Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Kultura Gniewu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Kultura Gniewu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 stycznia 2021

Twarz, brzuch, głowa - czyli sio, patriarchacie!

Jak na początku większości moich recenzji, zadam Wam pytanie. Ale pozwólcie, że tym razem skieruję je do kobiet. Ile razy słyszałyście, że czegoś Wam "nie wypada"? Nie wypada Wam mieć własnego zdania. Nie wypada Wam kłócić się z mężczyznami. Nie wypada Wam odczuwać smutku oraz gniewu. Nie wypada Wam zabierać głosu. Malujecie się? To haniebne, jesteście skupione tylko na swoim wyglądzie, cechuje Was próżność. Nie malujecie się? Nie potraficie o siebie zadbać. Ubieracie długie spodnie? W ogóle nie jesteście "kobiece", zapewne wstydzicie się swoich nóg, bo są "nieatrakcyjne". Ubieracie krótkie spódniczki? Pragniecie uwagi, jesteście atencjuszkami. Macie dzieci? Nie stać Was na karierę i sukces. Nie macie dzieci? Myślicie tylko o sobie, przecież egoizm to Wasze drugie imię. My, kobiety, jesteśmy poddawane wiecznym testom, a w każdym kącie czeka na nas krytyka i ocena. Cały czas odczuwamy presję. Boimy się, że nie sprostamy oczekiwaniom innych ludzi (najczęściej mężczyzn), przez co wyrządzamy swoim ciałom wiele zła i sporo rzeczy robimy wbrew sobie. I na dodatek potrafimy to nieźle tuszować.

Twarz.

Wanda codziennie rano spogląda w lustro. Próbuje nie panikować, chociaż nie zawsze się jej to udaje. Bierze głębokie oddechy. Polewa twarz lodowatą wodą. Jednak efekt wciąż nie jest dla niej zadawalający. Dlatego później zabiera się za maseczkowanie, masowanie i miętoszenie. No, już trochę lepiej. Teraz jeszcze tylko czerwona szminka i ociupina maskary. Może być. Wanda wykonała swój "twarzowy" rytuał i wyszła z domu. Właśnie tego dnia dowiedziała się, że dostała nową pracę. Zajęła stanowisko doradczyni do spraw gender. Przepełniała ją ogromna radość i samozadowolenie. Była z siebie dumna. Ale zanim poleciała na swoją pierwszą podróż służbową, chciała zrobić porządek z włosami. Spokojnym krokiem weszła do zakładu fryzjerskiego i usiadła na fotelu kolorystki. Tak jak zwykle, pani kolorystka nakładała na włosy swojej klientki odcień intensywnego imbiru i niewinnie z nią gawędziła. Nagle padło pytanie: "Ma już pani wnuczki?". To był dla Wandy potężny cios. "Jak to, ja i wnuczki?! Przecież jestem taka młoda!!!" - pomyślała z oburzeniem. Z zakładu fryzjerskiego wyszła z o wiele gorszym humorem, niż gdy do niego wchodziła.

Znacie to uczucie, kiedy paraliżuje Was strach i nie wiecie, co ze sobą zrobić? Właśnie to odczuwała Wanda. Na chwilę zapomniała o swojej pracy, którą tak bardzo się ekscytowała. Usiadła w cieniu drzewa i zaczęła rozmyślać o przemijaniu. Uzmysłowiła sobie, jak bardzo się go boi i jak bardzo przed nim ucieka. Nigdy wcześniej nie myślała o sobie, jako o starzejącej się kobiecie. Nie chciała, aby przechodzący obok niej ludzie rozważali na temat jej wieku. Nie chciała, żeby ustępowali jej miejsca w komunikacji miejskiej. Nie chciała kojarzyć się innym ze śmiercią. Słowo "wnuczki" wciąż dzwoniło jej w uszach. Zdecydowała, że musi coś zrobić ze swoimi zmarszczkami. Włączyła komputer i wpisała w wyszukiwarkę słowo "botoks". Trafiła na rekomendację tego zabiegu i właściwie to nie trzeba było jej już dłużej namawiać. Opracowała dokładny plan działania. Wstrzyknie sobie botoks trzy dni przed wspomnianym już wyjazdem. Następne dwa dni spędzi w domu, aby pozbyć się opuchlizny. Po powrocie powie wszystkim, że ciepłe temperatury, wysoka wilgotność powietrza i świetna klimatyzacja idealnie wpłynęły na jej cerę. Wanda czuła poniekąd, że zdradziła feminizm. Wstydziła się tego, że się starzeje, ale wstydziła się także tego, że poprawia swoją twarz. Jednak postanowiła wybrać drugą opcję.

Brzuch.

Dziewczyny, czy podczas robienia (na przykład rodzinnych) fotografii zdarzyło się Wam kiedyś słyszeć: "Wciągamy brzuchy!"? Wujek Wandy był mistrzem takich tekstów. Jej wypukły brzuch przez całe życie wyprowadzał ją z równowagi i niszczył jej poczucie harmonii. Wanda tak bardzo go nienawidziła, że gdyby ktoś zadał jej pytanie, czy oddałaby pięć lat swojego życia za płaski brzuch, ona z pewnością odparłaby, że tak. I tak, zdaje sobie sprawę z tego, że byłaby to dość niefeministyczna odpowiedź, ale naprawdę okropnie nienawidziła tej części ciała. Gdy leżała na łóżku, wbijała sobie palce w brzuch, żeby poczuć swoje fałdki. Miała już dosyć tej ciągłej walki. Odkąd sięga pamięcią, torturowała swój brzuch i pielęgnowała nienawiść do niego. Od najmłodszych lat doskonale wypełniała "kobiecy obowiązek", jakim jest zwalczanie brzucha. Wydawało jej się, że bycie kobietą i posiadanie płaskiego brzucha muszą iść ze sobą w parze. Wyzywający i obrażający ją chłopcy tylko to potwierdzali. W szkole nazywali Wandę "grubą dynią" lub "tłustą beką". Ach, biedna Wanda...

Przez długi czas Wanda nie potrafiła dostrzec, że poniekąd zachowuje się tak, jak jej koledzy z podstawówki. Jej młodsza siostra, Ania, należała raczej do ludzi o okrąglejszych kształtach. Gdy Wanda wykonywała kolosalne ilości brzuszków, aby pozbyć się swoich znienawidzonych fałdek, namawiała do tego samego Anię. Wanda, jej dwie siostry oraz mama bardzo martwiły się tym, że Ania nie zdaje testu kobiecej tożsamości, bo nie dba o swój wygląd. Co chwilę któraś z nich kazała dziewczynie wciągać brzuch lub dokładnie się zakrywać. Z biegiem czasu Ania stała się już dorosłą kobietą, jednak oceniające spojrzenia sióstr skierowane na jej brzuch oraz nogi nie ustały. Wanda, Iza i Gusia cały czas wspominały Ani o cudownych dietach, obozach odchudzających oraz rowerowych wyprawach. Wszystkie z nich zakładały, że skoro Ania nie jest szczupła, nie jest także szczęśliwa. Ach, biedna Ania...

Głowa.

Wanda bardzo chciała zobaczyć Gretę Thunberg przemawiającą na forum ONZ. Nie robiła tego często, ale tym razem nie miała innego wyjścia - musiała włączyć telewizję. A to oznaczało, że czekało ją słuchanie wypowiedzi konserwatywnych polityków kpiących z mądrości Grety na temat globalnej katastrofy klimatycznej. Co więcej, oni nie tylko krytykowali jej przemówienie, ale także naśmiewali się z jej wyglądu oraz choroby. Poważnie niezrównoważone dziecko, chora umysłowo dziewczynka, Aspergerka, ofiara lewackiej rewolucji - to tylko niewielka część obelg, które padły w kierunku młodej aktywistki. Zapewne nie będziecie mieli trudności z wyobrażeniem sobie, jak ogromną złość wzbudziły w Wandzie te okropne słowa. Ostatnio w jej głowie gościła bezsilna furia. Aktualnie radość i beztroskie uczucia były jej obce. Nawet bieganie, które zawsze poprawiało Wandzie samopoczucie, na nic się nie zdało. Mimo tego, że już od wielu, wielu lat mieszka w Australii, strajki i protesty kobiet w Polsce również nie dawały jej spokoju. 

W głowie Wandy mieszkają emocje, uczucia i przemyślenia, obok których żadna kobieta lub dziewczyna nie może przejść obojętnie. Autobiograficzny memuar graficzny Wandy Hagedorn to bunt przeciwko ukobiecaniu. Czym jest ukobiecanie? To wieloetapowy proces wpajania dziewczynkom reguł, które wymyślił patriarchalny świat. Każda z nas, w większym bądź mniejszym stopniu, jest naznaczona tymi szkodliwymi i okrutnymi zasadami. Tworzony przez trzy lata komiks "Twarz, brzuch, głowa" to rzecz niezwykle odważna, mądra i osobista, za co należy się ogromne uznanie dla autorki. Musimy także zwrócić uwagę na ilustracje Oli Szmidy, której dynamiczna kreska idealnie oddaje gniew i sprzeciw wszystkich wypowiedzi pani Wandy. Po przeczytaniu tej pozycji, nachodzi nas ochota na wykrzyczenie wszystkich swoich emocji i zrzucenie z piedestału wszystkich ukobiecających nas mężczyzn."Twarz, brzuch, głowa" ma w sobie dawkę feminizmu, którą powinna przyjąć każda kobieta. Każda!


Tytuł - Twarz, brzuch, głowa

Tekst i scenariusz - Wanda Hagedorn

Ilustracje - Ola Szmida

Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa, 2021

sobota, 1 czerwca 2019

Encyklopedia Wczesnej Ziemi - czyli baśniowa wędrówka przez śnieg i fale


Możliwe, że niektóre osoby dostrzegły, że książki typu fantasy to zupełnie nie moja bajka. Jakoś wciąż nie pociągają mnie tematy magii, zwierząt decydujących o losach świata, czy też znikających czarownic. Jednak istnieją wyjątki. "Encyklopedia Wczesnej Ziemi" może nie do końca wpisuje się we wspomniany gatunek, ale śmiało można stwierdzić, że się o niego ociera. Dobra, lecimy do świata mitów i legend!


Zacznijmy od Trzech Sióstr z Letniej Wyspy. Większość osób posiadających rodzeństwo z pewnością może potwierdzić, że w takiej relacji pojawia się sporo kłótni. Nie wiem, od czego to zależy, ale czasami trudno przeżyć choć jeden dzień bez ostrej wymiany zdań. W Krainie Nord, miejscu nietopniejącego śniegu i ciągłego mrozu, żyły trzy siostry. Ich imiona można przetłumaczyć mniej więcej tak: Mewie Skrzydło, Rzeczna Trzcina i Pierwszy Śnieg. Już dorosłe kobiety chciały spędzać ze sobą jak najwięcej czasu. Oprócz siebie nawzajem, kochały również rywalizację. Nawet zwykłe rękawice potrafiły być powodem do kłótni. Podczas wspólnej pracy przy brzegu Niebiańskiego Jeziora, spostrzegły opuszczone dziecko zawinięte w chusty. Miały dobre serduszka, więc postanowiły je przygarnąć oraz wychować.


Pochodzenie małego chłopca było tajemnicą. Mimo tego każda z sióstr traktowała go jak własnego syna. I tutaj zaczynały się schody. Jedno dziecko, trzy zupełnie odmienne zasady wychowania. Siostry postanowiły poprosić miejscowego Znachora o podzielenie chłopca na trzy części. Jednak starszy mężczyzna rozegrał to w nieco inny sposób. Stworzył z jednej osoby trójkę ludzi. Był tylko jeden warunek - trzech chłopców nie może się spotkać w dzieciństwie. Groziłoby to ich połączeniem się w jedno ciało, a tego kobiety nie chciały. Każda z nich przeprowadziła się w inne miejsce. Nawet po kilku dniach przeokropnie za sobą tęskniły. Nie były szczęśliwymi matkami. I nie miały szczęśliwych dzieci.


Nordowie posiadają wiele tradycji. Jedną z nich jest opuszczenie domu na noc w wieku trzynastu lat. Nasi bohaterowie nie uciekli od tejże tradycji - wyruszyli w podróż w swoich łódkach. Tej nocy trzy siostry nareszcie mogły się spotkać. Jednak stało się coś, czego się obawiały. Ich synowie spotkali się. Nie wiedzieli, dlaczego ciągnie ich do siebie nieznane dotąd uczucie. Przytulili się i połączyli. Znów stanowili jedno ciało. Z początku naszemu, już jednemu, bohaterowi było bardzo ciężko. Nie do końca potrafił zrozumieć swój organizm. Jednak z każdym dniem było coraz lepiej. Czuł tylko, że brakuje cząstki jego duszy. Skierował się ze swoim problemem do Znachora. Ten przyznał się, że faktycznie, to jego błąd - zgubił ową część przy rozdzielaniu go na trzy osoby. Zdradził, że znajduje się ona na drugim biegunie.


Już nie jako chłopiec, a mężczyzna, znał praktycznie wszystkie historie swojego ludu, czyli Nordów. Dlatego też został Gawędziarzem. Podczas swojej wyprawy na Biegun Południowy spotykał wiele osób. Ba, plemion! Dotarł między innymi do Brytniarki. Mieszkańcy tegoż miejsca chcieli go potraktować bardzo okrutnie. Kiedy usłyszeli, że Gawędziarz nie jest jednym z Halów (z którymi mieli ogromny konflikt) i ma im do zaoferowania sporo opowieści, zgodzili się na to, aby mógł z nimi przebywać. Snuł wiele historii na temat Krainy Nord. Opowiadał o jasności trwającej ponad trzy miesiące. O Morzu, które można wtedy zobaczyć w stanie ciekłym. O lasach i polowaniach. Ale również o surowych zimach i zamarzaniu z chłodu. Bardzo zaciekawiło to mieszkańców Brytniarki. Oni także odwdzięczyli mu się swoimi opowieściami. Gawędziarz przeżył z nimi wiele przygód, zarówno tych miłych, jak i niezbyt przyjemnych. Ale nie mógł tutaj zostać na dłużej. Musiał wrócić do poszukiwań cząstki swojej duszy.


Bujanie wśród fal nie było jego ulubionym zajęciem. Dlatego gdy trafił na ląd, ucieszył się. Tym razem odwiedził Migdal Bavel. Tam również spotkały go przyżycia, które nie należą do tych cukierkowych. Ale uwaga, ja już zamilknę, jeśli chodzi o treść książki! Pff, treść i ilustracje, bo to przecież komiks. No dobra, chyba nie będzie dla Was zaskoczeniem fakt, że Gawędziarz znalazł tak długo poszukiwaną część. Jednak najprawdopodobniej nawet nie podejrzewacie, czym mogła ona być. Ja byłam zaskoczona. I zresztą nie tylko zaskoczona.


Warto także zaznaczyć, że w "Encyklopedii Wczesnej Ziemi" pojawiają się dwie narracje. Jedna dotyczy oczywiście naszego bohatera, natomiast druga - Ptakoluda i jego dzieci. Ptakolud jest bogiem, który ma wpływ na życie wszystkich ludzi. I nie jest to typ o dobrym serduszku i mądrej głowie. Akurat tak się składa, że jego dzieci posiadają większą inteligencję, a w szczególności dziewczyna - Dziecina! To chyba jasne, że młodsi osobnicy powinni władać światem, prawda?


Dzisiejszy komiks jest prawdziwą ucztą, zarówno dla oczu, duszy jak i głowy. I choć może się Wam wydawać, że zdradziłam bardzo dużo treści, bądźcie spokojni. To dopiero okruszek całości. Isabel Greenberg świetnie przedstawiła opisane historie. Można wyciągać z nich bardzo dużo morałów. Opowieści o szamanach, plemionach i Gawędziarzu bez trudu można przełożyć na nasze codzienne życie. A historia o miłości, którą zostawiłam do samodzielnego odkrycia, jest znakomicie przemyślana. "Encyklopedia Wczesnej Ziemi" wzbudziła we mnie wiele skrajnych emocji. Namawiam Was, abyście również zanurzyli się w tą baśniową historię. Dajcie się jej ponieść niczym Gawędziarz morskim falom!

Tytuł - Encyklopedii Wczesnej Ziemi
Tekst i ilustracje - Isabel Greenberg
Przekład - Łukasz Buchalski
Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa, 2019

sobota, 2 lutego 2019

Pewnego lata - czyli kadry z dojrzewania


Za szybą okna można spostrzec śnieg i lód. Domyślam się, że wiele osób chciałoby, aby lato już powróciło. W pewnym sensie jest to możliwe. Zawsze możemy zatopić się w książkach, dzięki którym, choć na kilka chwil, myślami przeniesiemy się na wakacje. A jeśli jest to naprawdę dobra i wciągająca pozycja, to już w ogóle bomba! Przechodząc do sedna sprawy, poznajcie historię "Pewnego lata".

Rose, dorastająca nastolatka, już od kilku lat na wakacje jeździ z rodzicami w to samo miejsce. Cała trójka czuje się tam wyśmienicie. To czas, który mogą spędzić na samych przyjemnościach. To czas, który Rose wykorzystuje dokładnie tak, jak sobie wymarzyła. Od razu po przyjeździe do Awago, nastolatka pędzi do swojej młodszej przyjaciółki Windy. Spotykają się tam każdego lata. Mimo tego, że widują się zaledwie kilka dni w roku, śmiało można stwierdzić, że są najbliższymi i najwierniejszymi kompankami.


Oprócz zabaw i swawoli z Windy, Rose pochłaniała książki. W każdej wolnej chwili sięga po którąś z zabranych lektur. Sprawiają jej one sporo satysfakcji. Satysfakcję sprawia jej także oglądanie filmów ze swoją przyjaciółką. W Awago znajduje się ich wypożyczalnia. To miejsce bardzo często odwiedzane przez nasze bohaterki. Jednak wybierane filmy nie do końca są kierowane do osób w ich wieku, a przynajmniej tak sądzą rodzice dziewczyn. Rose i Windy spostrzegają, że we wspomnianej wypożyczalni dzieją się niezbyt dobre rzeczy. Bo czy zwracanie się do dziewczyn w sposób kompletnie pozbawiony szacunku jest odpowiednie? Czy przekleństwa, które można usłyszeć trzy razy w jednym zdaniu, są taktowne? Chyba wszyscy znają odpowiedzi na te pytania.


Atmosfera z lekka się zagęściła, więc rozluźnijmy się teraz na plaży. Dziewczyny pluskają się w wodzie popijając wodę z morza (ups!) i zajadając się chipsami. Śmiechu co niemiara. Ale nagle wywiązuje się rozmowa odnośnie dorosłości i atrakcyjności. O tym, że fajnie by było mieć już duży biust i chodzić niczym modelki na wybiegu. O tym, że już nie są przecież dziećmi. I o tym, że ten nie do końca grzeczny chłopak z wypożyczalni... wcale nie jest taki zły.


Podczas oglądanie filmów, Rose i Windy poruszają wiele tematów związanych z dojrzewaniem. Obie zdają sobie sprawę z tego, że już stykają się ze światem dorosłych i jego problemami. Starsza z przyjaciółek szczególnie tego doświadcza. Choć jej rodzice stoją tuż obok siebie, dzielą ich kilometry. Eh, a to wszystko przez jeden, przykry, incydent... Tata mówi swojej córce, że to tylko chwilowy kłopot, ale Rose dobrze wie, że jest zupełnie inaczej. Mimo swojego wieku, jest bardzo świadomą nastolatką. Chce być starsza. Maluje paznokcie i zwraca sporo uwagi na ubiór. Jest spokojna i odważna. Windy jest szalona i pełna energii. Istotne jest to, że obydwie dziewczyny łączy niepowtarzalna więź. Wspólnie przechodzą trudne okresy i pocieszają się wzajemnie. Choć niekiedy żarciki Windy doprowadzają Rose do szału.


"Pewnego lata" to komiks, który kierowany jest przede wszystkim do nastolatek. Mam wrażenie, że jest on wsparciem dla zakompleksionych i nieco skrytych dziewczyn. Pokazuje, że nie są same. Ja chciałabym mieć taką przyjaciółkę jak Rose. Mam przeczucie, że połączyłoby nas nie tylko zamiłowanie do książek. Dzisiejsza pozycja świetnie ukazuje również kontrast zachodzący w zderzeniu problemów młodzieży i dorosłych. To ważne, aby rodzice rozumieli zagwozdki swoich dzieci, nawet te, które mogą wydawać się im błahe. Dorośli muszą także pamiętać, że młodzi ludzie wcale nie mają zamkniętych oczu i bacznie obserwują rzeczywistość.


Słowo się rzekło, a raczej - napisało. "Pewnego lata" to komiks. To jeden z najważniejszych komiksów, jakie kiedykolwiek przeczytałam - nie jest to zdanie podkoloryzowane, ani w jednym procencie! Być może udowodni to informacja, że w książce występują tylko dwie barwy - czarna i biała. Jullian i Mariko Tamaki to duet, któremu należą się wielkie brawa. Wciąż nie otrząsnęłam się jeszcze z wspaniałości, jaką oprószyła mnie ta pozycja.

Wy także pozwólcie się oprószyć! Wskoczcie do wody wraz z Rose i Windy!

Tytuł - Pewnego lata
Tekst - Mariko Tamaki
Ilustracje - Jullian Tamaki
Przekład - Łukasz Buchalski
Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa, 2018

sobota, 1 września 2018

Pan Żarówka - czyli bielą w czerń


Pan Żarówka od kilku lat oświetla ulice miasta. Pracuje jako latarnia miejska. Przyciąga to tłumy ludzi, którzy z zachwytem patrzą na naszego bohatera. Ale chwileczkę. Przewróćmy kilkadziesiąt stron do tyłu.


Rodzice pewnego chłopca byli bardzo schorowanymi ludźmi. Mama pracowała w hucie, co - jak się pewnie domyślacie - odciskało swoje piętno na jej zdrowiu. Pracowała za niewielkie pieniądze. Tata prasował ubrania. Malutkim żelazkiem. Robił to również po nocach. To nie pomagało jego samopoczuciu. Portfelowi także.


Wkrótce tata dostał duże żelazko. Bardzo duże żelazko. Tak duże i ciężkie, że nie mógł go utrzymać. I to wielgaśne żelazko spadło ma tatę. Spłaszczyło go. Teraz wyglądał jak naleśnik. Nie mógł już chodzić do pracy. Niewiele też mówił. Całymi dniami siedział w fotelu i palił papierosy.


Teraz na utrzymanie rodziny zarabiała tylko mama. Nie było jej w domu całymi dniami. Nasz bohater całe dnie spędzał samotnie. Spędzał je na rysowaniu zwierząt. Sprawiało mu to wielką radość. Dzięki rysowaniu nie myślał już o rodzicach i ciężkiej sytuacji w domu. Po prostu starał się, aby jego prace wychodziły jak najlepiej.

Wkrótce mama stwierdziła, że musi więcej czasu poświęcać swojemu synowi. Tylko jak to zrobić, skoro trzeba utrzymywać rodzinę...  Postanowiła zabrać go do pracy. Moim zdaniem, nie był to rozsądny pomysł - zabranie swojego dziecka do huty. Choć mama ostrzegała chłopca przed niebezpieczeństwami, on, zapatrzony w ognistą czerwień, połknął przeraźliwie gorącego glutka. Glutek okazał się być lawą.


W szpitalu lekarz powiedział, że lawa wypaliła wszystkie wnętrzności chłopca i, kiedy zastygła, stworzyła "rusztowanie". Od tamtej pory nasz bohater codziennie musiał pić olej, aby jego "rusztowanie" nie zardzewiało. A, i jeszcze jedno, najważniejsze. Chłopiec stał się Panem Żarówką. Umiał świecić. Wystarczyło, że włożył palce do kontaktu i bum, świecił niczym rozżarzona żarówka!


Po jakimś czasie Pan Żarówka łączy swoje dwie mocne, wyróżniające się umiejętności.Rysuje zwierzęta na foliach, po czym wkłada rękę do kontaktu i włala, kontury rysunków można spostrzec na ścianach i sufitach, i to o wiele, wiele większe!

Więcej już nie zdradzę, przecież wiecie, że radość ze śledzenia wzrokiem kolejnych stron jest bezcenna. "Pan Żarówka" to komiks o rodzinie, niekiedy zawiłych relacjach z rodzicami, pierwszych samodzielnych krokach oraz o pielęgnowaniu swojego talentu mimo wielu przeciwnościom. Każdy z nas zrozumie "Pana Żarówkę" ciut inaczej, przefiltruje go przez swoją wrażliwość. Ja zapamiętałam z tej pozycji niezwykle ważne dla mnie zdanie. "Talent to benzyna, a ciężka praca to samochód". Bardzo chciałabym, aby te osiem wyrazów towarzyszyły mi do końca życia.


Dzisiejsza pozycja to owoc ponad dziesięcioletniej pracy Wojtka Wawszczyka, czterdziestolatka. To debiut pana Wojtka, ale jak wiadomo, nigdy nie jest za późno na wspomniane pierwsze kroki. Wojtek Wawszczyk znakomicie poradził sobie z zadaniem narysowania wyjątkowego komiksu. Naszą opasłą w ilość stron (jest ich ponad sześćset) pozycję czyta i ogląda się z wielkim zaciekawieniem, nie odrywając nawet oczu od książki. Z niecierpliwością czekam na kolejne tytuły od pana Wojtka!


"Pan Żarówka" kierowany jest do starszych czytelników, ale myślę, że ci ciut młodsi również spokojnie mogą po niego sięgnąć. Warto również wspomnieć, że komiks ten został cudowne wydany! Jego strony są woskowane na kolor czarny, więc na pierwszy rzut oka wyglada to jak pudełeczko. Kiedy okazuje się, że nie jest to pudełeczko, nad zachwytami nie ma końca.

Koniecznie sięgnijcie po "Pana Żarówkę". Niech świeci i na Waszych półkach!

Tytuł - Pan Żarówka
Tekst i ilustracje - Wojtek Wawszczyk
Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa, 2018

niedziela, 29 lipca 2018

Jane, lis i ja - czyli historia szarością i kolorem pisana


Wszyscy wiemy, że wyśmiewanie się z innych jest krzywdzące. A w szczególności dla osób, które tak naprawdę w ogóle na to nie zasłużyły. W ich gronie znajduje się Hélène, nieśmiała piątoklasistka, z której szydzi cała klasa. Ba, cała szkoła! Kiedy dziewczyna widzi napis na drzwiach toalety: "Hélène waży 100 kilo! Jedzie od niej oborą!" - co oczywiście nie jest prawdą - z pewnością nie jest jej łatwo. Jednak nasza bohaterka musi znosić takie męczarnie na co dzień. Hélène nawet nie chce patrzeć na twarze złośliwych rówieśników. Między innymi to właśnie dlatego chodzi ze spuszczoną głową.


Kiedy Hélène wraca ze szkoły autobusem, zawsze wyjmuje swoją książkę. Książkę Charlotte Brontë zatytułowaną "Dziwne losy Jane Eyre". Bywają momenty, w których Hélène trudno jest oderwać się od świata książkowej bohaterki. Dziewczyna utożsamia się z Jane. Tak samo jak ona jest nieśmiałym dzieckiem, troszkę na uboczu. Jane - choć nie miała łatwego dzieciństwa - wyrosła na wspaniałą i mądrą kobietę. Ale czy Hélène na taką wyrośnie? Czy jej życie także będzie kolorowe? - te pytania wciąż nurtuje dziewczynkę. Niestety czasem musi oderwać się od cudownego świata książkowej bohaterki. W czytaniu przeszkadzają jej "koleżanki" z klasy. Znowu się z niej wyśmiewają. Wciąż im się to nie znudziło.


Na całe szczęście dziewczyna ma kochającą mamę. Mamę, która mimo natłoku obowiązków, do późnych godzin nocnych szyła swojej córce krynolinową sukienkę. Spełnienie marzeń Hélène. Pomarańczowa krynolinowa sukienka w różowe grochy. Kiedyś wszystkie dziewczyny z klasy nosiły taką sukienkę. Teraz nosi ją tylko Hélène.


Nadchodzi wiosna. Niekiedy jest tak piękna pogoda, że Hélène wraca ze szkoły do domu pieszo. Podziwia zieleń, która właśnie powoli się pojawia. Do domu zawsze przychodzi zziajana. Po przejściu takiego kawału drogi chyba może pozwolić sobie na kilka karmelków. Zjada je ze smakiem, co na chwilę pozwala zapomnieć jej o wszystkim. Teraz Hélène myśli tylko i wyłącznie o pysznym smaku karmelków! Ale niezbyt długo...


Pewnego dnia pani nauczycielka oznajmiła, że wszystkie piąte klasy jadą na obóz pod namioty. Jadą wszyscy. Hélène musi jechać, nie ma wyjścia. Piąte klasy przygotowują ogromną laurkę dla swoich dobroczyńców, dzięki którym wyjazd może się odbyć. Każdy się na niej podpisuje. Nadchodzi kolej na podpis Hélène. Kiedy dziewczyna odkłada długopis zauważa, że jest on cały mokry, a jej ręce są oblane potem. Wszyscy wiemy, dlaczego.


Co wydarzyło się na wycieczce? Czy wyjazd odmnieni Hélène? A może to Hélène odnajdzie kogoś, kto ją zrozumie i polubi taką, jaką jest? Gdzie Hélène spotka tytułowego lisa? Czy szare życie naszej bohaterki nabierze kolorów, tak, jak życie Jane? No właśnie, co stało się z książkową bohaterką? Odpowiedzi na te pytanie poznacie sięgając po "Jane, lis i ja", znakomity komiks, który poruszy każdego, bez wyjątku. Tego jestem pewna!


Przyznam szczerze, że czytając (i oglądając) tę pozycję, musiałam sięgnąć po chusteczki trzy razy. Ale 'wzruszek' (jak to mawia Mirellka von Chrupek) jest tutaj o wiele więcej. "Jane, lis i ja" to przede wszystkim pozycja o przyjaźni i jej braku. O wyśmiewaniu, szkolnym życiu nastolatki oraz o samotności i inności. Moim zdaniem, powinna to być lektura obowiązkowa. Dla małych i dużych. Nie mam ani pół cienia wątpliwości.


Komiks ten jest sprawką dwóch pań - scenografki Fanny Britt oraz rysowniczki Isabelle Arsenault. A skoro to komiks, to jest on oczywiście zapełniony ilustracjami. I to jakimi ilustracjami! Wiele z tych rysunków mogłabym sobie powiesić na ścianie pokoju. Komiks (w tym przypadku) to nie tylko ilustracje, to także tekst. Tekst, który trafia prosto do naszego serduszka. Podobnie jak rysunki. Nic dziwnego, że "Jane, lis i ja" pojawiła się na liście rekomendowanych książek w amerykańskich bibliotekach. To po prostu małe dzieło sztuki!


Sięgnijcie po tę pozycję. Poznajcie świat Hélène i Jane. Koniecznie!

Tytuł - Jane, lis i ja
Tekst - Fanny Britt
Ilustracje - Isabelle Arsenault
Przekład - Zespół - Łukasz Babiel, Monika Skrzyńska, Monika Dac, Magorzata Kąkiel, Alina Machala
Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa, 2018

niedziela, 26 listopada 2017

Opuszczony dom - czyli historia o tym, jak wyciągnąć pomocną łapę


Na początek zaznaczę, że jeśli chcecie wziąć się za przeczytanie serii "Bajka na końcu świata" (bo naprawdę warto!), musicie zacząć od "Ostatniego ogrodu", czyli pierwszej części. Ja "Ostatni ogród" mam już za sobą i opisałam moje wrażenia tutaj.


Jestem przekonana, że ci, którzy przeczytali pierwszą część, pamiętają groźne "Uuu". To właśnie od owego "Uuu" zaczyna się druga część. Wiktoria i Bajka pędzą jak szalone, aby niebezpieczny dym je nie dopadł. O nie, dym już zmierza w ich kierunku, już prawie je dogania! Ufff, przyjaciółki zdołały uciec.


Dla niewtajemniczonych dodam, że Wiktoria jest dziewczynką z burzą czarnych loków, a Bajka to piękna i urocza sunia.


Wróćmy do przygód przyjaciółek. Dziewczynka nagle zaczyna kaszleć, kręci się jej w głowie i... bach! Mdleje. Na całe szczęście jest przy niej Bajka, która ma głowę na karku i wie, co zrobić. Otóż suczka zaciągnęła Wiktorię do tytułowego, opuszczonego domu. I to na dodatek z bardzo wygodnym łóżkiem!


Niestety, Wiktoria zachorowała i nocą nie może wypatrywać światełka od rodziców. Tak, jak w pierwszej części, przyjaciółki szukają rodziców dziewczynki i codziennie, każdej nocy, wypatrują światełka. To właśnie ono wskazuje im drogę, którą mają pokonać następnego dnia.


Gdy Bajka zagląda do opuszczonej kuchni, żeby poszukać czegoś do zjedzenia, natyka się na kocyk adopcyjny. To właśnie on przypomina jej o dawnych latach spędzonych w schronisku. Wtedy każda sobota była najlepszym dniem tygodnia, gdyż to właśnie ona była dniem adopcji. Teraz Bajka ma swoją panią i zarazem najlepszą przyjaciółkę, Wiktorię, dziewczynkę z czerwoną czapeczką na głowie, a pod czapeczką - z burzą czarnych loczków!


Po wspominaniu schroniska, czyli wiecznego czekania na właściciela, Bajka przypomina sobie, po co tutaj przyszła. Sunia słyszy jakieś głosy, a jak się po chwili okazało, wypowiadały je smakowite ciastka z czekoladą (tak, w tym komiksie występują gadające ciastka, lecz to nie pierwszy cudaczny moment w "Opuszczonym domu"). Całej historii z owymi ciastkami Wam nie opowiem. Mam nadzieję, że poznacie ją sami!


Dodam jeszcze, że nie tylko Bajka wspominała tutaj dawne lata. Wiktoria zobaczyła zabawkę dinozaura na regale w opuszczonym domu. Przypomniał się jej tata, a konkretnie pewien spacer. Zapewne zadajecie sobie teraz pytanie, czemu akurat mały, zielony dinozaur wydobył jej ten moment z pamięci. Tego również Wam nie zdradzę, więc jest tylko jedno wyjście - musicie sięgnąć po "Opuszczony dom"!


Dla tych, którzy jeszcze nie do końca znają Bajkę i Wiktorię wspomnę, że są to najlepsze kumpelki na końcu świata, a może i nawet na całym świecie! Zawsze się wspierają. W potrzebnych sytuacjach wyciągają pomocne dłonie i łapy. To przykład najpiękniejszej przyjaźni, jaka może istnieć!


"Opuszczony dom" to komiks, ale nie taki byle jaki komiks. Wystarczy, że powiem Marcin Podolec. Już samo nazwisko mówi bardzo wiele. Pan Marcin wykonał kawał dobrej roboty, spisał się nawet i na kilka medali! Początkujący komikserzy, i nie tylko, mogą brać z niego przykład!


A Wy przenieście się w postapokaliptyczny świat Wiktorii oraz Bajki i mocno trzymajcie kciuki, aby przyjaciółki znalazły rodziców dziewczynki!

Tytuł - Bajka na końcu świata. Opuszczony dom
Tekst i ilustracje - Marcin Podolec
Wydawnictwo Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2017