sobota, 11 maja 2019

Rok, w którym nauczyłam się kłamać - czyli zwrot akcji w mig kamienia


Tytuł może zaintrygować. I tak było w moim przypadku, był jednym z czynników, dzięki którym wiedziałam, że to może być ciekawa pozycja. I jak się okazało, nie myliłam się. Z książkową intuicją jest tak, że rzadko wyprowadza na manowce. No dobrze, cofnijmy się w czasie. Przenieśmy się do roku 1943. Moim pierwszym skojarzeniem z tą datą jest wojna. Jednak to nie główny wątek naszej lektury. Dwunastoletnia Annabelle mieszka w niewielkiej wsi wraz ze swoją familią - braćmi Henrym i Jamesem, rodzicami, babcią i dziadkiem oraz ciotką Lily. Jej życie polega na szkolnych i gospodarczych rytuałach. Rano, po śniadaniu przygotowanym przez mamę, pokonuje Wilczy Jar, czyli drogę prowadzącą do szkoły. Lubi tam chodzić, bo wie, że każdego dnia przyswoi kompletnie nową porcję wiedzy. Przyjazne były także przerwy spędzane na świeżym powietrzu razem z Ruth, z którą Annabelle dzieli też swoją ławkę. Ruth jest najmilszą i najspokojniejszą dziewczynką, jaką nasza bohaterka kiedykolwiek poznała.

Jej kompletnym przeciwieństwo to ciut starsza Betty. Sieje postrach w całej szkole od chwili, w której przekroczyła jej próg. Niegdyś mieszkała w mieście, jednak mama zdecydowała, że jej córka przeprowadzi się do dziadków na wieś. To przez nieposłuszeństwo. Nie zaprzeczę temu, że wyjazd wcale Betty nie odmienił. Pech chciał, aby dziewczyna usiadła akurat w ławce przed Annabelle, przez co Annabelle miała nogi pokłute ołówkiem i włosy oblepione przeżutym papierem. Skargi nie były zgodne z jej naturą. I tak cieszyła się, że to nie Ruth doznaje tych nieprzyjemnych sytuacji, ponieważ jest ona znacznie delikatniejsza.


Powroty do domu zawsze były magiczne dla naszej bohaterki. Nigdzie nie musiała się spieszyć, miała czas na przypatrywanie się naturze i króciutki spacer. Jednak opisywany powrót do takich nie należał. Na skraju Wilczego Jaru czekała na nią Betty, która znalazła powód, aby ją zastraszyć. Zażądała, aby dziewczyna przyniosła jej jakąś cenną rzecz już jutro. Jeśli tego nie zrobi, jej bracia zostaną obrzuceni kamieniami, a ona sama poczuje ból uderzenia kijem. Annabelle bardzo się wystraszyła. Nie chciała martwić rodziców zachowaniem Betty. Stwierdziła, że jutro coś jej przyniesie, ale później już nie da się zastraszyć. Problem polegał na tym, że rodzina bohaterki nie była zbyt bogata. Dziewczyna miała w pokoju zaledwie kilka przedmiotów. Podarowała swojej "koleżance" drobną monetę, centówkę. Jednak dla niej było to za mało. Annabelle doznała ogromnego bólu - Betty trafiła kijem w jej biodro z ogromną siłą.

Dwunastolatka postanowiła, że to ostatnia tego typu sytuacja. Jeśli się powtórzy, powie o tym rodzicom. Kilka stron później Annabelle spotkała Toby'iego - włóczęgę, który zamieszkał w opuszczonej wędzarni nieopodal jej domu. Mężczyzna nie wyglądał zbyt sympatycznie. Trzy karabiny noszone na plecach, ciemne, zaniedbane ubrania i długa broda nie dodawały uroku. Większość osób bała się Toby'iego. Jednak nie Annabelle i jej mama. Obie przynosiły mu jedzenie i nie przypisywały nadzwyczaj niebezpiecznych historii jego bliznom, co robili inni mieszkańcy wsi. Toby oddał dziewczynie dobrze jej znaną centowkę. Ale czy to oznacza, że był świadkiem pobicia?

Betty z każdym dniem stawała się coraz bardziej podejrzana. Codziennie znikała na przerwach między lekcjami razem ze swoim kolegą Andy'm. Nikt nie wiedział, gdzie wtedy przebywali. Pewnego dnia, właśnie podczas przerwy, pan Ansel, znajomy bohaterki, którego darzyła miłym uczuciem, odwiedził dzieciaki oraz nauczycielkę, panią Taylor. Podjechał swoim wozem ciągniętym przez siwe konie. Zupełnie nie przeszkadzało jej, że jest Niemcem - przecież wojna wcale nie była jego winą. Z przyjemnością z nim gawędziła. Podczas rozmowy, dostrzegła lecący kamień. Kamień, który trafiłby wprost w głowę pana Ansela. Ale nie tak potoczyły się wydarzenia. Kamień znalazł się w oku Ruth. Na podłożu pojawiła się krew. I to nie koniec złych wieści.


To, co wydarzyło się później spowodowało, że Annabelle przeżyła prawdziwy wstrząs. Wciąż odczuwała chaos w swojej głowie. O rzut kamieniem podejrzewała tylko jedną osobę. Szkolną dręczycielkę. Dała upust swoim skrywanym uczuciom i opowiedziała o wszystkim rodzicom. A nie było to łatwe. Bo właśnie wtedy z nieprzyjemnej sytuacji powstał ogromny problem, w który została wmieszana rodzina Annabelle oraz dziadkowie Betty. Dziadkowie Betty uwierzyli swojej wnuczce, która wskazała Toby'ego jako sprawcę nieszczęścia Ruth. Rodzice dwunastolatki i ona także byli przekonani, że to niemożliwe. Gdy kilka dni później Betty nagle zniknęła, każdy osądzał o to tylko jednego człowieka - tajemniczego mężczyznę ubranego na czarno.

"Rok, w którym nauczyłam się kłamać" to powieść, którą czyta się z wypiekami na twarzy. Jestem przekonana, że ta książka poruszy sercem każdego. To także opowieść o relacjach rodzinnych, mocy rozmów i o słusznym dopuszczaniu dzieci do głosu. Jest napisana świetnym językiem, co zawdzięczamy autorce Laurenie Wolk oraz tłumaczowi Sebastianowi Musielakowi. Na zachętę dodam, że "Rok, w którym nauczyłam się kłamać" zdobyła wiele nagród. W ich grono wliczają się Najlepsza Dziecięca Książka Roku "Wall Street Journal" oraz Newbery Honor Book 2017. Ah, znalazła się także na liście bestsellerów "New York Timesa".

Myślę, że zostaliście przekonani! Miłej lektury!

Tytuł - Rok, w którym nauczyłam się kłamać
Tekst - Lauren Wolk
Przekład - Sebastian Musielak
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2019

sobota, 27 kwietnia 2019

Domy bezdomne - czyli zęby czasu


Dom to miejsce szczególne dla każdego człowieka. Bardzo często jest azylem, w którym chowamy się uciekając przed światem z zewnątrz. To miejsce rodzinnych spotkań. Jest wypełnione wspomnieniami i miłymi chwilami. To przestrzeń przeznaczona dla bliskich osób. Dom jest świadkiem naszego szczęścia, okrzyków radości, dzikich podskoków, ale także niepowodzeń, łez i smutku. W wielu przypadkach opuszczanie go jest bardzo trudne i bolesne. Ale najczęściej to krok nieunikniony.


Hanka tego nie doświadczyła. Spędziła w Gilowicach całe swoje życie. Jej oczy były cały czas zajęte, gdyż praca Hanny polegała na uważnym wpatrywaniu się, podążaniu za własnym wzrokiem. Rozdzielanie ziarna od plewu, odnajdywanie robaków w dziurawych workach z mąką, krojenie chleba tak, aby starczał na cały tydzień dla rodziny. A wcześniej trzeba było go jeszcze zrobić. Jak wiadomo, praca w polu nie należała do przyjemnych. Jej dzieciństwo przypadło na czasy wojenne. Hankę spotkały wtedy prawdziwe przeraźliwości. Była niezwykle uradowana, kiedy mogła już wrócić do domu. Znów codziennie widziała rodziców, zajętych gospodarstwem i dbających o swoje dzieci. Życie naszej bohaterki było usłane drobnymi radościami, które teraz mogą wydawać się nam zupełnie błahe. Aktualnie pani Hanna wciąż uwielbia patrzeć przez szyby okien w swoim domu w Gilowicach.


Jesteśmy świadkami wyburzania sędziwych budynków. Znaki pozostawione niegdyś przez naszych przodków już nie są dla nas tak cenne. Aktualnie niewiele osób pamięta wygląd klasycznego, wiejskiego domu. Takiego z klepiskiem, ciepłą kuchnią i słomą. A kuchnia była jednym z najważniejszych miejsc. To najczęściej właśnie tam domownicy spotykali się na pogawędki przy posiłkach. W tym pomieszczeniu raczej nie panował mróz. A to zasługa pieca, który "dbał" o brzuchy całej rodziny. Na wsiach zaczęło być gęsto od drewnianych chatek. Prezentowały się one bardzo ładnie, temu zaprzeczyć nie mogę. Jednak wszyscy wiemy, że zaprószenie ognia w takim domu nie jest sztuką i może zdarzyć się zupełnie znienacka. I wtedy już po całym budynku. Etap wiejskich, drewnianych chatek przypadł na czasy kraju pod zaborami. Po wielu tragediach związanych z ogniem, Niemcy ustanowili zakaz ich budowania. Cegła zdominowała wszystkie wsie! Jej wykonywanie było bardzo pracochłonne. Gdy ktoś budował nowy dom, pomagali mu w tym sąsiedzi i znajomi. Każdy budynek był wspólnym dziełem. Związano z nim historie rodzinne i przyjacielskie jeszcze przed jego powstaniem. Teraz cegła powraca, ale nie jako chwała przeszłości, lecz jako urozmaicenie widoku.


Ale dom to nie tylko twierdza ludzi. Przypomnimy sobie mroźną zimę. Śnieg. Posypmy ten biały puch martwymi pszczołami. Właśnie taki widok ukazywał się panu Tomaszowi Waloszkowi, pszczelarzowi. Codziennie przykładał stetoskop do ula i nasłuchiwał. Dźwięki były coraz cichsze, co oznacza, że pracowitych owadów wciąż ubywało. Drugim domem pana Tomasza jest właśnie pasieka. Oddaje pszczołom całe swoje serca, dba o nie. Bardzo niepokoi go obecna sytuacja. Pogoda popada ze skrajności w skrajność, powietrze, nawet to na wsi, także nie ma się zbyt dobrze. W wielu ulach panuje zupełna cisza. Kiedy nasz bohater zdejmuje daszek, odrywa deseczki zamykające konstrukcję, widzi najgorsze, co tylko może ujrzeć. Na dnie leży zeschnięta matka, a w okół niej nieżywe pszczoły. Pan Tomasz wie o tych malutkich zwierzętach bardzo dużo. Tata nauczył go opieki bez kapelusza i rękawic. Gołe ręce to podstawa. Pszczoły mają doskonale zorganizowaną pracę, więc nie należy im zbytnio przeszkadzać. Od swoich miodnych przyjaciółek nauczył się cierpliwości i życia w zgodzie z naturą. Oraz tego, że czasami statystki spadają...


Niektóre sędziwe domy, budowane z wielkim kunsztem, subtelnością i sercem, stoją opuszczone. Albo wcale nie stoją. Niegdyś tętniły życiem, i to o każdej porze dnia. Aktualnie zastąpiły je mieszkania. Wiele domów zostało już zrównanych z ziemią. Resztki zaniedbanych, leśnych chatek najczęściej znajdują się w bagnach. Możliwe, że dom wspomnianej w książce Emilii także tam spoczywa. Emilia wraz ze swoją rodziną mieszkała w niewielkiej chatce przy lesie. A to dlatego, że jej tata był opiekunem tej zielonej przestrzeni. Rano ubierał czysty mundur. Wieczorem wracał w lekko umorusanym. Czasami zabierał do pracy swoją córkę. Razem z nią otwierał bramy, które strzegły lasu nocą. Pokazywał jej tajne zakamarki. Emilia czuła się tam doskonale. Uwielbiała biegać razem z prądem rzeki. Przy okazji zbierała żurawinę i inne owoce. Mimo czyhających niebezpieczeństw, w lesie czuła się pewnie i spokojnie. Wszystko zmieniło się podczas nieobecności taty. Najpierw Emilia miała wrażenie, że las stał się o wiele bardziej dziki. Później obce osoby postanowiły go uporządkować. Zniknęły owoce, zniknęło wiele rośnin, zniknęły zwierzęta. Dziewczyna już nie darzyła lasu tak ciepłym uczuciem, przestał być jej ukochanym miejscem. Niechętnie przekraczała prowadzącą do niego bramę. Zieleń już nie była jej schronieniem. O wiele bezpieczniej czuła się w gajówce na skraju nienaturalnie okrzesanego lasu.


"Domy bezdomne" Doroty Brauntsch to pozycja opowiadająca o historiach ludzi oraz ich azyli w okolicy Pszczyny. Zachęca do zbadania własnych korzeni i uwieczniania momentów, które mogą być zapomniane już za kilka chwil. To nostalgiczna książka wypełniona fotografiami oraz wiedzą o pszczyńskich okolicach. To reportaż, który może zmienić nasze zdanie o codzienności prababć i pradziadków. Bo domy są jak ludzie - tylko z tą różnicą, że trzeba tchnąć w nie życie. A później to właśnie one pokierują tym naszym.

Tytuł - Domy bezdomne
Tekst i fotografie - Dorota Brauntsch
Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa, 2019

sobota, 13 kwietnia 2019

Karol Śliwka - czyli uroda znaków


Ile razy widzieliście znak banku PKO, fabryki Uroda, Biblioteki Narodowej czy też Instytutu Matki i Dziecka? Nie oszukujmy się, obcujemy z nimi praktycznie cały czas. A zastanawialiście się kiedykolwiek, kto jest ich twórcą? Z wielkim wstydem przyznaję się, że raczej rzadko zadawałam sobie to pytanie. Gdybym robiła to regularnie pewnie spostrzegłabym, że odpowiedź bardzo często brzmiałaby tak samo. Bo za wieloma wspaniałymi, wieloznacznymi i ponadczasowymi znakami graficznymi oraz logotypami stoi jedna osoba - Karol Śliwka.


Karol Śliwka urodził się 16 października 1932 roku w Harbutowicach - niewielkiej wsi województwa śląskiego. Pochodził z rodziny robotniczej i (jak było to powszechne w tamtych czasach) zupełnie nieprzywiązującej wagi do nauki. Młody Karol przyszedł na świat jako drugi z rodzeństwa, później w domu pojawiła się jeszcze jedna dwójka. Od najmłodszych lat interesował się sztuką. Wbrew woli rodziców, postanowił rozwijać swoją pasję. Ponieważ rodzice nie mieli zbyt grubych portfeli, niezbędne mu kartki i tekturki bardzo często pochodziły z koszów na śmieci. Sprzedając swoje prace zdobywał pieniądze na nowe pędzle, czy też farby. Nie podobało się to ojcu. Tata chciał, aby jego syn niegdyś przejął gospodarstwo i podtrzymał rodzinną tradycję. Jednak Karol od zawsze był uparty i podążał wyznaczonymi przez siebie ścieżkami.


Interesował się codziennością, ale także czołgami oraz bronią, której było pełno w tamtejszej prasie. W wieku trzynastu lat stracił jedno oko przy rozbrajaniu miny, lecz nie przeszkodziło to jego doskonałej pamięci wzrokowej. Podczas spaceru potrafił zobaczyć jakiś fascynujący widok, zapamiętać go, a w domu idealnie odwzorować na płótnie. Śliwka bardzo szybko polubił malarstwo. Sam robił ramki i naciągał na nie materiały. Zapisywał się także na wieczorne kółka malarskie, na przykład w Bielsku. Problemem był transport. Karol znalazł rozwiązanie, nie do końca legalne i bezpieczne. I niezbyt przyjemnie pachnące. Ale tego zdradzać nie będę.


Jak już wspomniałam, brak jednego oka nie przysparzał Karolowi Śliwce wielu kłopotów. Nadeszły one dopiero na studiach. Wydział Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie nie chciał go przyjąć, ponieważ według nich zdrowie świeżo upieczonego studenta nie było wystarczająco dobre. W końcu Karol został przyjęty, co było skutkiem jego przemówień, zapewnień i próśb. No i przede wszystkim zdolności, ale to chyba jasne. Pierwszym i niezapomnianym sukcesem Śliwki była wygrana w konkursie na projekt graficzny opakowania na papierosy w 1957 roku. "Syrena" zajęła pierwsze miejsce! I uwaga - jego "Morskie" oraz "Giewont" także zdobyły wyróżnienia! Po tym sukcesie regularnie brał udział w licznych konkursach na projektowanie znaków graficznych, logotypów oraz plakatów. Niejednokrotnie zdarzały się przypadki, że trzykrotnie stawał na podium.


Wiadomość o niesamowitej estetyce i pomysłowości grafika bardzo szybko rozprzestrzeniła się w branży ilustratorskiej. Zlecenia przychodziły w dziesiątkach i setkach. Wśród nich pojawiło się także zamówienie na zaprojektowanie logo dla PKO. Pierwsza wersja znacznie różniła się od tej, z którą spotykamy się do dzisiaj, ponieważ pewna sprzątaczka tegoż właśnie banku stwierdziła, że pierwotna grafika jest do niczego. Jednak Śliwka wykorzystał ją w plakacie "Październik - miesiącem oszczędności", który zwyciężył na Biennale Plakatu Polskiego w Katowicach. Po tym prestiżowym Złotym Medalu PKO zaakceptowało "skarbonkę" znaną chyba każdej Polce i każdemu Polakowi.


Osoby, których wiek zapisywany jest już w nieco większych liczbach niż mój pewnie kojarzą Karola Śliwkę ze słynną wodą kolońską Wars. Nic dziwnego, to właśnie ten pan stworzył jej logotyp. Wars zdobił niegdyś liczne łazienkowe półki i bardzo możliwe, że teraz także to robi. No dobrze, woda kolońska najczęściej pojawia się w łazience, natomiast buty - oczywiście na nogach (i w szafach!). Śliwka ma na swoim koncie wiele narysowanych butów. Oczywiście narysowanych w charakterystyczny dla niego sposób. Za te projekty także zdobywał liczne nagrody, czyli nic nowego.


Nie wiem, który raz przeglądam książkę poświęconą temu artyście. Za każdym razem zatrzymuję się na którejś ze stron i wciąż podziwiam inteligencję i pomysłowość Śliwki. Kiedy zobaczycie znak "Urody" (fabryki kosmetyków oraz mydła), być może pomyślicie o pięknym kwiatku i jego rozłożystych liściach. A może na myśl przyjdzie Wam kobieta otoczona wielkim kołnierzem z lisa. Pan Karol wybierał opcję numer dwa. To znów fantastyczny przykład tego, że dziś "rozmawiamy" o prawdziwym mistrzu i pionierze wieloznaczności w swoich grafikach.


Karol Śliwka zaprojektował łącznie ponad 400 znaków i logotypów, które wciąż funkcjonują w przestrzeni publicznej. Cały czas zachwycają ona kolejne pokolenia, czego jestem doskonałym przykładem, co świadczy o ich ponadczasowości. Książka pod tytułem "Karol Śliwka" przybliża nam postać tytułowego artysty i odkrywa jego zawodowe tajemnice. Pojawiają się tutaj cztery opowieści, których autorami są Agnieszka Drączkowska, Paweł Śliwka (brat), Patryk Hardziej oraz Marcin Wicha. A przy okazji możemy przeczytać także kilka słów od Seana Wolcotta oaz Jensa Mullera. Każda historia ma swój odrębny klimat. Każda jest skonsultowana z samym panem Śliwką, który jeszcze był wśród nas w czasie powstawania tej pozycji. I choć wszystkie poświęcone są właśnie jemu, każda dotyczy innych wątków.


Pozycja jest cudowne zaprojektowana. Pojawia się tutaj mnóstwo projektów oraz zdjęć. Trzeba przyznać, że mimo wielu trudnościom napotkanym na swojej drodze, Karol Śliwka pozostał człowiekim silnym i dążącym do celu. A jego cele były najlepsze z najlepszych. Chciałabym także polecić Waszej uwadze niedługi film. Jest to opowieść Śliwki o swojej ścieżce do sukcesu. Klik, klik!


Nie możemy zapomnieć o takiej postaci. Koniecznie odświeżcie ją w swojej pamięci!

Tytuł - Karol Śliwka
Tekst - Agnieszka Drączkowska, Paweł Śliwka, Patryk Hardziej, Marcin Wicha, Sean Wolcott, Jens Muller
Projekt graficzny - Patryk Hardziej
Muzeum Miasta Gdyni, Gdynia, 2018

P.S. Ponieważ dostępność albumy jest mocno ograniczona, służę podpowiedzią, gdzie można go nabyć. O, tutaj!

sobota, 30 marca 2019

Lato Adeli - czyli bye-bye dziecięce lata!


Już za chwilkę, już za momencik, nadejdzie wiosna. Aktualnie dobija się do nas wpuszczając pierwsze promyki słońca i powoli podnosząc temperaturę. A jak wszystkim wiadomo, wiosna minie nam szybciutko niczym dwa pstryknięcia palcem i przeskoczymy do lata. Lato oznacza dla niektórych wakacje (yeah!). To czas, który - my, osoby uczęszczające do szkoły - możemy wykorzystać dokładnie tak, jak chcemy. Nieobecność rodziców jest najczęściej superaśna, ale istnieją także wyjątki od reguł.

Rodzice nastoletniej Adeli są kompletnie nieobecni w życiu swojej córki. Cały dzień śpią. Nad ranem mama przychodzi z nocnego dyżuru w pracy i od razu kładzie się do łóżka. Wymienia z Adelą tylko zmęczone spojrzenia, jednak ani jednego słowa. Po chwili z elektrowni przychodzi tata. Chwiejnym krokiem podchodzi do łóżka i zapada w sen, razem z mamą. Gdy nastolatka spędza czas wolny w mieszkaniu, wszędzie rozkosznie barłoży się cisza. Niekiedy jest przerywana sapaniem lub szczekaniem psa. Albo beztroskim chlapaniem się w wannie. Adela często urządza sobie niekończące się kąpiele. Podczas nich trwa także zabawa z pianą. Stylizacja na kozią bródkę to już tradycja!


Podczas wiecznych snów mamy i taty, nasza bohaterka sama musi zadbać o dom. Przy ostatnim wyprowadzaniu psa natknęła się na pewnego mężczyznę, a konkretnie - sąsiada. Od tamtej pory w jej głowie goszczą przeróżne fantazje. Nagle zaczyna ubierać się zupełnie inaczej, gdy idzie wyrzucić śmieci. O wiele bardziej dba o swój wygląd. Czuje się jak modelka na wybiegu. I jest to dość trafne porównanie, ponieważ Adela zadziwia swoją urodą praktycznie każdego. Wciąż spoczywa na niej wzrok innych dziewczyn, które chcą ją naśladować. Malują sobie paznokcie w tych samych odcieniach i powtarzają to, co mówi. I Adeli wcale to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie.


Jednak dziewczyna nie ma olbrzymiego grona znajomych. Szczególnie sympatycznym uczuciem obdarza dwóch przyjaciół - Franka i Julka. Obydwoje na widok Adeli wyczyniają różne głupotki. Niekiedy wypuszczają trzymane w rękach przedmioty lub zbytnio rozpędzają się na rowerze. Całą trójką wybierają się na pikniki. Czasami Julek ma z lekka dosyć ciągłych wulgaryzmów Adeli i jej rzucania kamieniami w koła samochodów. Ale cały czas w pewien sposób mu imponuje, ciągnie go do niej czerwona nić. Nie można stwierdzić, że są z zupełnie dwóch różnych światów, o nie. Łączy ich choćby miłość do czworonogów oraz szczególna sympatia do organizowania imprez. Rodzice Franka wyjechali do Poznania, aby założyć tam muzeum. To dlatego spotykają się właśnie w jego mieszkaniu. Mało tego, organizują tam prawdziwe imprezy. Takie wypełnione papierosowym dymem i takie do bielutkiego rana.


Być może się domyślacie, a być może nie, Adela jest bohaterką wspomnianych "posiadówek". Zresztą nie tylko nich. Jest także bohaterką, i to główną, w filmach kręconych przez chłopaków. W jednym z tych wideo Franek rozkazał nastolatce, aby zdjęła swoje ubrania. I to wszystkie. A Adela nie protestowała, niestety. Nie była to również jedyna sytuacja, w której dziewczyna pokazała się chłopakom nago. Julek wpadł na pomysł, aby połączyć swoje dwie miłości - tę do Adeli i tę do żelek. Postanowił położyć na ciele Adeli owe słodycze, po czym je zjeść. Było to intymne zbliżenie dwóch osób różnych płci. Skoro rodzice Adeli i Julka nie poruszą tematów związanych z seksualnością, wspomniana dwójka pewnie stwierdziła, że sama nabędzie tę wiedzę. No niestety, tak to nie działa.


Adela jest osobą o mocnym charakterze. Nie wszystko, co robi jest oczywiście dobre, ale błędy to naturalna kolej rzeczy, a w szczególności w okresie dojrzewania. W jej życiu nadszedł czas chęci podobania się innym. W grono „innych” wliczamy także nieznajomych mężczyzn. Dziewczyna wkracza w świat dorosłych. To długotrwały proces. Nie jest już dziewczynką, ale nie jest jeszcze kobietą. Podejmuje samodzielne decyzje i czuje się w pełni wolna i niezależna. Wrażliwa, lecz pewna siebie - tak, to Adela.

Agnieszka Wolny-Hamkało opisuje „Lato Adeli” w sposób bardzo oryginalny. Bawi się słowami i dwuznacznością. Ukrywa pod wieloma wyrazami świeże i głębsze sensy. Dlatego warto przeczytać dzisiejszą pozycję z wielką uwagą, tak, aby nie pominąć żadnych smaczków językowych. Pani Agnieszka doskonale zrozumiała świat młodszych osób i jej teksty trafiły w moje uczucia. Agnieszka Kożuchowska, debiutantka, zilustrowała wszystkie wydarzenia otwarcie i dokładnie. Nie pożałowałam tego, że sięgnęłam po „Lato Adeli” dwa razy.


Odwiedźcie Adelę, chłopaków i ich pieski.

Tytuł - Lato Adeli
Tekst - Agnieszka Wolny-Hamkało
Ilustracje - Agnieszka Kożuchowska
Wydawnictwo Hokus-Pokus, Warszawa, 2019

niedziela, 17 marca 2019

Rok Szczura - czyli koniec i początek


Piętnastoletnia Pearl przygotowywała się na wyjście do kina ze swoją przyjaciółką Molly. Co chwilę zaglądała też do kuchni, w której krzątała się jej mama. Mama - zupełnie wycieńczona. To głównie przez swój okrągły brzuszek, a właściwie przez drobną osóbkę, która się w nim znajduje. Dokładnie takie same problemy pojawiały się przy pierwszej ciąży. Teraz nieco się spotęgowały, co niepokoiło Pearl oraz jej tatę. Hm, niezupełnie tatę, bo nastolatka nie poznała swojego biologicznego ojca. Jednak ze swoim przyszywanym tatą ma niezwykłą relację. To właśnie on bawił się z nią, gdy była malutka. Od zawsze pomagał mamie w jej wychowaniu. Ale właśnie, wróćmy do mamy. Nierzadko spotykały ją silne bóle głowy i wymioty. Jednak mimo tego nie poddawała się i wciąż funkcjonowała pełną parą. Kiedy Pearl wychodziła do kina zaproponowała jej, że tuż po powrocie wypiją wspólnie herbatę. Niestety, to nigdy nie nastąpiło.

Po skończonym seansie dziewczyna wyciągnęła telefon i zobaczyła całą masę nieodebranych połączeń i nieodczytanych esemesów od taty. Podejrzewała, co mogło się wydarzyć, jednak nie chciała dopuszczać do siebie tej myśli. Szybciutko złapała taksówkę i pojechała do szpitala. Ale było już za późno. Mama odeszła. Niespodziewanie i bez pożegnania. Pearl nie mogła pogodzić się z tą myślą. Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Wmawiała sobie, że to nieprawda. Mama "zostawiła" po sobie Rose. Rose, którą Pearl nazwała Szczurem. Bohaterka nie darzyła swojej siostry miłym uczuciem. Była przekonana, że to właśnie przez nią mama umarła, że gdyby nie siostra, wciąż by żyła. Nie potrafiła spojrzeć na Rose kochającym wzrokiem. Widziała w niej wroga, który odebrał jej nie tylko mamę, ale w pewien sposób również i tatę. Można nawet powiedzieć, że tata porzucił wszystkich i wszystko i zamieszkał w szpitalu, tuż obok swojej niewielkiej, biologicznej córki.


Pearl nie chciała z nikim rozmawiać. Zamknęła cały swój świat i nie zamierzała go otworzyć. Nawet przed swoją najlepszą przyjaciółką. Nie odpisywała na wiadomości, ani nie odbierała telefonów. I choć wiedziała, że rani Molly swoim zachowaniem, nie potrafiła tego zmienić. Pragnęła rozmawiać tylko i wyłącznie z jedną osobą. Ze swoją mamą. Pearl faktycznie z nią gawędziła, i to dość często. Uprzedzając pytania - tak, wydarzało się to po śmierci. Można to interpretować w sposób wszelaki. Bardzo prawdopodobne, że te rozmowy odbywały się w głowie głównej bohaterki, a być może były one snem lub jawą. A możliwe, że Pearl wywoływała mamę z ogromnej tęsknoty. Trudno mi stwierdzić, co dokładnie autorka, czyli Clare Furniss, miała na myśli, więc zostawię to do samodzielnego odkrycia.

Tata cały czas przebywał z Rose - fizycznie oraz myślami. Martwił się o uczucia swojej starszej córki i w pełni rozumiał to, że powrót do szkoły po tak okropnym wydarzeniu byłby tylko niepotrzebną frustracją. Dlatego Pearl nie chodziła do szkoły długie miesiące, co bardzo niepokoiło nauczycieli. Rozmyślała tylko i wyłącznie o mamie i o złu, które, jej zdaniem, wprowadziła do codzienności jej młodsza siostra. Nawet nie chciała przypominać sobie o tym, że już wkrótce Rose zostanie wypuszczona ze szpitala i zamieszka z nią i tatą. Przez pierwsze kilkanaście dni, ku jej zdziwieniu, wszystko było w porządku. Mała należała do grupki tych dzieci, które niewiele płaczą. Nastolatka prawie wcale nie musiała się nią zajmować, co przyniosło jej ulgę. Jednak do czasu. Tata przecież musiał wrócić do pracy, ich oszczędności nie wynosiły zbyt wiele, a ktoś musiał zająć się Rose. Jedyną taką osobą była właśnie Pearl. Z początku oczywiście zaprzeczała i na samą myśl o siostrze brało ją na wymioty. W końcu uległa. I dość mocno się zaskoczyła. Dlatego gdy babcia przyjechała do swojego syna i wnuczek, aby im pomóc, nastolatka była bardzo niezadowolona. Miała też ku temu również inne powody. Pozwólcie, że nie będę ich zdradzać, ale mogę ujawnić to, że Pearl miała dosyć ciągłych komentarzy swojej babci. O wyglądzie, charakterze, zachowaniu. O tym, że wcale nie różni się od mamy. Nic dziwnego, że wolała zamknąć się w pokoju i nawet nie wychodzić z niego jednym palcem.


W trudnych momentach nasza bohaterka wpatrywała się w widok za oknem. Jej oczom ukazywał się wtedy zaniedbany ogród. Nikt do niego nie zajrzał od czasu, kiedy zamieszkali w tym miejscu. Mama miała wizję idealnej, zielonej przestrzeni i roślin zachwycających wzrok. Ale to był wciąż mały, gęsty busz. Pearl niekiedy obserwowała Finna, wnuka schorowanej sąsiadki, pielęgnującego ogród starszej kobiety. Miała cichą nadzieję, że pewnego dnia pozna tego chłopaka bliżej. Będzie mogła z nim porozmawiać. Jednak po chwili przypomina sobie, że przecież nie chce wymieniać z nikim, nawet z Molly, choćby kilku zdań, więc nie może podejść i tak po prostu zacząć rozmowę z Finnem. Znowu dociera do niej, że życie bez mamy i jej rad jest przeraźliwie ciężkie.

"Rok Szczura" to pozycja dotycząca trudnego tematu, jakim jest śmierć najbliższej osoby. Po odejściu swojej mamy Pearl robi rzeczy, o których zrobieniu nie pomyślałaby nigdy wcześniej. Odstawiła na bok swoje pasje, naukę i przyjaciół. I także rodzinę. Bardzo mocno odczuła to, że mama była dla niej zdecydowanie najważniejszą osobą. Wraz z jej śmiercią umarła również duża część Pearl. Dzisiejsza lektura porusza temat dojrzewania, więzi rodzinnych, poszukiwania własnych korzeni i miłości - tej na wielu poziomach. "Rok Szczura" jest kierowany do osób w wieku czternaście plus, ale myślę, że te nieco młodsze oraz nieco starsze będą równie zachwycone oraz wzruszone. A, i muszę zaznaczyć, że jeśli akurat macie ochotę się pośmiać, zupełnie nie trafiliście i może warto poczekać. Nie zapomnijcie o chusteczkach!

Niezależnie od tego, czy Wy także macie młodsze siostry i ogrody niczym opuszczone busze, zamieszkajcie z Pearl właśnie od marca do lutego!

Tytuł - Rok Szczura
Tekst - Clare Furniss
Przekład - Katarzyna Rosłan
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2016

sobota, 2 marca 2019

Hen - czyli Saam, śnieg i lód


Norwegia. Pierwsze skojarzenie, które wpada mi do głowy, kiedy słyszę ten wyraz, to kolorowe, drewniane domki. Później moje myśli wędrują zaśnieżoną ścieżką do szczęśliwych i opatulonych w kurtki mieszkańców oraz do małych sklepików rybnych. Po chwili zadumy uciekam do świata drzew iglastych. Właśnie z tym kojarzy mi się Norwegia. Jednak jak się okazało, nie jest to jej prawdziwy obraz, a przynajmniej tej na północy. Ubierzcie się ciepło, w drogę!


Najpierw przenieśmy się do Tromsø, a konkretnie - do domu Iberta Amundsena. Do domu, w którym prawie dziewięćdziesięciolatek żyje sam. Z czasem przyzwyczaja się do samotności, która wypełnia kąty jego mieszkania. Niegdyś to uczucie było mu obce. Przebywał w towarzystwie żony, dwóch synów, trzech córek i czterech koni. I jeszcze wozu, na którym spędzał mnóstwo czasu. Najczęstszymi gośćmi na wozie Iberta były bloki lodu. Natomiast najczęstszym gościem, który witał ludzi w rękach braci Amundsenów (synów Iberta) był aparat. To głównie dzięki nim zachował się obraz miasteczek w Finnmarku. I kolejny dowód na to, że uwiecznianie codzienności to skarb!


Ibert codziennie odwiedza pobliską kawiarnię. Trwa to już kilka lat. "W kawie zanurza kostki brązowego cukru, a wzrok w gazecie albo w rozmówcy". Płynnie przechodzi z jednej opowieści do drugiej. Niekiedy jego rozmowy przeciągają się nawet do sześciu godzin. Może to dlatego, że widok za oknem wciąż się nie zmienia i trudno rozpoznać, czy wieczór już się zbliża. A trzeba zaznaczyć, że tematów do rozmowy z tym panem jest całe mnóstwo. Dotyczą one przede wszystkie przeszłości. Dzieciństwa, które wypełnione było "spalaniem". Nie, nie wojną. Spalaniem. Płonącymi domami. Wojna w Norwegii jest wspomnieniem, które każdemu mieszkańcowi przypomina właśnie o ogniu.


Dobrze, ale wrócimy do historii naszego bohatera. Oprócz tego, że Ibert był woźnicą, prowadził także kiosk. Te małe sklepiki były bardzo popularne w czasach jego młodości. Można było w nich kupić cały przekrój przedmiotów. Jedzenie, kosmetyki, ozdoby. W grono tych różności wliczały się także podpaski. Kupowanie ich było wstydem dla kobiet. Dlatego żona Iberta, aby zaoszczędzić go koleżankom, wkładała je pojedynczo do papierowych opakowań. Od tamtej pory już nikt nie rzucał dziewczynom kupującym artykuły im niezbędne niemiłych spojrzeń.


Jak wspomniałam już wcześniej, bracia Amundsenowie uwieczniali życie w północnej Norwegii. Mieli nawet swoją pracownię w piwnicy, w której powiększali i wywoływali zdjęcia. Ich tata podchodził do tego pozytywnie, ale z lekkim dystansem. Czasem, odwiedzajac swoich synów w pracowni, opowiadał drobne żarty. Poczucie humoru zawsze mu towarzyszyło. Słysząc pytanie dotyczące swoich urodzin odpowiada, że najchętniej zaprosiłby sto osób, a sam by nie przyszedł. Jeśli jesteście introwertykami, warto brać również taką opcję pod uwagę!

Odwiedźmy teraz pana, który wie bardzo dużo o korzeniach swojej rodziny i durnostojkach. Oraz o bujanych fotelach. A w szczególności jednym, niebieskim. Kolekcja Håkona Foldstada jest naprawdę spora. Każda rzecz ma jakąś wartość, zapisaną historię rodzinną. Do niedawna właściciel był do nich bardzo przywiązany. Jednak teraz postanowił je sprzedać. I w ten sposób niebieski, bujany fotel trafił do Ilony Wiśniewskiej, autorki książki "Hen". Pan Håkon twierdzi, że z wiekiem coraz trudniej o znalezieniu głębokiego sensu w trzymaniu tak wielu talerzy, łyżek i krzeseł. Dlatego cieszy się, że udało mu się oddać mebel w dobre ręce. Do fotela dorzucił jeszcze sędziwe zdjęcie, na którym zostały ukazane trzy kobiety. I teraz rodzi się kolejna zagadka - kim one są?


Autorka kieruje się z tym pytaniem do kobiety o imieniu Oddfrid. Staruszka z początku udaje, że pani Ilona wcale ją nie interesuje. Jest to spowodowane jej przekonaniem, że turyści niszczą Norwegię. Jednak po czasie zmienia zdanie. Hm, no może niezupełnie. Zmienia swoją opinię na temat pani Ilony. I postanawia, że jednak jej pomoże. Powszechnie wiadomo, że Oddfrid to jedyna osoba, która jest w stanie rozpoznać trzy postaci na fotografii. Oddfrid ma cały szereg katalogów i albumów ze zdjęciami mieszkańców Vardø. Mieszkańców z lekka zmęczonych. Najczęściej jest to spowodowane niełatwą pracą, która nie rozpieszcza w takich warunkach atmosferycznych.


O, przyjrzyjcie się tym dwóm paniom, o tam, w oddali. To dwie przyjaciółki - Wenche i Tove - także codziennie odwiedzające kawiarnię w pobliżu. Spotykają się tam, aby oderwać się od odśnieżania ogródka i wypić wspólnie kilka filiżanek. Wenche pracowała niegdyś w Grand Hotelu, po czym przyszedł czas na bieganie z informacjami dla rybaków w porcie, natomiast swoje dorosłe życie spędziła w banku. Teraz krząta się po domu, co chwilę coś nucąc. Kilka lat temu nagrała krążek z przebojami z lat sześćdziesiątych. Gdy mówi o swojej płycie, wypełnia ją duma. Tove urodziła się wśród płonących domów. Jej rodzice "byli z tych, którzy wojenne wspomnienia woleli przerabiać na wełniane swetry niż na opowieści". Dlatego nie wie zbyt wiele o swoim dzieciństwie. Swoje dorosłe lata przepracowała w niedawno zamkniętym biurze. Nie do końca przepada za siedzeniem w mieszkaniu. Znacznie bardziej lubi spacerować po okolicy. Nalewa sobie ciepłą kawę do termosu i wyrusza.


Jednak dzisiejsza pozycja nie opowiada tylko o dwóch miastach - Tromsø i  Vardø. Ilona Wiśniewska przejechała tysiące kilometrów na terenie Finnmarku, aby poznać historie tutejszych mieszkańców, a następnie przedstawić je w swojej książce. A są to historie wypełnione różnorodnością. Dotyczą między innymi mniejszości etnicznych, w tym przypadku Saamów, oraz podtrzymywania tradycji - nauki śpiewania joiku czy też szycia gátki. Autorka spotkała się z osobami, które postanowiły sprzeciwić się dyskryminacji i walczyć o prawa rdzennych mieszkańców północnej Norwegii. Dzięki ich słusznemu uparciu, coraz więcej Saamów pozbywa się wstydu swoich korzeni oraz zaczyna mówić we własnym języku, o czym w książce opowiadają między innymi Ellen Anne Ole Hætta, Mari Boine, Susann Funderud Skogvang. W Finnmarku powstają organizacje i festiwale, jak choćby Riddu Riđđu, pozwalające na zjednoczenie ludzi niegdyś żyjących wraz z wielkim strachem i kompletnie niepotrzebnym zażenowaniem. Należy pamiętać, że świat, któremu towarzyszą równouprawnienia staje się o niebo lepszy. "Hen" to, napisane wysmakowanym językiem i uzupełnione zdjęciami, opowieści ludzi, którzy otwierają przed czytelnikiem swoje wnętrze. Ludzi, którzy, mimo wielu niesprawiedliwości oraz surowego klimatu, pokochali opisane miejsce i nie chcą go opuszczać. Tak, Ilonie Wiśniewskiej należy się ogromny ukłon. To właśnie dzięki tej pani możemy zamieszkać w północnej Norwegii choć na kilka dni.


Pędźcie po nasz reportaż, bo jest to rzecz absolutnie wyśmienita!

Tytuł - Hen. Na północy Norwegii
Tekst i fotografie - Ilona Wiśniewska
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2016

sobota, 16 lutego 2019

My dwie, my trzy, my cztery - czyli mocna seria zaskoczeń


Dwa tygodnie temu zanurzyliśmy się w świat książek dla nastolatków i dzisiaj również z niego nie wyjdziemy. Otóż ostatnio na naszym rynku pojawiła się pozycja, która zachwyciła wiele osób. Przez niektórych, została nawet okrzyknięta najlepszą książką dla młodzieży. Dla mnie z pewnością jest jedną z najciekawszych i najmądrzejszych. Dobrze, wejdźmy już do domu Apple, prędziutko!

Właśnie przed chwilą wspomniana bohaterka wróciła z babcią ze szkoły. Babcia wciąż nie rozumie, że wiek trzynastu lat jest zdecydowanie odpowiedni na samodzielne powroty do domu. Ta sama babcia nie pozwala jej też wychodzić z koleżankami. Uważa, że Apple jest jeszcze za mała. Między innymi w takich momentach Apple pragnie, aby mama znów się pojawiła... Głęboko w to wierzy. Wyczekuje tej chwili jeszcze bardziej niż najlepszych prezentów. Mama odeszła ponad 10 lat temu. Uwaga, dosłownie odeszła! Po prostu spakowała swoje rzeczy i wyszła z mieszkania. Za oknem hulała burza i padał grudniowy śnieg. Apple, leżąc w swoim łóżku piętro wyżej, słyszała okrzyki dwóch kobiet. To wspomnienie szczególnie zapadło jej w pamięci - mimo tego, że miała tylko dwa lata. No raczej nie wymyślałaby czegoś aż tak nieprzyjemnego.


Jak już wcześniej wspomniałam, nastolatka ma serdecznie dosyć swojej babci. Kocha ją, jednak uważa, że w wielu sytuacjach zdecydowanie przesadza. Po takich chwilach na drugi dzień oddawała swoje łzy do koszulki Pilar, najlepszej przyjaciółki. To ona była jej największym wsparciem. To właśnie z nią Apple dzieliła się swoimi sekretami. Jednak do czasu. Do czasu, gdy Donna ukradła naszej bohaterce przyjaciółkę. Do czasu, gdy Pilar zdradziła tajemnice Apple. Nastolatka nie spodziewała się takiej zdrady. Była zrozpaczona. Ale miała nadzieję, że los być może jeszcze się odmieni.


Teraz Apple cały czas jest sama. Sama na przerwach, sama po lekcjach. Jedyną istotą, której może się zwierzać jest jej pies - Reks. Ukojenie znajduje także w... pisaniu poezji. Swój talent odkrywa dzięki panu od języka angielskiego. A trzeba zaznaczyć, że jest to talent, obok którego nie można przejść obojętnie. Przekonajcie się sami:

Wojna
To wcale nie wygląda jak wojna,
Chyba żeby przyjrzeć się bliżej - założyć najpierw okulary
I przejechać palcem po pęknięciach przyjaźni.
Byłyśmy we dwie,
Drużyna na dwieście punktów,
Aż Donna zabrała ją
Ode mnie.
Spadła jak kamień i zabrała Pilar,
Jak ptak chwytający rybę przy brzegu oceanu.
Nie wiedziałam, że coś takiego może się wydarzyć.
Myślałam, że przyjaźń zawsze oznacza właśnie to:
Na zawsze i zawsze, i zawsze.
Teraz wiem, że oznacza:
Dopóki.
Dopóki nie zjawi się ktoś ciekawszy,
Dopóki nie zjawi się ktoś lepszy,
Dopóki dyrygentka nie machnie batutą,
Wybierze ciebie, a nie mnie
I zakończy naszą symfonię.

Przenieśmy się w świąteczny czas. Apple nigdy go nie lubi. Ma ku temu dwa powody. Po pierwsze - ten wieczór przypomina jej ucieczkę mamy. Po drugie - właśnie wtedy do babci przyjeżdża tata wraz ze swoją partnerką, czyli macochą Apple. To jeden z nielicznych dni w roku, podczas których okazuje jakiekolwiek zainteresowanie swoją córką. Czyli podsumowując - nie przywiązuje do niej praktycznie żadnej uwagi.


Te święta są jeszcze bardziej nieszczęśliwe i przygnębiające dla naszej bohaterki. Dowiaduje się o nowinie, która powinna ją cieszyć i sprawiać, że poczuje się szczęśliwsza, jednak wcale tak nie jest. Osoby, które mnie ociupinę znają pewnie domyślają się, że nie zdradzę, co było wspomnianym prezentem. Oczywiście tak też zrobię. Pozwólcie, że zostawię to do odkrycia czytelnikowi.

Aby ochłonąć po rodzinnych informacjach, Apple wychodzi z Reksem na spacer. Jest z lekka zdruzgotana. Właśnie wtedy dostrzega sąsiada w swoim wieku. Ma na sobie sweter, gumiaki i wchodzi do pobliskich posiadłości przez dziury w ogrodzeniach. Mimo tego, że wcale nie zna Apple, próbuje jej pomóc. Jednak nastolatka odpycha go niemiłym spojrzeniem i wymownymi wypowiedziami. Chciałaby otrzymać pomoc tylko od jednej osoby. Marzy o tym, aby mama wróciła. I faktycznie, marzenie się spełnia! Jednak jak wszystkim wiadomo, los to niezły figlarz i rzeczy nie są takie, jakimi mogą się wydawać.


Tak jak zdradziłam na samym początku, "My dwie, my trzy, my cztery" jest książką absolutnie wyjątkową. Porusza kilka z tematów, które są niezwykle istotne. Bezgraniczna miłość rodziny i także jej brak, relacja z rodzicami, niedotrzymywanie obietnic, moc poezji, zdrada najlepszej koleżanki i przyjaźń ze zwierzakiem, pierwsze gorące uderzania serca i pewność siebie. Autorce należą się ogromne gratulacje i brawa. Być może znacie już Sarah Crossan z jej pozycji "Kasieńka" (aw, jakaż ona była wspaniała!). Tutaj nasza pisarka również wykazała się wielkim zrozumieniem, jeśli chodzi o świat problemów nastolatków. To, podzielona na sześć części, trzecia pozycja z serii, w której znalazły się także "Pasztety, do boju!" oraz "Bystrzak". Trudno nie przyznać racji temu, że poziom znów został utrzymany!

Wy także sięgnijcie po „My dwie, my trzy, my cztery” i rozwiążcie zagadkę związaną z tytułem!

Tytuł - My dwie, my trzy, my cztery
Tekst - Sarah Crossan
Przekład - Małgorzata Glasenapp
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2018