niedziela, 6 maja 2018

Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia - czyli (nie)zwykłe życie mistrza


Mogę się założyć, że każdy adorator dobrych książek (nie tylko dla dzieci!) znakomicie zna ilustracje Józefa Wilkonia. Ale czy każdy adorator dobrych książek znakomicie zna szczęśliwe przypadki tegoż właśnie artysty? Z tym może być różnie. Agata Napiórska chciała to zmienić i trzeba przyznać, że udało się jej to fantastycznie! Fanfary dla pani Agaty poproszę!


No dobrze, przejdźmy teraz do poważnych spraw. Było to kilkadziesiąt miesięcy temu. Właśnie wtedy pani Agata postawiła swoją stopę za progiem domu Józefa Wilkonia po raz pierwszy, przeprowadzała wywiady do książki "Jak oni pracują?", którą zresztą również przeczytałam i bardzo ją cenię. Od tamtej chwili wiedziała, że musi tam wrócić! Chciała, i wróciła. Odwiedziła pana Józefa trzydzieści dwa razy. Owocem tych spotkań stała się książka, długaśna rozmowa o życiu Józefa Wilkonia. Bo jak się później okazuje, pan Józef jest nie tylko mistrzem ilustracji, jest także mistrzem życia.



12 lutego 1930 roku w Bogucicach, nieopodal Wieliczki, przyszedł na świat mały brzdąc, który otrzymał swoje imię po dziadku. Józef Wilkoń. Jego pierwszym wspomnieniem z dzieciństwa jest pożar. Pan Józef przyznaje, że wtedy mu się to podobało. Czuł ciepło, mama trzymała go w ramionach... same przyjemności. Na całe szczęście, nikt nie zginął. Ale na całe nieszczęście, dom Wilkoniów spłonął. Był to zgrabny, stojący na poboczu domek ze stajnią. Na miejscu tego zgrabnego i niewielkiego domku postawiono nowy, murowany, porządny dom. Pan Józef zachował wiele zdjęć z nim. Jednym z nich jest fotografia ojca malującego na sztaludze. To właśnie ojciec zaraził mistrza pasją do sztuki.



Wspomniałam ciut o tacie, więc należałoby napisać o mamie. Przybliżę taki oto cytat: "Jeśli jest we mnie trochę dobroci, jest to dobroć oddziedziczona po matce. Choć po ojcu też, on był cholerykiem o złotym sercu.". Pierwsze zdanie świadczy o tym, jak bardzo pan Józef kochał swoją matkę. Szanował także jej zdanie. Kiedy mama powiedziała, że młody Józef musi wracać do domu, on tak robił, choć bardzo przyjemnie spędzało mu się czas w towarzystwie swoich kolegów.



Czas na kolejną - i moją ostatnią, ponieważ nie chcę zdradzać Wam zbyt wiele - historię z dzieciństwa pana Józefa! Otóż jest ona związana z pewnym czworonożnym przyjacielem. Myślicie teraz zapewne, że jest to piesek, prawda? Ha, jeśli tak, mylicie się! Jest to... krówka! Przesympatyczna Pyzia z charakterystyczną białą gwiazdką na czarnej głowie. Ilekroć pan Józef spojrzał na stado krów, od razu wiedział, która jest jego Pyzią. A miłość do zwierząt pozostała w sercu naszego mistrza do dnia dzisiejszego.



Przenieśmy się teraz do czasu wojny. Jak się zapewne domyślcie, nie był to łatwy czas dla pana Józefa i jego rodziny. Był to czas bez ojca, więc mama pana Józefa musiała zostać sama z szóstką dzieci. A jakby tego było mało, Wilkoniowie ukrywali w swoim domu Żydów. Jestem pewna, że wiecie, czym to groziło. Opowiem Wam jedno z wielu bardzo niebezpiecznych przeżyć. Młody Józef prowadził rodzinę żydowską. Myślał, że zostanie niezauważony. Niestety, został. Zauważył go jeden z chłopców z jego klasy. Na drugi dzień powiedział o tym na głos w szkole. Pan Józef przeraźliwie się bał, że ktoś to zgłosi, ale szczęśliwie nic się takiego nie stało. To kolejny (jeden z tytułowych) przypadek Józefa Wilkonia.




Rok tysiąc dziewięćset czterdziesty dziewiąty. Józef Wilkoń, najprawdopodobniej jako jedyna osoba, studiuje dwa kierunki równocześnie. Jako dziewiętnastolatek pan Józef dostał się na Akademię Sztuk Pięknych oraz Uniwersytet Jagielloński - na historię sztuki. I wyobraźcie sobie, że posiada magisterium obu uczelni! To musiała być bardzo ciężka praca. Profesorowie tolerowali spóźnienia pana Józefa. Ha, kolejne wielkie szczęście! No ale trzeba przyznać, że pan Józef to zuch chłopak!



Przeszedł czas na miłość od pierwszego wejrzenia. Wydarzyło się to sześć lat po rozpoczęciu studiów. Właśnie w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym drzwi mieszkania kolegi pana Józefa otworzyła piękna kobieta o blond włosach. Na początku pan Józef myślał, że to żona kolegi. Od razu mu się spodobała, no ale przecież ona była mężatką. Dopiero później uświadomił sobie, że to siostra żony kolegi. Och, jakie wielkie szczęście! Potem sprawy potoczyły się same. No i tak się złożyło, że Małgosia i Józef pobrali się w grudniu tego samego roku.



Kiedy na świat przyszedł syn pana Józefa, trzeba było utrzymać rodzinę. Józef Wilkoń poszedł ze swoją teką do wydawcy i bach, udało się! Michał Bylina powiedział redaktorom, że ten oto młody i niezwykle uzdolniony człowiek musi zrobić dobrą książkę! I tak się też stało. Pan Józef zaraz dostał zlecenie na swoją pierwszą kolorową książkę dla dzieci - "O kotku, który szukał czarnego mleka". To właśnie z tej książki bardzo wiele osób zna pana Wilkonia.




Mistrz miał również szczęście, jeśli chodzi o kolegów z branży. Spotkał odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie. Teraz są to ludzie legendy, każdy fan ilustracji, i nie tylko!, ich zna. Wymienię kilka nazwisk: Marcin Szancer, Janusz Stanny, Zbigniew Rychlicki, Franciszek Starowieyski, Teresa Wilbik. Fajnie byłoby spędzać czas z takimi osobami, prawda?



Nie chcę Wam ujawniać zbyt wiele, dlatego to będzie już ostatni przypadek, o którym napiszę. Pięćdziesiąt sześć lat temu Nasza Księgarnia ogłosiła konkurs na zilustrowanie "Szumu drzew" Staffa. Wydawnictwem kierował wtedy Michał Bylina, który przyjaźnił się z panem Józefem. Zaś kierownikiem pracowni graficznej był Zbigniew Rychlicki, także przyjaciel pan Józefa. W dzień rozstrzygnięcia konkursu pan Zbigniew zadzwonił do pana Józefa, aby przyniósł swoje prace na konkurs. Mistrz tłumaczył się, że te ilustracje są do niczego, a tak naprawdę - niczego nie miał. W końcu Rychlicki namówił go, aby 'przyniósł' swoje prace. Pan Józef siadł do biurka, kilka razy machnął pędzlem i zaniósł swoje ilustracje do redakcji. Była to godzina pierwsza, a o godzinie drugiej zadzwonił telefon z wiadomością, że wygrał konkurs.



Mistrz skromnie twierdzi, że jego życiem rządzi przypadek. Nawet jego mama mówiła, że jej syn jest w czepku urodzony. Ale czy tak jest naprawdę? Moim zdaniem, szczęście odgrywa bardzo ważną rolę w życiu pana Józefa, ale jego sukcesy to przede wszystkim ciężka praca. A teraz pan Józef jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych ilustratorów, nie tylko w Polsce. Warto poznać jego historię uzupełnioną ilustracjami oraz fotografiami pracowni, rzeźb oraz samego mistrza. "Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia" to książka dla dorosłych, pojawia się tam kilka brzydkich słów, ale myślę, że dzieci w moim wieku (a przypomnę, że mam lat jedenaście) śmiało mogą ją przeczytać.



A Wy sięgnijcie po tę pozycję, nie zwlekajcie!


Tytuł - Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia
Rozmowa - Agata Napiórska i Józef Wilkoń
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa, 2018

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza