niedziela, 30 sierpnia 2020

30 znikających trampolin - czyli skacząc po opowieści

Na pewno przytrafiła się Wam kiedyś sytuacja, w której na przykład rodzina opowiadała o Waszym wspólnym wypadzie na kajaki, a podczas tej opowieści Wy łapaliście się za głowę i myśleliście: "O czym oni mówią? Przecież ich relacja zdarzeń wręcz graniczy z kłamstwem!". To nieprawda. Relacja zdarzeń rodziny wcale nie graniczyła z kłamstwem. Nie dotknęła go nawet opuszkiem palca! Podczas kajakowej wyprawy, uwagę rodziny przykuły po prostu inne atrakcje. Jej perspektywa znacząco różniła się od Waszej. I proszę bardzo - jedna historia, kilka osób i zupełnie odmienne opowieści. Dzisiaj naszą specjalną gościnią będzie... perspektywa! Zobaczcie, jak wiele od niej zależy.


Neutralnie.

Nadchodził sierpień. Właśnie zaczynała się druga połowa wakacji. Zosia i Łukasz spędzili całą sobotę ze swoją mamą. Najpierw wybrali się na basen. Radości z pływania i chlapania nie było końca. Po basenie grali w piłkę, a później założyli rolki i śmigali po asfalcie. Po tak aktywnie spędzonym czasie, brzuchy rodzeństwa się uaktywniły. Głód opanował je na dobre. Na całe szczęście w domu czekała pyszna pizza. Tata był prawdziwym pizzowym mistrzem. Oprócz smakowitego obiadu, Łukasz i Zosia nie mogli doczekać się... trampoliny! Trampolina była prezentem od rodziców. Skakanie na niej to ulubiona czynność naszej dwójki. Kiedy tylko pojawiała się wolna chwila, rodzeństwo pędziło do ogródka i wskakiwało na trampolinę. Ale wróćmy do sobotniego popołudnia. Zosia, Łukasz i mama wysiadali z autobusu i - z nutką zmęczenia na twarzy - zmierzali w kierunku domu. Łukasz dostał wiatru w żagle i szybciutko pobiegł do ogrodu. Na pewno wiecie, co chciał tam zrobić. Nagle stanął, jakby wyrosły mu korzenie. Nie mógł uwierzyć własnym oczom! Trampolina! Gdzie ona się podziała?!

Oczami.

Żadna chmurka nie zdołała zakryć słońca. Ta jaskrawa kula świeciła jak szalona! Wszyscy musieli mrużyć oczy. Łukasz oraz Zosia, ciemnowłose, zielonookie bliźniaki, właśnie wracali do domu. Ten dzień był wypełniony sportem. Najpierw rodzeństwo odwiedziło basen z przeźroczystą wodą, przez którą można było dostrzec błękitne kafelki. Dobrze, że wzięli ze sobą śnieżnobiałą piłkę - po basenie udało im się nią zagrać na zielonym trawniku. Natomiast później założyli rolki i razem z mamą rozszerzali oczy przechodniom. Nieco zmęczeni, położyli się na trawie fioletowej od koniczyn i popijali żółty sok. W końcu poczuli głód. Wyruszyli w drogę powrotną do domu. Rozmyślali o okrągłej, rumianej pizzy przygotowanej przez tatę. Ich myśli zajmowała także trampolina... Również okrągła, ale już nie rumiana. Swoim wyglądem cały czas kusiła Zosię oraz Łukasza, a oni ulegali jej urokowi i skakali po trampolinie całymi dniami. Po powrocie do domu Łukasz zauważył, że trampolina zniknęła! Na jego twarzy malował się jednocześnie smutek i niedowierzanie. Jak to możliwe, czyżby trampolina dostała nóg i uciekła?!

Uszami.

Tadam! Nadeszła pierwsza sierpniowa sobota. Panował tak ogromny upał, że wszystko skwierczało. Bliźniaki - Zosia i Łukasz oraz ich mama postanowili zrobić sobie sobotę, jakich mało. Z wielką ekscytacją pojawili się na basenie. Jednoznacznie stwierdzili, że schłodzenie się to świetny pomysł. Na basenie chlupała woda. Było słychać także radosne okrzyki dzieci i ich śmiech. A po basenie na całą trójkę czekała wizyta w parku z szeleszczącymi od lekkiego wiatru drzewami. Odbijanie piłki o trawnik nie było zbyt głośne, czego zdecydowanie nie można powiedzieć o wrzaskach mamy, która jeżdżąc na rolkach, bardzo często lądowała pupą na ziemi. Po niedługiej rolkowej przejażdżce, Zosia, Łukasz i mama spokojnie usiedli i pili sok, lekko siorbiąc. Nasi bohaterowie usłyszeli burczenie swoich brzuchów, więc szybciutko poszli na autobus. Jego silnik mruczał jak sędziwy niedźwiedź. W domu tata przygotowywał chrupiącą pizzę. Ale przed zjedzeniem obiadu, Zosia i Łukasz bardzo chcieli poskakać na swojej ukochanej trampolinie. Gdy tylko autobus się zatrzymał, chłopiec popędził do ogrodu. A tu niespodzianka! W ogrodzie nie było trampoliny. Łukasz wziął głęboki oddech i krzyknął: "Nie ma naszej trampoliny! Zniknęła! Ktoś ją ukradł!".

Straszliwie.

Ten dzień był dziwnie upalny i cichy. Nic nie wskazywało, że cokolwiek może zakłócić spokój sobotniego popołudnia. Zosię i Łukasza łączyło zniewalające podobieństwo. Każdy, kto tylko rzucił na nich okiem, dostawał w pakiecie ciarki na plecach i przeszywające spojrzenia. Bliźniaki i ich mama wracali do domu. Wcześniej wybrali się nad zdecydowanie za głęboki basen. To istny cud, że rodzeństwa nie pochłonął cyklon wodny, który pojawia się właśnie na głębokich wodach. Później Zosia i Łukasz grali w piłkę. Piłka unosiła się podejrzanie wysoko, jak gdyby podnosiły ją... duchy. Po kilku rozgrywkach cała trójka jeździła na rolkach. Mama także. Wychodziło jej to nieudolnie, często upadała. To był dla niej prawdziwy horror. Musiała walczyć o życie. Bo co by się stało, gdyby zbyt mocno uderzyła pupą o ziemię? Mogłaby umrzeć! Zosia i Łukasz byli wykończeni swoimi przerażającymi wyczynami na rolkach. Kiedy przycupnęli przy niemożliwie fioletowym trawniku, odezwały się ich brzuchy! Wypowiadały niezrozumiałe słowa. Bliźniaki oraz mama, straszliwie przestraszeni, popędzili do autobusu. Tam brzuchy domagały się pokarmu. Mówiły: "Szybko! Potrzebujemy jedzenia! Jeśli nam go nie dostarczycie, zjemy Was od środka". Na całe szczęście w domu czekała pizza przyrządzona przez tatę. Zosia oraz Łukasz marzyli jeszcze o zabawie na trampolinie. Ale co by się stało, gdyby skacząc skręcili sobie wszystkie kostki - nawet te w rękach? Już nie musieli się nad tym zastanawiać, bo gdy dotarli do domu, okazało się, że trampolina zniknęła. Czyżby ukradł ją jakiś potwór?!

Plotkarsko.

Dwie starsze panie przypadkowo spotkały się na ulicy. Słynęły one ze swojej biegłej znajomości okolicznych plotek. Swoją niedzielną rozmowę zaczęły od pytania: "A słyszała pani, co się stało wczoraj tu niedaleko?". Obydwie kobiety z ogromnym zaciekawieniem mówiły o napadzie na mamę oraz dwójkę jej dzieci! Ponoć gdy tylko nasza trójka wysiadła z autobusu po długim wypoczynku, ich walizki zniknęły. Ktoś ukradł je w biały dzień, tuż przy ludziach! Sąsiedzi widzieli tylko przestraszonego Łukasza, który szybciutko pędził do domu. Taka była wersja zdarzeń według pierwszej pani. Natomiast ta druga słyszała o czymś zupełnie innych. Podobno mama wyjechała z Zosią i Łukaszem nad morze, a w tym czasie złośliwi złodzieje obrabowali jej ogród! Włamali się nawet do domu i narobili tam licznych szkód. A kiedy Łukasz zobaczył, w jakim stanie jest jego dom, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Zaczął krzyczeć, po prostu puściły mu nerwy.

No cóż, jak widzicie, plotki i pogłoski mają się wyśmienicie. W miasteczku Zosi i Łukasza również.

Pozycja "30 znikających trampolin" przedstawia jedną, nieskomplikowaną - aczkolwiek zaskakującą - historię. Wspominane już wielokrotnie sobotnie popołudnie pokazane jest tutaj aż na trzydzieści różnych sposobów. W książce znajdziemy opowieść optymistyczną, esemesową, gazetową, długaśnie-zdaniową, a nawet rymowaną! Dorota Kassjanowicz zdecydowanie zasłużyła na uznanie czytelników. Jej pomysł na stworzenie tak nietypowej pozycji jest naprawdę genialny! Gdy tylko dowiedziałam się, że to Dorota Kassjanowicz jest autorką tekstu "30 znikających trampolin", szeroko się do siebie uśmiechnęłam. Dlaczego? Dlatego, że od książki "Cześć, wilki!" właśnie tej pisarki rozpoczęła się moja blogowa przygoda. Tak, to była pierwsza recenzja, którą napisałam! Możecie ją przeczytać klikając tutaj, ale raczej nie radzę tam zaglądać :) Ale do dzisiejszej lektury. Tekst idealnie przeplata się z ilustracjami, które świetnie wykonała Paulina Daniluk. No zerknijcie tylko na zdjęcia!


Chcecie dowiedzieć się, co stało się z trampoliną i na jakie sposoby została przedstawiona ta historia? Wiecie, co trzeba zrobić!


Tytuł - 30 znikających trampolin

Tekst - Dorota Kassjanowicz

Ilustracje - Paulina Daniluk

Kategoria wiekowa - 7+

Wydawnictwo Albus, Warszawa, 2020

niedziela, 23 sierpnia 2020

Start. Design dla nastolatków i nie tylko - czyli cóż za projekt!

Projektowanie graficzne czyha na każdym rogu. Rozejrzyjcie się. Wszystko wokół Was (z wyjątkiem tego, co stworzyła natura) zostało zaprojektowane. Biurko. Okno. Chusteczka higieniczna. Doniczka. Klamka. Długopis. Telefon. Przechodząc obok kosza na śmieci, raczej nie rozmyślamy o tym, kto mógł go zaprojektować. Dopiero, gdy sami chcemy dać popis swojej wyobraźni i próbujemy coś stworzyć, zaczynamy doceniać inne projekty. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że my również jesteśmy projektem. Ubieramy się w określony sposób. Układamy swoje włosy, zakładamy kolczyki, malujemy rzęsy. Odwiedzamy ulubione miejsca. Mamy własny charakter pisma. Kształtujemy swój zmysł estetyki. Poszukujemy pasji. Otaczamy się wybranymi przedmiotami. Po prostu tworzymy samego siebie. Dzisiaj skupimy się właśnie na projektowaniu. A konkretnie - na projektowaniu graficznym.

Jaką rolę ma tak właściwie projekt graficzny? Wymaga on zaangażowania naszej głowy. Znak STOP fizycznie nie sprawi, że się zatrzymamy. Ale jeśli tylko na niego spojrzymy (i przestrzegamy zasad ruchu drogowego), automatycznie staniemy. Projekt graficzny dociera przez nasze oczy wprost do naszego mózgu. Przykuwa uwagę. Intryguje. Niezwykle istotna jest jego forma. Forma to po prostu wygląd danej rzeczy. Odkładamy tutaj na bok znaczenie. Skupiamy się tylko i wyłącznie na wyglądzie, czyli na kolorach, kształcie oraz rozmiarze. Małe dzieci postrzegają cały świat jako jedną formę, dlatego projektanci bardzo często pielęgnują w sobie dziecięce spojrzenie. Wykonując swoją pracę, biorą pod uwagę na przykład to, że w większości kultur wszystkie komunikaty odczytywane są od góry do dołu. Nasz wzrok najpierw skupia się na górnych informacjach, a później przechodzi do tych niższych. Gdy odwróci się obraz, odbiorca spojrzy na niego uważniej i z większym zaciekawieniem. 

Niezwykle skutecznym i łatwo osiągalnym efektem graficznym jest powtórzenie. Stosując ten efekt, można zyskać na intensywności obrazu lub nadać mu zupełnie inne znaczenie. Ta zasada królowała w latach sześćdziesiątych. Andy Warhol szczególnie ją polubił. W jego pracach ważną rolę odgrywały również barwy. Odpowiedni dobór kolorów to odwieczna zagwozdka wielu projektantów. Kolory potrafią przekazać to, czego nie potrafią przekazać słowa. Ich moc jest ogromna. Niesamowite, że dana barwa wywołuje w nas emocje i uczucia. I to w głównej mierze właśnie kolor decyduje o tym, w jaki sposób odbieramy dany projekt. Wiedzieliście, że każdy kolor ma swoją nazwę? Pomysłodawcą systemu identyfikacji kolorów jest Lawrence Herbert. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym trzecim roku ten pan zdecydowanie ułatwił pracę wszystkim drukarzom. Stworzył Pantone. Pantone to nieocenione narzędzie wykorzystywane na całym świecie. Zbiory tego systemu liczą grubo ponad tysiąc kolorów wyposażonych w nazwy z cyferkami.

Przejdźmy do typografii. A konkretnie - pochylmy się nad literami alfabetu. Te trzydzieści dwa symbole tak naprawdę same w sobie nic nie znaczą. Dopiero, gdy zostaną połączone w różne kombinacje, tworzą prawdziwe opowieści. Litery mogą przybierać niewiarygodnie dużo form, które nazywane są krojami pisma lub fontami. To, jak tekst wygląda, jest praktycznie tak samo ważne, jak to, co oznacza. Historia każdego kroju pisma jest zupełnie odmienna. Na tapet weźmy na przykład font FUTURA. Wymyślił i opracował go Paul Renner. FUTURA opiera się na czystych, geometrycznych kształtach. Okrzyknięto ją wizualnym elementem dwudziestowiecznego modernizmu - mimo tego, że Renner nie przepadał za sztuką współczesną oraz abstrakcyjną. 

Style pisma także decydują o odbiorze tekstu. Pozwólcie, że przedstawię Wam styl szeryfowy. Szeryfy to takie małe "stópki" na końcach liter. Szeryfowy krój pisma to najbardziej tradycyjna forma współczesnych liter. Ewoluowała ona z pisma ręcznego, w którym wszystkie litery były łączone kreseczkami. Z kolei czcionek bezszeryfowych zaczęto używać dopiero pod koniec dziewiętnastego wieku. Dzięki swojej prostocie pozwalały one szybciej dotrzeć do mózgu konsumenta. Natomiast wersaliki wykorzystuje się w nagłówkach, tytułach oraz wszystkich miejscach w tekście, które autor szczególnie chce uwypuklić. Wersaliki to taki „bezgłośny krzyk”. Jeśli chciałabym użyć ich w mojej recenzji, WYGLĄDAŁABY ONA WŁAŚNIE TAK. No dobra, czas na kolejny styl pisma. Kerning to odstęp pomiędzy literami. Dobry kerning sprawia, że tekst jest czytelny. A czym są majuskuły oraz minuskuły i jakie role mają punkt oraz pica? Niech to pozostanie zagadką! 

Uchylmy drzwi do pokoju z następnym tematem, czyli z... treścią! Treść jest kluczowa, jeśli chodzi o projektowanie. To w końcu od niej zależy, jak będzie wyglądała wcześniej wspomniana już forma. Przypomnijcie sobie słynny znak EXIT. Napotykamy się na niego w prawie każdym budynku. Osoba, która go zaprojektowała, musiała jasno i prosto odpowiedzieć na pytanie ludzi: "Jak mam stąd wyjść?". Wielki amerykański architekt powiedział kiedyś, że forma wynika z funkcji. Autor znaku EXIT najprawdopodobniej wziął sobie do serca słowa kolegi po fachu. Przy swoim projekcie wybrał czytelną czcionkę. Taką bez zawijasów i kursywy. Postawił na kontrastujące ze sobą kolory. Gdyby użył na przykład pomarańczu i błękitu, znak straciłby na swojej prostocie. Właśnie dlatego EXIT zazwyczaj występuje w bieli i czerwieni lub bieli i zieleni. Niekiedy pojawia się również kolor czarny, który także sprawia, że napis jest widoczny. Mogłoby się wydawać, że ten znak jest banalny i projektant za bardzo się nad nim nie napocił. Nic bardziej mylnego!

Uwaga, teraz poleci do Was salwa pytań! Czym tak naprawdę jest logo? Czy przestrzeń negatywna jest równie ważna, jak ta pozytywna? Co właściwie oznaczają te dwa terminy? Jak często projektanci wykorzystują iluzję? Kiedy powstał design? Dlaczego prostota jest tak istotna we wszystkich projektach? Czy osoby zajmujące się projektowaniem mogą być mistrzami metafor i dwuznaczności? Czego codziennie szuka nasze oko? Co przykuwa naszą uwagę? Chip Kidd jest prawdziwym specjalistą od projektowania. W końcu ma już na swoim koncie ponad tysiąc książkowych okładek. Jego "Start. Design dla nastolatków i nie tylko" - w przekładzie Grażyny Chamielec - to genialny przewodnik, w którym skrywają się tajniki projektowania graficznego. Od razu muszę zaznaczyć, że nie jest to pozycja tylko i wyłącznie dla przyszłych grafików. To książka, która otwiera oczy i zwraca uwagę na często pomijaną pracę projektantów. Autorowi należy się porządny uścisk dłoni, ponieważ ta lektura jest niezwykle ciekawa graficznie! Mimo tego, że tytuł zwraca się do nastolatków, myślę, że każdy powinien po nią sięgnąć. Bo to naprawdę świetna rzecz. 

To co, pozwolicie się oprowadzić Chipowi Kiddowi po świecie designu?

Tytuł - Start. Design dla nastolatków i nie tylko
Tekst i oprawa graficzna - Chip Kidd
Przekład - Grażyna Chamielec
Wydawnictwo Mamania, Warszawa, 2018

niedziela, 16 sierpnia 2020

Xin chào! - czyli dzień dobry, Wietnamie!


Mam dla Was znakomitą wiadomość! Niezwłocznie muszę o niej napisać. Dzisiaj zabieram Was w bardzo daleką podróż. Mam nadzieję, że poczuliście teraz przedwyjazdowy dreszczyk emocji. Wybierzemy się dokładnie tam, gdzie pieprz rośnie. Spróbujemy liczi, duriana i pysznego ryżu. Zapukamy do drzwi Chryzantemy, odwiedzimy Niebieskiego Smoka i uśmiechniemy się do Łagodności. Takie właśnie imiona noszą mieszkańcy naszego celu podróży. Wtopimy się w ruch uliczny ogromnego miasta i założymy na głowę nón lá, czyli charakterystyczny dla tego kraju stożkowy kapelusz. Staniemy pod pomnikiem niezwykłego Polaka i zajrzymy do rolników pracujących na polu ryżowym. Już wiecie, do jakiego państwa Was zabiorę? Nawet nie musicie się pakować! Usiądźcie wygodnie. Wyruszamy do Wietnamu!

Wietnam jest bardzo wąski i długi na ponad tysiąc sześćset kilometrów. Zdecydowanie wyróżnia się swoim kształtem. Wyobraźcie sobie, że na środku, w swoim najwęższym miejscu mierzy zaledwie pięćdziesiąt kilometrów! Znacznie rozszerza się na północy oraz na południu. Wietnamczycy mówią, że ich kraj do złudzenia przypomina đô gânh. To nazwa dwóch koszy połączonych ze sobą wytrzymałym bambusowym patykiem. Odkąd sięga pamięć Wietnamczyków, lokalni rolnicy noszą w takich koszach swoje ryżowe plony. Choć Wietnam jest tylko nieco większy od Polski, może pochwalić się o wiele dłuższą linią brzegową! Wynosi ona aż trzy i pół tysiąca kilometrów! Polska linia brzegowa liczy około siedmiuset siedemdziesięciu kilometrów. Gdy Wietnamczyk odwiedza inną część swojego kraju, musi się liczyć z tym, że będzie miał trudności z komunikacją. To dlatego, że w kraju ryżu mieszkają aż pięćdziesiąt cztery grupy etniczne. Najliczniejsi są Wietowie, a tuż po nich Tajowie. Tajowie wierzą, że nie tylko ludzie i zwierzęta mają duszę - również przedmioty i rośliny. W kraju, w którym żyje tak wiele zupełnie różnych ludzi, istotny jest szacunek i tolerancja. Niestety, mniejszości etniczne są bardzo źle traktowane przez głowy państwa. 


Na pewno zdarzyło się Wam kiedyś odezwać do swoich rodziców z nutką gniewu, znudzenia lub zdenerwowania w głosie. Wtedy rodzice zapewne mówili Wam: "Nie tym tonem!". W Wietnamie intonacja jest niezwykle ważna. Wystarczy, że wypowiadając jakieś słowo lekko zmienimy ton i już mamy inny wyraz. Język wietnamski nazywa się językiem tonalnym. Składa się z sześciu tonów. Niektóre tony są wysokie, inne gwałtownie opadają albo się falują. Ton danej litery zaznacza się znakami diakrytycznymi, czyli kropkami, kreskami, zawijasami i falami. Znaczenie danego wyrazu zależy od tego, w jaki sposób je wymówimy, dlatego nauka wietnamskiego może wydawać się na początku nieco trudna. Ponoć po opanowaniu tonów jest już z górki. Tutejszy język ma bardzo mało reguł oraz wyjątków, a na dodatek wszystkie rzeczowniki występują w mianowniku, a czasowniki - w bezokoliczniku. Wietnamskie zdanie przetłumaczone na język polski mogłoby brzmieć na przykład tak: "Przechodzić do następny akapit".


Odwiedzimy teraz miasto Sajgon. Obecnie nazywa się ono Ho Chi Minh, ale Wietnamczycy zdecydowanie wolą pierwotną nazwę. Spacerując po ulicach tego olbrzymiego miasta, mamy ochotę powiedzieć tylko jedno - ale sajgon! Panuje tu ogromny chaos i zamieszanie. Sajgon liczy aż dziewięć milionów mieszkańców. To Warszawa pomnożona aż pięć razy! Europejczycy, patrząc na tutejszy gwar na ulicach, mogą złapać się za głowę. Wietnamczycy absolutnie nie przejmują się zasadami drogowymi. Samochody jeżdżą po chodnikach, na jednym skuterze podróżuje cała rodzina, a ludzie chodzą środkiem ulicy. Tutaj każdy dostosowuje się do powiedzenia: "Kto pierwszy, ten lepszy". Nieodłącznymi elementami Sajgonu są okropnie zanieczyszczone powietrze oraz... woda. Miasto bardzo często jest podtapiane, ponieważ leży dokładnie na poziomie morza. Zupełnie nie przeszkadza to dzieciom, które podczas wizyt wody w Sajgonie robią papierowe statki i urządzają im rejsy.


Cały świat wie o tym, że Wietnam to królestwo ryżu. Wszyscy mieszkańcy tego kraju bardzo szanują ryż. Wiedzą, jak ciężko muszą pracować rolnicy, aby mieć obfite plony. Opowiem Wam nieco o tym ciężkim zajęciu, jakim jest uprawa ryżu. Najpierw rolnicy wkładają ziarenka do specjalnych, płóciennych woreczków i odkładają je w wilgotne miejsce. Po kilku dniach nasiona zaczynają pękać. Wtedy wysiewa się je na grządce i cierpliwie czeka, aż wykiełkują. W tym czasie rolnicy biorą się za przygotowywanie pola, które przypomina mnóstwo płytkich basenów z mętną wodą. W przygotowaniu uprawy pól pomagają silne bawoły. Maszyny od razu utknęłyby w błocie. Kiedy rolnicy troszczą się o odpowiednie warunki ziemi, na grządkach pojawiają się sadzonki. Rolnicy delikatnie je wyciągają i pochyleni, brodząc po kostki w mętnej wodzie, wsadzają sadzonki w odpowiednie miejsca. Ku ich utrapieniu, temperatura i wilgoć są naprawdę wysokie. To niezwykle trudna praca. Ryż dojrzewa przez około dwa, trzy miesiące. Po tym czasie pola już przestają być mokre i stają się złote. Gdy rośliny osiągają już wysokość dorosłego człowieka, rolnicy ścinają je sierpem. I później zaczyna się kolejna ciężka praca, czyli wyłuskiwanie ryżu ze skórek. Z takiej jednej sadzonki rodzi się zaledwie od trzydziestu do stu ziarenek ryżu! To naprawdę niewiele! Teraz już wiecie, dlaczego Wietnamczycy tak bardzo szanują nawet najmniejszą miskę ryżu.


Wcześniej wspomniałam o mieście Sajgon. Założę się, że jego nazwa skojarzyła się Wam z sajgonkami. W Wietnamie mówi się na nie nem cuơn. Te charakterystyczne małe krokiety szczytują na listach najpopularniejszych wietnamskich potraw. Pochodzenie tego dania wciąż jest zagadką. Sajgonkami chwalą się i Chiny, i Wietnam. Jednak te chińskie są zrobione z grubego ciasta z mąki, natomiast te wietnamskie - z cieniutkiego papieru ryżowego. Jedno jest pewne - swoim smakiem sajgonki zachwyciły dosłownie cały świat. W cieniutki papier ryżowy zawija się farsz z mięsa i warzyw lub z samych warzyw. Wietnamczycy uwielbiają ten smak!

A skoro jesteśmy już przy jedzeniu, spróbujmy lokalnych owoców. Na pierwszy ogień pójdzie liczi. Liczi kształtem może przypominać truskawkę, ale w odróżnieniu od niej ma twardą skórkę i soczysty, słodki miąższ. Czas na kolejny smakołyk. Wyobraźcie sobie, że rambutan pokryty jest... włosami! Zjedzenie tego owocu jest niezłym wyzwaniem, ponieważ miąższ i pestka tak się ze sobą polubiły, że prawie w ogóle nie chcą się nawzajem puścić. Spróbujmy jeszcze trzeciego owocu. Wy też poczuliście teraz ten dziwny zapach? To durian. Jest on znany właśnie ze swojego intensywnego, niezbyt przyjemnego zapachu. Ten owoc może mierzyć nawet czterdzieści centymetrów i ważyć pięć kilogramów! Jest naprawdę potężny. Drzewa, na których rośnie durian, potrafią być niebezpieczne. To dlatego, że ich wysokość wynosi mniej więcej czterdzieści metrów. Gdy durian spada z takiego olbrzyma, z łatwością może uszkodzić czyjąś głowę. Jeśli ktoś jest nieprzyzwyczajony do smaku duriana to zapewne zaatakują go duszności i zawroty głowy. Zdecydowanie warto jeść ten owoc przy otwartych oknach.


Jak myślicie, co w Wietnamie robi spory pomnik Kazimierza Kwiatkowskiego, nazywanego Ka Zikiem? Czym ten człowiek zasłużył sobie na dozgonne oddanie Wietnamczyków? Dlaczego po śmierci żółwia Hoàn Kiêm dziennikarze pisali, że to zły znak dla stolicy? Czemu Wietnamczycy raczej stronią od lekarstw i skąd znają tyle zastosowań ziół? Czy wietnamski smok istnieje? Jak naprawdę nazywa się słynny myszojeleń, który niedawno został odkryty w Wietnamie? Tôn Vân Anh oraz Monika Utnik-Strugała pokazują nam, czytelnikom, prawdziwe oblicze Wietnamu! Książka o tytule "Xin chào! Wietnam dla dociekliwych" jest zbiorem wietnamskich prawd, legend, powiedzeń i przesądów. To również pozycja, która umożliwia poznanie tego kraju od kuchni (oczywiście takiej z garnkami wypełnionymi ryżem). Wietnam zupełnie różni się od krajów europejskich i każdy kolejny rozdział książki pokazuje, że jego odmienność jest fascynująca. Mam nadzieję, że zostaniecie tam, gdzie pieprz rośnie, razem z autorkami tekstu oraz Anną Kaźmierak, która wykonała ilustracje idealnie oddające klimat Wietnamu. Jeśli spotkacie jakiegoś Wietnamczyka, od razu powiedzcie mu: "Xin chào! Tôi là người Ba Lan". Przyjemnej podróży!

Tytuł - Xin chào! Wietnam dla dociekliwych
Tekst - Tôn Vân Anh, Monika Utnik-Strugała
Ilustracje - Anna Kaźmierak
Kategoria wiekowa - 8+
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2020

niedziela, 9 sierpnia 2020

Herosi - czyli nasze skarby


Kiedy rozpoczynają się letnie igrzyska olimpijskie, cały świat wpatrzony jest w telewizory i praktycznie wszystkim udzielają się sportowe emocje. Losy polskich sportowców absolutnie żadnemu Polakowi nie są obojętne. Do ostatniej chwili trzymamy kciuki i nie gasimy w sobie iskry nadziei. Czasami podnosimy głos, rzucamy niemiłe słówko, a niekiedy piejemy z zachwytu i z radością wstajemy z kanapy. Dziś skupimy się raczej na tych drugich reakcjach. Nie jest tajemnicą, że Polakom udało się uzbierać całkiem sporo olimpijskich medali. Za każdym złotem, srebrem lub brązem kryje się niezwykle ciekawa i nierzadko niespodziewana opowieść.


Zacznijmy od pierwszego polskiego medalu, który udało się nam zdobyć na słynnej olimpiadzie. Musimy uruchomić książkowy wehikuł czasu i przenieść się prawie sto lat wstecz. Uf, no dobra - już jesteśmy w tysiąc dziewięćset dwudziestym ósmym roku. Znajdujemy się w Amsterdamie. Mimo tego, że mamy lato, pogoda nie dopisuje. Deszcz oraz wiatr urządzili sobie wielodniowe przyjęcie. Wesoło tańczą nad całym miastem i porządnie wymachują biodrami. Nie sprzyjają warunkom do rzucania dyskiem. Halina Konopacka wzięłą do ręki mokry, potwornie śliski dysk, stanęła w kole o rozmiękłym podłożu i od razu wiedziała, po co tutaj przyjechała. Jej skupienie oraz umiejętności pozostały na swoim miejscu. Dysk wylądował na granicy czterdziestu metrów! To był nowy rekord świata! I to ustanowiony przez Polkę! Żadna rywalka nie uzyskała lepszego wyniku. Złoto Haliny Konopackiej było polskim akcentem na igrzyskach oraz prezentem na dziesięciolecie odzyskania niepodległości.


Był Amsterdam, teraz czas na Montreal. Jeszcze przed rozpoczęciem ogromnej olimpiady Polacy doskonale wiedzieli, że już za moment będą się cieszyć złotym medalem. Dlaczego? Czy rozgrywki były ustawione? Oczywiście, że nie. Już wszyściutko Wam tłumaczę. Nasza drużyna siatkarska trenowała wtedy pod okiem Huberta Wagnera. Od razu musicie wiedzieć, że był to niezwykle wymagający trener. Niektórzy mówili o nim, że jest tyranem i katem! Ten mężczyzna zakończył swoją karierę gracza i od razu rozpoczął karierę trenera. Jego charakter nie należał do najłatwiejszych. To on ustalał warunki i dyktował zasady. Zawodnicy musieli mu się podporządkować. Nikt nie miał śmiałości postawić się Hubertowi Wagnerowi. Trener dbał o kondycję swojej drużyny przed olimpiadą. Siatkarze wychodzili z treningów okropnie zmęczeni. Często czekało ich jeszcze bieganie po górach z dodatkowym obciążeniem! Tak, to także był rozkaz Wagnera. Gdy trener oznajmił, że Polacy przyjadą z igrzysk ze złotym medalem w dłoni, nikt nie wątpił w jego słowa. Kibice oraz gracze się nie zawiedli - stanęliśmy na najwyższym miejscu na podium!


Czasami swojego sukcesu nie warto mierzyć w medalach i zwycięstwach. Te słowa mogłyby wybrzmieć z ust Elżbiety Krzesińskiej, którą na olimpiadzie dopadł przeogromny pech. Udział w finale skoku w dal kobiet to niezłe wyróżnienie. Wśród finalistek znalazła się siedemnastoletnia Polka. Tak, zgadliście! To właśnie Elżbieta Krzesińska. Oczy wszystkich kibiców od razu skierowały się na młodą reprezentantkę. Nastoletnia Ela wszystkich zachwyciła swoim długim, jasnym warkoczem. Nasza lekkoatletyczka wykonała imponująco daleki skok. Już prawie cieszyła się ze złotego medalu! Jednak po kilku chwilach wokół zawodniczki zrobiło się zgrupowanie sędziów. Wszyscy wymieniali się niepokojącymi spojrzeniami. Jaka dziwna sytuacja! Okazało się, że ten piękny warkocz Elżbiety Krzesińskiej zrujnował jej wygraną! Dotknął piasku zanim nasza reprezentantka zdążyła to zrobić! Sędziowie doszli do porozumienia i wydali niepomyślny werdykt dla Polki. Rany, cóż za pech!


Z całą pewnością znacie powiedzenie „gest Kozakiewicza”. Powstało ono w Moskwie podczas igrzysk w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym roku. Na olimpijskim osiemdziesięcio tysięcznym stadionie większość miejsc zajęli rosyjscy kibice. Powód jest chyba jasny - w końcu to w ich mieście odbywały się słynne zawody. Gdy Władysław Kozakiewicz wziął do ręki tyczkę i dumnie pojawił się z nią na rozbiegu, atakowały go głośne gwizdy. Lokalnym kibicom nie podobały się wybitne skoki naszego tyczkarza. W końcu sportowiec znalazł się w finale. Emocje na stadionie się nasilały, a hałas stawał się głośniejszy i coraz bardziej irytujący. Władysław Kozakiewicz, ciesząc się swoim udanym skokiem, pokazał publiczności wymowny gest. Położył lewą rękę na prawym ramieniu i uniósł prawą pięść do góry. Jak możecie się domyślać, nie spodobało się to rosyjskim kibicom. W końcu Polak zwyciężył walkę o rekord świata oraz złoto. Oprócz tego, że był zwycięzcą, jego gest sprzeciwu wobec władzy przeszedł do historii.


Dwa akapity temu wspomniałam o siedemnastoletniej Elżbiecie Krzesińskiej. W takim razie pozostańmy przy młodych reprezentantkach Polski. Na swojej pierwszej olimpiadzie Otylia Jędrzejczak pojawiła się mając szesnaście lat. Niestety, nie udało się jej zwyciężyć pierwszego wyścigu. Ze swoją rywalką przegrała o dwie setne sekundy. Wyobraźcie sobie - to zaledwie długość paznokcia! Nastolatka była zrozpaczona i załamana. Na całe szczęście udało się jej odnaleźć zgromadzoną wcześniej energię oraz umiejętności. Trzy dni później pobiła rekord Europy i awansowała do finału! Jak zapewne wiecie, letnie igrzyska odbywają się co cztery lata. Czterdzieści osiem miesięcy po swoim sukcesie Otylia Jędrzejczak znowu pojawiła się na olimpiadzie. Tym razem w Atenach. Na początku polscy kibice obgryzali paznokcie i zasłaniali oczy. Ale już po chwili wybałuszali je ze zdziwienia! Nasza pływaczka odzyskała swoją siłę. Zapewniła sobie srebrny medal. Trzy dni później znowu stanęła na słupku startowym. Jej zadaniem było przepłynięcie dwustu metrów stylem motylkowym, inaczej nazywanym również delfinem. Motylia, bo tak nazywano naszą reprezentantkę, pokonała tę odległość po mistrzowsku! Do tej pory jest jedyną złotą medalistką polskiego pływania!


Mam do Was nieco nietypową prośbę. Uwaga, uwaga! Przypomnijcie sobie chód kaczki. Chyba zgodzicie się ze mną, że wygląda on troszkę komicznie. W takim razie wyobraźcie sobie teraz dorosłych, wysportowanych mężczyzn naśladujących... właśnie chód kaczki. Biorą oni udział w olimpijskim wyścigu. Rytmicznie machają zgiętymi rękami, kołyszą biodrami i szurają piętami. To chodziarze. Robert Korzeniowski był jednym z nich. Prawdopodobnie jest on najlepszym chodziarzem wszech czasów! Dzięki niemu miliony Polaków siedziało przed telewizorami i oglądało zawody tej przedziwnej dyscypliny. Na swoich pierwszych igrzyskach Robert Korzeniowski nie odniósł żadnego sukcesu. Już przy samym finiszu został zdyskwalifikowany za przekroczenie zasad. Cztery lata później szczęście również mu nie dopisało. A przynajmniej tak wszystkim się wydawało. Polski chodziarz już zbliżał się do mety, ale nagle wyprzedził go Meksykanin. Nasz reprezentant prawie trzymał w ręce srebrny medal. Kilkanaście minut po skończonych zawodach okazało się, że Meksykanin popełnił błąd. Mamy to! Skoro rywal został zdyskwalifikowany, Robert Korzeniowski zajął pierwsze miejsce. Teraz już mógł trzymać w ręce złoty medal.


Kto zdobył dla Polski najwięcej olimpijskich medali? Czyżby to była Irena Szewińska? Czym od innych tenisistek różni się Natalia Partyka? Jaki charakter ma Władysław Komar? Kim są „Orły Górskiego” i dlaczego mojemu bratu Bartkowi tak bardzo podoba się ich historia? Adam Szczepański, autor dzisiejszej pozycji, z wielką przyjemnością odpowie Wam na te pytania. Zaglądając do książki „Herosi. 20 historii o polskich olimpijczykach” poznacie kulisy sukcesów (i porażek) naszych sportowców. Kojarzymy ich nazwiska oraz twarze. Kibicujemy im podczas najważniejszych zawodów na świecie. Cieszymy się, kiedy dumnie chwalą się kolejnymi medalami. Warto przeczytać „Herosów” i troszkę zakumplować się z polskimi mistrzami. Gwarantuję Wam, że podróż na olimpijskie stadiony umili Matteo Ciompallini, który wykonał ilustracje.


Do biegu, gotowi, start! Lecimy na olimpiadę!

Tytuł - Herosi. 20 historii o polskich olimpijczykach
Tekst - Adam Szczepański
Ilustracje - Matteo Ciompallini
Wydawnictwo Znak Emotikon, Kraków, 2020

niedziela, 2 sierpnia 2020

A może morze? - czyli ahoj, Bałtyku!



Tegoroczne wakacje w bardzo wielu przypadkach minęły się z planem. Część ludzi wybrała się na przykład nad Bałtyk, natomiast niektórzy woleli zostać w domu. Jeśli należycie do tej pierwszej grupy, mam nadzieję, że wróciliście szczęśliwi i zdrowi. Dzisiaj przygotowałam znakomitą niespodziankę i dla wyjazdowiczów, i dla domatorów. Aby poczuć jej klimat, spróbujcie wyobrazić sobie morską bryzę, dzięki której włosy tańczą i co kilka sekund wpadają do oczu lub do ust. Przypomnijcie sobie parzący w stopy piasek, obklejający mokre od wody nogi. Poczujcie promyki słońca na twarzy (oczywiście wcześniej posmarowanej kremem z filtrem). Skoro już znaleźliśmy się nad Bałtykiem, pozostańmy tutaj na jakiś czas i poznajmy bałtyckie ciekawostki.


Morze Bałtyckie to najmłodsze morze na naszej planecie. Jest tylko ociupinkę starsze od nas. Liczy zaledwie... dwanaście tysięcy lat. Niezbyt wiele, prawda? To także dość chłodne morze. Latem temperatura wody raczej niechętnie przekracza dwadzieścia stopni Celsjusza. Natomiast zimą wynosi około trzech stopni. Brr, aż poczułam chłód na rękach. Jak już pewnie wiecie, zasolenie Bałtyku nie należy do oszałamiających liczb. W tabeli zasolenia z innymi morzami i oceanami, nasze morze zdecydowanie nie szczytuje, dlatego jest nazywane morzem słonawym. Bałtyk ma siedem i pół grama soli na litr wody. Tak dla porównania, Morze Śródziemne ma trzydzieści sześć gramów soli na litr wody, natomiast Morze Martwe - aż trzysta! Należy pamiętać, że im bardziej woda jest słona, tym łatwiej unosimy się na jej powierzchni. Morze Bałtyckie jest także dość płytkie. Ile wynosi jego średnia głębokość? I jak myślicie, z jakiego języka wywodzi się nazwa naszego morza? Macie może jakieś pomysły?


Czy znajdziemy w Bałtyku ogromnego rekina, pięknego wieloryba lub zadziwiającego marlina? Oczywiście, że nie. Wielkie stwory nie zaprzyjaźniły się z tym morzem. Dlaczego? Ponieważ Bałtyk jest morzem zamkniętym. A czy wiecie, jakie ryby polubiły się z Bałtykiem? Mogę Wam podpowiedzieć. Pierwsza ryba nazywana jest srebrem Bałtyku. Kiedyś tak licznie zaatakowała to morze, że mówiło się o niej "chwast". Teraz można szukać jej ze świecą (a raczej z wodoodporną latarką) w dłoni. Ma około czternaście centymetrów długości. Znacznie różni się od dobrze znanej nam ryby drapieżnej. Niezwykle eleganckiej, z wąsem na podbródku. Ona z kolei grasuje w Bałtyku w sporych ilościach. To dlatego, że jest zimnolubna. Wiecie, że w Morzu Bałtyckim mieszka... kuzyn konika morskiego? Naprawdę, nie żartuję! Wyposażony jest w chwytny ogon, który służy do czepiania się morskich traw. Jest cienki i długi. Z pewnością przypomnicie sobie, co to za ryby.


Okazuje się, że w Bałtyku gości także krewny delfina, czyli morświn. To gatunek zagrożony. Zaledwie kilka osobników pozostało w Bałtyku. Jeśli kiedykolwiek powitacie Morze Bałtyckie wiosną i spakujecie do kieszeni szczyptę szczęścia, możecie zobaczyć na plaży niewielkie foczki. Nie zbliżajcie się do nich, obserwujcie je z daleka! Ale z daleka z całą pewnością nie musicie obserwować bursztynów, czyli złota Bałtyku. Bursztyn to żywica z drzew iglastych, która zastygła dziesiątki milionów lat temu. W niektórych kroplach żywicy można dostrzec zatopione owady i roślinki. Bursztyny prezentują się nie tylko w żółci, brązie lub czerwieni. Występują też w barwie białej, a nawet niebieskiej czy szarej! Na bursztynowe poszukiwania najlepiej wybrać się wczesnym rankiem po sztormie. Wtedy można zebrać prawdziwe złote skarby!


Przeskoczmy do czasów, w których nie istniały jeszcze elastyczne, szybkoschnące kostiumy kąpielowe. Dawniej robiło się je własnoręcznie, na drutach lub na szydełku. Każdy strój do pływania wyglądał zupełnie inaczej, nie było dwóch takich samych. Po wyjściu z morza w ciężkim, przemoczonym kostiumie można było usłyszeć sprzedawcę lodów. Ubrany w biały fartuch oraz z zawieszoną na szyi drewnianą skrzynką głośno krzyczał: "Lody! Looooody! Lody Mewa na patyku!". Gdy brzuszek i kubki smakowe były już uśmiechnięte, spacer po molo w Sopocie kusił jeszcze bardziej. To najdłuższe molo w calutkiej Europie! Zgadnijcie, ile wynosi jego długość!


Założę się, że każdy z Was choć raz podziwiał morską panoramę z okna latarni. Wysyłanie światła to całodobowe zajęcie wszystkich latarni. Każda z nich ma swój własny zakodowany język - sygnał świetlny. Znają go tylko marynarze oraz żeglarze. W Polsce znajduje się piętnaście czynnych latarni. Większość z nich można odwiedzić i na własne oczy zobaczyć przeogromną świecącą żarówkę. Aby wspiąć się na wysoką latarnię, trzeba pokonać naprawdę sporo schodów. Najwyższa polska migająca wieża znajdująca się w Świnoujściu, skrywa wewnątrz ponad trzysta schodów. Jestem bardzo ciekawa, czy wiecie, jak daleko potrafi sięgnąć światło latarni morskiej. Zdradzę tylko, że to dwadzieścia cztery mile morskie. Mila morska - tak w przybliżeniu - mieści w sobie jeden i osiem dziesiątych kilometra. Teraz już z łatwością możecie rozwikłać zagadkę o świetlnym zasięgu latarni.


Kiedy sięgniecie po "A może morze?" poznacie zabawy z kamykami oraz tajemnice piszczącego piasku. Dowiecie się, kim są morzeczki i co noszą na swoich szyjach. Staniecie się ekspertami od rodzajów statków oraz morskich legend. Wypowiecie swoje imię posługując się alfabetem Morse'a. Aleksandra Karkowska i Barbara Caillot, dwie przyjaciółki oraz autorki dzisiejszej pozycji, zafundują Wam całą górę radości! Pomogą Wam odwiedzić nasze Morze Bałtyckie, nie wyściubiając nawet czubka nosa z pokoju! "A może morze?" to książka, której możecie być współautorami. Ten zeszyt zawiera sporo miejsca na Wasze odpowiedzi, emocje oraz przygody. Nie wahajcie się ani chwili dłużej - wybierzcie się nad Bałtyk razem z Barbarą Caillot i Aleksandrą Karkowską!


Tytuł - A może morze?
Tekst - Aleksandra Karkowska, Barbara Caillot
Oprawa graficzna - Katarzyna Brzostowska, Aleksandra Karkowska, Barbara Caillot
Kategoria wiekowa - 6+
Oficyna wydawnicza ORYGINAŁY, Łódź, 2020

niedziela, 26 lipca 2020

Od jednego Lucypera - czyli śląski diament


Śląsk. Smog. Węgiel. Kopalnie. Praca fizyczna. Nietrzeźwi górnicy. Kościół. Modra kapusta. Rolady. Kluski śląskie polane tłuszczem. Alkohol w kieliszku i zakąska na talerzu. Kiełbasa. Kanapa i telewizor. Kobiety w kuchni. Dziouchy przy garach. Śląska gwara. Wieśniacka godka. Stereotypy o Ślązakach mają się wyśmienicie. Od kilkudziesięciu lat dumnie prężą się w naszej mowie i naszym myśleniu. Zaatakowały nie tylko starsze pokolenie. To właśnie przez nie wiele osób wyemigrowało ze Śląska. Wstydziło się swojego pochodzenia, swoich korzeni. Wciąż często to, co śląskie jest traktowane gorzej. Ślązacy konsekwentnie byli określani jako ludzie z brakami. Brakami planów na przyszłość, sukcesu i inteligencji. Jakież to jest głupstwo.


Kasia Twardowska to kobieta ze Śląska. Wyemigrowała do Holandii, aby dać upust swojej karierze naukowej. Nie potrafiła znaleźć poważnego powodu, aby pozostać w Polsce. Jedyną bliską osobą, którą posiadała w tym kraju, była jej babcia. Po przeprowadzce wciąż utrzymywała z nią kontakt. Telefoniczny. Kasia jest pierwszą kobietą w rodzinie z wyższym wykształceniem. Ukończyła studia i realizowała projekty naukowe. Cały czas doskwierał jej niedosyt sukcesu. Brak akcentu zaznaczającego, że jest dobrą naukowczynią i zasługuje na zaufanie kolegów po fachu. Gdy już realizowała swój plan, wcześniej dokładnie obmyślony, zawsze musiała maczać w nim palce kompletnie niepotrzebna osoba. Na przykład pan dyrektor Witkowski. Kobieta już nie mogła tego znieść. Mężczyźni zdominowali jej zawód i zaznaczali to na każdym kroku. To był jeden z głównych powodów, dzięki któremu Kasia opuściła Polskę. W Amsterdamie nikt nie doczepiał do niej osoby, aby ta prowadziła jej własny projekt.


Młoda kobieta od lat boryka się ze straszną chorobą. Ma bardzo niezdrową relację z jedzeniem. Spożywa zdecydowanie zbyt mało posiłków. Praktycznie codziennie telefon podpowiada jej, że osiągnęła bilans ujemny. Aplikacja mówi: "gratulacje", co przynosi Kasi wielką ulgę. Na pewno gratulacji nie składają jej lekarze, którzy wciąż powtarzają, że nie może tracić na wadze. Z każdą wizytą na badaniach jej żebra robią się coraz bardziej zarysowane, obojczyki coraz bardziej widoczne, a biodra coraz bardziej zapadnięte. Niedawno Kasia zjadła jabłko. Już od dłuższego czasu ją kusiło. Wyglądało tak soczyście i pysznie. Nie mogła mu odmówić. Po chwili został już tylko ogonek. Kobieta nie była z tego zadowolona. Lekko poprawiła sobie humor, kiedy zrobiła pięćdziesiąt brzuszków. Ale wciąż miała z tyłu głowy, że zjedzenie jabłka było przeraźliwym błędem. Doskonale pamięta, co wydarzyło się, kiedy była nastolatką. Miała operację przepukliny, nic niepokojącego. Jednak jej organizm zareagował na zmiany zupełnie niespodziewanie. Po długim pobycie w szpitalu Kasia wróciła do swojej podstawówki osiem kilogramów lżejsza. W oczach szkolnych koleżanek pojawiło się zdziwienie i lekka zazdrość. Każda z nich chciała, wręcz pragnęła, aby podczas chodzenia ich nogi się o siebie nie ocierały. Od tamtej pory Kasia chorobliwie zwraca uwagę na swoją wagę.


Pewnie nie będzie zaskoczeniem fakt, że nasza bohaterka chodzi na terapię. Grono terapeutyzowanych osób stale się powiększa. Społeczeństwo potrzebuje fachowych odpowiedzi na różne pytania i problemy drzemiące w ich głowach. Kasia także. Odkąd pamięta, towarzyszy jej pustka związana z rodziną. W jej domu rodzinnym cisza była standardem. Rozmowa raczej nie wchodziła w grę. Babcia niechętnie odbywała z wnuczką różne dyskusje. Mama podchodziła do córki z chłodnym dystansem. Tata był praktycznie nieobecny, a później go zabrakło. Mętlik w głowie Kasi stopniowo tworzył się od wczesnych lat dzieciństwa. Domyślanie się tak naprawdę stało się jej specjalnością. Wiele lat temu, podczas buszowania w babcinych szafkach, znalazła pudełko ozdobione obrazem Stryjeńskiej. W środku znajdowało się zdjęcie, którego nigdy wcześniej nie widziała. Przyglądała mu się z niedowierzaniem. Wpatrywała się w twarz nieznanej dziewczyny. Drugą rozpoznała od razu, to była jej babcia. Starsza kobieta, zapytana o towarzyszkę na fotografii, wymigała się od odpowiedzi i surowo zabroniła wnuczce zaglądania do szaf.


Marijka Solik to kobieta ze Śląska. Ma dwie potężne ręce, niczym grube gałęzie drzew. Jej nogi przypominają pnie. Pełną twarz z meszkiem nad wargą uwypukla ściśnięty, mocno zawiązany warkocz. Wiele osób mówi o niej "babochłop". Patrząc na Marijkę może się wydawać, że naprawdę nic jej nie pokona. Nawet Dzień Prania z babcią, mamą i siostrą w jednej kuchni. Spędzanie czasu w domu rodzinnym zdecydowanie nie było ulubionym zajęciem kobiety. Przed wspomnianym budynkiem, na podwórku, wylało się bardzo dużo krwi. Wiele zwierząt straciło tam swoje życie. Jednak pewnego dnia u Marijki zabrakło krwi, co strasznie ją zaniepokoiło. Ślązaczka co chwilę biegała do toalety. Niestety, za każdym razem nie było ani śladu krwi. Cóż za pech. Marijka zaczęła żałować, że nie dotrzymała wieńca do ślubu, tak, jak od zawsze jej wpajano. „Co zrobić? Wybrać się do rosyjskiej magiczki po specjalne zioła, czy poddać się aborcji nieodpowiedzialnemu mężczyźnie z dłutem lub śrubokrętem?” - zastanawiała się Marijka. Nie była jeszcze gotowa na zostanie matką. Nie chciała skończyć tak samo, jak inne kobiety w jej rodzinie.


Marijka pracuje w zakładzie azotowym w Chorzowie. Praca "na taśmie" nie jest jej marzeniem, ale cieszy się, że może toczyć swoje życie w miejscu innym niż dom. Codziennie odwiedza fabrykę, wkłada na swoje pulchne ciało granatowy kombinezon i wraz z innymi kobietami zaczyna swoją zmianę. Marijka pragnie awansu społecznego. W ostatnim czasie jest bardziej rozmowna i pomocna. W zakładzie staje się coraz bardziej widoczna. Udziela się wszędzie tam, gdzie tylko to możliwe. Nikt nie nazywa jej szarą myszką. Powoli zdobywa szacunek współpracowników i współpracowniczek. Szacunek młodszej siostry udało się jej zdobyć w ekspresowym tempie. Dziewczynka jest wpatrzona w swoją starszą siostrę jak w obrazek. Tylko ona okazuje jej czułość i bliskość. Całuje w czoło, pociesza ciepłym słówkiem, troszczy się. Marijka i jej siostra śpią razem na wspólnym sienniku. Nie prowadzą długich rozmów, ale mimo tego doskonale się znają i potrafią rozszyfrować swoje uczucia. Tworzą zgrane rodzeństwo. Bez dwóch zdań.


Marijkę dotykają problemy powojenne. Skutki wojny, stosunek do kobiet w tamtym czasie, brak dostępu do prawidłowych informacji i chłodne relacje w rodzinie nie tworzą jej przyjemnego życia. To, że jest osobą wyróżniającą się, również jej go nie ułatwia. Co właściwie mają ze sobą wspólnego Marijka Solik i Kasia Twardowska? Czyżby lęki, przemilczane sprawy i chęć podążania własną drogą? Marijka nigdy nie poznała Kasi. Kasia nigdy nie poznała Marijki. Połączyło je zdjęcie ukryte w pudełku Stryjeńskiej. Ale tak naprawdę to nie tylko zdjęcie.


Nie powstało jeszcze takie słowo, które idealnie opisywałoby pozycję "Od jednego Lucypera". To książka genialna. Powieść Anny Dziewit-Meller potrafi tak bardzo pochłonąć, że po kilku stronach nie do końca wiemy, czy znajdujemy się w Chorzowie i Amsterdamie, czy na własnej kanapie. Autorka ukryła tutaj kolosalną ilość historii, emocji i prawdziwych zdarzeń. Opowieść o dwóch kobietach jest tak naprawdę opowieścią o całym Śląsku. "Od jednego Lucypera" to pozycja wielopokoleniowa. Bezpośrednio dotyczy pokolenia moich rodziców, babć i dziadków oraz prababć i pradziadków. Anna Dziewit-Meller świetnie połączyła przeszłość i teraźniejszość swoim piórem niczym grubą, wytrzymałą nicią. Ja nie pamiętam, co działo się na Śląsku w ubiegłym wieku - mam zbyt niewiele lat. Ale dzisiejsza książka otworzyła mi oczy. Pokazała mi również, jak wiele wszyscy ludzie mają ze sobą wspólnego. Aktualnie jest lipiec, ale jestem stuprocentowo pewna, że "Od jednego Lucypera" będzie znajdowała się na wielu zestawieniach najlepszych książek tego roku. A kto wie, może i dekady!


"Jaka marchew - taka nać, taka córka - jaka mać
Jaka matka, taka cera - od jednego Lucypera".


Tytuł - Od jednego Lucypera
Tekst - Anna Dziewit-Meller
Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2020

niedziela, 19 lipca 2020

Nolens volens, czyli chcąc nie chcąc - przeczytać musicie!


Mówi się, że łacina to język martwy. Hm, czyżby? Okazuje się, że to twierdzenie jest ogromnym kłamstwem! Najpierw łacina była językiem urzędowym Republiki, a później Cesarstwa Rzymskiego. Dzięki różnym twórcom i specjalistom od władania słowem stała się językiem literatury i nauki. Obecnie niewiele osób się nią posługuje - z tym akurat trudno się nie zgodzić. Ale nie oznacza to, że nie ma swoich wielbicieli! W niektórych szkołach łacina jest przedmiotem. Uczniowie uczą się go tak samo, jak na przykład jęzka angielskiego, niemieckiego lub francuskiego. Mam dla Was niesamowitą ciekawostkę! W językach romańskich, czyli między innymi hiszpańskim, francuskim oraz włoskim, aż osiem na dziesięć wyrazów pochodzi właśnie z... łaciny. Prosicie o jakieś przykłady, tak? Już się robi! "Notabene", czyli nawiasem mówiąc, wzięło się od "nota bene", co oznacza "zauważ dobrze". "Matura" pochodzi od łacińskiego czasownika "maturare", czyli dorastać, dojrzewać. To dlatego na ten ważny test mówi się również egzamin dojrzałości. Natomiast matką wyrazu "artykuł" jest rzeczownik "artyculus" - cząstka.


Założę się o dwie tabliczki pysznej czekolady, że kojarzycie Archimedesa. To jeden z najwybitniejszych matematyków na całym świecie! Ale Archimedes interesował się nie tylko matematyką. Był również fizykiem, inżynierem, wynalazcą i astronomem. O jego życiu znamy niestety niewiele informacji. Na szczęście sporo wiadomo o wybitnych osiągnięciach naukowych tego człowieka. Prawa, reguły, zasady, rozwiązania i objętości były jego specjalnością. Naprawdę dużo osób pozazdrościłoby mu takiej potężnej wiedzy. Urlop u Archimedesa w ogóle nie wchodził w grę. Cały czas poświęcał się pracy i jednocześnie pasji. Liczył, liczył i liczył. Legenda głosi, że liczył nawet chwilkę przed śmiercią! Już Wam zdradzam tę opowieść. Pewnego dnia do Archimedesa przybył rzymski żołnierz. Chciał zaprowadzić matematyka do swojego generała, ale uczony był akurat zajęty pracą i odmówił. Na piasku z wielkim skupieniem kreślił figury i działania. Już prawie dowiódł jedne ze swoich teorii. A tu nagle żołnierz chwycił za miecz. Archimedes wtedy krzyknął: NOLI TURBARE CIRCULOS MEO! Ja już wiem, co kryje się za słowami słynnego matematyka, a Wy?


Powiedzenie "krótko, ale treściwie" przywołuje u mnie wspomnienia związane ze szkolnymi lekcjami. To dlatego, że nauczyciele bardzo często używają tego zwrotu. A teraz krótko, ale treściwie przedstawię Wam garść łacińskich wyrażeń. Najpierw HOMO FABER. "Homo" to człowiek, natomiast "faber" oznacza rzemieślnika, robotnika. Razem te dwa wyrazy tworzą określenie "człowiek pracy". Jeśli znacie jakąś osobę, która swoją pracowitością dorównuje nawet pszczołom, śmiało możecie ją nazwać HOMO FABER. Natomiast jeżeli znacie osobę, która wzbudza w Was niezbyt pozytywne emocje, możecie o niej powiedzieć PERSONA NON GRATA, czyli człowiek niepożądany, niemile widziany. To określenie już dawno temu zagościło w naszym języku. Proszę bardzo, i kto by pomyślał, że jego korzenie sięgają aż do samej łaciny.


"Eureka!" stała się bardzo popularnym okrzykiem. Chyba nie muszą nikomu wyjaśniać, co oznacza. Ale koniecznie muszę zaznaczyć, że to słowo pochodzi z greki. Greka znajduje się w top trzech głównych językowych filarach Europy. Towarzyszą jej łacina (co zapewne nie jest dla Was zaskoczeniem) oraz język staro-cerkiewno-słowiański. Dacie wiarę, że niegdyś greka i łacina ze sobą rywalizowały? Tak, każda z nich pragnęła dominować na świecie. Lekkim zdziwieniem może być to, że właśnie dzięki językowi łacińskiemu wiemy całkiem sporo o greckiej sztuce i filozofii. Ale AD REM. Okrzyk "znalazłem!" (w oryginale: EUREKA!) wybrzmiał z gardła pewnego mędrca, kiedy ten wyskakiwał z wanny. Siedział w niej i głowił się nad rozwiązaniem niemałego kłopotu. Wybaczcie, utrzymam w tajemnicy, kim był ten pomysłowy uczony. Sami musicie się dowiedzieć, kto to taki! Dzięki mądremu fizykowi możemy uczyć się w szkole o wypieraniu ciał przez wodę. Technika mędrca wciąż nie zawodzi, mimo tego, że minął już szmat czasu od jego odkrycia.


Ameryka. Stan New Hampshire. Miasto Hebron, a właściwie to jego okolice. Właśnie tam znajduje się niesamowite, wprost magiczne miejsce, jakim jest kanion. Gdyby mój blog był podcastem, powiedziałabym teraz, abyście zamknęli oczy i wyobrazili sobie wąski kanion, w różnych odcieniach brązu, którym płynie rzeka. No ale jeśli teraz zamknęlibyście oczy, mielibyśmy trochę kiepską sytuację. Koniecznie pozostawcie je otwarte i kontynuujcie czytanie. Nasz kanion posiada gładkie wgłębienia. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że zostały one wyrzeźbione przez ręce arcyzdolnego rzeźbiarza. Nie są one jednak dziełem człowieka. Stworzyła je rzeka, taka z niej spryciula! Od setek lat szlifowała kamienne ściany kanionu. To właśnie ona zainspirowała Owidiusza, poetę, z którego ust po raz pierwszy padły słowa GUTTA CAVAT LAPIDEM. Jego powiedzenie ma swoje zastosowanie nie tylko w naturze. Oznacza także, że na wszystko potrzeba czasu, a wysiłek w końcu się opłaci. Już pewnie domyślacie się, jak brzmi metafora Owidiusza po polsku.


Uwaga, pora na krótką, ale treściwą przerwę! Tym razem wybrałam pięć łacińskich powiedzeń, które łatwo możemy dołączyć do całej gromadki rzeczy znajdujących się w naszej pamięci. AUREA MEDIOCRITAS to pewnego rodzaju kompromis, postawa, z której obydwie strony są zadowolone. Tak, brawo, domyśliliście się - AUREA MEDIOCRITAS oznacza "złoty środek". Natomiast MODUS VIVENDI to sposób życia, który wskazuje na tymczasowe rozwiązania, a wgłębienie się w temat odkłada na późniejszy termin. Następne trzy określenia na pewno wielokrotnie mignęły Wam obok uszu. CARPE DIEM!, VADE MECUM, NOMEN OMEN. Pierwsze to "chwytaj dzień!", drugie - "pójdź ze mną", a trzecie - "imię wróżba". Rany, ta łacina wciąż nie przestaje mnie zachwycać. Czai się za każdym rogiem, w każdej książce, rozmowie i filmie! 


Dosłownie chwilkę temu oglądaliśmy cudowny kanion w Ameryce. Teraz również pozostaniemy na łonie natury. Nie jest tajemnicą, że natura kolosalnie wpływa na stan naszego zdrowia. Zbilansowane odżywianie z dużą ilością składników roślinnych na talerzu potrafi odcisnąć naprawdę spore piętno na naszym organizmie. Spacer po lesie, przechadzka po parku lub wizyta nad morzem świetnie odświeżają głowę i pozwalają dotlenić się naszemu mózgowi. W medycynie bardzo często wykorzystuje się owoce Matki Natury. Za przykład mogą posłużyć między innymi lecznicze zioła lub wszelakie formy naturalnych terapii. Mam do Was pytanie. Hipokrates. Znacie może tego pana? W swoim życiu wyraził wiele niepodważalnych prawd. Jedna z nich brzmi: MEDICUS CURAT NATURA SANAT. Jestem pewna, że kiedy poznacie już polskie tłumaczenie tego zdania, zgodzicie się z Hipokratesem w stu procentach.


Wiecie może, co oznaczają napisy na Placu Maxa Euwego w Amsterdamie? Dlaczego Holendrzy podkreślają, że nie sikają pod wiatr? Czy żeglowanie to faktycznie sens życia? Zuzanna Kisielewska może pochwalić się ogromną (naprawdę ogromną!) wiedzą na temat łaciny oraz łacińskich ciekawostek i historii. Gdyby książka "Nolens volens, czyli chcąc nie chcąc" była szkolnym podręcznikiem to na pewno pofrunęłabym do szkoły, w której nauka tego języka jest możliwa. Ta pozycja podzielona jest na dziewięć części, a każda część oferuje czytelnikom kolejne rozdziały. Najpierw dowiadujemy się o słynnych cytatach, później o mottach i dewizach, z otwartymi szeroko oczami przechodzimy przez kolejne sześć części i kończymy na temacie śmierci. Zuzanna Kisielewska, autorka "Dwunastu półtonów", kapitalnie wymyśliła "Nolens volens", uwierzcie mi! Dzisiejsza książka zainteresuje czytelnika w praktycznie każdym wieku. Muszę wspomnieć również o autorkach ilustracji, bo one dodały tej pozycji niezwykłą wartość. Agata Dudek i Małgorzata Nowak tworzą Acapulco Studio i są już doświadczone, jeśli chodzi o ilustrowanie książek. Mimo tego, że użyły niewielu barw, kupiły moje serce. I Wasze z pewnością też zdobędą, gdy już sięgniecie po "Nolens volens".


SUMMA SUMMARUM, HIC ET NUNC, ta książka VINCIT OMNIA!


Tytuł - Nolens volens, czyli chcąc nie chcąc. Prawie 100 sentencji łacińskich i kilka greckich
Tekst - Zuzanna Kisielewska
Ilustracje - Agata Dudek, Małgorzata Nowak (Acapulco Studio)
Kategoria wiekowa - 10+
Wydawnictwo DRUGANOGA, Warszawa, 2020