Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agata Napiórska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agata Napiórska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 października 2019

Jak oni pracują 2 - czyli odwiedzając trzydzieści siedem domów i pracowni


Artyści. Indywidualiści. Wolni strzelcy. Freelancerzy. Panie i panowie swojego czasu. Ich szefem jest deadline, a pracą - pasja. Wydaje nam się, że prowadzą lekkie i przyjemne życie, a ich pensje zawierają sporą ilość zer. Wstają około południa, pracują kilka minut, a nocami włóczą się po mieście. To nieprawda. Zazwyczaj są pracoholikami, swoje zawody stawiają na pierwszym miejscu. Często brakuje im drugiej doby. Albo snu.

Zacznijmy od Joanny Karpowicz, malarki i autorki komiksów. Pani Joanna jest uzależniona od światła. Funkcjonuje wraz z jego rytmem. Wstaje dość wcześnie, aby na siódmą być już w pracowni. Z pracą idzie od lewej do prawej, tak jak słońce. Najpierw stoi przy sztaludze, później przenosi się do podniesionego biurka. W okolicach dziesiątej słońce pojawia się także na biurku, więc pani Joanna ląduje jeszcze w innym miejscu. Po południu zabawa w berka się kończy, bo ostre światło przechodzi na drugą stronę domu. Pani Joanna twierdzi, że sport jest ważny dla artysty, więc pływa, biega i spaceruje po lesie. Czasami jeździ też na rowerku stacjonarnym. Podczas tych czynności dokładnie układa swoje ilustracje w głowie. Później gotowe pomysły przenosi na płótno lub papier. Podczas pracy musi się odciąć, nikt nie może się kręcić w jej pracowni. Uwielbia farby akrylowe, natomiast nienawidzi olejnych. Kończy malować zazwyczaj wieczorem. Po tak zwanej brudnej pracy, czekają na nią maile, prysznic i spanko.

Jedną z osób, które zajmują się pisaniem (nie tylko odpisywaniem na maile) jest Anna Dziewit-Meller. Punktualność to jej drugie imię. Umowa głosi, że felieton do tygodnika musi być gotowy na piątek, jednak ona wysyła go już w czwartek. Jeśli z jakiegoś powodu nie zdąży do czwartku, otrzymuje od redaktora wiadomość o treści "czy wszystko w porządku?". O tekście do napisania zaczyna myśleć już w poniedziałek. Niekiedy zdarza się, że inspiracją jest książka przeczytana w weekend albo film obejrzany w niedzielny wieczór. Najtrudniejsze jest znalezienie tematu. Kiedy już jakiś wpadnie do głowy, pani Ania zapisuje go w specjalnym notesie, koniecznie w linie. Zazwyczaj zaczyna swoją pracę około dziewiątej. Tworzy i spotyka się z rozmówcami przez siedem godzin. Ale czasami zdarzają się takie sytuacje, że musi wyjechać na tydzień, aby skończyć książkę.

Odwiedźmy teraz żoliborskie mieszkanie Malwiny Konopackiej - pani od ceramiki i wszystkiego, co się z nią łączy. Pani Malwina wciąż dąży do uproszczenia formy. Obiekty ceramiczne są według niej dobrym tłem dla ilustracji. Od trzech lat zajmuje się wazonami. Niektóre "okazy" liczą ponad sto centymetrów. Różnią się od siebie stylami, kolorami, kształtami i motywami przewodnimi. To rzemiosło z krwi i kości. Pani Malwina niekiedy nawet nie ma czasu, aby wpisać terminy spotkań do kalendarza. To głównie dlatego, że pracuje w domu z Tereską, jej nieco ponad roczną córką. Kiedy ją karmi lub wychodzi na spacer, dokładnie obmyśla swoje projekty. Wie, że gdy usiądzie do komputera będzie miała zaledwie garstkę minut. Podczas pracy manualnej nigdy nie używa ekierek i linijek. Lubi odręczną, nieco krzywą kreskę. Taką, która pokazuje, że dany wazon stworzył człowiek, a nie maszyna.


Sądzę, że Moniki Brodki nie muszę nikomu przedstawiać. Jak wygląda jej dzień bez koncertu? Wokalistka uwielbia spać, dlatego wstaje około dziewiątej. Pobudki o siódmej w wieku szkolnym były dla niej mordęgą (nie dziwię się!). Jednak czasami dwa koty przeszkadzają w wyspaniu się. W domu mobilizacja jest dla pani Moniki bardzo trudna, mało tam tworzy. Dom kojarzy jej się z odpoczynkiem. Mimo tego ma tam pracownię. To mały pokoik wypełniony instrumentami. Gdy pani Monika nie pracuje nad płytą, raczej tam nie zagląda. No dobra, czasami tam sprząta. Mówi, że ma dziwne natręctwa. Na przykład po dłuższej nieobecności w mieszkaniu, zanim jeszcze się rozpakuje, musi mieć czysto. Zdarza się jej także przestawiać meble. Teksty piosenek, które znalazły się na ostatniej płycie powstawały nie w małym pokoiku, a w Los Angeles. Kiedy u nas była zimna, Monika Brodka opalała się na balkonie.

Kojarzycie studio o nazwie Tartaruga? Jedną z dwóch dziewczyn, które go tworzą jest Wiktoria Podolec. Pani Wiktoria nastawia sobie budzik na raczej wczesną godzinę. Kiedy wstaje późno, ma wrażenie, że zmarnowała kawałek swojego dnia. Sprawdza maile, je śniadanie i pije herbatę z miodem i dużą ilością cytyny - to jej rytuał. Cały czas obiecuje sobie, że będzie w pracowni o dziewiątej, ale zazwyczaj zaczyna pracę o dziesiątej. Podczas drogi z domu do pracowni szaleje w parku z suczką Bajką, z którą spędza praktycznie cały dzień. Studiowała wzornictwo. Właśnie tam wraz z koleżanką Jadzią zainteresowały się kilimami. Jak się to robi? Najpierw trzeba przygotować osnowę. To najważniejsza część tkaniny. Na jeden kilim o szerokości stu centymetrów przypada dwieście nitek osnowy. Każdą nitkę trzeba przeciągnąć przez odpowiadającą jej szczelinę w grzebieniu tkackim. Później następuje jeszcze kilka czasochłonnych etapów. Cały proces trwa około trzech dni. I po tym wszystkim można przystąpić do tkania. Oczywiście to słowa pani Wiktorii, nie myślcie sobie, że jestem taka mądra. Trudno mi uwierzyć w to, że jeden dywanik zajmuje kilka tygodni pracy! Strasznie długo. Współczuję dłoniom pani Wiktorii.

Przeniesiemy się teraz do domu Dawida Ryskiego w Puławach. Po siedmiu latach pracy w warszawskim banku pan Dawid postanowił rozpocząć karierę ilustratora na pełen etat. A nawet na dwa etaty. Rysowanie w domu nie sprzyja pracy w określonych godzinach. Zawsze znajdzie się chwila, żeby odpisać klientom, nanieść poprawki czy też rozpocząć szkic nowej ilustracji. Szkic oczywiście na tablecie, bo pan Dawid już jakiś czas temu odstawił metody analogowe. Aktualnie najwięcej robi plakatów, chociaż i tak mniej niż dwa lata temu. To prawdziwy pracoholik. Posiada jeszcze drugą pasję - granie na perkusji. Czyli do rysowania dochodzą jeszcze próby. Pan Dawid przyznaje, że ma bardzo wyrozumiałą żonę. Pani Anula odgania od niego synów, gdy pracuje. No tak - wsparcie przede wszystkim.

"Jak oni pracują 2" (bo o tej książce dzisiaj mowa) to kontynuacja rozmów Agaty Napiórskiej z polskimi twórcami. Ja jestem znana z tego, że kocham wywiady, więc ta pozycja idealnie trafiła w moje gusta! Rozmówcami pani Agaty są: Katarzyna Kozyra, Barbara Falender, Agata Bogacka, Marcin Wicha, Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Joanna Karpowicz, Mirella von Chrupek, Maurycy Gomulicki, Wojciech Chmielarz, Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Justyna Bednarek, Tomek Samojlik, Jacek Hugo-Bader, Angelika Kuźniak, Tadeusz Baranowski, Olga Wróbel i Daniel Chmielewski, Natalia Fiedorczuk-Cieślak, Olga Drenda, Alicja Długołęcka, Janusz Kapusta, Monika Brodka, Paulina Przybysz, Marcin Masecki, Wiktoria Podolec, Marcin Podolec, Ewa Bińczyk, Lidia Popiel, Jagoda Szelc, Dawid Ryski, Emilia Dziubak, Justyna Bargielska, Ania Kuczyńska, Marta Dymek, Zygmunt Miłoszewski. To łącznie trzydzieści siedem osób. Zacna gromadka!

Pędźcie do księgarń 30 października! Uwierzcie młodej czytelniczce - warto!

Tytuł - Jak oni pracują 2
Pytania - Agata Napiórska
Rozmówcy - Katarzyna Kozyra, Barbara Falender, Agata Bogacka, Marcin Wicha, Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Joanna Karpowicz, Mirella von Chrupek, Maurycy Gomulicki, Wojciech Chmielarz, Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, Justyna Bednarek, Tomek Samojlik, Jacek Hugo-Bader, Angelika Kuźniak, Tadeusz Baranowski, Olga Wróbel i Daniel Chmielewski, Natalia Fiedorczuk-Cieślak, Olga Drenda, Alicja Długołęcka, Janusz Kapusta, Monika Brodka, Paulina Przybysz, Marcin Masecki, Wiktoria Podolec, Marcin Podolec, Ewa Bińczyk, Lidia Popiel, Jagoda Szelc, Dawid Ryski, Emilia Dziubak, Justyna Bargielska, Ania Kuczyńska, Marta Dymek, Zygmunt Miłoszewski
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa, 2019

niedziela, 6 maja 2018

Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia - czyli (nie)zwykłe życie mistrza


Mogę się założyć, że każdy adorator dobrych książek (nie tylko dla dzieci!) znakomicie zna ilustracje Józefa Wilkonia. Ale czy każdy adorator dobrych książek znakomicie zna szczęśliwe przypadki tegoż właśnie artysty? Z tym może być różnie. Agata Napiórska chciała to zmienić i trzeba przyznać, że udało się jej to fantastycznie! Fanfary dla pani Agaty poproszę!


No dobrze, przejdźmy teraz do poważnych spraw. Było to kilkadziesiąt miesięcy temu. Właśnie wtedy pani Agata postawiła swoją stopę za progiem domu Józefa Wilkonia po raz pierwszy, przeprowadzała wywiady do książki "Jak oni pracują?", którą zresztą również przeczytałam i bardzo ją cenię. Od tamtej chwili wiedziała, że musi tam wrócić! Chciała, i wróciła. Odwiedziła pana Józefa trzydzieści dwa razy. Owocem tych spotkań stała się książka, długaśna rozmowa o życiu Józefa Wilkonia. Bo jak się później okazuje, pan Józef jest nie tylko mistrzem ilustracji, jest także mistrzem życia.



12 lutego 1930 roku w Bogucicach, nieopodal Wieliczki, przyszedł na świat mały brzdąc, który otrzymał swoje imię po dziadku. Józef Wilkoń. Jego pierwszym wspomnieniem z dzieciństwa jest pożar. Pan Józef przyznaje, że wtedy mu się to podobało. Czuł ciepło, mama trzymała go w ramionach... same przyjemności. Na całe szczęście, nikt nie zginął. Ale na całe nieszczęście, dom Wilkoniów spłonął. Był to zgrabny, stojący na poboczu domek ze stajnią. Na miejscu tego zgrabnego i niewielkiego domku postawiono nowy, murowany, porządny dom. Pan Józef zachował wiele zdjęć z nim. Jednym z nich jest fotografia ojca malującego na sztaludze. To właśnie ojciec zaraził mistrza pasją do sztuki.



Wspomniałam ciut o tacie, więc należałoby napisać o mamie. Przybliżę taki oto cytat: "Jeśli jest we mnie trochę dobroci, jest to dobroć oddziedziczona po matce. Choć po ojcu też, on był cholerykiem o złotym sercu.". Pierwsze zdanie świadczy o tym, jak bardzo pan Józef kochał swoją matkę. Szanował także jej zdanie. Kiedy mama powiedziała, że młody Józef musi wracać do domu, on tak robił, choć bardzo przyjemnie spędzało mu się czas w towarzystwie swoich kolegów.



Czas na kolejną - i moją ostatnią, ponieważ nie chcę zdradzać Wam zbyt wiele - historię z dzieciństwa pana Józefa! Otóż jest ona związana z pewnym czworonożnym przyjacielem. Myślicie teraz zapewne, że jest to piesek, prawda? Ha, jeśli tak, mylicie się! Jest to... krówka! Przesympatyczna Pyzia z charakterystyczną białą gwiazdką na czarnej głowie. Ilekroć pan Józef spojrzał na stado krów, od razu wiedział, która jest jego Pyzią. A miłość do zwierząt pozostała w sercu naszego mistrza do dnia dzisiejszego.



Przenieśmy się teraz do czasu wojny. Jak się zapewne domyślcie, nie był to łatwy czas dla pana Józefa i jego rodziny. Był to czas bez ojca, więc mama pana Józefa musiała zostać sama z szóstką dzieci. A jakby tego było mało, Wilkoniowie ukrywali w swoim domu Żydów. Jestem pewna, że wiecie, czym to groziło. Opowiem Wam jedno z wielu bardzo niebezpiecznych przeżyć. Młody Józef prowadził rodzinę żydowską. Myślał, że zostanie niezauważony. Niestety, został. Zauważył go jeden z chłopców z jego klasy. Na drugi dzień powiedział o tym na głos w szkole. Pan Józef przeraźliwie się bał, że ktoś to zgłosi, ale szczęśliwie nic się takiego nie stało. To kolejny (jeden z tytułowych) przypadek Józefa Wilkonia.




Rok tysiąc dziewięćset czterdziesty dziewiąty. Józef Wilkoń, najprawdopodobniej jako jedyna osoba, studiuje dwa kierunki równocześnie. Jako dziewiętnastolatek pan Józef dostał się na Akademię Sztuk Pięknych oraz Uniwersytet Jagielloński - na historię sztuki. I wyobraźcie sobie, że posiada magisterium obu uczelni! To musiała być bardzo ciężka praca. Profesorowie tolerowali spóźnienia pana Józefa. Ha, kolejne wielkie szczęście! No ale trzeba przyznać, że pan Józef to zuch chłopak!



Przeszedł czas na miłość od pierwszego wejrzenia. Wydarzyło się to sześć lat po rozpoczęciu studiów. Właśnie w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym drzwi mieszkania kolegi pana Józefa otworzyła piękna kobieta o blond włosach. Na początku pan Józef myślał, że to żona kolegi. Od razu mu się spodobała, no ale przecież ona była mężatką. Dopiero później uświadomił sobie, że to siostra żony kolegi. Och, jakie wielkie szczęście! Potem sprawy potoczyły się same. No i tak się złożyło, że Małgosia i Józef pobrali się w grudniu tego samego roku.



Kiedy na świat przyszedł syn pana Józefa, trzeba było utrzymać rodzinę. Józef Wilkoń poszedł ze swoją teką do wydawcy i bach, udało się! Michał Bylina powiedział redaktorom, że ten oto młody i niezwykle uzdolniony człowiek musi zrobić dobrą książkę! I tak się też stało. Pan Józef zaraz dostał zlecenie na swoją pierwszą kolorową książkę dla dzieci - "O kotku, który szukał czarnego mleka". To właśnie z tej książki bardzo wiele osób zna pana Wilkonia.




Mistrz miał również szczęście, jeśli chodzi o kolegów z branży. Spotkał odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie. Teraz są to ludzie legendy, każdy fan ilustracji, i nie tylko!, ich zna. Wymienię kilka nazwisk: Marcin Szancer, Janusz Stanny, Zbigniew Rychlicki, Franciszek Starowieyski, Teresa Wilbik. Fajnie byłoby spędzać czas z takimi osobami, prawda?



Nie chcę Wam ujawniać zbyt wiele, dlatego to będzie już ostatni przypadek, o którym napiszę. Pięćdziesiąt sześć lat temu Nasza Księgarnia ogłosiła konkurs na zilustrowanie "Szumu drzew" Staffa. Wydawnictwem kierował wtedy Michał Bylina, który przyjaźnił się z panem Józefem. Zaś kierownikiem pracowni graficznej był Zbigniew Rychlicki, także przyjaciel pan Józefa. W dzień rozstrzygnięcia konkursu pan Zbigniew zadzwonił do pana Józefa, aby przyniósł swoje prace na konkurs. Mistrz tłumaczył się, że te ilustracje są do niczego, a tak naprawdę - niczego nie miał. W końcu Rychlicki namówił go, aby 'przyniósł' swoje prace. Pan Józef siadł do biurka, kilka razy machnął pędzlem i zaniósł swoje ilustracje do redakcji. Była to godzina pierwsza, a o godzinie drugiej zadzwonił telefon z wiadomością, że wygrał konkurs.



Mistrz skromnie twierdzi, że jego życiem rządzi przypadek. Nawet jego mama mówiła, że jej syn jest w czepku urodzony. Ale czy tak jest naprawdę? Moim zdaniem, szczęście odgrywa bardzo ważną rolę w życiu pana Józefa, ale jego sukcesy to przede wszystkim ciężka praca. A teraz pan Józef jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych ilustratorów, nie tylko w Polsce. Warto poznać jego historię uzupełnioną ilustracjami oraz fotografiami pracowni, rzeźb oraz samego mistrza. "Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia" to książka dla dorosłych, pojawia się tam kilka brzydkich słów, ale myślę, że dzieci w moim wieku (a przypomnę, że mam lat jedenaście) śmiało mogą ją przeczytać.



A Wy sięgnijcie po tę pozycję, nie zwlekajcie!


Tytuł - Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia
Rozmowa - Agata Napiórska i Józef Wilkoń
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa, 2018

czwartek, 11 maja 2017

Wyprawa Shackletona - czyli drżyj załogo, Endurance już na południu!


Ernesta Shakletona już od dziecka ciągnęło w stronę południa. Narzekał na nauczycieli, lecz nie przeszkadzało mu to interesować się książkami, a zwłaszcza poezją. W wieku 16 lat opuścił szkołę i wyruszył na morze, a podczas swoich wypraw wspierał załogę na duchu właśnie czytaniem. Shackleton podróżował, czytał i w 1914 roku postanowił zebrać załogę i popłynąć na... Antarktydę!


Shacketon wraz ze swoim zastępcą Frankiem Wildem spośród 5000 ochotników wybrał 26, aby pomagali i towarzyszyli mu w wyprawie na południe. Oprócz ludzi musiał rzecz jasna mieć statek, by nim popłynąć. Endurance już wpadł Shackletonowi w oko! Jego nazwa pochodziła od motta rodziny Shackletonów, a brzmiało ono: "Zwyciężymy wytrwałością". Ludzie... są! Statek... jest! A psy? Psy były tutaj niezbędne! Psy miały być silne i musiały posiadać grube futro. Z Kanady do Londynu wysłano ich aż 99, ale na wyprawę popłynęło 69.


Wabiły się między innymi: Alti, Alfons, Amundsen, Bob, Bosman, Bristol, Byczek, Całus, Caruso, Czajnik, Czarny, Elliot, Frytka, Gburas, Hackensmidt, Herkules, Jamie, Jasper, Jerry, Kangur, Kominiarz, Kropek, Kulas, Lampa, Luke, Lupoid, Małpa, Martin, Merkury, Niefart, Noel, Paddy, Pająk, Piotrek, Puszka, Rodger, Roy, Rozwód, Rufus, Rugby, Sadie, Sally, Sammy, Sadza, Samon, Sandy, Sędzia, Skrzat, Smutas, Steward, Szatan, Szekspir, Szpaner, Śliniak, Śliski Kark, Śnieżek, Śpiewak, Święty, Tim, Upton, Wilk, Zmiennik, Zuza, Żeglarz, Żołnierz.


Załoga Shackletona musiała zabrać ze sobą najróżniejsze przyrządy potrzebne do życia w mroźnych i niebezpiecznych warunkach - od nart i sań po koce i poduszki. Tak naprawdę ludzie na pokładzie Endurance 'zwiedzili' również inne wyspy, czyli na przykład Georgię Południową czy też Wyspę Słoniową (a na czym polegało zwiedzanie, powiedzieć Wam nie mogę, bo to opisane jest w książce). Jednak wszędzie było ciężko. Wszyscy cierpieli na odmrożenie i szkorbut, a mróz nie dawał spokoju. Paki lodowe wyglądały jak gigantyczne puzzle. Trudno się było przez nie przebić, choć załoga Shackletona była bardzo wytrzymała.


Czy Shackleton zdobył biegun południowy? Czy wszyscy dotarli cało? A może na statek Endurance wpadł pasażer na gapę? O tym dowiecie się po przeczytaniu tej historii. Co ważne, wszystkie przygody opisane w książce wydarzyły się naprawdę.


"Wyprawa Shackletona" została napisana i zilustrowana przez Williama Grilla. Jest to jego debiut książkowy. Książka jest równie fenomenalna jak "Wilki z Nowego Meksyku", którą poznałam jaką pierwszą. Autor do zilustrowania tej książek użył najzwyklejszych przyrządów, mianowicie kredek! Już same obrazki przykuwają naszą uwagę, a gdy czytamy i oglądamy w tym samym czasie... nie możemy wyjść z podziwu! Te ilustracje aż zapierają dech w piersiach. Nie są zbyt skomplikowane i być może to dlatego są tak rewelacyjne!


Na samym końcu książki mamy słowniczek. Podczas czytania musimy zwrócić szczególną uwagę na wyrazy napisane pogrubioną czcionką, a w słowniczku szukać ich znaczenia. Jednak nie tylko te pogrubione wyrazy są niełatwe, bo Agata Napiórska przekładając tę książkę na język zrozumiały dla Polaków zadbała o to, aby dzieci wzbogacały swoje słownictwo.



A może po przeczytaniu "Wyprawy Shackletona" Was także pociągnie na południe? Lecz proszę, nie złapcie odmrożeń i szkorbutu!

Tytuł - Wyprawa Shackletona
Tekst i ilustracje - William Grill
Tłumaczenie - Agata Napiórska
Wydawnictwo Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2015

środa, 8 marca 2017

Wilki z Nowego Meksyku - czyli drżyjcie jałówki, wilki idą!

Wilk Szary, Blanka i wataha - to jest właśnie grupa wilków, w której króluje Lobo. Wszyscy kowboje i hodowcy bydła pragnęli jego śmierci. Był on najsprytniejszym wilkiem w całej dolinie Currumpaw. Tubylcy Nowego Meksyku mieli z nim nie lada kłopot!


Farmerzy bali się, by do ich bydła nie przyczepiła się wataha nieustraszonego Lobo, dlatego mieszkańcy tej części Stanów Zjednoczonej Ameryki za głowę wilka postawili tysiąc dolarów. Pewnego dnia do Nowego Meksyku przybył ze swoimi psami strażnik Teksasu, a jego nazwisko brzmiało Tannery. Myślał, że to on zdobędzie wyznaczoną nagrodę. Niestety, musiał wrócić do Teksasu z pustymi rękami! Grupa wilków okazała się być sprytniejsza.


Następnego roku inni myśliwi pragnęli spróbować swych sił, lecz żadna z ich sztuczek nie była skuteczna. Tylko nam się wydaje, że do wilka wystarczy strzelić i od razu leży martwy. W tym przypadku tak nie było.

Do akcji wkroczył Ernest Thomson Seton, sprytny myśliwy, który przebył tysiące kilometrów, aby schwytać wilka. On się nie poddawał. Dzielnie dążył do celu. Miał mnóstwo pomysłów na Lobo i wciąż główkował, co by tu zrobić, żeby go uśmiercić.


Któregoś z wieczorów, przy kolacji, Seton dowiedział się, że bydło spłoszyło się i już podejrzewał kto mógł być sprawcą. To był dla niego dobry znak. Kowboj współpracujący z Setonem zauważył, że przed łapami króla wilków, były odbite także mniejsze łapy. To łapki Blanki - partnerki Lobo. To była niezbędna podpowiedź dla myśliwych. Już wiedzieli, jak mają przywabić władcę watahy na teren rancza, a tu nagle.... Nie, nie, nie! Przecież nie opowiem Wam całej książki. Sięgnijcie po nią sami! Nie ma się co wa(ta)hać. Naprawdę warto!


William Grill i napisał, i zilustrował tę opowieść. Oparta na faktach pozostaje w naszych sercach i mamy wątpliwości - czy jesteśmy po stronie wilków, czy też myśliwych. Ja osobiście bardzo lubię wilki tak, jak i psy, więc zapewne próbowałabym odgonić ludzi od pomysłu zabijania wilków. Niektórzy pewnie stanęliby po stronie Setona.

Ilustracje są znakomicie wykonane kredkami. Ich nie da się zapomnieć. Myślę, świetnie oddają jak wyglądał Nowy Meksyk w XV wieku. Oglądając obrazki wczuwamy się w rolę Lobo i innych wilków. Ci myśliwi, te tereny, konie, psy, wilki... ach, ta nasza dzika natura!


Na samym końcu znajduje się słowniczek, który mówi o zwierzynie, terenach i innych nowo meksykańskich wiadomościach. Po przeczytaniu słowniczka i obejrzeniu towarzyszących mu obrazków, nie wahamy się co jest czym.

Takie wilcze... auuu! na koniec, bo już czas na - tytuł: Wilki z Nowego Meksyku; autor tekstu i ilustracji: William Grill; tłumaczenie; Agata Napiórska
Wydawnictwo Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2017