnia Ela wszystkich zachwyciła swoim długim, jasnym warkoczem. Nasza lekkoatletyczka wykonała imponująco daleki skok. Już prawie cieszyła się ze złotego medalu! Jednak po kilku chwilach wokół zawodniczki zrobiło się zgrupowanie sędziów. Wszyscy wymieniali się niepokojącymi spojrzeniami. Jaka dziwna sytuacja! Okazało się, że ten piękny warkocz Elżbiety Krzesińskiej zrujnował jej wygraną! Dotknął piasku zanim nasza reprezentantka zdążyła to zrobić! Sędziowie doszli do porozumienia i wydali niepomyślny werdykt dla Polki. Rany, cóż za pech!


Z całą pewnością znacie powiedzenie „gest Kozakiewicza”. Powstało ono w Moskwie podczas igrzysk w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym roku. Na olimpijskim osiemdziesięcio tysięcznym stadionie większość miejsc zajęli rosyjscy kibice. Powód jest chyba jasny - w końcu to w ich mieście odbywały się słynne zawody. Gdy Władysław Kozakiewicz wziął do ręki tyczkę i dumnie pojawił się z nią na rozbiegu, atakowały go głośne gwizdy. Lokalnym kibicom nie podobały się wybitne skoki naszego tyczkarza. W końcu sportowiec znalazł się w finale. Emocje na stadionie się nasilały, a hałas stawał się głośniejszy i coraz bardziej irytujący. Władysław Kozakiewicz, ciesząc się swoim udanym skokiem, pokazał publiczności wymowny gest. Położył lewą rękę na prawym ramieniu i uniósł prawą pięść do góry. Jak możecie się domyślać, nie spodobało się to rosyjskim kibicom. W końcu Polak zwyciężył walkę o rekord świata oraz złoto. Oprócz tego, że był zwycięzcą, jego gest sprzeciwu wobec władzy przeszedł do historii.


Dwa akapity temu wspomniałam o siedemnastoletniej Elżbiecie Krzesińskiej. W takim razie pozostańmy przy młodych reprezentantkach Polski. Na swojej pierwszej olimpiadzie Otylia Jędrzejczak pojawiła się mając szesnaście lat. Niestety, nie udało się jej zwyciężyć pierwszego wyścigu. Ze swoją rywalką przegrała o dwie setne sekundy. Wyobraźcie sobie - to zaledwie długość paznokcia! Nastolatka była zrozpaczona i załamana. Na całe szczęście udało się jej odnaleźć zgromadzoną wcześniej energię oraz umiejętności. Trzy dni później pobiła rekord Europy i awansowała do finału! Jak zapewne wiecie, letnie igrzyska odbywają się co cztery lata. Czterdzieści osiem miesięcy po swoim sukcesie Otylia Jędrzejczak znowu pojawiła się na olimpiadzie. Tym razem w Atenach. Na początku polscy kibice obgryzali paznokcie i zasłaniali oczy. Ale już po chwili wybałuszali je ze zdziwienia! Nasza pływaczka odzyskała swoją siłę. Zapewniła sobie srebrny medal. Trzy dni później znowu stanęła na słupku startowym. Jej zadaniem było przepłynięcie dwustu metrów stylem motylkowym, inaczej nazywanym również delfinem. Motylia, bo tak nazywano naszą reprezentantkę, pokonała tę odległość po mistrzowsku! Do tej pory jest jedyną złotą medalistką polskiego pływania!


Mam do Was nieco nietypową prośbę. Uwaga, uwaga! Przypomnijcie sobie chód kaczki. Chyba zgodzicie się ze mną, że wygląda on troszkę komicznie. W takim razie wyobraźcie sobie teraz dorosłych, wysportowanych mężczyzn naśladujących... właśnie chód kaczki. Biorą oni udział w olimpijskim wyścigu. Rytmicznie machają zgiętymi rękami, kołyszą biodrami i szurają piętami. To chodziarze. Robert Korzeniowski był jednym z nich. Prawdopodobnie jest on najlepszym chodziarzem wszech czasów! Dzięki niemu miliony Polaków siedziało przed telewizorami i oglądało zawody tej przedziwnej dyscypliny. Na swoich pierwszych igrzyskach Robert Korzeniowski nie odniósł żadnego sukcesu. Już przy samym finiszu został zdyskwalifikowany za przekroczenie zasad. Cztery lata później szczęście również mu nie dopisało. A przynajmniej tak wszystkim się wydawało. Polski chodziarz już zbliżał się do mety, ale nagle wyprzedził go Meksykanin. Nasz reprezentant prawie trzymał w ręce srebrny medal. Kilkanaście minut po skończonych zawodach okazało się, że Meksykanin popełnił błąd. Mamy to! Skoro rywal został zdyskwalifikowany, Robert Korzeniowski zajął pierwsze miejsce. Teraz już mógł trzymać w ręce złoty medal.


Kto zdobył dla Polski najwięcej olimpijskich medali? Czyżby to była Irena Szewińska? Czym od innych tenisistek różni się Natalia Partyka? Jaki charakter ma Władysław Komar? Kim są „Orły Górskiego” i dlaczego mojemu bratu Bartkowi tak bardzo podoba się ich historia? Adam Szczepański, autor dzisiejszej pozycji, z wielką przyjemnością odpowie Wam na te pytania. Zaglądając do książki „Herosi. 20 historii o polskich olimpijczykach” poznacie kulisy sukcesów (i porażek) naszych sportowców. Kojarzymy ich nazwiska oraz twarze. Kibicujemy im podczas najważniejszych zawodów na świecie. Cieszymy się, kiedy dumnie chwalą się kolejnymi medalami. Warto przeczytać „Herosów” i troszkę zakumplować się z polskimi mistrzami. Gwarantuję Wam, że podróż na olimpijskie stadiony umili Matteo Ciompallini, który wykonał ilustracje.


Do biegu, gotowi, start! Lecimy na olimpiadę!

Tytuł - Herosi. 20 historii o polskich olimpijczykach
Tekst - Adam Szczepański
Ilustracje - Matteo Ciompallini
Wydawnictwo Znak Emotikon, Kraków, 2020

niedziela, 2 sierpnia 2020

A może morze? - czyli ahoj, Bałtyku!



Tegoroczne wakacje w bardzo wielu przypadkach minęły się z planem. Część ludzi wybrała się na przykład nad Bałtyk, natomiast niektórzy woleli zostać w domu. Jeśli należycie do tej pierwszej grupy, mam nadzieję, że wróciliście szczęśliwi i zdrowi. Dzisiaj przygotowałam znakomitą niespodziankę i dla wyjazdowiczów, i dla domatorów. Aby poczuć jej klimat, spróbujcie wyobrazić sobie morską bryzę, dzięki której włosy tańczą i co kilka sekund wpadają do oczu lub do ust. Przypomnijcie sobie parzący w stopy piasek, obklejający mokre od wody nogi. Poczujcie promyki słońca na twarzy (oczywiście wcześniej posmarowanej kremem z filtrem). Skoro już znaleźliśmy się nad Bałtykiem, pozostańmy tutaj na jakiś czas i poznajmy bałtyckie ciekawostki.


Morze Bałtyckie to najmłodsze morze na naszej planecie. Jest tylko ociupinkę starsze od nas. Liczy zaledwie... dwanaście tysięcy lat. Niezbyt wiele, prawda? To także dość chłodne morze. Latem temperatura wody raczej niechętnie przekracza dwadzieścia stopni Celsjusza. Natomiast zimą wynosi około trzech stopni. Brr, aż poczułam chłód na rękach. Jak już pewnie wiecie, zasolenie Bałtyku nie należy do oszałamiających liczb. W tabeli zasolenia z innymi morzami i oceanami, nasze morze zdecydowanie nie szczytuje, dlatego jest nazywane morzem słonawym. Bałtyk ma siedem i pół grama soli na litr wody. Tak dla porównania, Morze Śródziemne ma trzydzieści sześć gramów soli na litr wody, natomiast Morze Martwe - aż trzysta! Należy pamiętać, że im bardziej woda jest słona, tym łatwiej unosimy się na jej powierzchni. Morze Bałtyckie jest także dość płytkie. Ile wynosi jego średnia głębokość? I jak myślicie, z jakiego języka wywodzi się nazwa naszego morza? Macie może jakieś pomysły?


Czy znajdziemy w Bałtyku ogromnego rekina, pięknego wieloryba lub zadziwiającego marlina? Oczywiście, że nie. Wielkie stwory nie zaprzyjaźniły się z tym morzem. Dlaczego? Ponieważ Bałtyk jest morzem zamkniętym. A czy wiecie, jakie ryby polubiły się z Bałtykiem? Mogę Wam podpowiedzieć. Pierwsza ryba nazywana jest srebrem Bałtyku. Kiedyś tak licznie zaatakowała to morze, że mówiło się o niej "chwast". Teraz można szukać jej ze świecą (a raczej z wodoodporną latarką) w dłoni. Ma około czternaście centymetrów długości. Znacznie różni się od dobrze znanej nam ryby drapieżnej. Niezwykle eleganckiej, z wąsem na podbródku. Ona z kolei grasuje w Bałtyku w sporych ilościach. To dlatego, że jest zimnolubna. Wiecie, że w Morzu Bałtyckim mieszka... kuzyn konika morskiego? Naprawdę, nie żartuję! Wyposażony jest w chwytny ogon, który służy do czepiania się morskich traw. Jest cienki i długi. Z pewnością przypomnicie sobie, co to za ryby.


Okazuje się, że w Bałtyku gości także krewny delfina, czyli morświn. To gatunek zagrożony. Zaledwie kilka osobników pozostało w Bałtyku. Jeśli kiedykolwiek powitacie Morze Bałtyckie wiosną i spakujecie do kieszeni szczyptę szczęścia, możecie zobaczyć na plaży niewielkie foczki. Nie zbliżajcie się do nich, obserwujcie je z daleka! Ale z daleka z całą pewnością nie musicie obserwować bursztynów, czyli złota Bałtyku. Bursztyn to żywica z drzew iglastych, która zastygła dziesiątki milionów lat temu. W niektórych kroplach żywicy można dostrzec zatopione owady i roślinki. Bursztyny prezentują się nie tylko w żółci, brązie lub czerwieni. Występują też w barwie białej, a nawet niebieskiej czy szarej! Na bursztynowe poszukiwania najlepiej wybrać się wczesnym rankiem po sztormie. Wtedy można zebrać prawdziwe złote skarby!


Przeskoczmy do czasów, w których nie istniały jeszcze elastyczne, szybkoschnące kostiumy kąpielowe. Dawniej robiło się je własnoręcznie, na drutach lub na szydełku. Każdy strój do pływania wyglądał zupełnie inaczej, nie było dwóch takich samych. Po wyjściu z morza w ciężkim, przemoczonym kostiumie można było usłyszeć sprzedawcę lodów. Ubrany w biały fartuch oraz z zawieszoną na szyi drewnianą skrzynką głośno krzyczał: "Lody! Looooody! Lody Mewa na patyku!". Gdy brzuszek i kubki smakowe były już uśmiechnięte, spacer po molo w Sopocie kusił jeszcze bardziej. To najdłuższe molo w calutkiej Europie! Zgadnijcie, ile wynosi jego długość!


Założę się, że każdy z Was choć raz podziwiał morską panoramę z okna latarni. Wysyłanie światła to całodobowe zajęcie wszystkich latarni. Każda z nich ma swój własny zakodowany język - sygnał świetlny. Znają go tylko marynarze oraz żeglarze. W Polsce znajduje się piętnaście czynnych latarni. Większość z nich można odwiedzić i na własne oczy zobaczyć przeogromną świecącą żarówkę. Aby wspiąć się na wysoką latarnię, trzeba pokonać naprawdę sporo schodów. Najwyższa polska migająca wieża znajdująca się w Świnoujściu, skrywa wewnątrz ponad trzysta schodów. Jestem bardzo ciekawa, czy wiecie, jak daleko potrafi sięgnąć światło latarni morskiej. Zdradzę tylko, że to dwadzieścia cztery mile morskie. Mila morska - tak w przybliżeniu - mieści w sobie jeden i osiem dziesiątych kilometra. Teraz już z łatwością możecie rozwikłać zagadkę o świetlnym zasięgu latarni.


Kiedy sięgniecie po "A może morze?" poznacie zabawy z kamykami oraz tajemnice piszczącego piasku. Dowiecie się, kim są morzeczki i co noszą na swoich szyjach. Staniecie się ekspertami od rodzajów statków oraz morskich legend. Wypowiecie swoje imię posługując się alfabetem Morse'a. Aleksandra Karkowska i Barbara Caillot, dwie przyjaciółki oraz autorki dzisiejszej pozycji, zafundują Wam całą górę radości! Pomogą Wam odwiedzić nasze Morze Bałtyckie, nie wyściubiając nawet czubka nosa z pokoju! "A może morze?" to książka, której możecie być współautorami. Ten zeszyt zawiera sporo miejsca na Wasze odpowiedzi, emocje oraz przygody. Nie wahajcie się ani chwili dłużej - wybierzcie się nad Bałtyk razem z Barbarą Caillot i Aleksandrą Karkowską!


Tytuł - A może morze?
Tekst - Aleksandra Karkowska, Barbara Caillot
Oprawa graficzna - Katarzyna Brzostowska, Aleksandra Karkowska, Barbara Caillot
Kategoria wiekowa - 6+
Oficyna wydawnicza ORYGINAŁY, Łódź, 2020