niedziela, 22 września 2019

Wyroby - czyli urok w rzeczy samej


Wyroby. Durnostojki. Gównidełka. Zbieracze kurzu. Przydasie. Samoróbki. Pierdółki. Założę się, że każdy człowiek na tej planecie ma choć kilka niepotrzebnych przedmiotów. Takich, które zostały zakupione z właściwie niewiadomego powodu. Można je spotkać na targach, jarmarkach, w kioskach. Najczęściej są wykonane za pomocą rąk. Powstają z nudy, nagłej potrzeby lub dla ozdoby - ten argument można usłyszeć bardzo często. 

Moje dzieciństwo (które wciąż trwa) przypadło na czasy braku oryginalności, wiecznych powtórzeń i naśladowań. Nosimy identyczne buty i ubrania. Wnętrza domów i mieszkań są do siebie bardzo podobne. Nasze półki zdobią przedmioty masowej produkcji, zakupione w hegemonach. Osoby, które trzymają na półkach kartki z kotkami, malutkie grzybki muchomorki i Kaczory Donaldy są zazwyczaj nieco starszej daty. Możliwe, że na ich ścianach wiszą reprodukcje obrazów z płaczącym chłopcem. W Wielkiej Brytanii do dzisiaj krąży pewnego rodzaju ploteczka o klątwie nad tymi właśnie ilustracjami. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku pewna brytyjska prasa napisała o pożarze domu, z którego ocalał jedynie portret płaczącego chłopca. Strażacy mówili, że to nie jedyny przypadek i bardzo często znajdowali słynne reprodukcje w ruinach spalonych domów. Ludzie niechętnie się ich pozbywali, bojąc się o własne życie. A magazyny podsycały emocje, publikując nowe notki o związkach pożarów i smutnych portretów. 


Wyjdźmy teraz na świeże powietrze. W wielu ogródkach można zauważyć łabędzie z opon. Niektóre osoby myślą, że to "polska tandeta" i o jej stworzenie osądzają Adama Słodowego. Jednak nie jest to prawdą. Łabędź z opon pochodzi z Australii. Pierwotny wyrób ma nieco inne pióra i szyję, więc można stwierdzić, że jest kuzynem naszego gumowego zwierzaka. Amerykański brat łabędzia to różowy flaming. On także czasami pojawia się w polskich ogrodach. Jednak między łabędziem a flamingiem istnieje pewna różnica. Ten pierwszy jest ozdobą stworzoną własnymi dłońmi. Jej wykonanie to powód do dumy. Natomiast drugi pochodzi ze sklepu, jest wyprodukowany w fabryce. Brakuje w nim duszy, nierównych piór i nieco krzywych oczu. 


Innymi, niezwykle często spotykanymi, gośćmi ogródków są grzybki i krasnoludki. Największy krasnal świata nosi imię Soluś. Znajduje się w Nowej Soli, stolicy dekoracji ogrodowych. Mieszkańcy tej miejscowości kochają nadmiar i absolutnie wszystkie durnostojki. Bo przecież samotny grzyb będzie smutny, trzeba mu zrobić całą familię! Najlepiej taką, która rzuci się w oczy wszystkim spacerowiczom. Dlatego krwisto czerwone kapelusze z ogromną ilością białych kropek to już chyba tradycja. Pod owymi kapeluszami schowane są skrzaty - z przerażającymi uśmiechami, rozmazanymi źrenicami i kolorowymi kubraczkami. 


Ogrodowym dekoracjom towarzyszą również żywe zwierzęta. Psy. Tabliczki na ogrodzeniach ostrzegają przechodniów, że tuż za płotem znajduje się "zły pies". Ale niektórzy chcą się wyróżniać, więc wymyślają własne informacje. Pięknie wykaligrafowane, z zawijasami i kolorowym tłem. "Wchodzisz na własną odpowiedzialność", "Zły pies, a gospodarz jeszcze gorszy", "Uwaga, dobry pies - gryzie", "Nieproszeni goście zostaną pożarci". Jednak czasami takie tabliczki nabierają zupełnie innego charakteru. "Tego domu pilnuje york", "Witaj, hau, hau", "Tu mieszka najbardziej rozpuszczony labrador ja świecie". Wtedy napisom towarzyszą zdjęcia bądź ilustracje słodkich pyszczków, a my mamy ochotę postawić swoją stopę na posiadłości obcego człowieka i pobawić się z jego przyjacielem. 

Dobrze, na zewnątrz zrobiło się już troszkę chłodno, więc wróćmy z powrotem do środka. Tym razem odwiedzimy Korę Kowalską - kolekcjonerkę. Z wielką ciekawością zajrzymy do jej szuflad. A co tam znajdziemy? Syntetyczne robaki. Misia Miszkę z olimpiady w Moskwie. Podkowy szczęścia. Bolki i Lolki. Stare broszki. Plastikowe resoraki. Pocztówki z kotkami. I bardzo pożądaną przez dzieci zabawkę w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, czyli Brzydką Miki. To polska wersja skaczącej Myszki Miki na trapezie. Od oryginału z zagranicy różni się barwą i bryłą. Charakteryzuje ją odcień czerwieni pomieszany z szarością i nieco niekształtna figura. Zakupiona na targu lub jarmarku przynosiła ogromną radość, a wygrana w loterii - jeszcze większą! Dzieciaki wprost ją uwielbiały, mimo rzucających się w oczy niedoskonałości. 


Przenieśmy się teraz do połowy lat sześćdziesiątych. Wtedy sprzedawcy gitar zanotowali spory zysk, ponieważ młodzież zaczęła namiętnie je kupować i zakładać własne zespoły. Wzorowali się na popularnych wówczas grupach, z The Shadows na czele. Wszystkie puste garaże i podwórka przy domach kultury rozbrzmiewały muzyką. Zespoły nosiły oryginalne nazwy. Przykłady? Bardzo proszę - Kwaśne Mleko, Optymiści, Plastusie, Duchy, Bratki. Koncertowali w niewielkich klubach i na imprezach "dla młodych ludzi". Tylko szczęściarzom udało się trafić na składankową płytę z rytmami nastolatków. Trzy czwarte zespołów kończyło swoją działalność po miesiącach, a nawet tygodniach. 


Wszystkie z wymienionych powyżej rzeczy są wyrobami. Wykonały je osoby z niekoniecznie dobrym gustem i talentem artystycznym. Niegdyś nasze pierdółki przynosiły radochę praktycznie wszystkim. Teraz cieszą się z nich tylko kolekcjonerzy i wielbiciele niezbyt udanego, lecz uroczego, rękodzieła. Do klubu tych adoratorów należy między innymi Olga Drenda, o której głośno teraz w całym kraju. Jej świetnie napisana książka "Wyroby. Pomysłowość wokół nas" zdobyła masę nagród, wyróżnień i nominacji. I w pełni zasłużenie, bo chwytającym za serce zbieraczom kurzu należy się trochę uwagi! 

Odwiedźcie kolekcjonerów, zajrzyjcie przez ploty do ogródków i razem z panią Olgą tropcie polskie klimaty!

Tytuł - Wyroby. Pomysłowość wokół nas
Tekst - Olga Drenda
Wydawnictwo Karakter, Kraków, 2018

niedziela, 8 września 2019

Wędrowny Zakład Fotograficzny - czyli komu w drogę, temu opowieści


Drewniane chatki. Pługi. Wychodki. Studnie. Gospodarstwa. Świeże mleko. Bujne ogródki. Suszące się torebki herbaty - tak, aby były dobre do ponownego zalania. Packi na muchy. I zapach - starości oraz drzew. Granice - z Litwą, Białorusią, Rosją. Ale także Dolny Śląsk. Najpierw odwiedźmy niewielki domek, który został porządnie nadgryziony zębem czasu. Zawalony dach kontrastuje z dorodnymi pomarańczowymi kwiatami w ogródku. W drzwiach powiewają firanki. Przez brudną szybę można ujrzeć stary tapczan, a na nim stertę ubrań. Można się domyślić, że niezbyt świeżych. "To najprawdopodobniej opuszczony dom" - myślimy. I cyk, zaskoczenie. Z głębi chatki dobiega głos zapraszający do środka. To głos mężczyzny, który właśnie ściga się z muchą. Śledzi jej ruchy z packą w dłoni. Jest samotny. Wcześniej towarzyszyła mu mama. To właśnie ona zasadziła pomarańczowe kwiaty w ogrodzie. Jednak niedawno odeszła. Od tamtej pory mężczyzna je mielonki z puszki w towarzystwie owadów. Żyje z tego, co zbierze w lesie. Dlatego uwielbia deszcze. Porządne opady oznaczają obfite zbiory, czyli więcej pieniędzy. Susze i nasz bohater nie darzą się sympatią.


Zajrzyjmy teraz do kobiety w dość imponującym wieku. Właśnie rozsypała zdjęcia na stół. Zapewne miała je schowane w albumach lub szufladach. Siostra wychodząca za mąż. Wnuczek, który właśnie szykuje się do ślubu. Syn przebrany za świętego Mikołaja. Wesele najstarszej córki. Siostra męża. Komunia wnuczki. Teść w Anglii. Młodsza córka w szpitalu - niestety umarła za młodu. Zdjęcie zostało zrobione tuż przed operacją. Dziewczyna była leczona lekarstwami swojej mamy, ponieważ rodzice nie przyznawali się do jej choroby lekarzom. Zapłacili za to najgorszą z możliwych kar. O, wszystkie siostry na ławeczce przed domem. A tutaj cała rodzina. Ta ostatnia fotografia liczy już kilkadziesiąt lat. Starsza kobieta była wtedy szczupłą i roześmianą dziewczyną.


Przenieśmy się teraz na zupełnie inne podwórko. Właścicielką jest pomarszczona pani, ubrana w kwiecistą chustkę i sędziwy fartuch. Ostatnio miała sporo gości. Najpierw odwiedziły ją dziki i zniszczyły cały ogród. Później pojawiła się córka i podkradła jajka z kurnika. Teraz staruszka musi cierpliwie czekać na nowe. Jej najlepszą przyjaciółką jest pewna kocica. Niedawno urodziła młode. Było ich całkiem sporo. Jednak kobieta nie miała ochoty "mnożyć sobie problemów". Nie chciała opiekować się młodymi kotkami, dlatego... zabiła je. Utopiła? Nie. Mówiąc wprost - zadźgała szpadlem. Jak już wspomniałam wcześniej, miała dużo gości, ale wrażliwość chyba nie zapukała do jej drzwi.


Przejdźmy może do nieco pogodniejszych historii. Mężczyzna o imieniu Jan straszliwie cieszy się na widok samodzielnie wyhodowanej fasoli. Niektóre strąki są dłuższe od dłoni i grubsze od palca. Jan ma dziewięćdziesiąt cztery lata i całe życie spędził w domu przy owocach swojej pracy, czyli siedmiometrowej fasoli. Je tylko jedną zupę. Fasolową, rzecz jasna. Swoje czarno-białe wspomnienia przechowuje w starym albumie. Jego żona Feliksa umarła kilka lat temu. Jej imię oznacza "szczęście". Pan Jan faktycznie był z nią szczęśliwy. Wciąż trzyma jej portrety, także te ze ślubu. Niedawno narysował ją ołówkiem na pożółkłym papierze. Trzeba przyznać, że nie jest zbyt podobna. A to dlatego, że Jan narysował swoją żonę tak, jak zapamiętało ją jego serce.


O, a teraz usiądźmy na ławeczce z sześcioma kobietami. Właśnie te panie założyły zespół. Śpiewają po chachłacku. To język trochę rosyjski, trochę ukraiński i trochę polski. Niegdyś mieszkańcy Wołynia porozumiewali się tylko po chachłacku. Kobiety znają piosenki od swoich matek, babć i sąsiadek. Potem niewiele brakowało do tego, aby je zapomniały. To przez ustrój komunistyczny. Wtedy musiały śpiewać po polsku. Znały dużo weselnych nut. Pojawia się w nich "świkrucha", czyli zła teściowa, do której dziewczyna idzie po ślubie. Ale na wsi często bywa tak, że świeżo upieczone małżonki znajdują wspólny język z teściowymi, a niekoniecznie z mężami.


Wyobraźmy sobie teraz pasiekę marzeń. Kolorowe kwiatki, soczyście zielona trawa, piękne ule i pszczoły, które omijają nas szerokim łukiem. Marzenie. Uwaga! Taka pasieka istnieje. No dobra, może bez tych szerokich łuków. Zajmują się nią ojciec i syn. Obydwoje mają pszczelarskie serducha w stu procentach. Ule, o które dbają, są ukryte między pagórkowatym łąkami. Raczej nikt nie może zobaczyć ich przez przypadek. To miejsce zostało wybrane celowo, aby złodzieje nie kradli miodu oraz uli. W okolicy zdarzały się takie przypadki - nocą grupka ludzi podjeżdżała ciężarówką i pakowała ule na swój pokład. Na całe szczęście ojca i syna nie spotkała taka przykra sytuacja.


Patrzcie, tam po lewej! Widzicie baner zakładu fotograficznego? Wisi na balkonie dwupiętrowego domu. Można łatwo zauważyć, że drzwi do niego były wielokrotnie malowane. Otwiera je pani Bronisława i zaprasza do środka. Jej dzieciństwo nie było zbyt kolorowe (w odróżnieniu do pasieki). Ojciec przeraźliwie mocno bił, a mama nie mogła z tym nic zrobić. Dobrze, że mieszkali na wsi, a nie na uboczu. Wtedy można było wybiec na ulicę i prosić o pomoc sąsiadów. A jeśli chodzi o baner, jest już nieaktualny. Syn pani Bronisławy próbował tutaj założyć firmę. Jednak poddał się. Wyjechał. Został szyld i samotna staruszka.


Odwiedźmy jeszcze jedną panią, która jest "żywym pomnikiem akcji "Wisła". Pani Maria twierdzi, że jej miejsce zamieszkania jest przepiękne i niczego więcej jej nie potrzeba. Często pije napar z ziół zerwanych w ogrodzie i obserwuje - naturę oraz ludzi. Ma wręcz białą cerę, szlachetne rysy i roześmiane oczy. Wyciąga zdjęcie klasowe. Dzieci ustawione są w rzędach. Górny rząd to chłopcy w rożnym wieku. Mają na sobie marynarki, spod których wystają koszulowe kołnierzyki. Niżej są dziewczynki w jednakowych spódniczkach. Między uczniami siedzi młoda nauczycielka, z pięknym, gęstym warkoczem. Była Niemką, ale biegle posługiwała się językiem polskim. Wszystkie dziewczynki chciały być takie, jak ich wychowawczyni. Stanowiła autorytet. To właśnie ona nauczyła panią Marię, że włosy zawsze muszą być zadbane, a ubrania czyste i schludne. Kobieta do dziś stosuje się do tej zasady.


Agnieszka Pajączkowska znalazła się w skórze fotografa z końcówki ubiegłego wieku. W 2012 roku założyła Wędrowny Zakład Fotograficzny. Jeździła żółtym Volkswagenem T3 wraz ze swoim psem Cukrem i fotografowała ludzi w zamian za opowieści, jedzenie i możliwość kąpieli. Stworzyła obraz osób żyjących przy granicy z Białorusią, Litwą i Ukrainą. Ale w książce pod tytułem "Wędrowny Zakład Fotograficzny" pojawiły się także historie mieszkańców Dolnego Śląska. Pani Agnieszka wydobyła z ludzi opowieści zabawne, smutne, a niekiedy i przerażajace. Po prostu prawdziwe. Tekst został uzupełniony zdjęciami. Jednak nie zobaczymy tam twarzy naszych bohaterów. Portrety są własnością tylko i wyłącznie osób fotografowanych. Nawet autorka nie posiada kopii. Dzisiejsza pozycja doświadczy nam wielu skrajnych emocji. Agnieszce Pajączkowskiej należy się honorowy uścisk dłoni za odwagę, wytrwałość, cierpliwość i przede wszystkim wspaniały efekt końcowy tego projektu.

Pozycja z żółtą okładką musi znaleźć się na Waszej półce, koniecznie.

Tytuł - Wędrowny Zakład Fotograficzny
Tekst i fotografie - Agnieszka Pajączkowska
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2019

niedziela, 4 sierpnia 2019

Marsz, marsz, Batory - czyli elegancja na falach


To transatlantyk, o którym słyszeli chyba wszyscy. Przez trzydzieści trzy lata był kluczem do pewnych drzwi. Drzwi, które otwierały nowy świat Polakom do emigracji. Już sama jego nazwa przywoływała na myśl luksus i elegancję. W końcu grejpfruty i czerwone dywany nie były codziennością. M/S Batory - to właśnie on. Z jego usług skorzystało aż dwieście siedemdziesiąt tysięcy pasażerów. Zajrzyjmy na pokład!


M/S Batory to statek jedyny w swoim rodzaju. Trzydzieści trzy lata pływał pod polską banderą. Odbył dwieście dwadzieścia dwa rejsy oceaniczne. Był naszą dumą narodową. Zmienił życie wielu osób. W czasie komuny pomagał przedostać się Polakom do Ameryki. Wszyscy byli wpatrzeni w nią jak w obrazek. Ameryka stanowiła układankę, w którą każdy chciał się wplatać. Niektórzy na zawsze, a inni tylko na kilka lat. Jednak niekiedy plany się zmieniały. Ale czasami także nie zawodziły.


Najpierw czekano na paszport oraz wizę. Czas tychże oczekiwań był udręką. Rok, pięć, a nawet siedem lat. Nigdy nie podawano dokładnego terminu odbioru dokumentów. Mówiono tylko jedno - kilka lat.  Kiedy ten etap już się kończył, przychodziła pora na pakowanie. A warto zaznaczyć, że zabierano ze sobą dosłownie wszystko. Teraz wydaje się to niezbyt realne. Jednak wtedy nie posiadano całej gromady zbędnych przedmiotów. Dlatego wielkie kufry były wypełnione nawet radiami, pościelami oraz niewielkimi meblami.


Zdarzało się, że kobiety kupowały sobie nowe suknie oraz buty specjalnie na rejs. A przed nim wszystkie biegały do krawcowej. Aby coś skrócić, przeszyć, żeby miało dłuższe życie. Później przychodził czas na pożegnanie z bliskimi. Do Ameryki płynęły całe rodziny, pary, przyjaciele lub pojedyncze osoby. Port w Gdyni był miejscem na ostatnie uściski, życzenia i rozmowy. Gdy rozbrzmiewały hymny - Batorego oraz Polski - należało wchodzić na pokład. Statek odpływał od brzegu bardzo powoli. Żegnał go zgromadzony tłum. Pojawiały się łzy, uśmiechy i machające dłonie.


Batory był statkiem niezwykle dużym. Posiadał aż siedem pokładów i miał sto sześćdziesiąt metrów długości. Wspomniane pokłady były ulubionymi miejscami do zabaw dzieci. Jednak często przeganiano je do kabin. A kiedy przychodził czas posiłku - do restauracji. Na Batorym codziennie serwowano pięć dań. Śniadanie, drugie śniadanie, obiad, deser, kolacja. Menu było bardzo rozbudowane. Podawano homary, cytrusy i zupy, o których większość osób nawet nie słyszała.


Wszystkie pokoje i sale naszego transatlantyka wprost błyszczały luksusem. Piękne dywany, obrazy Stryjeńskiej, żyrandole i nowoczesne meble. Kapitan wkładał rękawice i sprawdzał, czy jakiś mały kącik nie umknął uwadze pracownikom odpowiedzialnym za sprzątanie. Z każdym kolejnym dniem obsługa zyskiwała w oczach podróżnych i emigrantów. Był tylko jeden problem. Kołysanie. Ludzie, słysząc o historii Tytanica, przeraźliwie bali się dużych fal. Zamknięci w kabinach przemieszczali się z lewej strony na prawą i z prawej na lewą. Często rozróżnienie nieba i wody sprawiało lekką trudność.


Mama pewnej - wówczas małej - dziewczynki zabrała ze sobą mnóstwo książek. W domu zrobiła ich surową selekcję. Spakowała tylko polskie pozycje, tłumaczenia zostały w budynku zamkniętym na klucz. Inna kobieta tuż po wejściu na pokład zrobiła awanturę. Obiecano jej kabinę z pięknym widokiem na morze, a przez okno było widać "rudery". Okazało się, że statek jeszcze nie odpłynął. Wiele osób twierdziło, że Batory był wolnością. Ową wolność fotografowała pani z aparatem Zorka. Zresztą nie była sama. Pasażerowie chętnie uwieczniali niezapomniane chwile na statku. Później z uśmiechem patrzyli na zdjęcia, które tak bardzo kontrastowały z szarą rzeczywistością w Polsce.


Gdy nasi bohaterowie docierają do Ameryki, rozpoczynają zupełnie różne od siebie życia. Niektórzy kupują samochody i zajadają się czekoladą, a inni szukają promocji we wszystkich sklepach. Niewiele osób wraca do Polski - mimo tego, że tęsknota wzrasta z każdym dniem. Chcecie poznać historię legendarnego transatlantyka? Tak? Bardzo mnie to cieszy. Koniecznie sięgnijcie po pozycję "Marsz, marsz, Batory"!


"Marsz, marsz, Batory" to książka nieszablonowa. Jest podzielona na trzy części - pierwsza: przed rejsem, druga: podczas rejsu, a trzecia: po rejsie. Aleksandra Karkowska i Barbara Caillot postanowiły odszukać osoby, które płynęły legendarnym statkiem albo na nim pracowały. Autorki poznały ich przeżycia i wykorzystały nabytą wiedzę do swojej książki. "Batorowe" opowieści przeplatają się ze sobą. Niekiedy są metaforą, a czasami bezpośrednim opisem zdarzeń albo uczuć. Wspomnienia są uzupełnione licznymi fotografiami, listami i ilustracjami. Dlatego można pokusić się o stwierdzenie, że "Marsz, marsz, Batory" to tak naprawdę cudowny album.

No dobrze, weszliście już na pokład. Chyba zostaniecie na nim nieco dłużej, prawda?

Tytuł - Marsz, marsz, Batory
Tekst - Barbara Caillot, Aleksandra Karkowska
Oficyna Wydawnicza ORYGINAŁY, Poznań, 2019

sobota, 27 lipca 2019

7 dni - czyli 168 godzin na 243 stronach


Podejrzewam, że każdy z Was chodził bądź chodzi do szkoły. I zapewne każdy z Was zetknął się z wyśmiewaniem, które rozpoczęło się właśnie w niej. Ofiarą takiego zachowania jest czternastoletnia Jess. Mieszka z mamą i siostrą w dwupokojowej, zaniedbanej klitce. Nie ma tam zbyt wiele miejsca, na szczere rozmowy także. Mama Jess pracuje tylko i wyłącznie w nocy. A co robi? Sprząta. Dlatego też jej pensja nie jest duża. Czasami nawet jedzenie kosztuje zbyt wiele. Mimo to czternastolatka nie należy do najszczuplejszych. Można się także domyślać, że jej ubrania nie pochodzą z najnowszych kolekcji i najdroższych sklepów. Ale chwila, chwila... czy to jest powód do obraźliwych komentarzy? Niestety niektóre osoby uważają, że tak. W ich gronie znajduje się Kez.

Kez chodzi do klasy z naszą bohaterką. Ma delikatne rysy twarzy, starannie pomalowane oczy i pełne usta. I na pewno nie kupuje ubrań na dziale dziecięcym. Już po pierwszym kontakcie wzrokowym można stwierdzić, że nie opatula swoich rozmówców miłymi słowami. Wyjątkami są Lyn, czyli chłopak Kez, oraz Marnie - jej najlepsza przyjaciółka. Połączyła je wspólna pasją. Jaka? Już tłumaczę. To pasja o nazwie dokuczanie Jess. Do tego dochodzi także agresja. Kez nie ma zbyt ciekawej sytuacji w domu. Kanapa to ulubione miejsce taty. Jego stały towarzysz to alkohol. Natomiast mama najwięcej czasu spędza płacząc. Płacząc z bólu, gniewu i smutku. Jej posiniaczona twarz mówi wystarczająco dużo. Wciąż oszukuje się, że być może ich życie ulegnie nagłej zmianie i tata Kez, czyli jej mąż, przestanie ją ranić. Jednak Kez wie, że to nieprawda.


Trwa poniedziałkowy poranek. Jess musiała odprowadzić swoją siostrę do przedszkola. Wiadomo - mama była przeraźliwie zmęczona po pracy. Która godzina? No nie, za kilka minut zaczynają się lekcje. Dziewczyna zaczyna biec. Przed szkołą stoją Kez, Marnie oraz Lyn i jego koledzy. Wypuszczają właśnie papierosowy dym z ust. Kiedy Jess przechodzi obok, padają obraźliwe zdania w jej kierunku. Słowo "oblech" pojawia się chyba najczęściej. Nagle Kez podchodzi do naszej bohaterki. Podchodzi na tyle blisko, aby dziewczyny czuły swoje oddechy na nosach. Kez rozkazuje Jess, aby ją przeprosiła. Za co? Za to, że ją dotknęła. Musi uklęknąć i ją przeprosić. Jess woli unikać kłótni i raczej nie bryluje odwagą. Niestety. Robi to, czego inni od niej oczekują. Klęczy i przeprasza.

Wtorek. Jess spędziła wczorajszy wieczór czytając komentarze na temat wyglądu "oblecha". Wciąż o tym myśli. Nie ma ochoty patrzeć na siebie w lustrze. Z wielkim niezadowoleniem wstaje z łóżka. Czeka ją kolejny dzień wypełniony nieprzyjemnościami. Podczas kąpieli w wielkiej misce Jess bierze do ręki golarkę. Uważnie bada ją wzrokiem. Przykłada do swojego ciała. Woda w misce przybiera barwę krwi. Jednak Jess nie jest w stanie zranić się mocniej. Wie, że to nie rozwiąże problemów. Może tylko powiększyć ich pakiet. A to chyba nie jest potrzebne. Czternastolatka odkłada golarkę i wychodzi z łazienki. Czas na szkołę. Szkołę czyli Kez, Marnie i ich przemiłe gesty.

Środa. Wspominałam o tym, że Kez ma chłopaka - Lyna. Lyn to przyjaciel Jess z wczesnego dzieciństwa. Wspomnienia dziewczyny z wieku przedszkolnego to właśnie zabawy z Lynem. Z czasem ich drogi się rozeszły. Chłopak stał się popularnym "przystojniakiem" i nie spędzał już czasu z Jess. Jednak ta środa wyglądała nieco inaczej. Kiedy nasza bohaterka czekała w kolejce na stołówce, złapała kontakt wzrokowy z dawnym przyjacielem. Rzucili kilka śmiesznych słów podczas niedługiej rozmowy. Uśmiech nie znikał z twarzy dziewczyny. Cichy chichot także jej nie opuszczał. Zauważyła to Kez. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Czy jej chłopak rozmawiał właśnie z "oblechem"? Moc zazdrości znacznie wzrosła. Zemsta była nieunikniona.


Czwartek. Pierwsza lekcja. Jess usiadła w ławce najbliżej tablicy. Chciała znaleźć się jak najdalej od swoich dwóch "przyjaciółek". Udawała, że sprawdza zadanie domowe. Jej gałki oczne przemieszczały się z jednego kącika do drugiego. Nagle do klasy z przytupem weszła Kez. O dziwo nie skierowała się w stronę ostatnich ławek. Położyła swoją torbę na książce Jess. Zabrała ją, nie pytając o pozwolenie właścicielki i spisała pracę domową. Kiedy postawiła już ostatnią kropkę, rzuciła książkę w kierunku dziewczyny. Niestety rzucony przedmiot wyślizgnął się z rąk nastolatki i upadł na podłogę. Pech. Jess schyliła się, aby go podnieść i wtedy przydarzyła się niezbyt komfortowa sytuacja. Czemu w niektórych osobach drzemie aż tyle nienawiści?!

Co wydarzy się w piątek, sobotę i niedzielę? Czy każdy z tych dni także będzie ciężkim przeżyciem dla Jess? Czy Kez wciąż będzie bezlitosna? "7 dni" z pewnością jest pozycją, której się nie zapomina. To tydzień przedstawiony z dwóch perspektyw. Pierwsza to uczucia i przeżycia osoby krzywdzonej. Ofiary. Druga - uczucia i przeżycia osoby, która krzywdzi. Oprawcy. Eve Ainsworth napisała książkę trafiającą w punkt. Każde słowo, każdy gest idealnie odzwierciedlają zachowania nastolatków. Ta lektura może dodać szczyptę wsparcia osobom, które także są wyśmiewane. Z pewnością naprowadzi je na tory odpowiednich reakcji.

Pamiętacie może "Troskę"? Tak, to książka napisana przez tę samą autorkę. "7 dni" utrzymuje poziom, uwierzcie mi!

Tytuł - 7 dni. Tydzień, który zmieni wszystko
Tekst - Eve Ainsworth
Przekład - Marcin Mortka
Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa, 2019

sobota, 20 lipca 2019

Jak uratować świat? - czyli Ziemio, już biegniemy z pomocą!


W ostatnim czasie zrobiło się bardzo głośno o złym samopoczuciu naszej planety. Na pewno słyszeliście o plastikowych rybach i coraz bardziej powszechnych upałach. Jestem przekonana, że nowe i zdecydowanie niepocieszające wiadomości nie dają spokoju wielu z nas. Wcale mnie to nie dziwi. Jesteśmy na dobrej drodze do wzrostu temperatury Ziemi aż o dwa stopie. Jeśli to się wydarzy, zostaną uwolnione szkodliwe gazy. Możliwe, że Ziemia powróci wtedy do swojego stanu sprzed pięćdziesięciu milionów lat. A to chyba niezbyt ciekawe. Oprócz tego ogromnym problemem jest plastik. Jeśli jego produkcja nie ulegnie żadnej zmianie, w 2050 roku w morzach i oceanach będzie pływać więcej plastiku niż ryb. Mamy niewiele czasu na uratowanie sytuacji. Dlatego musimy działać w ultraszybkim tempie!


Znacie hasło "baby steps"? To metoda małych kroków, które zawsze doprowadzą nas do celu. Jeśli wiele osób się do nich dostosuje, przemienią się w ogromne susy. Dziś skupimy się właśnie na nich. Niektóre mogą wydawać się banalne, a niektóre nie. Jedno jest pewne - jeśli wprowadzimy je w swoje życie, planeta nam podziękuje! Dobrze, zacznijmy od śmieci. Czy możemy zmniejszyć ich produkcję? Ależ oczywiście. Używanie jednorazowych opakowań, sztućców czy też reklamówek to jeden z najgorszych błędów, jakie możemy popełnić. Jeśli idziemy do sklepu, aby kupić dwa jabłka, woreczek foliowy jest nam zupełnie niepotrzebny. Natomiast jeśli chodzi o jedzenie na wynos, zawsze możemy przynieść swoje własne naczynia. Wiem, że może to wydawać się nieco dziwne. Jednak zanim wybierzecie się do restauracji po posiłek, warto zadać sobie pytanie - czy na pewno chcemy produkować więcej śmieci?


Kolejną rzeczą jest transport. Nie od dzisiaj wiadomo, że środki komunikacji miejskiej są o wiele bardziej ekonomicznym i ekologicznym rozwiązaniem. Zaoszczędzimy dzięki temu dużo czasu - stanie w korkach chyba nie jest pasją nikogo z nas. Oprócz tego paliwo jest znacznie droższe od biletu, na przykład miesięcznego. A co powiecie na rower? Jeżeli czekają na Was bezpieczne drogi i niedługa podróż, warto rozważyć tę opcję!

Zahaczmy o temat jedzenia. Olej palmowy - o czym myślicie, gdy słyszycie te dwa słowa? O ogromnych obszarach leśnych, które są wycinane? O orangutanach, które giną bądź tracą dom? Musimy unikać oleju palmowego w naszych posiłkach i przekąskach. Kiedy idziemy na zakupy, sprawdzajmy składy kupowanych produktów. Dzięki temu niektóre z nich staną się naszymi słusznymi wrogami, a niektóre - przyjaciółmi.


Ulotki. Wyprodukowanie tony ulotek pochłania aż jeden ar lasu! Niestety jest to zdecydowanie zmarnowana powierzchnia. W dobie internetu i social mediów, ulotki już dawno przestały spełniać swoje funkcje. Ten rodzaj reklamy nie działa. Dlatego nie bierzmy ulotek i spróbujmy z nimi walczyć. Naklejajmy w klatkach schodowych informacje, że nie życzymy sobie zaśmiecania skrzynek pocztowych. Jeśli unikniemy wrzucenia choć jednej ulotki, będzie to nasz mały sukces.


Powróćmy do wspomnianych wcześniej śmieci. Najczęściej zapominamy o nich tuż po wrzuceniu do kontenera. Jednak one nie znikają, zostają na naszej planecie nawet na kilkaset lat. Tylko kilka procent z całości jest poddawane recyklingowi. Warto stosować różne zamienniki. Przedstawię Wam kilka z nich! Jednorazowy kubek na kawę - kubek wielokrotnego użytku. Plastikowa butelka - szklany, metalowy, a w najgorszym przypadku plastikowy, bidon. Jednorazowo pakowana herbata - herbata na wagę oraz zaparzacz. Ręcznik papierowy - bawełniane ścierki. Żel pod prysznic/szampon - mydło i szampon w kostce - tutaj możecie się nieźle zaskoczyć. Oczywiście pozytywnie!


Dobrze, teraz skupimy się na zamiennikach z nieco innej kategorii. Kranówka bądź dystrybutor zamiast butelkowanej wody. Ograniczenie drukowania, zużywanie obydwóch stron kartki. Wykorzystywania światła dziennego. Używanie zmywarki zamiast zmywania ręcznego. To aż pięciokrotne zaoszczędzenie wody! Nie marnujmy energii i podgrzewajmy w czajniku elektrycznym tylko tyle wody, ile potrzebujemy. Bardzo ważne jest także kupowanie produktów na wagę lub zapakowanych w szkło albo papier.

Często zdarza się, że płacimy za rzeczy, które z łatwością możemy wykonać sami. Przykłady? Bardzo proszę. Domowe detergenty - pasta do czyszczenia lub uniwersalny płyn do sprzątania. Warto zwrócić uwagę na domową pielęgnację. Zamiast drogich kosmetyków w wielu przypadkach możemy użyć miodu, mąki owsianej, wody różanej, fusów z kawy (buziaki dla mojej mamy!) oraz rozmarynu i tymianku. Nasza skóra nam jeszcze za to podziękuje. Przyjdźmy teraz do mody, a konkretnie - do ubrań. Wielki przemysł, jakim jest moda, odciska spore piętno na naszym środowisku. Jeśli w spodniach zrobi nam się dziura, przyszyjmy w tym miejscu ciekawy fragment innego materiału. Jeśli koszula, którą mamy w szafie, przestała się nam podobać, podarujmy ją komuś bądź zróbmy wymianę ubrań z inną osobą. I najważniejsze! Kupujmy mniej, a lepiej.


W książce „Jak uratować świat?” znajdziecie również „baby steps” w temacie diet i przekonacie się, że mięso wcale nie jest aż tak zdrowe, jak myślimy. Pojawią się również podróże - takie bez wyrzutów sumienia i niepotrzebnie zużytych produktów. Badania potwierdzają, że jeśli nie zmienimy nic w ciągu jedenastu lat, będzie już za późno na przybycie z pomocą Ziemi. Musimy wziąć sprawę planety w swoje ręce! To w końcu nasz wspólny i jedyny dom! Areta Szpura zdecydowanie ułatwia nam zadanie. Jej kolorowa i designerska (to zasługa Michała Loby) oraz niezwykle przydatna książka „Jak uratować świat?” zaliczyła sold-out już w ciągu miesiąca! To informacja, która naprawdę potrafi ucieszyć. Im nas więcej, tym lepiej!


Szukajcie kolorowej okładki na księgarnianych półkach! Wierzę, że wspólnie uda się nam uratować świat <3

Tytuł - Jak uratować świat? Czyli co dobrego możesz zrobić dla planety.
Tekst - Areta Szpura
Ilustracje - Michał Loba
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa, 2019

sobota, 13 lipca 2019

Sto godzin nocy - ucieczka z niewidocznym światłem w tunelu


No dobra, przyznajcie się - kto z Was nie marzy o wyprawie do Nowego Jorku? Chyba każdy ma ochotę choć raz zawitać w tym jakże różnorodnym i kolosalnym mieście. Nocny spacer uliczkami pełnymi ludzi i świateł znajduje się na długiej liście marzeń zapewne większości z nas. Doskonale znamy to miasto choćby z filmów i książek, jednak w ludziach (również we mnie) wciąż drzemie chęć samodzielnego odkrycia tego miejsca. Dokładnie to czuła Emilia. Gdy tylko przytrafił się sensowny powód ucieczki do Nowego Jorku, nie zastanawiała się zbyt długo.

Emilia December de Wit ma czternaście lat, mamę - wielką artystkę i wielbicielkę sztuki oraz tatę, który jest dyrektorem szkoły, uczy matematyki i kocha obserwować gwiazdy. Kilka dni temu stał się najgorętszym tematem holenderskich ploteczek. Dlaczego? Ponieważ zrobił przeraźliwie głupią i niedojrzałą rzecz. Popełnił błąd, którego nie da się naprawić i wybaczyć. Od tamtej pory anonimowi ludzie z internetu życzą mu śmierci i grożą podpaleniem domu. Emilia już tego nie wytrzymuje. Do czego doprowadził jej tata? Do tego, że jego córka nawet nie może spokojnie przechadzać się na świeżym powietrzu po Amsterdamie. Wtedy Emilia z prędkością światła staje się punktem "O" w okręgu stworzonym przez dziennikarzy. Do głowy przyszedł jej pewien pomysł. Dokładnie go przemyślała. I podjęła decyzję.

Dziewczyna wykupiła lot, wynajęła mieszkanie, wydrukowała odpowiednie godziny i przystanki metra oraz linii tramwajowych. Spakowała się i podkradła tacie kartę płatniczą. Obiecała sobie, że nie zdradzi rodzicom swoich planów. Okłamie ich, że poleciała do znajomej mieszkającej w Niemczech. To znaczy... jeśli się odważy. Gdy zasypia, nie do końca może w to uwierzyć. Jutro poleci do Nowego Jorku! I to zupełnie sama! Jest przekonana, że podoła wielu wyzwaniom oraz problemom, które na nią czekają. W końcu przygotowała się na każdą okazję. Obawia się tylko jednego - będzie musiała spać w obcym łóżku, dotykać wielu dotykanych już przedmiotów i siadać na fotelach w środkach komunikacji miejskiej. To straszne, ponieważ wszędzie są bakterie. A Emilia nienawidzi i trochę boi się właśnie bakterii.

W samolocie nastolatka dostaje wielkiego napadu strachu. Wszystkie pasażerskie oczy skierowane są w jej stronę. Stewardessy oraz lekarz stoją kompletnie nie wiedząc, co należy zrobić. Po jakimś czasie, czyli kilku godzinach, Emilia opanowuje swój lęk. Uf, już za chwile dotrze do Nowego Jorku. Wciąż pływa w uczuciu o nazwie „niedowierzanie”. I ja się temu nie dziwię.


Dziewczyna odbiera swoje bagaże. Czeka ją jeszcze bardzo ważna rozmowa. Rozmowa, która zadecyduje o tym, czy może stać się częścią nowojorskiej układanki. Pani na lotnisku prosi o zgodę rodziców na tutejszy pobyt. Na całe szczęście Emilia się przygotowała. A powód? - pyta kobieta. Oczywiście zwiedzanie - odpowiada Emilia. Cały dialog poszedł pomyślnie. Jednak wiadomo, nie obeszło się bez stresu. Teraz tylko podróż do wynajętego mieszkania i voila! Ale najpierw wizyta w banku. W końcu trzeba wypłacić pieniądze z karty kredytowej taty.

Okazuje się, że naprawdę trudno zorganizować taką wyprawę. Samodzielnie i w wielkiej tajemnicy przed wszystkimi. Emilia zupełnie nie miała pojęcia o tym, że w Ameryce mieszkanie mogą wynajmować tylko i wyłącznie osoby pełnoletnie. Niezły klops. A oprócz tego dziewczyna została oszukana. Pokój, który wynajęła przez internet, wcale nie jest do wynajęcia. Mieszka tam trzyosobowa rodzinka, co oznacza, że mężczyzna z internetu podał fałszywy adres i fałszywe nazwisko. Urodził się wielki problem. Mało tego! On wciąż rośnie. A na dodatek okazało się, że przez Nowy Jork już za kilka dni przejdzie huragan Sandy.

O czym Emilia myślała, kiedy planowała swoją podróż? Przecież wiedziała, że rodzice zaczną jej szukać. Wiedziała, że nie tak łatwo będzie wciskać im kolejne kłamstwa. Wiedziała, że pojawią się problemy, które będą mogli rozwiązać tylko i wyłącznie dorośli. Jednak nie dopuszczała do siebie tych myśli. Postawiła przed nimi ścianę, która została zburzona dopiero po przylocie do Nowego Jorku. Jest zadowolona z jednej rzeczy - z tego, że pokazała tacie, jak bardzo ją skrzywdził.

Pojawiają się Wam pytanie w głowie? O, to świetnie się składa! Jeśli sięgniecie po „Sto godzin nocy”, wszystkie zostaną rozwiane. Książka napisana przez Annę Woltz jest wypełniona emocjami. Czytając ją, budzi się w nas wielki gniew, smutek, a także radość. „Sto godzin nocy” ostrzega przed podejmowaniem pochopnych decyzji. Ale ukazuje również, że niekiedy spontaniczne kroki potrafią przynieść wiele korzyści.

Kiedy byłam jeszcze przed lekturą, straszliwie intrygował mnie tytuł. Być może z Wami jest tak samo. Zaspokójcie swoją ciekawość, to nie takie trudne!

Tytuł - Sto godzin nocy
Tekst - Anna Woltz
Tłumaczenie - Jadwiga Jędryas
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2019

sobota, 6 lipca 2019

Atlas miast Polski - czyli idealna mapa podróży


Wakacje. Dla osób, które mają na karku kilka bądź kilkanaście wiosen, wakacje są czasem na odpoczynek, sen, rozmyślanie... ale przede wszystkim na szaleństwa, przygody i podróże. Również te książkowe, bądź te wprowadzone w czyn dzięki książkom. Pamiętacie może "Atlas miast"? Wycieczki do opisanych tam miejsc byłyby wspaniałe i niezwykle ciekawe, jednak w wielu przypadkach trudne do zrealizowania. Natomiast co powiecie na miasta w Polsce? Iskierki w oczach? No to w drogę!


Pojedziemy pociągiem, dobrze? To wygodniejszy i znacznie bardziej ekonomiczny wybór. Pierwszym przystankiem będzie Koszalin. Jeśli kolor zielony jest bliski Waszemu sercu, idealnie trafiliście. Przeróżne parki i lasy zajmują aż czterdzieści procent powierzchni tego miasta. Co powiecie na wizytę w neogotyckim budynku Poczty Głównej? Trzeba przyznać, że prezentuje się całkiem nieźle. Został wzniesiony w 1884 roku. O, widzicie amfiteatr w oddali? Tuż obok możemy rzucić okiem na rzeźbę "Muzykanci". Za kilka minut będziemy tuż przy Domku Kata. Spokojnie, nie mieszka tam już żaden kat. Obecnie działa tu Teatr Propozycji Dialog. Kat wyniósł się stamtąd już sześć wieków temu. O rany, za chwilkę ucieknie nam pociąg! Już pędzimy! A co z parkiem wodnym i zielonym labiryntem? Hm, nikt nie powiedział, że do Koszalina można przyjechać tylko jeden raz.


Kierunek - Gdańsk. Pogoda dopisuje, więc z pewnością zaliczymy zamoczenie stóp w Morzu Bałtyckim. Przy okazji wejdziemy na latarnię morską w Nowym Porcie. Już prawie koniec wchodzenia! Wiem, to strasznie męczące. Fontanna Neptuna, Dwór Artusa, Zielona Brama, Teatr Miniatura, Dar Pomorza, Krzywy Domek... i słynne molo. Atrakcji tutaj nie brakuje. A może zajrzymy do Galerii Starych Zabawek? Z dokładnością obejrzymy tam eksponaty z lat 1920 - 1989. Musimy jeszcze wstąpić do kawiarni na skosztowanie tortu gdańskiego. To przecież lokalny przysmak! Jednak zostawmy sobie trochę miejsca w brzuchu, gdyż za chwilę powita nas Toruń.


Toruńskie pierniczki? Znane i kochane. Nie musimy podróżować aż do Pizzy, aby ujrzeć Krzywą Wieżę. Toruń także taką posiada. Jest odchylona od pionu o 146 centymetrów. Patrzcie, o tam, po prawej! Pomnik Mikołaja Kopernika. Chodźcie, zrobimy sobie z nim zdjęcie. Cóż za wspaniała ulica! Ulica Podchmurna. Możemy tam dostrzec figurki czytających ludzi. Fajnie, prawda? Ogród zoobotaniczny, Brama Mostowa, ruiny Zamku Krzyżackiego, obserwatorium astronomiczne, Centrum Nowoczesności, ratusz i park Tysiąclecia. A to nie wszystkie miejsca godne uwagi!


Nadszedł czas na Katowice. Punktem obowiązkowym naszej wyprawy jest Galeria Sztuki Współczesnej BWA. Warto sprawdzić także plan wydarzeń Spodka, być może coś Was tam zainteresuje. Wizyta w Filharmonii Śląskiej? Czemu nie. Teatr Śląski, Muzeum Śląskie? Nieopodal znajduje się także Muzeum Najmniejszych Książek Świata. Weźcie ze sobą lupy, bo mogą się przydać. A teraz biegniemy do Centrum Scenografii Polskiej. W planach mamy również odwiedziny Muzeum Historii Komputerów i Informatyki oraz Akademii Muzycznej. Musimy się troszeczkę pospieszyć.


Brak smogu i świeże powietrze? Niemożliwe? A jednak. Bardzo kusząca propozycja. Białystok to Zielone Płuca Polski. Spacer w Białowieskim Parku Narodowym? Ależ oczywiście! Później wstąpimy do Muzeum Historycznego, aby poznać przeszłość miasta. Możemy zerknąć na stare samochody i motocykle. Barokowy Pałac Branickich, Domek Napoleona, Muzeum Rzeźby Alfonsa Karnego - tam także postawimy swoje stopy, bez obaw. Na koniec chwila odpoczynku. W malutkim sklepiku możemy kupić słodki sękacz i skosztować go w przytulnym parku.


A co powiecie na wizytę w Przemyślu? Wierzcie mi, warto to przemyśleć! Rzeka San, piękne wzgórza, klimatyczne kamienice oraz podziemia. Park Krajobrazowy Podgórza Przemyskiego jest jednym z największych parków krajobrazowych w Polsce. Fontanna z niedźwiedzicą i niedźwiedziątkiem już od dłuższego czasu zdobi Rynek Starego Miasta. Wspomniane piętnastowieczne kamienice z pewnością przykują naszą uwagę na dłużej! Wstąpimy także do Muzeum Historii Miasta. No dobra, do Muzeum Dzwonów i Fajek także!


Niestety, muszę się już z Wami pożegnać. Pokazałam Wam zaledwie malutką cząstkę miast przedstawionych w "Atlasie miast Polski". Wysiadam na następnym przystanku. Jednak Wy zostajecie! Pozwólcie, że oddam Was w ręce Anny Rudak (ilustratorki) oraz Anny Garbal (pisarki). Uwierzcie mi - nikt nie oprowadzi Was tak dobrze po interesujących miejscach jak te dwie panie. Do odkrycia zostało Wam jeszcze 25 miast. Szerokiej drogi i miłej zabawy!

Tytuł - Atlas miast Polski
Ilustracje - Anna Rudak
Tekst - Anna Garbal
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa, 2019