niedziela, 28 lutego 2021

Przygoda dzika Toniego Halika - czyli dokąd tym razem?

Chyba każde dziecko marzy o tym, aby wyruszyć w podróż na kraniec świata. Rozmyśla o tajemniczych dżunglach, pustyniach i oceanach. Pragnie odwiedzić miejsca, o których dowiedziało się z książek, atlasów i map. Mały Mieczysław nie był wyjątkiem. W swoim gimnazjum w Płocku raczej nie słynął z wzorowego zachowania i dobrych ocen. No dobra, nie wliczając w to jednego przedmiotu - geografii. Był w tej dziedzinie prawdziwym ekspertem. Praktycznie na wszystkich lekcjach zajmował się dokładnym studiowaniem map, za co dostawał przeróżne kary. Wbijał szpilki w kraje, do których chciał dotrzeć i łączył je nitkami. W ten sposób wyznaczał swoje przyszłe podróżnicze szlaki. Kiedyś na lekcji matematyki został nakryty na nauce języka portugalskiego. Większość jego kolegów nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że taki istnieje! Chłopiec cierpliwie tłumaczył im, że posługują się nim między innymi mieszkańcy Brazylii, do której notabene wkrótce się wybiera. Wtedy jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, że cały świat pozna go jako Toniego Halika.

Minęło wiele lat, a fantazje Mirosława na temat Brazylii wciąż go nie opuszczały. Wraz ze swoją żoną Pieret zamieszkał w Argentynie, która znajduje się tuż obok Brazylii. Tony marzył o odwiedzeniu nieznanych dotąd plemion. Aby to zrobić, musiał przedostać się na północ kontynentu. Wraz z Pieretą kupili małą żaglówkę i nazwali ją "Chico", co po hiszpańsku oznacza "chłopczyk". Coraz częściej zapuszczali się w głąb Parany, czyli jednej z największych rzek Ameryki Południowej. W pierwszych rejsach towarzyszyli im małpka Titi i kot Minuczo. Rany, jak te zwierzaki rozrabiały! Tony i Pieret nie mogli spuszczać ich z oczu. Podróżnik charakteryzował się bezgraniczną ciekawością świata, więc coraz częściej wyruszał na dłuższe wyprawy po rzece. W końcu postanowił, że popłynie tak daleko, jak tylko to możliwe! Pokonali już z Pieret potężny kawał trasy. Już znajdowali się blisko granicy Argentyny z Brazylią i nagle ich oczom ukazał się potężny wodospad. Nie ulegało żadnym wątpliwościom, że "Chico" wyglądał przy nim jak maleńka kropeczka. Jak myślicie, czy małżeństwo Halików postanowiło zawrócić czy jednak wybrało ryzyko?

W czerwcu tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego piątego roku Pieret i Tony stawili czoła następnemu zadaniu. Wsiedli na statek, który płynął z Buenos Aires wprost do Rio de Janeiro. Celem podróży było dotarcie do Indian i przywiezienie od nich prawdziwej indiańskiej dzidy. Tony - jak zwykle - był niemal pewny o pomyślnym zakończeniu swojej wyprawy. Jego entuzjazm sięgał zenitu. Szalał na pokładzie statku z kamerą i aparatem w ręku, a inni pasażerowie patrzyli na niego podejrzliwym wzrokiem. Byli przekonani, że cel jego podróży to szczyt głupoty i nigdy nie uda mu się dotrzeć do odległych plemion. W odróżnieniu do Toniego i Pieret, ich interesowało tylko i wyłącznie polowanie na egzotyczne zwierzęta. Halikowie nie popierali takiego zachowania i obiecali sobie, że będą zabijać zwierzęta tylko dla zaspokojenia głodu - nigdy dla zabawy! 

Na statku wybuchła ogromna kłótnia, której szczegółów Wam nie zdradzę. Jednak wiedzcie, że o mały włos uniemożliwiła ona dalszą część wyprawy Toniego i Pieret! Małżeństwu udało się opanować sytuację i już po kilku dniach zakupili dłubankę za niewielkie pieniądze. To podobna do kajaka wąska łódka. Tony oraz Pieret wypełnili ją swoimi rzeczami przywiezionymi z Argentyny i odbili od brzegu. Mieli lekkie trudności ze swoim środkiem transportu, który raczej nie był przeznaczony do dalekich dystansów na rzece Araguaia. Płynąc, Halikowie wypatrywali dzikich plemion. Oprócz tego oczywiście podziwiali otaczające ich widoki. Zapierały one dech w piersiach i zupełnie odciągnęły uwagę naszych podróżników od czyhających niebezpieczeństw! Na całe szczęście Pieret i Tony ocknęli się w porę. Gdy kobieta liczyła przepływające obok dłubanki różowe delfiny, Tony spostrzegł wygrzewające się w słońcu kajmany. Ale bądźcie spokojni, Halikowie nie wylądowali w brzuchach tych zwierząt.

Mijały kolejne dni, a po plemionach, których Pieret i Tony się spodziewali, nie było ani śladu. Zaczęło ich to trochę niepokoić. Jednak nie zniechęcali się i kontynuowali swoją przygodę. Pewnego dnia zobaczyli w rzece olbrzymią anakondę. Jak zapewne możecie się domyślać, nieźle się przestraszyli. Jeszcze nie zdążyli ochłonąć po spotkaniu z wężem, a nagle tuż za następnym zakrętem dostrzegli dwie łodzie, a na nich mężczyzn. Tony z pewnością w głosie oznajmił swojej żonie, że to zapewne Żawaowie, czyli plemię pokojowo nastawionych rybaków. Czarnoskórzy mężczyźni byli tak zajęci połowem żółwi, że przepływająca obok dłubanka z dwojgiem ludzi w środku zupełnie umknęła ich uwadze. Halikowie nie mieli pojęcia, że członkowie tego plemienia panicznie boją się białych ludzi. No muszę przyznać, że początek ich spotkania raczej nie wyglądał obiecująco. Jednak fakt, że Tony dość biegle posługiwał się ich językiem zdecydowanie ułatwił sprawę i strach Żawoawów odszedł w niepamięć. 

Para podróżników została doskonale ugoszczona. Z okazji ich odwiedzin wyprawiono nawet ucztę! Były na niej między innymi pieczone ryby, mięso żółwia, arbuzy i miód leśnych pszczół. Pieret chciała poczęstować dzieci argentyńskimi słodyczami, ale rarytasy niezbyt przypadły im do gustu. Podczas posiłku gospodarze obiecali Halikom, że zabiorą ich w głąb lasu deszczowego, prosto do ukrytych wiosek! "A więc zdobycie prawdziwej dzidy jest możliwe!" - pomyślał Tony. W tropikalnym lesie ukrywało się plemię Karażów. Mogłoby się wydawać, że zdobycie ich broni to już teraz bułka z masłem. Ha, nic bardziej mylnego! Otóż ludzie biali nie mają wstępu na teren Karażów. Okazało się, że biali turyści kiedyś nieźle tam nabroili i od tamtej pory wielki wódz Ubedu zabronił jakichkolwiek kontaktów z nimi. Cóż za pech! Jak myślicie, czy mimo tak wielu przeszkód Pieret i Tony zdołają spełnić swoje marzenie? Przekonajcie się sami!

Tony Halik to podróżnik, jakich mało. Książka "Przygoda dzika Toniego Halika" cudownie zilustrowana przez Magdalenę Kozieł-Nowak opowiada o jego arcyciekawej podróży w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym roku. Halik odwiedził wtedy z kamerą i aparatem w rękach mało znane plemiona żyjące przy rzece Araguaia. Bardzo dokładnie udokumentował ich zwyczaje i sposób życia, dzięki czemu Mirosław Wlekły mógł napisać na ten temat książkę dla młodych czytelników. W tej pozycji wspomniane są także problemy wandalizmu i braku poszanowania tradycji, które Tony i Pieret omijają szerokim łukiem, dając w ten sposób doskonały przykład małym pożeraczom książek. Jak już wcześniej wspomniałam, mamy tutaj do czynienia z wspaniałymi ilustracjami. Uwierzcie mi, Magdalena Kozieł-Nowak doskonale wprowadzi Was w klimat brazylijskiej wyprawy!

Wyruszcie w podróż razem z małżeństwem Halików. Zasmakujcie życia w środku tropikalnego lasu!


Tytuł - Przygoda dzika Toniego Halika

Tekst - Mirosław Wlekły

Ilustracje - Magdalena Kozieł-Nowak

Wydawnictwo Agora, Warszawa, 2021

niedziela, 31 stycznia 2021

Twarz, brzuch, głowa - czyli sio, patriarchacie!

Jak na początku większości moich recenzji, zadam Wam pytanie. Ale pozwólcie, że tym razem skieruję je do kobiet. Ile razy słyszałyście, że czegoś Wam "nie wypada"? Nie wypada Wam mieć własnego zdania. Nie wypada Wam kłócić się z mężczyznami. Nie wypada Wam odczuwać smutku oraz gniewu. Nie wypada Wam zabierać głosu. Malujecie się? To haniebne, jesteście skupione tylko na swoim wyglądzie, cechuje Was próżność. Nie malujecie się? Nie potraficie o siebie zadbać. Ubieracie długie spodnie? W ogóle nie jesteście "kobiece", zapewne wstydzicie się swoich nóg, bo są "nieatrakcyjne". Ubieracie krótkie spódniczki? Pragniecie uwagi, jesteście atencjuszkami. Macie dzieci? Nie stać Was na karierę i sukces. Nie macie dzieci? Myślicie tylko o sobie, przecież egoizm to Wasze drugie imię. My, kobiety, jesteśmy poddawane wiecznym testom, a w każdym kącie czeka na nas krytyka i ocena. Cały czas odczuwamy presję. Boimy się, że nie sprostamy oczekiwaniom innych ludzi (najczęściej mężczyzn), przez co wyrządzamy swoim ciałom wiele zła i sporo rzeczy robimy wbrew sobie. I na dodatek potrafimy to nieźle tuszować.

Twarz.

Wanda codziennie rano spogląda w lustro. Próbuje nie panikować, chociaż nie zawsze się jej to udaje. Bierze głębokie oddechy. Polewa twarz lodowatą wodą. Jednak efekt wciąż nie jest dla niej zadawalający. Dlatego później zabiera się za maseczkowanie, masowanie i miętoszenie. No, już trochę lepiej. Teraz jeszcze tylko czerwona szminka i ociupina maskary. Może być. Wanda wykonała swój "twarzowy" rytuał i wyszła z domu. Właśnie tego dnia dowiedziała się, że dostała nową pracę. Zajęła stanowisko doradczyni do spraw gender. Przepełniała ją ogromna radość i samozadowolenie. Była z siebie dumna. Ale zanim poleciała na swoją pierwszą podróż służbową, chciała zrobić porządek z włosami. Spokojnym krokiem weszła do zakładu fryzjerskiego i usiadła na fotelu kolorystki. Tak jak zwykle, pani kolorystka nakładała na włosy swojej klientki odcień intensywnego imbiru i niewinnie z nią gawędziła. Nagle padło pytanie: "Ma już pani wnuczki?". To był dla Wandy potężny cios. "Jak to, ja i wnuczki?! Przecież jestem taka młoda!!!" - pomyślała z oburzeniem. Z zakładu fryzjerskiego wyszła z o wiele gorszym humorem, niż gdy do niego wchodziła.

Znacie to uczucie, kiedy paraliżuje Was strach i nie wiecie, co ze sobą zrobić? Właśnie to odczuwała Wanda. Na chwilę zapomniała o swojej pracy, którą tak bardzo się ekscytowała. Usiadła w cieniu drzewa i zaczęła rozmyślać o przemijaniu. Uzmysłowiła sobie, jak bardzo się go boi i jak bardzo przed nim ucieka. Nigdy wcześniej nie myślała o sobie, jako o starzejącej się kobiecie. Nie chciała, aby przechodzący obok niej ludzie rozważali na temat jej wieku. Nie chciała, żeby ustępowali jej miejsca w komunikacji miejskiej. Nie chciała kojarzyć się innym ze śmiercią. Słowo "wnuczki" wciąż dzwoniło jej w uszach. Zdecydowała, że musi coś zrobić ze swoimi zmarszczkami. Włączyła komputer i wpisała w wyszukiwarkę słowo "botoks". Trafiła na rekomendację tego zabiegu i właściwie to nie trzeba było jej już dłużej namawiać. Opracowała dokładny plan działania. Wstrzyknie sobie botoks trzy dni przed wspomnianym już wyjazdem. Następne dwa dni spędzi w domu, aby pozbyć się opuchlizny. Po powrocie powie wszystkim, że ciepłe temperatury, wysoka wilgotność powietrza i świetna klimatyzacja idealnie wpłynęły na jej cerę. Wanda czuła poniekąd, że zdradziła feminizm. Wstydziła się tego, że się starzeje, ale wstydziła się także tego, że poprawia swoją twarz. Jednak postanowiła wybrać drugą opcję.

Brzuch.

Dziewczyny, czy podczas robienia (na przykład rodzinnych) fotografii zdarzyło się Wam kiedyś słyszeć: "Wciągamy brzuchy!"? Wujek Wandy był mistrzem takich tekstów. Jej wypukły brzuch przez całe życie wyprowadzał ją z równowagi i niszczył jej poczucie harmonii. Wanda tak bardzo go nienawidziła, że gdyby ktoś zadał jej pytanie, czy oddałaby pięć lat swojego życia za płaski brzuch, ona z pewnością odparłaby, że tak. I tak, zdaje sobie sprawę z tego, że byłaby to dość niefeministyczna odpowiedź, ale naprawdę okropnie nienawidziła tej części ciała. Gdy leżała na łóżku, wbijała sobie palce w brzuch, żeby poczuć swoje fałdki. Miała już dosyć tej ciągłej walki. Odkąd sięga pamięcią, torturowała swój brzuch i pielęgnowała nienawiść do niego. Od najmłodszych lat doskonale wypełniała "kobiecy obowiązek", jakim jest zwalczanie brzucha. Wydawało jej się, że bycie kobietą i posiadanie płaskiego brzucha muszą iść ze sobą w parze. Wyzywający i obrażający ją chłopcy tylko to potwierdzali. W szkole nazywali Wandę "grubą dynią" lub "tłustą beką". Ach, biedna Wanda...

Przez długi czas Wanda nie potrafiła dostrzec, że poniekąd zachowuje się tak, jak jej koledzy z podstawówki. Jej młodsza siostra, Ania, należała raczej do ludzi o okrąglejszych kształtach. Gdy Wanda wykonywała kolosalne ilości brzuszków, aby pozbyć się swoich znienawidzonych fałdek, namawiała do tego samego Anię. Wanda, jej dwie siostry oraz mama bardzo martwiły się tym, że Ania nie zdaje testu kobiecej tożsamości, bo nie dba o swój wygląd. Co chwilę któraś z nich kazała dziewczynie wciągać brzuch lub dokładnie się zakrywać. Z biegiem czasu Ania stała się już dorosłą kobietą, jednak oceniające spojrzenia sióstr skierowane na jej brzuch oraz nogi nie ustały. Wanda, Iza i Gusia cały czas wspominały Ani o cudownych dietach, obozach odchudzających oraz rowerowych wyprawach. Wszystkie z nich zakładały, że skoro Ania nie jest szczupła, nie jest także szczęśliwa. Ach, biedna Ania...

Głowa.

Wanda bardzo chciała zobaczyć Gretę Thunberg przemawiającą na forum ONZ. Nie robiła tego często, ale tym razem nie miała innego wyjścia - musiała włączyć telewizję. A to oznaczało, że czekało ją słuchanie wypowiedzi konserwatywnych polityków kpiących z mądrości Grety na temat globalnej katastrofy klimatycznej. Co więcej, oni nie tylko krytykowali jej przemówienie, ale także naśmiewali się z jej wyglądu oraz choroby. Poważnie niezrównoważone dziecko, chora umysłowo dziewczynka, Aspergerka, ofiara lewackiej rewolucji - to tylko niewielka część obelg, które padły w kierunku młodej aktywistki. Zapewne nie będziecie mieli trudności z wyobrażeniem sobie, jak ogromną złość wzbudziły w Wandzie te okropne słowa. Ostatnio w jej głowie gościła bezsilna furia. Aktualnie radość i beztroskie uczucia były jej obce. Nawet bieganie, które zawsze poprawiało Wandzie samopoczucie, na nic się nie zdało. Mimo tego, że już od wielu, wielu lat mieszka w Australii, strajki i protesty kobiet w Polsce również nie dawały jej spokoju. 

W głowie Wandy mieszkają emocje, uczucia i przemyślenia, obok których żadna kobieta lub dziewczyna nie może przejść obojętnie. Autobiograficzny memuar graficzny Wandy Hagedorn to bunt przeciwko ukobiecaniu. Czym jest ukobiecanie? To wieloetapowy proces wpajania dziewczynkom reguł, które wymyślił patriarchalny świat. Każda z nas, w większym bądź mniejszym stopniu, jest naznaczona tymi szkodliwymi i okrutnymi zasadami. Tworzony przez trzy lata komiks "Twarz, brzuch, głowa" to rzecz niezwykle odważna, mądra i osobista, za co należy się ogromne uznanie dla autorki. Musimy także zwrócić uwagę na ilustracje Oli Szmidy, której dynamiczna kreska idealnie oddaje gniew i sprzeciw wszystkich wypowiedzi pani Wandy. Po przeczytaniu tej pozycji, nachodzi nas ochota na wykrzyczenie wszystkich swoich emocji i zrzucenie z piedestału wszystkich ukobiecających nas mężczyzn."Twarz, brzuch, głowa" ma w sobie dawkę feminizmu, którą powinna przyjąć każda kobieta. Każda!


Tytuł - Twarz, brzuch, głowa

Tekst i scenariusz - Wanda Hagedorn

Ilustracje - Ola Szmida

Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa, 2021

niedziela, 17 stycznia 2021

Nomadland - czyli drogami losu

Dom. Nasza ukochana przestrzeń. Miejsce, w którym czujemy się przyjemnie, a przede wszystkim bezpiecznie. Myśląc o domu, zapewne wyobrażamy sobie nasze zamykane na klucz cztery ściany. Sądzę, że zgodzicie się ze stwierdzeniem, że domu nie tworzy budynek, lecz atmosfera, która w nim panuje. Na własnej skórze przekonali się o tym nomadowie. Niektórzy mówią, że to ludzie bezdomni. Ale to nieprawda, bo przecież mają dach nad głową. Są po prostu bezmiejscowi. Różne życiowe sytuacje zmusiły ich do tego, aby przeprowadzili się do "nieruchomości na kółkach" - kamperów, busów, sedanów, przyczep kempingowych, pikapów i starych szkolnych autobusów. Nomadowie wiodą życie zupełnie odmienne od naszego. Mierzą się z zupełnie odmiennymi problemami. Bardzo często są spychani na margines społeczny, jednak niezbyt się tym przejmują. Dyskryminację rekompensuje im poczucie bezgranicznej wolności.


Linda May niespodziewanie została bez pracy i miejsca zamieszkania. Mimo swoich wszechstronnych zdolności i niemałego doświadczenia w branży budowlanej, rynek pracy nie stał otworem dla sześćdziesięciolatki. Niestety, Linda wylądowała na kanapie u córki. Bardzo kochała swoją rodzinę i uwielbiała spędzać czas z wnukami, jednak pragnęła być królową własnej przestrzeni. Od dawna marzyła o życiu w drodze. Chciała również spróbować swoich sił w pracy na kempingu. Stwierdziła, że te pomysły da się połączyć. W internecie znalazła sporo informacji na temat nomadów. Wyczytała, że niektórzy potrafią przetrwać cały miesiąc za jedyne pięćset dolarów. Linda nie należała do osób bogatych, więc ta wiadomość jeszcze bardziej zachęciła ją do wędrówki na czterech kołach. Jeszcze wtedy nie wiedziała, że już kilka miesięcy później będzie sunęła swoją Dziuplą po amerykańskich ulicach w kierunku kempingu.

Przyszła nomadka włożyła całe serce w to, aby Dziupla była odpowiednio wyposażona. W końcu to jej nowy mobilny dom! Mała przyczepa wymagała lekkiego remontu, dlatego Linda poświęcała praktycznie każdą wolną chwilę na drobne naprawy. Usuwała plamy rdzy, naprawiała prysznic, urządzała sobie mały kącik jadalny oraz legowisko. Łóżko było na tyle duże, aby mogła na nim spać także suczka Lindy - Coco. W niewielkim sklepie zaopatrzyła się w zapasy jedzenia, które powinny wystarczyć na siedem dni. "Dlaczego akurat na tydzień?" - możecie zapytać. Dlatego, że właśnie wtedy miał dotrzeć do Lindy czek z Social Security, amerykańskiego programu federalnego. Biały jeep Lindy pojawił się na polu kempingowym o szóstej po południu. Kobieta wysiadła ze swojej Dziupli i odetchnęła rześkim powietrzem. Widok jej nowego miejsca pracy napajał ją ciekawością i powodował, że kąciki ust Lindy przemieszczały się ku górze. Jednak był jeszcze jeden powód jej szczęścia. Otóż nie mogła się doczekać, kiedy w końcu zobaczy swoją przyjaciółkę.


Silvianne kupiła swojego forda w niezbyt dobrym stanie. Popękane przewody hydrauliczne, zużyte opony, zepsute hamulce oraz zgrzytanie dochodzące z rozrusznika raczej nie były zwiastunem bezpiecznej podróży. Ale Silvianne - mimo swojego nie najmłodszego wieku - stawiła czoła tym problemom. Wkrótce jej nowy mobilny dom nie tylko nadawał się do zamieszkania i przemieszczania się, ale również niezwykle szykownie się prezentował. Wewnątrz świeciły liczne lampki choinkowe, wisiały bajecznie kolorowe apaszki i w każdym kącie leżały haftowane poduszki. Przed wyjazdem do swojej "kempingowej" pracy Silvianne napotkała na swojej drodze mnóstwo trudności. Ukradziono jej samochód, złamała nadgarstek, a gdyby tego było mało - za nic w świecie nie mogła sprzedać swojego mieszkania w Nowym Meksyku. Na całe szczęście już jakiś czas później kobieta pędziła na pole kempingowe, nucąc przy tym wymyśloną przez siebie piosenkę, którą nazwała hymnem nomadów. Była radosna, że już wkrótce spotka się ze swoją przyjaciółką.


Bob Wells stał się "koczownikiem" dwadzieścia lat temu. Miał wówczas dwóch synów, niezwykle ciężki rozwód po trzynastu latach małżeństwa i trzydzieści tysięcy długu na kartach kredytowych. No musicie przyznać, że sytuacja nie za ciekawa. Bob zamieszkał w Wasilli na paru hektarach ziemi, którą kilka lat temu kupił z zamiarem wybudowania domu. Rozbił w tamtym miejscu namiot pełniący funkcję miejsca do spania. Codziennie pojawiał się w pracy oddalonej o osiemdziesiąt kilometrów. Zmęczony dojazdami, stwierdził, że przeprowadzi pewien eksperyment. Aby zaoszczędzić na benzynie, zostawał w mieście od poniedziałku do piątku i spędzał noce w swoim pikapie z zabudowaną paką, natomiast pod namiot wracał w weekendy. Po dłuższym czasie funkcjonowania w ten sposób, Bob postanowił odmienić swoje życie. Nie dość, że na stałe zadomowił się w świeżo zakupionej ciężarówce, to założył najbardziej poczytnego bloga wśród nomadów - CheapRVLiving, a na dodatek stał się organizatorem najpopularniejszego zjazdu wszystkich ludzi żyjących "na kółkach". Stworzył Rubber Tramp Rendezvous, wydarzenie, na które co roku przyjeżdżało niekiedy kilkaset, a niekiedy kilka tysięcy nomadów. I tak właśnie powstała jedna wielka rodzina.

Swankie Wheels przeprowadziła się do busa w wieku sześćdziesięciu czterech lat. Nie było jej wówczas stać na wynajem porządnego mieszkania, jednak nie narzekała na nowy styl życia. W końcu mogła spełnić swoje ogromne marzenie, jakim było przepłynięcie żółtym kajakiem przez wszystkie pięćdziesiąt stanów. Susan, emerytowana nauczycielka matematyki, zainspirowana blogiem Tiogi George'a, również postanowiła wyruszyć w drogę. Co więcej, Sue także założyła swojego bloga. Publikowała na nim codzienne raporty z podróży i opisywała przeżyte przygody. Stała się dobrą wróżką wielu nomadów. Dzięki niej dziesiątki (a może i setki?) osób porzuciło swoje cztery ściany i siadło za kierownicą kamperów. Jak możecie się domyślać, dojrzewanie do tak drastycznej decyzji nie wszystkim przychodziło łatwo. Na przykład Ash i Jen - walczące z epizodami depresji i brakiem pracy - nie od początku były przekonane do koczowniczej odysei na kółkach. Obydwie przeczesywały internet szukając pomysłów na alternatywny, niedrogi tryb życia. Właśnie tak trafiły na bloga wspomnianego już Boba Wellsa. Czytając jego posty, z czasem przekonały się do dołączenia do nomadowej rodziny.


Wiecie, co łączy Lindę, Silviannę, Boba, Swankie, Sue oraz Ash i Jen? Nie tylko to, że są bezmiejscowi. Otóż wszyscy z nich przez pewien czas pracowali dla Amazona. Magazyny Amazona już od lat zmagały się z niedoborem pracowników w okresie przedświątecznym. Firma próbowała różnych sposobów. Niekiedy nawet dowoziła ludzi z miejsc oddalonych o trzy, cztery, a nawet pięć godzin jazdy. W dwa tysiące ósmym roku sprowadziła do jednego magazynu grupę kamperowców. Zadowolony z efektów Amazon rozsławił wśród nomadów swój projekt i nadał mu nazwę CamperForce. Zatrudnienie workamperów dla firmy szukającej sezonowych pracowników to szczyt wygody. Pojawiają się tam, gdzie są potrzebni, zabierają ze sobą cały swój dobytek i na dodatek nie mają wysokich wymagań. Nomadów, którzy ani razu nie pracowali dla Amazona, można szukać ze świecą. Powracają tam praktycznie co roku, mimo okropnych warunków. Codzienna ciężka, fizyczna praca po dwanaście godzin to nie lada wyczyn. A muszę też zaznaczyć, że do CamperForce zgłaszają się głównie emeryci. Praktycznie każdy z nich wychodzi z magazynu cały obolały i pierwsze, co robi, to spożycie kilku tabletek przeciwbólowych. Podobnie jest zresztą z sezonowymi zbiorami buraka cukrowego. Jeśli wasz cukier pochodzi z Ameryki, najprawdopodobniej zajmowali się nim właśnie nomadowie.

Amerykański kryzys pod koniec drugiej dekady dwutysięcznego roku zmusił wiele osób do zmiany ich dotychczasowego życia. Niektórzy wsiedli do kamperów, ponieważ nie mieli innego wyjścia, a niektórzy zrobili to z wielką radością i ciekawością. Jessica Bruder nie tylko uważnie przyglądała się temu zjawisku, ale także poniekąd stała się jego częścią. Przez kilka lat jeździła śladami wozu Lindy May oraz innych podróżników. Co więcej, autorka książki "Nomadland. W drodze za pracą" również kupiła kampera, brała udział w Rubber Tramp Rendezvous, zatrudniła się w magazynie Amazona i zgłosiła się do zbiorów buraka cukrowego. Zaprzyjaźniła się z wieloma nomadami, chociaż na początku nie każdy reagował ochoczo na spotkania z dziennikarką. Pozycja "Nomadland. W drodze za pracą" - w tłumaczeniu Martyny Tomczak - przedstawia ludzi bezmiejscowych w zupełnie inny sposób, niż moglibyśmy się tego spodziewać. Wiedziałam, że istnieją osoby mieszkające w domach na czterech kółkach, ale nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jaki jest ich los i z jakimi mierzą się trudnościami. Mam ogromną nadzieję, że ten znakomity reportaż Jessiki Bruder trafi w ręce każdego czytelnika. Jestem stuprocentowo pewna, że pokochacie Lindę i jej cała kamperową rodzinę.


Tytuł - Nomadland. W drodze za pracą

Tekst i fotografie - Jessica Bruder

Przekład - Martyna Tomczak

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2020

sobota, 26 grudnia 2020

Woda - źródło życia - czyli z chmury do oceanu

Wpadliście tutaj, aby dowiedzieć się nieco więcej o znakomitej książce? Świetnie! Ale najpierw musicie odpowiedzieć na pewne pytanie. Jaka jest najcenniejsza substancja na Ziemi? Macie osiem sekund na odpowiedź! Jeden, dwa, trzy, cztery... Jeszcze tylko cztery sekundy! Pięć, sześć, siedem... osiem! Jeśli na zadane chwilę temu pytanie odpowiedzieliście wyrazem "woda", wygraliście moje uznanie i szeroki uśmiech. No dobrze, skierujmy swoją uwagę na bohaterkę naszej zagadki. Gdyby woda nagle wyparowała i zniknęła, życie na naszej planecie nie byłoby możliwe. Wyginęłyby wszystkie rośliny, zwierzęta oraz my, czyli ludzie. Dlatego warto dowiadywać się coraz więcej na temat wody i nauczyć się rozsądnie z niej korzystać.

Do czego tak naprawdę służy nam woda? Do picia, mycia, wytwarzania energii i produkcji dosłownie wszystkich produktów. Co więcej, woda znajduje się w każdym z nas. Chociaż nie widzimy tego gołym okiem, nasze ciało to w większości właśnie woda. U małych dzieci wynosi ona około siedemdziesięciu procent, natomiast w ciałach ludzi już dorosłych stanowi od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu procent. Najwyższą zawartością wody w naszym organizmie może pochwalić się mózg. Składa się on w osiemdziesięciu procent z wody! Dlatego jeśli nie będziemy się wystarczająco dobrze nawadniać, pojawią się u nas problemy z koncentracją, pamięcią oraz skupieniem.

Dacie wiarę, że jedna osoba w Polsce zużywa codziennie około stu lub stu dwudziestu litrów wody?! To od dwustu do dwustu czterdziestu półlitrowych butelek. No musicie przyznać, że to dość zatrważająca liczba. Cztery litry do picia i gotowania posiłków, dwanaście litrów do mycia rąk i zębów, dwadzieścia litrów do prania, trzydzieści litrów do kąpieli pod prysznicem, czterdzieści litrów do spłukiwania toalety... Można by tak wymieniać w nieskończoność. Pamiętajmy, że w grę wchodzą także takie czynności, jak mycie naczyń czy też podlewanie roślin. Niektórzy mówią, że oszczędzanie wody jest bez sensu, bo ta substancja pokrywa aż siedemdziesiąt procent powierzchni Ziemi i to niemożliwe, aby kiedykolwiek jej zabrakło. Jednak niewiele osób wie, że dziewięćdziesiąt siedem procent wszystkich wód na naszej planecie to wody słone. Te słodkie, czyli zapewniające życie organizmom lądowym (ludziom również), liczą zaledwie trzy procent. Jak już sami możecie wywnioskować, wody odpowiedniej do użytku wcale nie jest tak dużo.

Jak już wspomniałam w poprzednim akapicie, na Ziemi występują dwa rodzaje wody - woda słona i słodka. Jeśli chodzi o tę drugą, wyróżnia się wody stojące oraz płynące. Są one miejscem życia przeróżnych gatunków zwierząt i roślin. Założę się, że każdy z Was pojechał kiedyś z kocykiem nad jezioro. Jeziora to spore wody stojące otoczone ze wszystkich stron lądem. Natomiast morza są zbiornikami wodnymi tylko częściowo otoczonymi lądem. Staw jest niewielkich rozmiarów, nie zalicza się do głębokich wód i zazwyczaj ma dopływ oraz odpływ. Sadzawka także jest mała i niezbyt głęboka, lecz od stawu różni się właśnie brakiem dopływów i odpływów. Do stawu bardzo podobne jest bajoro. Ale warto podkreślić, że ono regularnie wysycha i chyba nikt nie chciałby się w nim wykąpać.

Zastanawialiście się kiedyś, co dzieje się z brudną wodą? Muszę przyznać, że to pytanie bardzo często mnie nurtowało. W takim razie zacznę swoje opowiadanie o losie brudnej wody. Po zużyciu brudna woda dostaje się rurami odpływowymi do kanalizacji. Później nagromadzone w rurach ścieki trafiają do oczyszczalni. Tam czeka je wieloetapowe czyszczenie. Najpierw specjalne kraty wyłapują z wody większe odpady. Potem w piaskowniku osadzają się drobne kamienie i kawałki potłuczonego szkła. Na dnie osadnika wstępnego zbierają się kolejne śmieci. I chlup, nasz szlam wpada do komory fermentacyjnej. Tam dochodzi do emisji gazów, które następnie są spalane. Po spaleniu, w komorze nitryfikacyjnej mikroorganizmy (na przykład bakterie) zjadają pozostałe zanieczyszczenia. Osad i bakterie żegnają się z oczyszczaną substancją w osadniku wtórnym, a woda jest doprowadzana do pobliskiego zbiornika wody i ekspresowo powraca do ponownego obiegu. Mam nadzieję, że rozwiałam Wasze wątpliwości dotyczące losów brudnej wody.

Jak już wspomniałam na samym początku, niemal każda rzecz powstaje przy użyciu wody. Wszyscy wiemy, że wody potrzebują rośliny, ludzie i zwierzęta, ale... przedmioty? Przecież to niemożliwe! A jednak. Już podczas wydobywania surowców zużywa się wodę. Surowce te są tak przetwarzane, aby można było wytworzyć z nich potrzebne rzeczy. Mnóstwo wody przepływa również przez fabryki szyjące ubrania. Woda, która jest potrzebna przy produkcji wszystkich artykułów ma nawet swoją nazwę. To "woda wirtualna" - nie wchodzi w skład danych przedmiotów, ale i tak jest niezbędna przy ich produkcji. Im więcej rzeczy kupujemy, tym większy jest nasz ślad węglowy. A ślad węglowy to ilość zużytej wody przy stwarzaniu na przykład plastikowej zabawki lub pary dżinsów. O, właśnie! Czy wiecie, ile litrów wody potrzeba do wyprodukowania dżinsów? Zgadnijcie! Dziesięć litrów? Nie! Sto litrów? Też nie! Uwaga, uwaga! Jedenaście tysięcy litrów! Też jesteście w szoku? A jak myślicie - ile litrów zużywa się przy produkcji wołowiny? Podpowiem Wam, że naprawdę sporo.

Od jakiegoś czasu zużywamy za dużo wody, więc poziom wód gruntowych spada. Ale chwilka, chwilka... Czym są wody gruntowe? Wody gruntowe to takie malutkie rzeczki pod ziemią. Wystarczy, że ich poziom obniży się zaledwie o kilka centymetrów, a rośliny o krótkich korzeniach nie będą w stanie same zaopatrzyć się w wodę. To właśnie wtedy drzewa zaczynają wcześnie zrzucać liście, wysychają i obumierają. Teraz życie roślin jest w rękach rolników i opadów deszczu. Uwierzcie mi, nawadnianie całych pól nie jest łatwą sprawą. Wysoki poziom wód gruntowych zdecydowanie ułatwiłby sprawę.

Czy wiecie, że blisko trzydzieści procent ludzi na świecie nie ma dostępu do bezpiecznej wody pitnej? Jeśli przełożymy procenty na liczby, nasz wynik będzie wynosił niecałe dwa i pół miliarda. Właśnie tyle osób pije wodę wprost z jezior, rzek i kanałów, a w nielicznych sytuacjach ze studni. My, ludzie, mamy z wodą ogromny problem. Nie potrafimy jej szanować. Nie potrafimy zrozumieć, że jej zasoby się zmniejszają. Nie potrafimy rozsądnie z niej korzystać. Wciąż nie zdajemy sobie sprawy z tego, że pewnego dnia z naszego kranu nie poleci nawet kropelka wody. Christina Steinlein oraz Mieke Scheier zdają sobie sprawę z tego, w jakim niebezpieczeństwie znajduje się najważniejsza substancja na naszej planecie, dlatego postanowiły stworzyć książkę "Woda - źródło życia". W tej cudnie wydanej pozycji (przetłumaczonej przez Katarzynę Łakomik) z przepięknymi ilustracjami są poruszane tematy suszy, wyjątkowych właściwości wody, jej nadużywania oraz okropnych zanieczyszczeń wód i katastrofy klimatycznej. Zapewne zastanawiacie się teraz: "Co mogę zrobić, aby choć trochę odmienić katastrofalną sytuację wody na Ziemi?". Na całe szczęście autorki książki to przewidziały i na końcu naszej pozycji zostały zamieszczone rady i proponowane nawyki, który każdy z nas może wprowadzić do swojej codzienności.

Choć Wigilia już za nami, marzy mi się, aby książka "Woda - źródło życia" została prezentem dla absolutnie każdej osoby.


Tytuł - Woda - źródło życia. Wszystko o najważniejszej substancji na Ziemi

Tekst - Christina Steinlein

Ilustracje - Mieke Scheier

Przekład - Katarzyna Łakomik

Wiek - 6+

Wydawnictwo Babaryba, Warszawa, 2020

niedziela, 13 grudnia 2020

Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok - czyli po lodzie w śniegu

Zastanawialiście się może, jak wygląda krajobraz na dwóch biegunach naszej planety? Marzyliście kiedyś o tym, aby je odwiedzić? Tak? Czyżbym zgadła? Nic dziwnego, ja również chciałabym na własne oczy zobaczyć potężne lodowce, pływające kry lodu i kilkumetrowe zaspy. Rzeczą, o której absolutnie nigdy nie marzyłam jest piesza wędrówka na bieguny Ziemi. Wyobrażacie sobie przejść na nogach tysiące kilometrów przy temperaturze pięćdziesięciu stopni na minusie?! I to jeszcze z ciężkim plecakiem oraz przyczepionymi saniami ważącymi ponad sto kilogramów! Jednemu Polakowi udało się dokonać rzeczy wręcz niemożliwej. Otóż Marek Kamiński zdobył pieszo oba bieguny Ziemi... w rok.

Kilkuletni Marek codziennie fantazjował o dalekich podróżach i niezapomnianych przygodach. Niestety w czasach jego dzieciństwa za granicę wyjeżdżało się nieczęsto. Internet również jeszcze wówczas "nie hulał", więc dostęp do wiedzy o dalekich zakątkach świata nie był tak obszerny, jak teraz. Dzięki swojej chęci poznawania świata, Marek wpadł na genialny pomysł. Telefonował do ambasad różnych państw i prosił o adresy tamtejszych czasopism dla dzieci. Potem pisał do redakcji z prośbą o zamieszczeniu w gazecie jego krótkiego ogłoszenia. Brzmiało one: "Chłopiec z Polski chciałby nawiązać kontakt z rówieśnikami". Z czasem zaczął dostawać listy od dzieci z Francji, Niemczech, Grecji, a nawet Brazylii. Jednak to nie koniec pomysłowości młodego Marka. Zgadnijcie, gdzie wybrał się w wieku piętnastu lat i co zrobił, aby móc odbyć tak daleką podróż!

Marek Kamiński nigdy nie wyrósł ze swoich dziecięcych marzeń. Szczególnie ulubował sobie chłodne klimaty. Swoją przygodę z zimnem rozpoczął na Spitsbergenie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym roku. Właśnie tam poznał Wojtka Moskala. Marzeniem obydwóch polarników było przemierzenie całej Grenlandii. Spełnili je dokładnie trzy lata później. Ale nie myślcie sobie, że po tej wyprawie drogi naszych podróżników się rozeszły, o nie! Już podczas swojej pierwszej wspólnej przygody Marek i Wojtek snuli plany na temat następnych. Okazało się, że łączy ich kolejne marzenie. Zdobycie bieguna północnego. Stwierdzili, że zrobią to razem!

Polarnicy rozpoczęli przygotowania do swojej wyprawy. Punkt pierwszy - sponsorzy. Marek Kamiński i Wojtek Moskal koniecznie potrzebowali ich wsparcia, ponieważ sami nie byliby w stanie ponieść wszystkich kosztów ekspedycji. A jej cena wcale nie była niska. Wynosiła dwieście dziesięć tysięcy złotych. Znalezienie partnerów i sponsorów zajęło dwa lata. Po tym czasie podróżnicy mogli skupić się na zdobywaniu kolejnych pokładów wiedzy oraz na przygotowaniu swojego ciała do ogromnego wysiłku fizycznego. Nie tylko studiowali mapy i czytali zapiski oraz książki innych polarników, ale również pływali, biegali i chodzili na siłownię. Marek Kamiński nawet przymocowywał sobie do pleców oponę i pokonywał z nią trójmiejskie pagórki. Zdziwieni? To teraz zaskoczę Was jeszcze bardziej! Podróżnik, ubrany w gruby kombinezon i rękawice, rozkładał w ogródku namiot i w nim nocował. Przyrządzał posiłki na prymusie i nie zwracał uwagi na chichoty sąsiadów.

Kiedy Marek Kamiński i Wojtek Moskal spakowali do swoich sań i plecaków najpotrzebniejsze rzeczy (liczył się każdy gram, dosłownie!), wyruszyli na wyspę Ward Hunt, czyli najbardziej wysunięty na północ skrawek lądu. Dwunastego marca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku dwójka podróżników skierowała czubki swoich nart w kierunku bieguna północnego. Ah, czekała ich naprawdę długa podróż. Musieli przejść osiemset osiemdziesiąt kilometrów. I to po zamarzniętym oceanie! Warstwa lodu w każdej chwili mogła pęknąć, więc nasi polarnicy musieli być niezwykle uważni. Przed postawieniem praktycznie każdego kroku kilka razy pukali kijkiem w zamarznięty ocean. Puk, puk, puk, puk... Uf, nie ma pęknięcia, bezpieczny teren!

Jak się zapewne domyślacie, eskapada na biegun północny okazała się jeszcze trudniejsza, niż mogłoby się wydawać. Marka i Wojtka spotkało mnóstwo przygód. Nie sposób zliczyć, ile razy serce przestało im bić na kilka sekund. Każdy z Was pewnie wie, że między pływającymi krami znajdują się szczeliny. Podczas przeskakiwania z jednej kry na drugą, sanie Marka Kamińskiego z praktycznie całym jego ekwipunkiem utknęły w szczelinie. Cóż za pech. Jak myślicie, jak w tej sytuacji zachowali się polarnicy? O, a jesteście ciekawi, jaki był rytm dnia podczas tej wyprawy? Dobrze, zdradzę Wam kilka pierwszych punktów. Piąta - śniadanie i zwijanie biwaku. Ósma trzydzieści - wymarsz. Dziesiąta trzydzieści - przerwa na gorący napój i batonika. Jedenasta - marsz. Trzynasta - przerwa na... Jak myślicie, co konsumowali Marek Kamiński i Wojtek Moskal o godzinie trzynastej? Podpowiem Wam, że jest to przysmak, który smakuje absolutnie każdemu z Was.

Czy wiecie, czym są torosy? Albo jak wygląda przygotowanie się do snu przy temperaturze trzydziestu stopni na minusie? Czy na oblodzonym oceanie panuje cisza? Na czym polega system ARGOS i dlaczego jest tak bardzo istotny? Kiedy duet Marka i Wojtka zdobył biegun północny? Doskonale wiecie, że uwielbiam utrzymywać Was w ciekawości, więc odpowiem tylko na ostatnie pytanie. Dwaj polscy polarnicy - Marek Kamiński i Wojtek Moskal - stanęli na biegunie północnym dwudziestego trzeciego maja tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku, dokładnie po siedemdziesięciu dwóch dniach wędrówki. Osiągnęli swój cel oraz udowodnili, że są wybitnymi polarnikami. Cały świat o nich usłyszał. Jednak to nie wystarczyło Markowi Kamińskiemu. On wciąż czuł niedosyt. Dlatego postanowił, że zdobędzie również biegun południowy. I to w tym samym roku.

Wyprawa Marka Kamińskiego na biegun południowy rozpoczęła się niecałe pół roku po powrocie z północy. Polarnik nie miał problemu ze znalezieniem sponsorów oraz partnerów eskapady. Posiadał już również bezcenne doświadczenie, które zdecydowanie ułatwiło mu wyprawę. Nie musiał uczyć się rozkładania namiotu, gotowania na prymusie i władania kompasem w grubych rękawicach. Dokładnie wiedział, co koniecznie musi załadować na swoje sanie, a co może sobie darować. Były dwie znaczące różnice pomiędzy tymi wyprawami. Po pierwsze, droga na biegun północny składała się z zamarzniętego oceanu, natomiast ścieżka prowadząca do bieguna południowego to ląd pokryty grubą warstwą śniegu. Po drugie, na południu czekała na Marka Kamińskiego cieplutka stacja badawcza, w której mógł przykryć się kocem i napić się na przykład herbaty truskawkowej. No dobrze, plan już opracowany, mapy gotowe, sanie zapakowane - czas ruszać! Ale chwila, chwila, czy ktoś uwzględnił w planie przeraźliwą śnieżycę? Czy Marek Kamiński był w stanie stawić jej czoła? I kiedy postawił swoją stopę na biegunie południowym?

Z lekkim wstydem muszę przyznać, że wcześniej nie słyszałam o wybitnym osiągnięciu Marka Kamińskiego. Zdobyć dwa bieguny Ziemi w rok - cóż to za szaleństwo! Agata Loth-Ignaciuk (autorka tekstu) oraz Bartłomiej Ignaciuk (autor ilustracji) szczegółowo przybliżyli losy naszego polarnika w książce „Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok”. Ta pozycja, wypełniona po brzegi ilustracjami, świetnie pokazuje trud wyprawy, chwile zwątpienia podróżników, ale również momenty szczęścia i radości. Poszerza także wiedzę czytelników na temat bieguna północnego i południowego. Gdy ta książka stanie na Waszej półce, będzie mogła przejść przez naprawdę wiele rąk! Uwierzcie mi, że na bank zaciekawi całą Waszą rodzinę - począwszy od dzieci, a skończywszy na dziadkach. Sięgnięcie po nią z pewnością będzie przyjemnością także dla Was, więc nie zwlekajcie i jak najszybciej przebuszujcie księgarskie lub biblioteczne półki.


To co, wybierzecie się razem z Markiem Kamińskim na dwa końce świata?


Tytuł - Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok

Tekst - Agata Loth-Ignaciuk

Ilustracje - Bartłomiej Ignaciuk

Wydawnictwo Druganoga, Warszawa, 2020

niedziela, 6 grudnia 2020

Kurs na ulicę Szczęśliwą - czyli w tę i we w tę

Wyobraźcie sobie, że zwierzacie się pewnej osobie z najważniejszych momentów Waszego życia. Niekiedy czekacie na radę, a czasami po prostu pragniecie wylać z siebie potok słów. Nie, nie, nie - nie chodzi mi tutaj o wizytę u terapeuty. Opowiadając swoją historię, widzicie przemijające obrazy. Zaczynają się już od dzieciństwa i płyną przez nastoletniość, młodość oraz dojrzałość. Widzicie także obrazy za szybą mijane z prędkością około pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Taksówkarz to osoba, przed którą ludzie się otwierają. W końcu i tak są na niego skazani - przecież muszą z nim dojechać do celu. Dlaczego by w takim razie nie urozmaicić swojej podróży rozmową?


Do auta wsiada kobieta około sześćdziesiątki. Słychać brzdęk zniczy w jej torbie. Nic dziwnego, w końcu jest Święto Zmarłych - pierwszy listopada. Mimo tego, że mamy bardzo wczesną porę, pasażerka prosi o podwózkę na cmentarz. Mówi, że woli załatwić sprawunki rano i już później się nimi nie przejmować. Po południu musi przyjmować gości. Twierdzi, że całe jej życie jest żartem. Zaczęło się od tego, że urodziła się w Święto Zmarłych. Ponoć pierwszy dzień jej życia był zwiastunem całej przyszłości. Po rozwodzie jej były mąż wyemigrował do Kanady. Postawił tam sobie piękny dom. A ona? Dorobiła się tylko schorzeń w barkach, bo kiedyś pływała zawodowo. W latach sześćdziesiątych zdobyła mistrzostwo Warszawy w pływaniu. Potem oddała się dziennikarstwu. Ale uważa, że jej praca to nuda jak flaki z olejem.


Znowuż mamy pierwszy dzień miesiąca. Tym razem pierwszy sierpnia. Do taksówki wsiada kobieta ze swoim tatą. Sędziwy mężczyzna wyróżnia się swoim wyglądem. Pochylone plecy, ciężki mundur, a na nim symbol Polski Walczącej. Niestety wiek sprawił, że mówienie sprawia mu ogromną trudność. Słuch również nie jest w najlepszej formie. Na pierwszy rzut oka widać duże podobieństwo córki do swojego taty. Wąskie usta, ostre rysy twarzy, spiczasty nos i przenikliwe spojrzenie. Widocznie silna osobowość to już cząstka genów tej rodziny. W zamian za transport do muzeum na obchody Powstania Warszawskiego, córka powstańca opowiada taksówkarzowi jego historię. W czasie wojny jej ojciec był listonoszem. Nosił listy między rodzinami. Swoją pracę traktował piekielnie poważnie. Któregoś dnia powstania mężczyzna zorientował się, że nie zdąży dostarczyć już powierzonych mu listów. Ukrył je w drzwiach mieszkania w starej kamienicy. O dziwo listy przetrwały resztę wojny. Właśnie wtedy listonosz obiecał sobie, że dostarczy wszystkie listy ich adresatom. Czuł się odpowiedzialny za tę korespondencję. Jak myślicie, ile lat zajęło mu to zadanie? Kiedy dopiął swego, zapewne był z siebie bardzo dumny.


Taksówkarz zerka na telefon. O, nowy kurs. Kurs na hasło "Tomasz". Kiedy pasażer wsiada do auta, od razu łapie kontakt z taksówkarzem. Rozmawia im się tak dobrze, że u celu podróży pan Tomasz zaprasza nowo poznanego człowieka na herbatę. Ściany jego mieszkania zdobią oryginalne maski, pamiątki, zdjęcia oraz przedziwne instrumenty muzyczne. Podłogi są usłane kolekcją azjatyckich dywanów. Mężczyzna mówi, że za trzy miesiące wyrusza w trasę koncertową. Planuje odwiedzić kameralne jazzowe kluby we Włoszech, Francji i Hiszpanii. Jest świeżo po operacji i nie czuje się najlepiej. Bardzo chciałby wziąć ze sobą osobę, która pomoże mu z walizkami i pakunkami. Taksówkarz zgadza się od razu. Taka propozycja to dla niego ogromny zaszczyt. Niestety niedługo później pan Tomasz umiera. Odszedł uwielbiany muzyk jazzowy - Tomasz Stańko.

Drzwi warszawskiej przychodni otwierają się i wychodzi z nich starsza kobieta. Ostrożnie wsiada do taksówki. Na pytanie: "Dokąd jedziemy?" odpowiada, że nie pamięta. Nie pamięta, gdzie mieszka. Jedyne, co przychodzi jej do głowy to ogromny kościół. Jej ręka wskazuje okolice Woli. Po kilku minutach krążenia po tej dzielnicy przypomina sobie, że mieszka na ulicy Sarmackiej, czyli na Wilanowie. Wprowadziła się tam trzy lata temu, ale pamięć wciąż płata jej figle. Starsza kobieta mówi, że tęskni za Zamościem. Spędziła tam całe swoje życie. Miała przyjaciółki i często wybierała się na spacery po rynku. Nie może przywyknąć do Warszawy, nie czuje się tutaj dobrze. Trzy lata temu córka poprosiła ją o podpisanie jakiegoś dokumentu, więć kobieta go podpisała. Z miłości do swojej jedynaczki. Mówi, że gdyby wiedziała, ile przez ten papierek straci - w życiu by go nawet nie dotknęła.


Przy autostradzie stoi autostopowiczka. Nie wygląda na szczęśliwą ani zdrową. Taksówkarz zatrzymuje się przy niej i zaprasza do środka. Nie przyjmuje żadnych pieniędzy, bo - jak sam podkreśla - autostop rządzi się swoimi prawami. Kobieta pragnie dostać się do Warszawy, więc idealnie się składa, ponieważ taksówkarz właśnie do niej jedzie. Wraca z kursu do Łodzi. Nowa pasażerka wsiada do samochodu z dwiema reklamówkami wypełnionymi warzywami. Ponoć co miesiąc tutaj po nie przyjeżdża. Znajomi starają się jej pomóc. Dają jej ziemniaki, marchewkę, buraki. Sporym problemem jest dojazd. Niekiedy kobieta jest zmuszona do spania na przystanku. W domu czeka na nią czwórka dzieci. Najstarsza córka, Natka, opiekuje się młodszym rodzeństwem. Ma dziewięć lat. Monolog kobiety przerywa na moment przystanek na stacji benzynowej. Gdy taksówkarz wysiada z samochodu, kobieta prosi go o kupienie coca-coli. Ma w sobie bardzo dużo cukru, więc zabije głód na parę godzin.


Łysiejący pan, na oko sześćdziesięcioletni, pakuje do taksówki swoją ogromną torbę. To człowiek, który od kilkunastu lat ubiera stopy warszawiaków. Chodzi na parkingach od kierowcy do kierowcy i stosuje swoje wybitne zdolności marketingowe. Dokładnie szesnaście lat temu zamknął swój niewielki sklepik ze skarpetkami i wyszedł z towarem na ulicę. Stawia się na parkingu codziennie o szóstej rano. Swoją pracę rozpoczyna od pukania w szybki. Zna każdego taksówkarza i każdego kierowcę autobusu. Już szykuje się na przypływ nowych klientów, bo za niedługo zmienia się autobusowa warta. Wszyscy darzą Skarpeciarza wielką sympatią. Nie tylko kupują od niego skarpetki, ale również częstują go kawą, ciastkiem i najnowszą historią z miasta.


Anna jest osobą niezwykle empatyczną i pogodną, chociaż życie cały czas podkłada jej kłody pod nogi. Marzeniem pana Drakuli i jego żony jest zostanie rodzicami, jednak to nie takie proste, jak mogłoby się wydawać. Taylor nie należy do punktualnych osób, natomiast Michał bardzo chce stać się odpowiedzialny. W ciągu pięciu lat w taksówce Bartosza Gardockiego siedziało mnóstwo ludzi. Możemy ich liczyć w tysiącach. Pięć lat temu pan Bartosz wstał z krzesła przy korporacyjnym biurku i usiadł za kierownicą. Z uśmiechem na twarzy mówi, że uwielbia swoją pracę. Radość sprawia mu nie tylko prowadzenie samochodu, ale przede wszystkim rozmowa z drugim człowiekiem. Na jego samochodowym fotelu usiedli Hanna Krall, Halina Szpilman, Zbigniew Wodecki, ale również samotna matka i pani pogodynka. Już po kilku pierwszych kursach Bartosz Gardocki orientuje się, że praktycznie wszystkie jego rozmowy z pasażerami zahaczają o bardzo ważne pytanie, czym jest szczęście. Dlatego właśnie jego wyśmienity reportaż nosi tytuł "Kurs na ulicę Szczęśliwą". Mam nadzieję, że czytelników tej świetnej książki będziemy mogli liczyć nie w tysiącach, lecz w setkach tysięcy, a nawet w milionach!


Tytuł - Kurs na ulicę Szczęśliwą

Tekst - Bartosz Gardocki

Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa, 2020

niedziela, 22 listopada 2020

Wihajster, czyli przewodnik po słowach pożyczonych - wycieczka w głąb słownika

Można powiedzieć, że języki żyją własnym życiem. Weźmy na tapet język polski. Ten to ma dopiero bujne życie towarzyskie! Cały czas przychodzi na domówki do swoich kumpli i dzięki nim poznaje nowe słowa. Co więcej, sporą część z nich pożycza i... nie oddaje. Nie świadczy to o jego złym wychowaniu, lecz o chęci powiększenia swojej kolekcji słów. Chcielibyście może poznać zapożyczenia? Tak? Świetnie, z przyjemnością spełnię Waszą prośbę.

Najpierw zajrzyjmy do kuchni. Czy Wy też czujecie unoszący się zapach słodkich wypieków? Spójrzcie, pani kucharka właśnie rozkłada talerze na ceracie. Może załapiemy się na pyszne ciasto! Ale chwilka - czym jest właściwie ta "cerata"? To bardzo stare słowo, które przywędrowało do nas z samej łaciny. W oryginale oznacza ono "coś woskowanego". I rzeczywiście, trudno zaprzeczyć tej definicji. Niekiedy zamiast obrusu na stole ląduje cerata, bo ścieranie z niej plam to bułka z masłem. A w jaki sposób do języka polskiego trafił talerz? Talerz na pewno ma zakwasy, ponieważ pokonał kawał drogi! Przyszedł na świat w łacinie, gdzie jest synonimem wyrazu "kroić". Później przeskoczył do języka włoskiego i tam z kolei zamienił się w "deskę do krojenia mięsa". Po języku włoskim przywędrował do niemieckiego, chwilkę później pojawił się w czeskim, a zaraz potem odwiedził język polski. 

Nie będziecie mieli nic przeciwko, jeśli zostaniemy jeszcze troszkę w kuchni? Pozwólcie, że zajrzymy do dużej, drewnianej miski na warzywa. A co my tutaj mamy? Sałata, pomidor, kalafior... Kalafior, cóż za ciekawe słowo! Okazuje się, że jego korzenie sięgają pewnego włoskiego dialektu, czyli takiego minijęzyka. Kalafior pierwotnie oznaczał "kwiat kapusty". No tylko na niego zerknijcie. On naprawdę wygląda niczym biały kwiat kapusty! A tuż za naszą drewnianą miską na warzywa znajdują się starannie poukładane, podłużne pudełka. W jednym z nich gości kakao. Kakao, podobnie jak talerz, to urodzony wędrowiec. Aztekowie, czyli lud mieszkający na terenie dzisiejszego Meksyku, nazywali ziarna kakaowca słowem "cacaua". Niedługo później Meksyk podbili Hiszpanie, którzy wprowadzili tam swój język. Stwierdzili jednak, że nie będą wyganiać wszystkich wyrazów Azteków i niektóre zostawią w spokoju. Jak już możecie się domyślać, kakao przetrwało! I język polski oczywiście je pożyczył.

Powoli będziemy już wychodzić z kuchni. Aby wydostać się z mieszkania, w którym właśnie jesteśmy, musimy przejść przez salon. O rany, podnieście głowę! Ten pięknie mieniący się żyrandol to zapewne skarb właścicieli mieszkania. Wypowiedzcie to słowo na głos - żyrandol. Czuć tutaj nutkę języka francuskiego, nie sądzicie? Nic dziwnego, w końcu "żyrandol" przyszedł do nas właśnie z francuskiego. Wcześniej zdążył jeszcze zadomowić się w języku włoskim, gdzie wywodził się od czasownika "wirować". Gdy lekko spuścimy swój wzrok z żyrandola, ujrzymy jeszcze bardziej bezcenny skarb, czyli... książki! Są idealnie poukładane na regale. Słowo "regał" najprawdopodobniej przyszło na świat w jednym z niemieckich dialektów. Oznacza ono "stojak" lub "półka". Na przykład taka na cudowne książki.

No dobra, zerknijmy jeszcze na moment do łazienki. Cóż za ogromne lustro! Zostało sprowadzone z Włoch lub z Francji, nie ma tutaj zgodności specjalistów od języka. Właśnie tam lustrem nazywa się blask lub połysk. Ale tak naprawdę jego korzenie sięgają aż łaciny. Łaciński czasownik "lustro" bądź "lustrare" oznacza "oczyszczać, oświecać, oglądać". Natomiast "prysznic" ma zupełnie odmienną historię. To dlatego, że pochodzi od nazwiska austriackiego wynalazcy tego jakże przydatnego urządzenia. Vincent Priessnitz był jednym z twórców wodolecznictwa, czyli takich kąpieli, których możemy zażywać na przykład w uzdrowiskach. A co my jeszcze mamy w tej naszej łazience? Wanna, szampon, prysznic, żyletka, kurek... Uwierzcie mi, że każdy ten przedmiot jest godny uwagi!

Czy wy również czujecie ten przyjemny powiew wiatru? Jak dobrze wyjść na świeże powietrze! Miasto tętni życiem. Przejdźmy się może główną aleją, co Wy na to? Nie do końca wiemy, czy wyraz "aleja" znalazł się w naszym języku dzięki Francuzom, czy dzięki Niemcom, ale na sto procent wiemy, że "aleja" zawsze oznaczała główną ulicę miasta. O rany, jaki piękny budynek! Tutaj, po prawej. To teatr. Do języka polskiego przywędrował prosto z łaciny, natomiast wcześniej mieszkał w języku greckim. "Théatron" to miejsce, z którego dobrze się coś ogląda. Jeżeli kiedykolwiek spotkacie mnie w teatrze, ostrzegam - nie warto za mną siadać! Mimo tego, że nie należę do osób wysokich, moje włosy potrafią zasłonić połowę sceny! Po przedstawieniu teatralnym można wrócić do domu na przykład tramwajem. Ten środek komunikacji miejskiej przyjechał do nas prosto z Anglii jako "tramway". To połączenie dwóch słów: "tram" - szyny oraz "way" - drogi.

O, zobaczcie! Tuż obok nas biegną maratończycy. "Maraton" pochodzi od nazwy greckiej miejscowości, pod którą dawno temu odbyła się bitwa Greków z Persami. Według legendy, po zwycięstwie bitwy Grecy wysłali do Aten swojego posłańca, który chcąc przekazać wspaniałą nowinę rodakom, pędził do Aten, ile sił w nogach. Gdy wreszcie dotarł na miejsce i ogłosił radosną wiadomość, padł z wycieńczenia. Pewnie tak czuje się każdy maratończyk po przebiegnięciu czterdziestu dwóch kilometrów. A skoro jesteśmy już przy sporcie, zahaczmy lekko o kajakarstwo. Kajak przypłynął do Polski aż z języka inuickiego. To język ludów mieszkających na Grenlandii. Kajak oznacza tam "męską łódkę". Jak w takim razie nazywała się "damska łódka"? Jestem niezwykle ciekawa.

Wiecie, skąd wziął się u nas "jacht", "wirus" i "fachowiec"? A może znacie korzenie "szyby", "firanki" lub "bigosu"? W książce "Wihajster, czyli przewodnik po słowach pożyczonych" moim absolutnym ulubieńcem jest historia o "papuciach". Te to dopiero przydreptały do nas z daleka! Michał Rusinek, mistrz posługiwania się słowem, odwiedził odległe zakątki świata i wrócił do Polski z walizkami pękającymi w szwach od ogromu ciekawych historii. Muszę przyznać, że nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jakie korzenie mają słowa, które wypowiadam kilka razy dziennie. W książce "Wihajster, czyli przewodnik po słowach pożyczonych" bardzo ważną rolę odgrywają nie tylko słowa, ale również kolorowe i radosne ilustracje Joanny Rusinek. Jeżeli będziecie trzymali tę pozycję w rękach, koniecznie zwróćcie uwagę na rysunki regału oraz pani w wannie - są cudowne. Zawsze będę darzyła sympatią rodzeństwo Rusinków, ponieważ to właśnie z nimi spędzałam niegdyś każdy wieczór. Czytane przez mamę "Wierszyki domowe" lub "Wierszyki rodzinne" były najlepszym zakończeniem dnia po przedszkolnych harcach. Sądzę, że sięgnięcie po dzisiejszą pozycję będzie równie wspaniałym przeżyciem.

No dobra, a na koniec mam do Was śmiertelnie poważne pytanie - co u licha tak naprawdę oznacza słowo "wihajster"?!


Tytuł - Wihajster, czyli przewodnik po słowach pożyczonych

Tekst - Michał Rusinek

Ilustracje - Joanna Rusinek

Wydawnictwo Znak Emotikon, Warszawa, 2020