niedziela, 23 lutego 2020

Boznańska. Non finito - czyli nieskończone, a pełne


Kiedy miałam dziewięć lat, powiedziałam rodzicom, że w przyszłości będę malować portrety i zamieszkam w Paryżu - dokładnie w tym samym miejscu, w którym tworzyła Olga Boznańska. Artystka słynęła z tego, że swoje portrety malowała latami. Była drobna, ale charakterna. Przez ponad sześćdziesiąt lat żyła w toksycznym związku ze sztuką. Malowanie dawało jej ogromną przyjemność, ale kradło rozsądek i wytwarzało mnóstwo problemów.

Olga przyszła na świat w tysiąc osiemset sześćdziesiątym piątym roku. Piętnasty kwietnia to bardzo szczęśliwy dzień dla Adama Boznańskiego i Eugenii Mondant. Trzy lata później w krakowskim domu pojawia się również Iza, jedyna siostra Olgi. Dziewczynki już od dzieciństwa były pchane do świata sztuki. Najpierw szkoliły swój rysunek pod okiem mamy. Oldze wychodziło to znacznie lepiej niż Izie, więc młodsza z sióstr zaczęła swoją przygodę z muzyką. Gdy przyszła malarka wkroczyła w wiek nastoletni, zaczęła chodzić na kursy rysunku oraz kopiowała dzieła wybitnych malarzy w towarzystwie Kazimierza Pochwalskiego oraz Józefa Siedleckiego. Rodzice dostrzegli w niej talent oraz pracowitość. Byli dla niej wsparciem - zarówno duchowym, jak i finansowym. Dlatego też nie wahali się podjąć odważnej decyzji, jaką była przeprowadzka Olgi do Monachium.


Na pierwszy rzut oka Boznańska wydaje się być nieśmiałą i uroczą kobietką. Jednak jej przyjaciele wiedzą, że to złudny obraz. Olga zawsze wyróżniała się swoim wyglądem. Zaznaczała brwi węglem i miała lekko siny odcień cery. Ubierała suknie z trenem pełnym falban i plis, najczęściej wyraźnie dotknięte przez upływający czas i myszy (za chwilkę do nich wrócimy!). Jeśli Boznańska musiała założyć coś na głowę, jej wyborem nie padały subtelne kapelusze czy też modne czapki. Potrafiła ozdobić swoją fryzurę owocami, a nawet bocianim gniazdem.


Gdy artystka miała na karku trzydzieści trzy wiosny, przeprowadziła się do Paryża. Prawie w ogóle nie odpoczywała. Wpadła w wir malowania i rozmów. W jej pracowni zawsze było tłoczno i duszno. Olga wzbudzała coraz większe zainteresowanie wśród miłośników sztuki. Ale trzeba również przyznać, że spotkała ją fala nieprzyjemnych recenzji. Prasa - zarówno francuska, jak i polska - aż huczała od negatywnych opinii na temat jej obrazów. Z czasem ulega to niezwykłej zmianie. Krytycy zachwycają się oczami spod ręki Boznańskiej i określają ją "mistrzynią portretu". Ponoć kobiety ostrzegały się wzajemnie, aby nie iść na portret do Boznańskiej. Dlaczego? Ponieważ malarka nie upiększała. Wręcz przeciwnie.


Dobrze, przenieśmy się teraz do paryskiej pracowni Olgi. Idealnie pasowałby tutaj tekst "zamknijcie oczy", ale oczywiście go nie napiszę. Wyobraźmy sobie, że siedzimy na brązowej kanapie. Za nami znajdują się szare tkaniny, natomiast przed nami - ogromna sztaluga. Zasłania ona praktycznie całą sylwetkę drobnej Olgi. Artystka nie mówi zbyt wiele. Jest skupiona na zarysie naszej twarzy. Jeszcze nie wiemy, że zawitamy tutaj aż trzydzieści razy, aby portret był pełny. Tak, pełny. Wyraz "skończony" zupełnie by tutaj nie pasował. Bo Boznańska nigdy nie kończy swoich dzieł, co wcale nie oznacza, że są one niepełne. W pracowni panuje artystyczny nieład. Niektóre obrazy wiszą na ścianach, ale znaczna większość poniewiera się po kątach. W pracowni mieszkają także... myszy. Pierwsze z nich Olga kupiła w tysiąc dziewięćset trzecim roku. Później białe zwierzaki zaczynają się rozmnażać. Ich "mama" nie widzi w tym żadnego problemu, jednak jej goście i modele - owszem. Niektórzy boją się powiesić kurtki na wieszaku, aby myszy jej nie zniszczyły. Wtedy Olga mówi, że one nadgryzają tylko odzież męską.


Wróćmy na chwilę do rodziców naszej bohaterki. Mama Olgi, czyli Eugenia Mondant, odeszła, kiedy jej starsza córka miała dwadzieścia siedem lat. A więc skupmy się na tacie, Adamie Boznańskim. Był to człowiek, który miał głowę do finansów, czego nie można powiedzieć o jego córce. Olga nie potrafiła zarządzać swoimi pieniędzmi. Często pomagała biednym, którzy później okazywali się naprawdę majętnymi ludźmi. Pożyczała spore sumy swoim znajomym, co powodowało, że niekiedy nie wystarczało jej na jedzenie i opłacenie pracowni. Dlatego tata cały czas wspomagał ją finansowo. Olga była od niego całkowicie zależna. Praktycznie każdą swoją decyzję konsultowała z tatą. Oczywiście listownie, bo Adam Boznański mieszkał w Krakowie. Jednak tata Olgi nie wygrałby medalu w konkursie "najlepszy ojciec". Niewykluczone, że artystka i jej siostra były molestowane w dzieciństwie. Wiele osób twierdzi, że odcisnęło to spore piętno na ich psychice. Boznański nie tolerował również jedynego partnera Olgi - Józefa Czajkowskiego. Był jednym (i zapewne najważniejszym) z powodów ich rozstania. Po tym wydarzeniu Olga już nigdy się nie zakochała. Jej relacja z ojcem wygląda trochę niepokojąco. I nie jest to tylko moje zdanie.


Kiedy piszę tę recenzję w swoim pokoju, przy biurku, co chwilę zerkam w prawo. Dlaczego? Dlatego, że wisi tam jeden z najpopularniejszych i najchętniej wystawianych obrazów Olgi. Tak, to "Dziewczynka z chryzantemami" (oczywiście nie oryginał!). Dostałam go od pani Asi, która kilka lat temu przychodziła do mnie, aby szkolić mój rysunek. Jeśli chodzi o dzieła Boznańskiej, większość z nich to - rzecz jasna - portrety. Artystka praktycznie zawsze sprzedawała je za cenę wyznaczoną przez klienta. Jak się zapewne domyślacie, była ona zdecydowanie za niska. Boznańska stworzyła również parę martwych natur i krajobrazów. Jednak nie przepadała za pejzażami. Wolała, żeby malowany obiekt przychodził do niej, a nie odwrotnie.


Pamiętacie może książkę "Jak oni pracują 2"? Pojawił się tam wywiad z autorką dzisiejszej pozycji - Angeliką Kuźniak. Właśnie dzięki tej rozmowie dowiedziałam się, że pani Angelika pisze biografię Olgi Boznańskiej. Ucieszyłam się podwójnie. Po pierwsze - mam spory sentyment do tej postaci. Po drugie - uwielbiam biografie! Kilka miesięcy później chwyciłam do ręki pozycję pod tytułem "Boznańska. Non finito" i pochłonęłam ją z wielką radością. Autorka odtworzyła obraz najwybitniejszej polskiej malarki z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku dzięki listom (a Olga pisała ich na potęgę), dokumentom, wystawom, tekstom prasowym i opowieściom świadków. Boznańska często przerysowywała swoją codzienność i dodawała jej barw. Zakłamywała również daty, więc autorka miała naprawdę trudne zadanie. Ale wywiązała się z niego doskonale.

Koniecznie musicie mieć na swojej półce tę biografię - wypełnioną długimi dygresjami, cytatami i niezwykle ciekawymi historiami.

Tytuł - Boznańska. Non finito
Tekst - Angelika Kuźniak
Wydawnictwo Literackie, Warszawa, 2019

niedziela, 9 lutego 2020

Ballada o dziewczynie - czyli rysowanie Ewy Frysztak


Czy ktoś z Was kojarzy panią o imieniu Ewa i nazwisku Frysztak? Nie? Niestety muszę przyznać, że ta odpowiedź nie za bardzo mnie zaskoczyła. W Polsce nazwisko Ewy Frysztak niewiele mówi. Natomiast za granicą plakaty i ilustracje tej pani są istnymi skarbami. Autorka jest osobą ze świetną kreską, ostrym charakterem i sporą liczbą okładek na koncie. Chcecie poznać ją nieco lepiej? Chodźcie, zajrzymy wspólnie do mieszkania wypełnionego monstrualną ilością kartek.


W domu Ewy Frysztak nie było tradycji rysowania lub malowania. Artystka nie uczęszczała do liceum plastycznego. Nawet nie miała świadomości, że takie istnieje. Po ukończeniu gimnazjum w głowie pani Ewy pojawiła się zagwozdka. I to dość spora. Fascynowała ją zarówno medycyna, jak i sztuka. Postanowiła spróbować swoich sił w obydwóch dziedzinach. Wybrała się na dwa egzaminy. Miała szczęście - zdała i tu, i tu. Postanowiła postawić swoją stopę na uczelni szkolącej przyszłych lekarzy. Spędziła tam pół roku. Ale czuła się nieswojo bez rysowania. Stwierdziła, że nie wytrzyma tak dłużej! Poszła do rektora Akademii Sztuk Pięknych - Eugeniusza Eibischa. Wyjaśniła mu, że zdała egzamin na ASP, jednak nie chodziła na zajęcia zajęta nauką łacińskich nazw kości. Teraz zmieniła zdanie i jej marzeniem jest studiowanie na krakowskiej akademii. Rektor powiedział, że już wkrótce może spodziewać się legitymacji studenckiej.


Trzeba przyznać, że odwaga pani Ewy pomogła jej w wielu niełatwych momentach. Ilustratorka stawała nie tylko w obronie swojej, ale również innych. W książce pod tytułem "Ballada o dziewczynie" przytoczyła pewną uczelnianą sytuację. Pod koniec roku akademickiego do pracowni przychodził profesor Witold Chomicz w towarzystwie swojego asystenta. Wspólnie omawiali prace każdego studenta. Doszli do pewnej uzdolnionej dziewczyny, która zdecydowanie zawyżała średnią wieku osób przebywających na sali. Mieszkała straszliwie daleko od Krakowa i codziennie - od czterech lat - wstawała o świcie, aby dojeżdżać na uczelnię. Nagle profesor powiedział: "Ja pani nie zaliczę". Bardzo oburzyło to Ewę Frysztak, więc wstała i rozpoczęła z profesorem walkę na argumenty. Jeden do zera dla pani Ewy. Wspomniana przed chwilą dziewczyna ukończyła studia i została nauczycielką rysunku na wsi.


Jestem pewna, że znacie Józefa Wilkonia, Romana Cieślewicza i Franciszka Starowieyskiego. To wybitna i szanowana trójka "magicznego rocznika". Pani Ewa również znajdowała się w tej brygadzie. Autorka wspomina Wilkonia jako człowieka trzymającego dystans i chodzącego własnymi ścieżkami. Natomiast z Franciszkiem Starowieyskim miała wspaniałą relację. W każdą niedzielę spotykali się na targu staroci, gdzie Ewa Frysztak sprzedawała swoje kompozycje z gotowych elementów. Ludzie nazywali je "sztuką dekoracyjną". A poza tym artystka szyła obrazy z fragmentów tkanin, które także nietrudno było zobaczyć na niedzielnym targu.


Kilka miesięcy przed rokiem dyplomowym młoda studentka wyjechała do Warszawy. Odbywała tam praktyki w Państwowym Instytucie Wydawniczym. Zagnieździła się w tym miejscu i praca na pół etatu szła jej wyśmienicie. Dyrektor pozwolił pani Ewie spać w pracowni graficznej na czwartym piętrze. Artystka zazdrościła swoim krakowskim kolegom tylko jednej rzeczy. Otóż oni mogli składać swój dyplomowy tekst w drukarni akademickiej - zaoszczędzało to ich energię, czas oraz wzrok. Natomiast pani Ewa nie miała dostępu do warszawskiej drukarni, co straszliwie ją irytowało. Ale nie dała się pokonać i napisała cały swój tekst ręcznie. Po czasie dostrzegła, że miało to mnóstwo plusów. Staranny charakter pisma i wyćwiczona ręka przydały się jej przy projektowaniu okładek wyróżniających się wysmakowanym liternictwem.


Ewa Frysztak bardzo dobrze wspomina pracę w PIW-ie. W końcu spędziła tam sporą część swojego życia. Jednym z minusów był dobór redaktorów naczelnych. Autorka żadnego z nich nie darzyła sympatią. Większość przychodziła do wydawnictwa w fatalnym stanie, który był skutkiem poprzedniego wieczoru. Ilustratorka miała w wydawnictwie ugruntowaną pozycję. Była PIW-owskim wyjadaczem. Robiła około cztery okładki w ciągu miesiąca. Wyróżniały się one prostotą, estetyką i wspomnianym już wyjątkowym liternictwem. Czasami do stopki redakcyjnej wkradał się błąd. Józef Wilkoń doskonale pamięta sytuację, w której jego okładkę podpisano nazwiskiem Ewy Frysztak. Nie zapomniał również swojej złości w tamtej chwili.


W latach sześćdziesiątych pani Ewa została zwolniona z PIW-u, czym zbytnio się nie przejęła. Mieszkała na prowincji, dlatego dojazd do redakcji sprawiał jej ogromną trudność. Po zwolnieniu autorka miała grono osób zaprzyjaźnionych z jej ilustracjami. Nie potrzebowała zatrudnienia, aby zdobywać kolejne zlecenia. Projektowała między innymi dla Wydawnictwa Literackiego i Wydawnictwa Poznańskiego. Zajęła się również plakatami. Oprócz tego malowała kartki świąteczne. Zdarzały się też takie z okazji 1 Maja lub 11 Listopada. Tworzenie tych pocztówek było niezłym wyróżnieniem. W końcu kupowała je cała Polska! Nietrudno rozpoznać w nich panią Ewę, mimo tego, że nie wypracowała charakterystycznego dla siebie stylu. Artystka bardzo rzetelnie wyciągała swoje literki kałankiem - takim cieniutkim pędzelkiem nazywanym również zerówką. W szczególności lubiła te krótkie i twarde, nie przepadała za długimi i miękkimi. Te drugie musiała usztywniać oblizując za każdym razem, aby trzymały czubek. Nieco irytujące zajęcie.


Czytając rozmowę Janusza Górskiego z Ewą Frysztak, rysuje się nam obraz kobiety z plecakiem wypełnionym doświadczeniem i dopracowanym warsztatem. Jestem pewna, że doskonale znacie jej okładki. Ja także wiele z nich kojarzyłam, ale nie wiedziałam, kto się za nimi kryje. Jedną z cech pani Ewy jest skromność. Wciąż twierdzi, że Jan Młodożeniec, Henryk Tomaszewski oraz Janusz Stanny byli o dwie lub trzy półki wyżej od niej. Janusz Górski wciąż powtarzał, że autorka w ogóle siebie nie docenia. Profesor gdańskiej ASP wydobył z artystki historie prywatne i zawodowe. Wiecie, że pani Ewa miała trzech mężów i straszliwie lubiła jeździć na nartach?

Sięgnijcie po "Balladę o dziewczynie". Łykniecie w jeden wieczór, uwierzcie mi.

Tytuł - Ballada o dziewczynie
Tekst - Janusz Górski, Ewa Frysztak
Wydawnictwo Karakter, Kraków, 2019

niedziela, 26 stycznia 2020

Mafalda - czyli wielki umysł z kokardką


Komiksy. Zapewne dla wielu z Was są one jednymi z pierwszych książkowych doświadczeń. Wyobrażam sobie teraz, że jesteście małymi brzdącami. Takimi z nieułożonymi czuprynami oraz ciekawymi świata oczami. Ubraliście już swoje kolorowe piżamki i wzięliście do rąk ukochany komiks. Usiedliście pomiędzy obszernym fotelem i wysokim regałem na książki. Pstryk, nagle zupełnie straciliście poczucie czasu, a Wasz wewnętrzny zegar przestał działać. Czy tak było? Tego nie wiem. No dobrze, a czy chcielibyście, aby Wasze dzieci zaliczyły taki właśnie wymarzony wieczór? Nadchodzę z pomocą.

Najpierw musimy cofnąć się o pięćdziesiąt sześć lat. Uf, już jesteśmy w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym roku. Przedstawiam Wam Mafaldę. To kilkuletnia dziewczynka, która nie ma zbyt dużego wzrostu, a mimo to przewyższa nawet dorosłych. Uważnie słucha radia i starannie wybiera filmy w telewizji. Strasznie martwią ją wojny i wszelkie spory polityków. Boi się o ludzkość. Dlaczego? Ponieważ - według Mafaldy - cztery miliardy osób nie pnie się, lecz spada. Dziewczynka twierdzi, że ludzkość jest po prostu odwrócona plecami do przyszłości i za żadne skarby nie chce wykonać obrotu o sto osiemdziesiąt stopni. Mafalda właśnie poszła do pierwszej klasy. Jej biednej nauczycielce bardzo często doskwiera ból głowy. A to z kolei przez nieszablonowe pytania zadawane na każdej lekcji. Mafalda, wraz ze swoimi przyjaciółmi, zastanawia się, dlaczego istnieją wojny i czemu wynaleziono bombę atomową. Trzeba przyznać, że jak na sześciolatkę, całkiem nieźle.


Teraz zawitajmy w pokoju Felipe. To największy wielbiciel "Samotnego Jeźdźca". Przygody tego bohatera są dla chłopca znacznie ważniejsze od odrabiania lekcji. Felipe jest jednym z czterech najlepszych przyjaciół Mafaldy. Cały czas chodzi z jo-jem w ręku, co przeraźliwie irytuje jego koleżankę. Przeraża go to, że na świecie drukuje się więcej banknotów niż książek. Ale jest dobrej myśli i twierdzi, że w przyszłości kultura będzie bardziej ceniona niż pieniądze. Chłopiec uwielbia grać w szachy. Oczywiście tylko i wyłącznie według swoich zasad. Darzy sympatią tatę Mafaldy, miłośnika roślin doniczkowych. Zawzięcie kibicuje mu w wytępieniu mrówek z doniczek. Felipe codziennie podkrada rodzicom gazetę. Dowiaduje się z niej między innymi o istnieniu UFO i o klęskach w Algierii oraz Wietnamie. Wszystkimi wiadomościami dzieli się ze swoją przyjaciółką, rzecz jasna.


Przedstawię Wam jeszcze Susanitę. Na czubku głowy tej dziewczynki znajdują się kręcone, jasne włosy. Susanita ma w życiu naprawdę poważny cel. Chce zostać żoną bogatego fabrykanta i mieć z nim całą gromadkę dzieci, oczywiście podrzucanych przez bociana z Francji. Mafalda cały czas powtarza jej, że Susanita powinna mieć nieco odważniejsze marzenia i jej przyszłość absolutnie nie może być podporządkowana pod jednego mężczyznę. Ważne, żeby również miała swoje zdanie! Ale Susanitę nie do końca interesuje opinia Mafaldy. Woli marzyć o swoich przyszłych dzieciach oraz luksusie, który zapewni jej mąż.


Zajrzyjmy do sklepu U DON MANOLA. Za ladą można ujrzeć chłopca z nastroszoną czuprynką i licznymi guzami na głowie. To Manolito, syn właściciela sklepu, w którym się znajdujemy. Manolito, gdy dorośnie, chce zostać prezesem sieci najpopularniejszych sklepów w całym kraju. Gdy tylko zamyka oczy, wyobraża sobie siebie w eleganckim garniturze i stylowych okularach. Jest tylko jeden problem. Manolito nie do końca polubił się z nauką. Z matematyką również. Idealnie odzwierciedlają to jego oceny. Jeśli się nie zmienią, może być ciężko ze zrealizowaniem planu chłopca. No dobrze, ale bądźmy dobrej myśli. Przyjaciele Manolita są na bieżąco informowani o wszystkich promocjach w sklepie jego taty, ponieważ Manolito bardzo dba o rodzinny biznes i jest chodzącą reklamą U DON MANOLA. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że momentami leciutko przesadza.


Teraz kolej na Miguelita. Miguelito jest dzieckiem kochającym refleksje. Bardzo często siada na chodniku i czeka na to, co przyniesie mu życie. Żal mu producentów broni. Pracują bez wytchnienia i na dodatek nie odnoszą korzyści. Bo przecież wszystko, co wyprodukują, zostaje zniszczone podczas wojny. Chłopiec bardzo dużo rozmyśla na temat istot w innych światach. Wciąż zastanawia się, czy są inteligentne. Miguelito wszystkie komunikaty odczytuje bardzo dosłownie. Jakiś przykład? Bardzo proszę. Gdy w książce jest napisane, aby lepiej poznać siebie, on szuka w niej lusterka. A w tym samym czasie Felipe oznajmia, że nie ma siły na wewnętrzne podróże.

A teraz znów otwórzmy drzwi do mieszkania głównej bohaterki dzisiejszego komiksu. Widzicie tego pana, który wsypuje ziemię do niewielkiej doniczki? Zapewne możecie się domyślać, że to tata Mafaldy. Regularnie przynosi do domu nowe roślinki. Codziennie, tuż po powrocie z biura, uważnie obserwuje ich rozwój. Każdy listek musi być idealnie dopieszczony. Mama Mafaldy spędza mnóstwo czasu w kuchni. Gotuje zupy, których nasza bohaterka nie znosi. Uważa, że to najgorsze przekleństwo dzieciństwa. Hm, ja mam zupełnie odmienne zdanie - pomidorowa na zawsze w moim sercu!


Argentyński rysownik Quino wymyślił, napisał i narysował życie sześcioletniej dziewczynki. Zaprzyjaźnił się z nią w tysiąc dziewięćset sześdziesiątym czwartym i towarzyszył jej przez dziewięć lat. Jego dzieło jest troszkę jak dziecko - rozśmiesza, uspokaja, irytuje i intryguje. Pozwala także poznać codzienność osób żyjących w latach sześćdziesiątych oraz siedemdziesiątych. Gdy sięgniecie po "Mafaldę", założę się, że odwiedzą Was wszelkie możliwe emocje. To komiks nie tylko dla Waszych pociech, ale również dla Was. No proszę, i mamy kolejną pozycję, która łączy pokolenia. 

Tytuł - Mafalda. Wszystkie komiksy. Tom 1
Tekst i ilustracje - Quino
Przekład - Filip Łobodziński
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa, 2020

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Lud - czyli w sercu Grenlandii


Grenlandia. Kiedy myślałam o tej wyspie, moja wyobraźnia przedstawiała mi opatulonych w futra mieszkańców z uśmiechami na twarzach, szczęśliwe rodziny przy kominku w pięknych domach, cudownie przyrządzone ryby i zaprzęgi pięknych psów. I muszę przyznać, że moja wyobraźnia się nie pomyliła. Jednak pominęła wiele obrazów, które budują rzeczywisty obraz Grenlandii. Okulary założyła mi na nos Ilona Wiśniewska, która wybrała się tam na trzymiesięczną podróż. Pozwólcie, że przedstawię Wam historie ludzi mieszkających (bądź chwilowo przebywających) na grenlandzkiej wyspie. Radzę Wam ubrać nieprzemakalne buty i futrzaną kurtkę.

Najpierw przenieśmy się na niewielką wysepkę. Ma ona powierzchnię dwunastu kilometrów kwadratowych. Zamieszkuje ją tysiąc trzysta osób. Nazywa się Uummannaq. "Uummat" to po grenlandzku serce. A "uummannaq" - miejsce, w którym leży serce. Właśnie tam znajduje się najsłynniejszy grenlandzki dom dziecka. Opiekuje się nim kobieta o imieniu Ann. Niezwykle istotna jest dla niej kultura grenlandzka oraz natura. Swoje wartości stara się przekazywać dzieciom. Rodzice podopiecznych domu dziecka nie mieli pojęcia, jak wychować swoje pociechy. Najlepszym rozwiązaniem - według rodziców - było oddanie ich w ręce Ann. W tym domu dziecka koszmary wypędza się muzyką. Każdy wychowanek na czymś gra. Ze swoją muzyką podróżują po świecie. Byli także w Warszawie. Ann wierzy, że muzyka pozwala uspokoić wszystkie niepokojące myśli.


Jest wiosna. Dwa tysiące siedemnasty rok. Ilona Wiśniewska przybyła do Uummannaq, aby zostać miejscową wolontariuszką. Chce napisać książkę o tym miejscu. Ann od razu zaznacza, że historie dzieci nie mogą znaleźć się na kartach książki. Autorka mieszka w domu z dziewiętnastoletnią Siką. Dziewczyna przyjechała tutaj, aby dojrzeć. Ma pogodny uśmiech i hipnotyzujące oczy. Na pytania pani Ilony odpowiada najczęściej po kilku dniach. Sika mówi, że wszystko, w co wierzą Grenlandczycy, pochodzi z natury. Ich główną opiekunką jest Matka Morza, która dostarcza pożywienie. Dziewiętnastolatka za kilka miesięcy wybiera się do Danii, aby studiować architekturę. Na Grenlandii nie ma tego kierunku. Jednak po studiach Sika planuje wrócić do swojego kraju, w odróżnieniu od wielu rówieśników. Jej pokolenie jest przyszłością i dziewczyna liczy na to, że na Grenlandii będzie coraz więcej ludzi wykształconych.


Wybierzmy się teraz na zamarznięte morze. Widzicie tego pana obok dwóch martwych halibutów? To Paaluk. Paaluk szanuje morze i ląd. Poluje. To jego praca. Ale robi to w tak umiejętny sposób, aby odcisąć jak najmiejsze piętno na naturze. Zaczął polować już jako dziecko. Każdego lata wyjeżdżał z rodziną pod namioty. Szukał zwierząt. Pewnego razu spotkał mężczyznę, który pokazał mu, jak trzymać broń i w co celować, aby od razu trafiać w serce. Kiedyś zabił renifera. Niósł go na barkach przez pół dnia. Wiedział, że musi zabrać całe zwierzę. Nic nie mogło się zmarnować. Rodzice nauczyli go szacunku do tego, co zabił. Teraz ma roczne limity, które ustalają w Nuuk, stolicy Grenlandii. Na przykład w dwa tysiące siedemnastym roku można było zabić dziewięćdziesiąt narwali na dwa tysiące żyjących. Paaluk mówi, że coraz trudniej się dzielić.


Odwiedźmy Uunartoqa i Ane w ich niebieskim domu. Trafiliśmy właśnie na porę obiadową. Na stole ląduje mięso z foki i wieloryba, mattak i suszona ryba. Większość potraw jest surowa i posypana aromatem. Od ponad dwudziestu lat Uunartoq pomaga domowi dziecka ucząc chętnych przewidywania pogody, jeżdżenia zaprzęgami i strzelania tak, by nie zniszczyć futra. Małżeństwo jest przykładem tego, że Grenlandczycy śmieją się bardziej niż ktokolwiek z północy.


Ilona Wiśniewska w szczególności przywiązała się do pewnego chłopca w domu dziecka. Gert jest nieśmiały, ale zaciekawiony światem. Bardzo podobają mu się zdjęcia pani Ilony, dlatego autorka pożycza mu swój aparat. Później wspólnie oglądają zrobione przez niego fotografie. Niektóre są nieostre, inne krzywe, a jeszcze inne potrafią poruszyć sercem. Zdjęcia są linią łączącą panią Ilonę i Gerta. Niewiele ze sobą rozmawiają. Jeśli dochodzi już do jakiejkolwiek wymiany zdań, to pani Ilona mówi, a Gert przytakuje. Chłopiec jest także bardzo wygimnastykowany. Potrafi zrobić salto w tył tuż przy brzegu oddzielającym skały od zamarzniętego morza.


Do domu dziecka przyjeżdża Inunnguaq. Znają go wszyscy, choć pojawia się tu pierwszy raz. To dlatego, że jest znanym szefem kuchni. Wcześniej mieszkał w Danii. Zrezygnował ze swojej pracy, kiedy okazało się, że Duńczycy dostawali wyższą pensję niż on, Grenlandczyk. Duńczycy mają lepsze życie, bo z założenia są lepszymi ludźmi. Grenlandczyków traktują jak gorszych i głupszych. W ogóle nie biorą pod uwagę tego, że Grenlandczycy najczęściej są nieśmiali i taktowni, natomiast oni, Duńczycy - głośni oraz przemądrzali. Rodzice Inunnguaqa mówią, że zostali skrzywdzeni przez Danię, ale w dobrej wierze. Jednak mają w sobie pewną namiastkę wstydu, że nie umieli się jej przeciwstawić. Niestety, nigdy nie mieli nic do powiedzenia. Dlatego Inu chce, aby Grenlandia w końcu była niepodległa i uniezależniła się od kraju na wschodzie.


Zajrzyjmy jeszcze do domu siedemdziesięcioparoletniej Helene. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym pierwszym roku Helene dowiedziała się, że czeka ją długa podróż. Była wówczas małą, inteligentną dziewczynką, a Duńczycy akurat szukali bystrych dzieci. W walizce Helene znalazły się nowe sukienki i stare rzeczy, które do niej należały. Gdy nadszedł dzień wyjazdu, mama odprowadziła Helene do portu, a po kilku chwilach dziewczynka wraz z dwudziestoma jeden innymi dziećmi odpłynęła w ciszy. Po dwóch tygodniach na horyzoncie pojawił się ląd. Była to Dania. Dzieci wciąż nie rozumiały, czemu je tutaj wysłano. Grenlandzcy chłopcy i dziewczynki uczyli się w duńskich szkołach i mieszkali u obcych rodzin. W wieku czterdziestu siedmiu lat Helene dowiedziała się, że była częścią eksperymentu. O jego szczegółach dowiecie się, gdy sięgniecie po pozycję "Lud. Z grenlandzkiej wyspy". Zdradzę Wam tylko, że Helene nigdy nie wybaczyła Duńczykom.


Ilona Wiśniewska (autorka pozycji "Białe" oraz "Hen") napisała wnikliwy reportaż. Jak już wspomniałam na samym początku, wybrała się na trzymiesięczną podróż na grenlandzką wyspę. Słuchała tam opowieści towarzyszących łowieniu ryb, sprzątaniu kuchni, oglądaniu sędziwych zdjęć bądź jedzeniu posiłków. Dowiadywała się o przeszłości Grenlandii oraz poszczególnych osób. Później, po powrocie do domu, opisała to w doskonały sposób. Przedstawiła czytelnikom problemy tego kraju (od braku niepodległości aż po wykorzystywanie i molestowanie) oraz jego piękne widoki. Tekst, wypełniony porównaniami oraz metaforami, zdecydowanie trafił w mój gust. 


No dobrze, mamy początek stycznia, a ja już teraz wiem, że to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku.

Tytuł - Lud. Z grenlandzkiej wyspy
Tekst i fotografie - Ilona Wiśniewska
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2018

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Idą święta! - czyli smak tradycji i zapach świąt


Odczuwacie już tę ciepłą atmosferę, mimo nieprzyjemnej pogody? Macie w domach przystrojone choinki, a pod nimi prezenty dla bliskich? Do pełni szczęścia brakuje już tylko śniegu (co niestety jest skutkiem katastrofy klimatycznej). Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądają grudniowe święta w innych krajach? Jaki jest holenderski Mikołaj? Kto obchodzi Święto Światła? Kto zapoczątkował tradycję ubierania choinki? Jak powstały pierwsze bombki? Co pojawia się na wigilijnym stole u Greków, Norwegów i Szwedów? Gdzie mieszka prawdziwy Święty Mikołaj? I w jakim państwie istnieje grudniowe prima aprilis? Załóżcie ciepłe buty i weźcie do plecaka gorącą herbatkę, lecimy!


Nasz polski Święty Mikołaj odwiedza nas w nocy z piątego na szóstego grudnia. Zazwyczaj kładzie prezent obok łóżka lub nieopodal butów. Zjada kilka ciasteczek, popija je mlekiem i pędzi dalej. Zupełnie inaczej jest w Holandii. Mikołaj zjawia się u nich już jedenastego listopada! I uwaga, przypływa statkiem. Każdego roku przybija do innego portu, a dzieci witają go specjalną piosenką. Kolejnym zaskoczeniem jest fakt, że staruszek z długą brodą nie przybywa z Laponii, lecz z... Hiszpanii. Dlaczego? Dawno temu Holandia i Hiszpania prowadziły ze sobą bardzo istotny handel. W Holandii było bardzo dużo przedmiotów i owoców transportowanych z ciepłego kraju. Dlatego wszystko, co ekskluzywne, kojarzyło się z Hiszpanią. Muszę także zaznaczyć, że istnieją państwa, w których mikołajek w ogóle się nie obchodzi - to między innymi Szwecja, Norwegia czy Islandia.


Przenieśmy się teraz do przed chwilką wspomnianej Szwecji. Trzynastego grudnia szwedzkie ulice świecą chyba jeszcze jaśniej od słońca. Właśnie tego dnia mieszkańcy miast i wiosek w tym kraju wychodzą z domów ze świecami i lampionami. Trzy dni wcześniej, czyli dziesiątego grudnia, w sztokholmskim ratuszu odbywa się huczna uroczystość, jaką jest wręczenie Nagrody Nobla. Ponoć osoby, które mają otrzymać to cudowne wyróżnienie są budzone przez dziewczęta z płonącymi koronami na głowach. Laureaci najczęściej wpadają wtedy w szał. Znana jest historia, że jeden z nich, na widok płonących postaci, uciekł z pokoju, a po kilku sekundach wrócił z gaśnicą. No cóż, widocznie nie znał szwedzkiego zwyczaju.


Wybierzmy się teraz na jarmark! W dzisiejszych czasach świąteczne targi nie cieszą się już tak dużym zainteresowaniem, ponieważ zastąpiły je galerie handlowe. Niegdyś jarmarki przyciągały ludzi z najdalszych okolic. Robiono na nich zapasy na zimę, a przy okazji wrzucano do koszyka drobne, świąteczne upominki. Można było znaleźć tam zarówno drogocenne rzemiosło, jak i jaja, chleb, warzywa oraz mięso, koszyki, kożuchy i korale. Między straganami kręcili się także wędrowni śpiewacy i kobiety, które "przepowiadały przyszłość". Jednak jarmark wiązał się nie tylko z zakupami. Była to idealna okazja do przedświątecznych spotkań.


Dobrze, już dosyć tego gwaru i łoskotu. Wróćmy do domu. Wiecie, że tradycję przystrajania drzewek zapoczątkowali starożytni Rzymianie? Trochę później mnich Bonifacy zdecydował, że bożonarodzeniowe drzewko będzie iglakiem. Od wieków ludzie widzieli magię w drzewach iglastych. Nie mogli zrozumieć, dlaczego nie tracą koloru i nie gubią igieł zimą. Słowianie ucinali gałęzie sosny, świerku lub jodły i wieszali je przy suficie. Przystrojona owocami i wycinankami przydłaźniczka (bo tak ją nazywano) miała zapewnić miłość i dobrobyt. Choinki, które znamy dzisiaj, pojawiły się pięćset lat temu w Alzacji. Alzatczycy dekorowali je jabłkami (raj), piernikami (zdrowie) i orzechami (siła). Później ten zwyczaj rozpowszechniał się w Europie. Oryginalny pomysł na drzewko mieli górale. Wieszali je pod sufitem czubkiem do dołu. I kończąc już opowieść o iglakach, zadam Wam jedno pytanie - ile mierzyła najwyższa choinka? Sześćset metrów! Nie wierzycie mi? Wystarczy, że zajrzycie do książki o tytule "Idą święta! O Bożym Narodzeniu, Mikołaju i tradycjach świątecznych na świecie".


Bombki. Wielu z nas nie wyobraża sobie świąt bez tych ozdób. Chcecie poznać historię ich powstania? Stało się to w niemieckim miasteczku Lauscha, które od najdawniejszych czasów słynęło z wyrobów szklanych. Jednak w połowie dziewiętnastego wieku miejscowej hucie już nie wiodło się tak dobrze jak kiedyś, a co za tym idzie - jej pracownicy stali się biedni. Nadeszły święta i ich dzieci pragnęły udekorować choinki słodyczami oraz owocami. Niestety, rodziców nie było stać na takie łakocie. Jeden z pracowników wpadł na genialny pomysł. Postanowił wydmuchać owoce ze szkła za pomocą rozgrzanej do czerwoności szklanej rurki. Bombki w szybciutkim tempie zaatakowały miasteczko Lauscha, a później cały świat!


Zajrzyjmy teraz na wigilijny stół. Najpierw w oczy rzuca się nam kutia - z greckiego "kokkos", czyli pestka lub ziarenko. To danie zna chyba każdy. Kutia jest popularna na Ukrainie, Litwie i w Rosji. Natomiast lutefisk to norweska ryba mydlana. Wyobraźcie sobie, że zaczyna się ją gotować już dwa tygodnie przed świętami. Jest podawana z warzywami. Odwiedźmy Szwecję po raz kolejny i spróbujmy pokusy Janssona. Ta potrawa jest zapiekanką z ziemniaków, cebuli, szprotek, śmietany i białego pieprzu. Pozostańmy przy szwedzkim stole. Glögg to grzane wino ze skórką pomarańczy, cynamonem, kardamonem, goździkami i imbirem. Istnieje również wersja bezalkoholowa - owocowa i czekoladowa. Ponoć gdy tylko bierze się łyk tego napoju, kubki smakowe szaleją z rozkoszy.


Na sam koniec odwiedzimy Hiszpanię, Kolumbię i Meksyk jednocześnie. Dwudziestego ósmego grudnia mieszkańcy tych państw muszą mieć się na baczności! Dlaczego? Dlatego, że wtedy wszyscy oszukują i robią sobie niezłe psikusy. Telewizja nadaje zmyślone informacje, kelner serwuje kawę z solą i nieczynne sklepy mają wywieszone plakietki z napisem "otwarte". Właśnie tego dnia trwa grudniowe prima aprilis. Jestem przekonana, że jeśli wybierzecie się wtedy do wymienionych państw, będzie Wam naprawdę wesoło!

No dobrze, chyba zakończymy już naszą wspólną, szaloną podróż. Ale uwaga, zawsze możecie dokończyć ją samodzielnie lub w gronie bliskich. Wystarczy, że sięgniecie po pozycję "Idą święta! O Bożym Narodzeniu, Mikołaju i tradycjach świątecznych na świecie". Za tekst odpowiedzialna jest Monika Utnik - Strugała, a za ilustracje - Ewa Poklewska - Koziełło. Czytając tę książkę, miałam wrażenie, że pani Monika opowiada mi wszystkie historie, tak wspaniale napisana jest ta pozycja! Ilustracje pani Ewy są przecudowne i jestem pewna, że się Wam spodobają. Teraz nie macie już wyjścia - musicie poznać tradycje świąteczne na całym świecie! Miłej zabawy i wesołych świąt!

Tytuł - Idą święta! O Bożym Narodzeniu, Mikołaju i tradycjach świątecznych na świecie
Tekst - Monika Utnik - Strugała
Ilustracje - Ewa Poklewska - Koziełło
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa, 2019

niedziela, 15 grudnia 2019

Tippi i ja - czyli magia dwóch sióstr


Rodzeństwo. Domyślam się, że jeśli jesteście siostrą lub bratem, macie na ten temat dużo do powiedzenia. Posiadanie rodzeństwa złożone jest z zalet oraz wad. Plusem jest na przykład to, że o każdej porze dnia i nocy możecie razem tarzać się po podłodze i łaskotać na łóżku rodziców. Wygłupów i śmieszków nigdy za wiele, wiadomo. Jednak czasami nasze rodzeństwo doprowadza nas do szału i mówi rodzicom o tych rzeczach, o których nie do końca powinni wiedzieć (pozdrawiam mojego brata!). Gdyby pojawiło się pytanie "czy fajnie mieć brata lub siostrę?", a ja miałabym do wyboru dwie odpowiedzi - tak lub nie - zdecydowanie wybrałabym tę twierdzącą. Ale czy chciałabym spędzać z moim bratem tysiąc czterysta czterdzieści minut na dobę? Niekoniecznie.

Tippi i Grace to wzorowa miłość rodzeństwa, uwierzcie mi. Nawet Vincent van Gogh i jego brat nie darzyli się aż takim uczuciem. Dwie, wspomniane wcześniej dziewczyny nieco wyróżniają się w tłumie. To dlatego, że... są połączone w biodrach. Mają dwa serca, cztery ręce i dwie nogi. Mama Tippi i Grace chroni swoje córki aż do szesnastego roku życia. Dziewczyny nie chodzą do szkoły. W takiej publicznej placówce znajduje się mnóstwo nietolerancyjnych i niewyrozumiałych osób, które mogłyby je skrzywdzić. Naszym bohaterkom nigdy nie przeszła do głowy myśl, że będą musiały iść do szkoły. A jednak, stało się. Rodzinie zaczyna brakować pieniędzy na indywidualne (choć tak naprawdę to podwójne) nauczanie. Od września Tippi i Grace prawie codziennie będą musiały przekraczać próg, za którym czają się podejrzane spojrzenia i ukryte uśmieszki.

Przedstawię Wam teraz rodzinę nastolatek. Zacznijmy od siostry. Tak naprawdę ma na imię Nicola, ale Tippi i Grace mówią na nią Dragon. A to dlatego, że kiedy miała dwa lata, namiętnie udawała smoka - zioła ogniem i tupała nogami. Dragon uwielbia tańczyć i malować paznokcie. Chodzi na balet i ponoć całkiem nieźle jej idzie. Marzy o kosztownym wyjeździe na baletowy turniej. Mama jest niezwykle troskliwą osobą. Jej życie to niestety praca, praca, praca i martwienie się o rodzinę. Chce, aby wszystkie trzy córki czuły się w domu jak najlepiej. Czasami zjadają ją stres i nerwy. Natomiast tata kompletnie różni się od mamy. Bardzo często udaje - nie tylko przed rodziną, ale również przed samym sobą. Na przykład udaje, że chce znaleźć pracę. Pokazuje swojej żonie, że bardzo mu na tym zależy. Jednak wszyscy bardzo dobrze wiedzą, że to nieprawda. Tata ma wiernego, nierozłącznego przyjaciela. To alkohol. Jest on powodem wielu kłótni w domu. Pochłania także sporo pieniędzy niezbędnych do wychowania córek. Babcia cały czas usprawiedliwia swojego syna, co jest strasznie irytujące. Mimo tego Tippi i Grace czasami lubią z nią rozmawiać.


Pierwszy września zbliża się wielkimi krokami. Z każdym kolejnym, upływającym dniem napięcie w domu rośnie. Pójście do szkoły naszych dwóch bohaterek jest małym świętem, które wywołuje sporo stresu. Dragon daje swoim siostrom niezbędne rady. Opowiada też o głupocie czyhającej w szkole. I o tym, żeby wiele osób oraz rzeczy traktować z przymrużeniem oka. Tippi i Grace są dla siebie wielkim wsparciem. Dużo ze sobą rozmawiają, co zapewne nie jest zaskoczeniem. Gdy nadchodzi tak długo wyczekiwany dzień, dziewczyny znajdują się w gabinecie dyrektorki. Kobieta od razu zaznacza, że nie rzuci naszych bohaterek na pożarcie. Dlatego wybrała dla nich przewodniczkę i przyjaciółkę. Ma na imię Yasmeen. Jej włosy są różowe, a nadgarstki podejrzanie chude.

Yasmeen okazuje się być dziewczyną inną niż wszyscy. Nie zadaje pytań "w jaki sposób robicie siku?" i nie mówi "takie życie musi być koszmarem". Jeśli nawiązuje do tematu wyglądu swoich nowych koleżanek, robi to w bardzo umiejętny sposób. Nie jest lubiana w szkole. Większość uczniów się jej boi. Gdy tylko ktokolwiek rzuci obraźliwe słowa w kierunku sióstr syjamskich, czeka go wysłuchiwanie krzyków Yasmeen. Świeżo poznana dziewczyna staje się pewnego rodzaju autorytetem dla Tippi i Grace. Siostrom imponuje jej niezależność oraz to, że ma chłopaka. Bo one niestety nie mogą.

Przewodniczka przyznana naszym bohaterkom oraz jej chłopak stają się dla Tippi i Grace prawdziwymi przyjaciółmi. Nie podchodzą do nich ze współczuciem albo wyższością. Bardzo szybko akceptują ich odmienność. Można nawet powiedzieć, że chyba ją polubili. Podczas spotkań z Yesmeen i Jonem, nastolatki czują się swobodnie. W tym samym czasie, w domu ubywają pieniądze. I to w coraz szybszym tempie. Jak już wcześniej wspomniałam, Dragon marzy o wyjeździe na prestiżowy i kosztowny turniej baletowy. Jak się pewnie domyślacie, rodzice nie mają na to funduszy. Dlatego Tippi i Grace podejmują niezwykle ryzykowną decyzję. Pozwalają nakręcić o sobie dokument do telewizji, za co dostaną kolosalną sumę. Robią to, ponieważ kochają swoją rodzinę.

Pierwszym zaskoczeniem jest kolosalna suma za udział we wspomnianym dokumencie. Główne bohaterki nawet nie śniły o takiej kwocie. Ale cała rodzina miała zupełnie inne wyobrażenie na temat programu z udziałem Tippi i Grace. Kamera będzie je śledzić przez praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę. To oczywiście nie koniec niespodzianek w książce "Tippi i ja". Ale jeśli chodzi o treść, ja już milknę i nie zdradzę Wam nic więcej.

Muszę przyznać, że nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak wygląda życie sióstr syjamskich. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, z iloma problemami spotykają się w ciągu choćby jednego dnia. Sarah Crossan (autorka "Kasieńki" oraz "My dwie, my trzy, my cztery") zdecydowanie otworzyła mi oczy. Dzięki dzisiejszej pozycji doświadczyłam radości, smutku i wzruszenia, które bardzo płynnie przeplatały się ze sobą. "Tippi i ja" to pamiętnik Grace pisany wierszem od sierpnia do marca. Te osiem miesięcy były wypełnione zmianami i wydarzeniami, które naprawdę warto poznać. 

Tytuł - Tippi i ja
Tekst - Sarah Crossan
Przekład - Małgorzata Glasenapp
Okładka - Zosia Frankowska
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2019

niedziela, 8 grudnia 2019

Milion miliardów Świętych Mikołajów - czyli tysiąc pytań, jedna historia


Stało się! Kalendarzowe kartki z wielkim napisem "listopad" są już przeszłością. Nadszedł grudzień. Mroźny, aczkolwiek niezwykle przyjemny miesiąc. Z pewnością kojarzą się nam z nim prezenty. Założę się, że wręczyliście już niespodzianki swoim pociechom. A jeśli nie, na pewno macie pochowane je po kątach. Czy szóstego grudnia w Waszym domu padło pytanie "czy Święty Mikołaj naprawdę istnieje"? Uniknęliście odpowiedzi? Możecie być spokojni, pomogę Wam.


Dawno, dawno temu, żył tylko jeden Święty Mikołaj - pan z siwą brodą, okrągłym brzuszkiem i czerwonym strojem. Miał tylko jednego pomocnika - renifera. Nie potrzebował nikogo innego. A to dlatego, że na świecie była zaledwie garstka dzieci. Czteroletni przedszkola nie miałby najmniejszej trudności z policzeniem ich.


Gdy nadchodził pamiętny, grudniowy wieczór, Mikołaj pakował prezenty, wsiadał na swoje sanie i wybierał się w podróż. Zdążył odwiedzić dosłownie wszystkie szkraby. Zawsze zatrzymywał się u nich na ciepłą herbatkę oraz mały posiłek. Dzieci wytrzeszczały oczy z zaskoczenia i skakały z radości.


Jednak z każdym grudniem dzieci było coraz więcej. Już nie można było policzyć ich na palcach dwóch dłoni, o nie. Worek z prezentami stał się straszliwie ciężki. Mikołajowi zaczęło brakować sił. Renifer musiał robić sobie przerwy na odpoczynek. Święty Mikołaj myślał tylko o jednym. O tym, aby mógł się rozdwoić. Wtedy dostarczanie niespodzianek nie byłoby już takim kłopotem. I uwaga! Marzenie naszego bohatera zostało spełnione! Wspaniale, prawda?


Teraz nasi dwaj Mikołajowie mogli wykonywać wszystkie czynności dwa razy szybciej. Tylko że byli również dwa razy mniejsi. Idealni do wchodzenia do domu przez komin. Ale dzieci wciąż przybywało, i to w coraz szybszym tempie. Nasi dwaj panowie musieli pomyśleć o innym rozwiązaniu. Stwierdzili, że podwojenie się jest najlepszym pomysłem. Po kilku chwilach na świecie było już czterech Mikołajów. Lecz czy to koniec tej świątecznej historii? Ależ oczywiście, że nie.


"Milion miliardów Świętych Mikołajów" to pozycja posypana szczyptą humoru, absurdu i błyskotliwości. Czytając i oglądając ją, uśmiech nie schodzi nam z buzi. Od czasu do czasu pojawia się również wzruszenie. Autorki - Hiroko Motai oraz Marika Maijala - podeszły do tego tematu w bardzo nietypowy sposób. Tekst oraz ilustracje są równe pomysłowi, który skradł moje serce. Jestem pewna, że czytelnicy od trzeciego roku życia również będę nim zachwyceni. Rodzice oczywiście nie są wyjątkiem!


Ta przewrotna i śliczna książeczka musi znaleźć się na Waszej półce.

Tekst - Hiroko Motai
Ilustracje - Marika Maijala
Przekład - Karolina Iwaszkiewicz
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2019