Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marie Aubert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marie Aubert. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 marca 2021

Zabierz mnie do domu - czyli gdzie tak właściwie?


Historie. Anegdoty. Migawki z życia. Opowiadania. Stali czytelnicy mojego bloga na pewno wiedzą, że uwielbiam książki składające się z tego typu form. Kocham zagłębiać się w duszę człowieka poprzez opowieść o nim. Kocham poznawać jego uczucia oraz doświadczenia z przeszłości. Kocham rozczarowania, zdumienia i zachwyty, które towarzyszą mi podczas czytania jego przeżyć spisanych na kartkach książki. Kocham chwilę, kiedy mogę odnaleźć w nim cząstkę siebie. Kocham wciąż pogłębianą więź, którą nieświadomie z nim buduję. Kocham zadamawiać się w jego świecie. Pozycje z historiami ludzi wprowadzają do mojego życia mnóstwo dobra. Do Waszego też? Mam nadzieję!


Prawie wszyscy znajomi Marii i Johana byli już rodzicami. Maria i Johan bardzo cenili sobie swoją niezależność. Jedli długie, leniwe śniadania, chodzili na nocne imprezy, upijali się, odwiedzali kina i bawili się na koncertach. Jednak - wbrew pozorom - nie chcieli pozostać bezdzietni. Zamierzali mieć dziecko, ale za każdym razem się nie udawało. Gdy wybrali się do lekarza, okazało się, że pozostała im tylko jedna możliwość. Adopcja. Wyjechali za granicę do pewnego domu dziecka. Jasno nakreślili, że poszukują trzylatka. Och, gdybyście tylko zobaczyli szczęśliwą twarz Angela poznającego swoich nowych rodziców. Chociaż tak naprawdę to swoją nową mamę... Oprowadzał Marię po kolekcji zabawek, bawił się z nią, pozwalał jej nosić się na rękach i tak naprawdę był bardzo grzeczny. Co w tym czasie robił Johan? Spędzał czas z innymi dziećmi. Zapewne nie był świadomy, jak ogromną wyrządza im krzywdę. Bo przecież on wróci do Norwegii z Marią i Angelem. A one zostaną tutaj same. I cały czas będą chciały zwrócić na siebie uwagę dorosłych odwiedzających dom dziecka.


Bjørnar ma dwójkę dzieci i żonę. Aktualnie cała trójka wypoczywa na zachodnim wybrzeżu, a on korzysta z "chwili wolności". Jest na imprezie u przyjaciół. Siedząc przy stole w ogrodzie, popija winem grillowane mięso. Kiedy już kończy swój posiłek, widzi ją. Od razu wie, że to ona. W końcu mówią o niej całe Stany. Wszyscy wiedzą, że niedawno wyszła z więzienia. Większość twierdzi, że niesłusznie i zapewne miała jakieś układy. Głośno o niej w telewizji i prasie. Ludzie w sklepie skupiają na niej swój wzrok. Niektórzy nawet omijają ją szerokim łukiem lub rzucają w jej kierunku niemiłe teksty. Będąc w więzieniu, nawet nie zdawała sobie sprawy ze swojej popularności. Kiedy wróciła do domu, prawie w ogóle nie wyściubiała z niego nosa. Media zrujnowały jej życie. Czy słusznie? I chwila, chwila... Kim tak właściwie jest ta kobieta?


Ellen i Mina ogromnie się kochały. Po przyjacielsku. Razem się wygłupiały, zagadywały do chłopaków w klubach i oglądały filmy pod jednym kocem. Były nierozłączne. Niczym papużki. Jednak do czasu. Do czasu, w którym Ellen poznała Sigurda. Zakochała się w nim do szaleństwa. Nawet podczas wakacji z Miną w Barcelonie, Ellen spędzała więcej czasu ze swoim chłopakiem niż z przyjaciółką. Mimo tego, że Mina siedziała na przeciwko niej, Ellen i tak myślami, duchem i esemesami była z Sigurdem. Pewnie się domyślacie, jak bardzo ucierpiała na tym relacja dwóch przyjaciółek. Mina czuła się okropnie samotna. Przez cztery lata każdą wolną chwilę spędzała z Ellen. Nie łudziła się, że tak będzie zawsze. Znała prawdę. Ale nigdy nie sądziła, że niemal zupełnie zniknie z jej życia. Dwie papużki nierozłączki. Ellen i Sigurd. Już nie Ellen i Mina. Jak daleko może posunąć się zagubienie jednej z nich? I do czego może doprowadzić?


Henrik pracował jako pielęgniarz. Często porównywał swój szpital z tym, w którym jego niewielki braciszek spędził osiem dni. Na oddziale Henrika w każdej sali leżały zazwyczaj trzy lub cztery wcześniaki. Henrik je oglądał. Patrzył na ich maleńkie główki i paluszki. Na zamknięte oczka i nerwowo ruszające się nóżki. Czasem do wcześniaków przychodziło rodzeństwo. Stawało na palcach, opierało się na rękach mamy lub taty i patrzyło na noworodki. Henrik też tak kiedyś robił. Z poważną miną wpatrywał się w swojego brata. Jego braciszek był wcześniakiem. Liczył zaledwie osiem dni, kiedy zmarł. Trzynastego stycznia. Nieco później mały Henrik zobaczył w telewizji program o tym, że w pewnym szpitalu kradziono wcześniaki, a później mówiono ich rodzicom, że dziecko umarło. Czyżby jego mały braciszek żył? Może Henrikowi uda się go odnaleźć i mama już nie będzie taka smutna? Od tamtej pory Henrik bardzo uważnie przyglądał się każdemu mijanemu chłopcu. I trzeba przyznać, że wyciągał bardzo pochopne wnioski.


Kilkuletnia Maja ma dwa domy. Dom mamy i dom taty. Zdecydowanie bardziej woli przebywać w tym pierwszym. Już od chwili przekroczenia jego progu przytula mamę, daje jej całusy i za nic w świecie nie może się od niej odkleić. Z tatą jest inaczej. Można by powiedzieć, że zupełnie odwrotnie. A najgorsze są poranki. Maja robi się wtedy okrutnie markotna. Nie podoba się jej bluza. Nie smakuje jej pasta do zębów. Nie lubi łóżka, w którym śpi. Nie chce mieć na sobie wczorajszych rajstop. Kiedy tata każe jej jak najszybciej wychodzić, ponieważ już są spóźnieni do szkoły, Maja go bije, kopie i popycha. Krzyczy: "głupi tata, głupi tata". Jest już zmęczona swoim krzykiem. Tata również ma dość. Puszczają mu nerwy i robi coś bardzo złego. Rzecz niemal niewybaczalną.


Jeśli czytaliście książkę "Dorośli", na pewno wiecie, że Marie Aubert perfekcyjnie potrafi kreślić portrety ludzi. Jej pozycja "Zabierz mnie do domu" w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej potwierdza tę tezę. Dziewięć rozdziałów. Każdy z nich skupiony na innej osobie, na innym charakterze. Każdy z nich to wycięty kawałek z życia uzupełniony o migawki z przeszłości. Bohaterów rozdziałów łączy wiele, natomiast różni podejście do domu. Niektórzy go unikają. Niektórzy za nim tęsknią. Inni go kochają. A jeszcze inni dopiero do niego wracają. Dom to dla nich nie tylko cztery ściany. Dom to także rodzina i bliscy. Relacje z nimi nie zawsze są łatwe. Marie Aubert doskonale o tym wie.


Odwiedźcie dom Solviega, Kathinki, Mathiasa i Ellinor. Myślę, że gościna się Wam spodoba.


Tytuł - Zabierz mnie do domu
Tekst - Marie Aubert
Przekład - Karolina Drozdowska
Wydawnictwo Pauza, Warszawa, 2021

niedziela, 14 czerwca 2020

Dorośli - czyli czy na pewno dorośli?


Macierzyństwo. Z książek, filmów, opowieści i własnych obserwacji mogę stwierdzić, że rola mamy wcale nie należy do tych najłatwiejszych. Najpierw pociecha nie może opuszczać matczynego pola widzenia. Pasją wielu maluchów jest wtedy głośny (naprawdę głośny!) płacz, przez co sen zajmuje mamom zaledwie jedną szóstą dnia. Następnie nadchodzi okres uderzania głową o grzejniki i zabawki oraz buszowania po zakamarkach wszystkich kontaktów elektrycznych. Kiedy dziecko zaczyna mówić, można nabawić się utraty głosu, ponieważ odpowiedziom na pytania nie ma końca! A później ponoć jest już tylko gorzej. To oczywiście macierzyństwo pokazane z niezbyt przyjaznej strony. Plusów jest przecież cała góra. Ida marzyła o rodzinnych posiłkach, odwiedzinach i wygłupach ze swoimi dziećmi. Dlatego bardzo pragnęła zostać mamą. 

Ida jest architektką. Właśnie pracuje nad nowym, naprawdę sporym projektem. Trzy miesiące temu obchodziła swoje czterdzieste urodziny. Niezbyt hucznie. Zaprosiła zaledwie garstkę koleżanek do jednej z pobliskich knajp. Ida dostrzega już lekkie kroki wczesnej starości, na przykład głęboką, długą zmarszczkę nieopodal policzka, jednak to nie przeszkadza jej, aby czuć się młodo. Dba o swój wygląd oraz swoje zdrowie. Czasami staje przed lustrem, aby skontrolować wzrokiem, czy "trzyma wagę". I faktycznie, trzyma. Jej nogi wciąż pozostają szczupłe. To między innymi dlatego, że biega. Zazwyczaj rano. W samotności. Niedawno jej tempo znacznie się poprawiło. Zdarza się tylko, że Ida lekko nadużyje alkoholu. Lubi stan błogości i fałszywego spokoju, który ją wtedy ogarnia. Ale nie, spokojnie, nie jest uzależniona.

Jak już wcześniej wspomniałam, największym marzeniem Idy jest zostanie mamą. Jednak czterdziestolatka nie chce tworzyć niepełnej rodziny, składającej się z mamy i dziecka. Chce, aby jej potomek miał również tatę. I tutaj pojawia się problem. Kobieta za nic w świecie nie może odnaleźć mężczyzny, w którym mogłaby się zakochać. A jeśli taki się pojawia, ten ma już swoją partnerkę. Gdy Ida opowiada koleżankom o swoich przelotnych romansach, one przewracają oczami i rzucają niezbyt przyjemnymi słowami. Natomiast kiedy z wyczerpaniem na twarzy wspomina o braku miłości, koleżanki mówią, że ta nadejdzie w odpowiednim momencie. Jednak co właściwie oznacza ten "odpowiedni moment", który ma spaść niczym grom z jasnego nieba? I czy on naprawdę nadejdzie?

Nasza bohaterka zdaje sobie sprawę z tego, że już za kilka lat do jej drzwi może zapukać menopauza. A jeśli ona nie będzie się zbytnio spieszyła, to Ida z pewnością zostanie zaszczycona obecnością okresu okołomenopauzalnego, więc czasu na zajście w ciążę nie ma zbyt wiele. W końcu zdecydowała się zamrozić swoje jajeczka. Wybrała się do Szwecji, zarezerwowała tam uroczy hotel, a następnego dnia udała się do szpitala. Tam przywitał ją miły pan ginekolog, który z uśmiechem na twarzy oznajmił, że za kilka (a nawet kilkanaście lat) czterdziestolatka będzie mogła tutaj przyjść ze swoim chłopakiem, a wtedy zajście w ciążę będzie prostsze niż posmarowanie tosta masłem. Wszystko wskazywało na to, że zamrożenie jajeczek to wspaniała decyzja i nic nie stoi na jej przeszkodzie. Hm, czyżby?

Całkiem niedługo po wizycie w szpitalu, Ida oznajmiła w pracy, że wybiera się na urlop. I to taki nad słonecznym, norweskim fiordem! Wraz z siostrą, jej partnerem oraz jego dzieckiem będą świętować sześćdziesiąte piąte urodziny mamy. Właśnie, muszę to zaznaczyć - Ida ma młodszą siostrę. Martha jest strasznym leniem, który nie potrafi pracować nad swoim wybuchowym temperamentem. Zdecydowanie nadużywa uroku osobistego. Co kilka minut potrzebuje przerwy na odpoczynek. Nie przepada za sportem. Wciąż towarzyszy jej młodzieńczy tłuszczyk. Przez wszystkich bliskich jest postrzegana jako osoba, do której cały czas należy wyciągać pomocną dłoń. Mimo tego, że już jakiś czas temu wkroczyła do grupy osób po trzydziestce, mama wciąż traktuje ją nad wyraz pieszczotliwie. A co najgorsze dla Idy, Martha właśnie zaszła w ciążę. Po wielu latach starań. Ida nie mogła uwierzyć, że jej siostra ją wyprzedziła. Nie do wiary! "Dlaczego Marthie, która jest ode mnie gorsza, udało się zrobić coś, czego ja nie zrobiłam?" - myślała kobieta. Krew krążyła w jej organizmie trzy razy szybciej. Była napędzana złością i zazdrością.


Kiedy Martha odpoczywała w hamaku i gładziła się po swoim jeszcze płaskim brzuchu (choć w sumie wcale nie tak płaskim), Ida musiała zajmować się kilkuletnią Oleą. Tata dziewczynki, czyli mąż Mathy, krzątał się w kuchni i próbował okiełznać tamtejszy bałagan. Olea traktowała Idę jak swoją najlepszą przyjaciółkę. Zresztą tak również ją nazywała. Uwielbiała spędzać z nią czas - bawić się w malutkim domku w ogródku, czesać zabawkowe kucyki oraz czytać niedługie opowiadania. Dziewczynka odnalazła w kobiecie swoją mamę, której jej brakowało. Natomiast kobieta odnalazła w dziewczynce swoje dziecko, którego tak bardzo jej brakowało. Można powiedzieć, że Ida cieszyła się z tego, że Martha nie zajmowała się swoją przybraną córką. Tworzenie więzi z tak małym człowiekiem sprawiało jej ogromną radość. Wieczorne usypianie dziewczynki stało się jednym z jej ulubionych rytuałów. 

Obchodzenie urodzin mamy. Wakacje nad fiordem. Popijanie musującego wina. Obieranie świeżych krewetek. Morskie wyprawy na statku. Czas z rodziną. Ciepłe wieczory w ogrodzie. Brzmi to niezwykle przyjemnie, prawda? Jednak wspomniane przyjemności chowają się na drugi plan. Podczas tych wakacji wychodzą na powierzchnię problemy, które wszyscy bliscy dusili w sobie przez lata. Rodzinny dom nad fiordem przestaje być ostoją spokoju i miejscem relaksu. Ten urlop znacząco różni się od wszystkich pozostałych urlopów Idy. Obcowanie z siostrą i mamą stało się kluczem otwierającym furtkę do przeszłości. Do Idy wracają bolesne wspomnienia z dzieciństwa. Kobieta przypomina sobie również o niesprawiedliwości oraz nierówności, z jaką musiała się mierzyć już we wczesnych latach życia. Obraz o beztroskim lecie, z którym spotykamy się na początku książki, pod koniec zmienia się w salwę niespodziewanych wydarzeń.

Czytając pozycję "Dorośli" czujemy się, jakby autorka, Marie Aubert, siedziała przed nami z lemoniadą w ręku i opowiadała nam historię. Historię bardzo uniwersalną. Jestem przekonana, że przydarzyła się ona wielu rodzinom. Jednak prostota tej opowieści urzeka czytelnika, intryguje go. Pisarce z ogromną lekkością udało się opisać uczucia, które drzemią w każdym z nas, a o których wstydzimy się mówić. "Dorośli" to książka na dwa wieczory, ewentualnie jeden długi. Na ponad stu czterdziestu stronach zapisana jest prawda o poczuciu własnej wartości, miłości  (a właściwie jej braku) oraz relacjach, nie tylko tych rodzinnych. Wiem już, że ta książka pozostanie w moim sercu na naprawdę długi czas i śmiało mogę stwierdzić, że zdecydowanie będzie szczytowała na mojej liście genialnych pozycji. Ach, i jeszcze ta okładka!

Tytuł - Dorośli
Tekst - Marie Aubert
Przekład - Karolina Drozdowska
Wydawnictwo Pauza, Warszawa, 2020