Maja Sołtysik. Czternastolatka. Czyta i wącha. Książki, rzecz jasna. A potem o nich pisze.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józef Wilkoń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józef Wilkoń. Pokaż wszystkie posty
sobota, 3 listopada 2018
Ten łokieć źle się zgina - czyli 11 wyrysowanych postaci
Kadra mistrzów polskiej ilustracji. Wciąż rozgrywa uporczywą walkę z brakiem czasu i nieprzyjaznymi sytuacjami z klientami. Ich codzienność wcale nie mieni się różowymi barwami - tak, jak mogłoby się nam wydawać. Ale spotykają ich też oczywiście o wiele bardziej miłe i przyjemne chwile, na długo pozostające w pamięci. Wygrana w prestiżowym konkursie, zlecenie od najsławniejszej amerykańskiej gazety, świetny odbiór nowej książki, gry czy kolekcji - na przykład ubrań. Chodźcie, dzisiaj będzie o ilustracji!
Sebastian Frąckiewicz. Wydaje mi się, że naprawdę trudno znaleźć osobę zatopioną w świecie literatury, komiksu oraz ilustracji, która nie słyszałaby o tym panu. W pewien październikowy dzień, rok temu, ukazała się pozycja "Ten łokieć źle się zgina. Rozmowy o ilustracji". Pierwsza część tytułu jest niezwykle interesującą zagadką. Powstrzymam swoje palce od napisania, jak brzmi rozwiązanie, co chyba w moim przypadku jasne. Natomiast druga część tytułu, tak zwany podtytuł, wyjaśnia nam, czego możemy się spodziewać sięgając po lekturę. Ale oczywiście nie w stu procentach.
Jedenastu autorów, jedenaście zupełnie odmiennych światów, jedenaście różnych rozmów. Od picturebooków, poprzez ilustracje na koszulkach, aż do projektowania postaci gier. Jan Bajtlik, Katarzyna Bogucka, Bohdan Butenko, Iwona Chmielewska, Emilia Dziubak, Bartłomiej Gaweł, Anna Halarewicz, Jan Kallwejt, Piotr Socha, Rafał Wechterowicz i Józef Wilkoń - to zacne grono, z którym mamy do czynienia w tej książce. Umówmy się, że uchylę rąbka tajemnicy opowieści niektórych z nich, dobrze?
Ale najpierw kilka słów o autorze. Można by rzec, że pan Sebastian dorastał w bibliotece. Wystarczyło, że zapłakał w przedszkolu i już go tam zaprowadzono. A dlaczego? Dlatego, że właśnie w bibliotece pracowała jego mama. Jak wszystkim wiadomo, książkożerstwo jest zaraźliwe, więc i pan Sebastian został nim zarażony. Już jako kilkulatek wyciągał z półek zakurzone książki. Najpierw je oglądał, a później, kiedy już posiadł tę umiejętność, czytał. Oglądanie było bardzo cenne. To dzięki niemu wychował się na ilustracjach mistrzów, takich jak Józef Wilkoń i Bohdan Butenko, także zresztą obecnych w naszym "Łokciu". I gdy w wieku przedszkolnym pan Sebastian wbił się do świata książek, do tej pory z niego nie wyszedł i raczej nigdzie się nie wybiera.
Zacznijmy od pani, której imię i nazwisko możemy ujrzeć tuż po wstępie. Emilia Dziubak zamiłowanie do sztuki, a szczególnie malarstwa, wyniosła z domu. To zamiłowanie ciągnęło się za nią każdego dnia do przedszkola, a później do szkoły. Jej mama zajmowała się malowaniem szyldów w całym Dęblinie - miejscowości, w której pani Emilia się wychowała. Swoje pierwsze projekty wykonała jako dziecko, pomagając mamie. Już w młodym wieku miała tak wyrafinowaną kreskę, że nikt nie spostrzegł, że dany szyld wyszedł spod ręki kilkulatki. Jako kilkunastolatka uczęszczała do liceum plastycznego w Nałęczowie. Mieszkała w internacie, który wszyscy znali z tego, że trzeba było przyklejać koce do szyb, aby zupełnie nie zamarznąć. Następnie, po liceum, studiowała... ha, i tu Was zdziwię, bo nie było to malarstwo. To w takim razie co, skoro nie malarstwo? O tym przekonajcie się sami. Teraz pani Emilia jest jedną z najbardziej rozchwytywanych ilustratorek, nie tylko w Polsce. Jej nasycone barwami i wielowarstwowymi narracjami ilustracje zachwycają każdą parę oczu!
Bum, bum, bum, przechodzimy do Piotra Sochy. Jego "Pszczoły" (napisałam o nich tutaj) oraz "Drzewa" (możecie również przeczytać o nich tu) to prawdziwe majstersztyki docenione na całym świecie. Jak się pewnie domyślacie, pan Piotr również rysował od wczesnego dzieciństwa. Ale na pewno nie spodziewacie się, że studiował... psychologię. Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Dla mnie również było to niemałym zaskoczeniem. Jednak pewien wykładowca otwarcie powiedział panu Piotrowi, że koniecznie musi spróbować dostać się na ASP. Pan Piotr nie tylko spróbował, ale również się dostał. Pracował między innymi ze znanym i wielbionym Januszem Stannym. Został przez niego hojnie wyróżniony, czemu się nie dziwię. Pan Piotr podkreśla też, że po wielu latach zrezygnował z drobnych detali. Nie mówi tego zresztą jako jedyny. Zabierają mnóstwo czasu i, zdaniem pana Piotra, są zbędne. A jednak "Pszczoły" to kunszt aż dwuletniej pracy i szczegółów tam co niemiara.
Sądzę, że tym razem pominiemy pana Józefa Wilkonia, choć jest to postać niezwykle interesująca. A pominiemy dlatego, że rozpisałam się o panu Józefie tutaj. Natomiast nie pominiemy osoby, która jest z panem Józefem związana. Jan Bajtlik, to właśnie on! Tak, to ten pan od "Typogryzmola" nagrodzonego Bologna Ragazzi Award. Dla niewtajemniczonych wspomnę, że to największe wyróżnienie, jeśli mowa o książkach dla dzieci. A pan Jan zdobył je już jako 26-latek. Talent i potencjał w młodym wieku wykrył u niego właśnie pan Józef Wilkoń. Zaproponował, aby pan Jan, a wtedy może już nie Janek, ale na pewno Jan, przyjeżdżał do niego na zajęcia. Tak też się stało. Siedzieli przy jednym stole. Józef Wilkoń robił swoje ilustracje do nowych książek, a Jan Bajtlik wykonywał ćwiczenia przygotowujące do egzaminu. To musiało być wspaniałe doświadczenie! I choć, jeśli chodzi o styl, panowie raczej nie mają wiele wspólnego, w środku pana Jana wciąż siedzą rady udzielone przez prawdziwego mistrza.
Kilka wydłużonych susów i uwaga, uwaga, skaczemy! Wylądowaliśmy tuż przy Katarzynie Boguckiej, która swoją drogę zaczęła od malarstwa. Profesorowie na studiach wciąż powtarzali jej, że za dużo opowiada w swoich obrazach, ale nasza studentka było niewzruszona i wciąż stała przy swoim. Od dziecka marzyła o tym, aby zostać malarką. Niestety, z każdym następnym dniem coraz bardziej uświadamiała sobie, że to nierealne. Patrzenie pani Kasi na książki uległo zmianie dzięki cotygodniowych zajęciach z Iwoną Chmielewską. Wtedy zrozumiała, że ilustracja to coś, czym naprawdę chce się zajmować. Jej pierwsza przygoda właśnie z tym związana to współpraca z Pan Tu Nie Stał. Rozkręcająca się firma połączyła swoje siły z rozrysowującą się ilustratorką. Jednak pani Kasia nie chciała znajdować się tylko i wyłącznie w szufladzie książek dla dzieci. Do dziś robi także plakaty, ilustracje na tkaniny i tapety. To również wzbogaca jej obfity warsztat. Gdy w domu pani Kasi pojawiło się łóżeczko i grzechotki, praca musiała zejścia drugi plan, ale bądźcie przygotowani na to, że wystartuje jeszcze niczym rakieta.
Teraz już ostatnia osoba, którą opiszę. To Iwona Chmielewska. Pewnie wszyscy z nas znają jej płynne, ale jakże mocne w przekazie, ilustracje. Pani Iwona wychowała się w Pabianicach. Miejscowość ta najmocniej kojarzy jej się z charakterystycznym zapachem na ulicach oraz bawełną tańczącą na wietrze. Często można zobaczyć te wspomnienia przeniesione na papier. I to niekoniecznie tylko na papier książek dla dzieci, dla dorosłych również. Pani Iwona podkreśla, że te pozycje - picturebooki, nie są tworzone tylko dla młodych czytelników. Powiedzenie, że ktoś jest za duży na ilustracje to przerażający infantylizm. W tej rozmowie był także poruszany wątek dostępu do książek oraz tematów, o których wiele osób sądzi, że nie są one zarezerwowane dla dzieci. Zdradzę jeszcze, że pani Iwona wychowała czworo dzieci i ma na swoim koncie blisko trzydzieści książek. Ilustrowanie połączyła razem z gotowaniem i sprzątaniem. Jak to pięknie ujęła, zależy jej na zakotwiczeniu się w codzienności.
Nie mam ani cienia wątpliwości, że "Ten łokieć źle się zgina" wchłonie nie tylko adoratorów ilustracji. Sebastian Frąckiewicz w jedenastu wywiadach pokazał nam przekrój polskiej ilustracji. Nie bał się zadawać pytań, których inny dziennikarz najprawdopodobniej nie odważyłby się zadać. Wcześniej nawet nie do końca zdawałam sobie sprawę, jak wiele może istnieć spojrzeń na pracę ilustratora. Teraz jestem o wiele bardziej świadoma trudu tej pracy. Ale nie bójcie się, zdania nie zmieniłam - w dorosłości dalej chcę ilustrować książki!
I Wy sięgnijcie po tę pozycję i odkryjcie, dlaczego łokieć źle się zgina.
Tytuł - Ten łokieć źle się zgina. Rozmowy o polskiej ilustracji
Wybór, wstęp i pytania - Sebastian Frąckiewicz
Opowieści i ilustracje - Jan Bajtlik, Katarzyna Bogucka, Bohdan Butenko, Iwona Chmielewska, Emilia Dziubak, Bartłomiej Gaweł, Anna Halarewicz, Jan Kallwejt, Piotr Socha, Rafał Wechterowicz, Józef Wilkoń
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2017
środa, 13 czerwca 2018
Wróble na kuble - czyli po rachunki z panem Józefem!
Wróble są ptaszkami, które spotykamy bardzo często. Wiele razy zdarza się, że spokojnie przechadzamy się spacerowym krokiem, zerkamy w kierunku pobliskich krzaków i dostrzegamy chowające się w nich wróbelki. Inny przykład. Podążamy w kierunku kubła na śmieci z workiem przepełnionym odpadami, zerkamy na wspomniany kubeł, a na nim siedzi cała masa wróbelków. Właśnie ten drugi przypadek opisał i zilustrował mistrz życia oraz ilustracji (o którym ciut więcej napisałam tutaj) - Józef Wilkoń! No cóż, tego pana chyba nie trzeba przedstawiać.
"Usiadł wróbel na kuble, kręci główką i zerka. - Sam jestem? Jeden? Wokół żadnego wróbelka". Taki tekst wita nas już na pierwszej stronie dzisiejszej pozycji. Po przeczytaniu tekstu nasz wzrok pada na ptaszka siedzącego na kuble, po czym spoglądamy na dużą, wyraźną, czerwoną jedynkę. Przewracamy kartkę. Czytamy o tym, że kolejny - drugi - wróbelek chce przyłączyć się do pierwszego. Chciał i dołączył. On także przysiadł na kuble. Za kilka chwil nadlatuje kolejny, trzeci. Ale spokojnie, dla niego także znajdzie się miejsce!
Po kilku minutach "trzy wróble siedzą na kuble". Zaraz przyleciał czwarty wróbelek z nieco zadartym ogonkiem. On także znalazł sobie miejsce, bez problemu. Nagle zza horyzontu wyłonił się wróbelek piąty. Ale czy i dla niego znalazło się miejsce na kuble? Hmn, i to jest zagadka! Mam nadzieję, że rozwiążecie ją sami trzymając książkę w ręku.
Dzisiejsza pozycja kierowana jest do młodych czytelników, początkujących adeptów ornitologii oraz do wielbicieli twórczości pana Wilkonia. "Wróble na kuble" są tak naprawdę wyliczanką, dzięki której najmłodsi niewątpliwie będą mogli nauczyć się - na przykład - liczyć. Adepci będą mieli przyjemność w śledzeniu losów naszych wróbelków, natomiast wielbiciele twórczości pana Józefa będą cieszyli swoje oko wilkoniowatą, zamaszystą kreską. W tej książce zagościła ona na między innymi na piórach wróbelków, co można dostrzec już po samej okładce. A, i jeszcze jedno. Bardzo możliwe, że osoby, które kiedyś wróbelków nie dostrzegały, po przeczytaniu książki nagle, zupełnie niespodziewanie, zaczną się za nimi rozglądać. Fajnie, prawda?!
Sięgnijcie po tę pozycję i sprawdźcie, ile tak naprawdę wróbelków siedziało na kuble ;)
Tytuł - Wróble na kuble
Tekst i ilustracje - Józef Wilkoń
Wydawnictwo Hokus-Pokus, Warszawa, 2018
niedziela, 6 maja 2018
Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia - czyli (nie)zwykłe życie mistrza
Mogę się założyć, że każdy adorator dobrych książek (nie tylko dla dzieci!) znakomicie zna ilustracje Józefa Wilkonia. Ale czy każdy adorator dobrych książek znakomicie zna szczęśliwe przypadki tegoż właśnie artysty? Z tym może być różnie. Agata Napiórska chciała to zmienić i trzeba przyznać, że udało się jej to fantastycznie! Fanfary dla pani Agaty poproszę!
No dobrze, przejdźmy teraz do poważnych spraw. Było to kilkadziesiąt miesięcy temu. Właśnie wtedy pani Agata postawiła swoją stopę za progiem domu Józefa Wilkonia po raz pierwszy, przeprowadzała wywiady do książki "Jak oni pracują?", którą zresztą również przeczytałam i bardzo ją cenię. Od tamtej chwili wiedziała, że musi tam wrócić! Chciała, i wróciła. Odwiedziła pana Józefa trzydzieści dwa razy. Owocem tych spotkań stała się książka, długaśna rozmowa o życiu Józefa Wilkonia. Bo jak się później okazuje, pan Józef jest nie tylko mistrzem ilustracji, jest także mistrzem życia.
12 lutego 1930 roku w Bogucicach, nieopodal Wieliczki, przyszedł na świat mały brzdąc, który otrzymał swoje imię po dziadku. Józef Wilkoń. Jego pierwszym wspomnieniem z dzieciństwa jest pożar. Pan Józef przyznaje, że wtedy mu się to podobało. Czuł ciepło, mama trzymała go w ramionach... same przyjemności. Na całe szczęście, nikt nie zginął. Ale na całe nieszczęście, dom Wilkoniów spłonął. Był to zgrabny, stojący na poboczu domek ze stajnią. Na miejscu tego zgrabnego i niewielkiego domku postawiono nowy, murowany, porządny dom. Pan Józef zachował wiele zdjęć z nim. Jednym z nich jest fotografia ojca malującego na sztaludze. To właśnie ojciec zaraził mistrza pasją do sztuki.
Wspomniałam ciut o tacie, więc należałoby napisać o mamie. Przybliżę taki oto cytat: "Jeśli jest we mnie trochę dobroci, jest to dobroć oddziedziczona po matce. Choć po ojcu też, on był cholerykiem o złotym sercu.". Pierwsze zdanie świadczy o tym, jak bardzo pan Józef kochał swoją matkę. Szanował także jej zdanie. Kiedy mama powiedziała, że młody Józef musi wracać do domu, on tak robił, choć bardzo przyjemnie spędzało mu się czas w towarzystwie swoich kolegów.
Czas na kolejną - i moją ostatnią, ponieważ nie chcę zdradzać Wam zbyt wiele - historię z dzieciństwa pana Józefa! Otóż jest ona związana z pewnym czworonożnym przyjacielem. Myślicie teraz zapewne, że jest to piesek, prawda? Ha, jeśli tak, mylicie się! Jest to... krówka! Przesympatyczna Pyzia z charakterystyczną białą gwiazdką na czarnej głowie. Ilekroć pan Józef spojrzał na stado krów, od razu wiedział, która jest jego Pyzią. A miłość do zwierząt pozostała w sercu naszego mistrza do dnia dzisiejszego.
Przenieśmy się teraz do czasu wojny. Jak się zapewne domyślcie, nie był to łatwy czas dla pana Józefa i jego rodziny. Był to czas bez ojca, więc mama pana Józefa musiała zostać sama z szóstką dzieci. A jakby tego było mało, Wilkoniowie ukrywali w swoim domu Żydów. Jestem pewna, że wiecie, czym to groziło. Opowiem Wam jedno z wielu bardzo niebezpiecznych przeżyć. Młody Józef prowadził rodzinę żydowską. Myślał, że zostanie niezauważony. Niestety, został. Zauważył go jeden z chłopców z jego klasy. Na drugi dzień powiedział o tym na głos w szkole. Pan Józef przeraźliwie się bał, że ktoś to zgłosi, ale szczęśliwie nic się takiego nie stało. To kolejny (jeden z tytułowych) przypadek Józefa Wilkonia.
Rok tysiąc dziewięćset czterdziesty dziewiąty. Józef Wilkoń, najprawdopodobniej jako jedyna osoba, studiuje dwa kierunki równocześnie. Jako dziewiętnastolatek pan Józef dostał się na Akademię Sztuk Pięknych oraz Uniwersytet Jagielloński - na historię sztuki. I wyobraźcie sobie, że posiada magisterium obu uczelni! To musiała być bardzo ciężka praca. Profesorowie tolerowali spóźnienia pana Józefa. Ha, kolejne wielkie szczęście! No ale trzeba przyznać, że pan Józef to zuch chłopak!
Przeszedł czas na miłość od pierwszego wejrzenia. Wydarzyło się to sześć lat po rozpoczęciu studiów. Właśnie w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym drzwi mieszkania kolegi pana Józefa otworzyła piękna kobieta o blond włosach. Na początku pan Józef myślał, że to żona kolegi. Od razu mu się spodobała, no ale przecież ona była mężatką. Dopiero później uświadomił sobie, że to siostra żony kolegi. Och, jakie wielkie szczęście! Potem sprawy potoczyły się same. No i tak się złożyło, że Małgosia i Józef pobrali się w grudniu tego samego roku.
Kiedy na świat przyszedł syn pana Józefa, trzeba było utrzymać rodzinę. Józef Wilkoń poszedł ze swoją teką do wydawcy i bach, udało się! Michał Bylina powiedział redaktorom, że ten oto młody i niezwykle uzdolniony człowiek musi zrobić dobrą książkę! I tak się też stało. Pan Józef zaraz dostał zlecenie na swoją pierwszą kolorową książkę dla dzieci - "O kotku, który szukał czarnego mleka". To właśnie z tej książki bardzo wiele osób zna pana Wilkonia.
Mistrz miał również szczęście, jeśli chodzi o kolegów z branży. Spotkał odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie. Teraz są to ludzie legendy, każdy fan ilustracji, i nie tylko!, ich zna. Wymienię kilka nazwisk: Marcin Szancer, Janusz Stanny, Zbigniew Rychlicki, Franciszek Starowieyski, Teresa Wilbik. Fajnie byłoby spędzać czas z takimi osobami, prawda?
Nie chcę Wam ujawniać zbyt wiele, dlatego to będzie już ostatni przypadek, o którym napiszę. Pięćdziesiąt sześć lat temu Nasza Księgarnia ogłosiła konkurs na zilustrowanie "Szumu drzew" Staffa. Wydawnictwem kierował wtedy Michał Bylina, który przyjaźnił się z panem Józefem. Zaś kierownikiem pracowni graficznej był Zbigniew Rychlicki, także przyjaciel pan Józefa. W dzień rozstrzygnięcia konkursu pan Zbigniew zadzwonił do pana Józefa, aby przyniósł swoje prace na konkurs. Mistrz tłumaczył się, że te ilustracje są do niczego, a tak naprawdę - niczego nie miał. W końcu Rychlicki namówił go, aby 'przyniósł' swoje prace. Pan Józef siadł do biurka, kilka razy machnął pędzlem i zaniósł swoje ilustracje do redakcji. Była to godzina pierwsza, a o godzinie drugiej zadzwonił telefon z wiadomością, że wygrał konkurs.
Mistrz skromnie twierdzi, że jego życiem rządzi przypadek. Nawet jego mama mówiła, że jej syn jest w czepku urodzony. Ale czy tak jest naprawdę? Moim zdaniem, szczęście odgrywa bardzo ważną rolę w życiu pana Józefa, ale jego sukcesy to przede wszystkim ciężka praca. A teraz pan Józef jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych ilustratorów, nie tylko w Polsce. Warto poznać jego historię uzupełnioną ilustracjami oraz fotografiami pracowni, rzeźb oraz samego mistrza. "Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia" to książka dla dorosłych, pojawia się tam kilka brzydkich słów, ale myślę, że dzieci w moim wieku (a przypomnę, że mam lat jedenaście) śmiało mogą ją przeczytać.
A Wy sięgnijcie po tę pozycję, nie zwlekajcie!
Tytuł - Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia
Rozmowa - Agata Napiórska i Józef Wilkoń
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa, 2018
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























