Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Socha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Socha. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 listopada 2018

Ten łokieć źle się zgina - czyli 11 wyrysowanych postaci


Kadra mistrzów polskiej ilustracji. Wciąż rozgrywa uporczywą walkę z brakiem czasu i nieprzyjaznymi sytuacjami z klientami. Ich codzienność wcale nie mieni się różowymi barwami - tak, jak mogłoby się nam wydawać. Ale spotykają ich też oczywiście o wiele bardziej miłe i przyjemne chwile, na długo pozostające w pamięci. Wygrana w prestiżowym konkursie, zlecenie od najsławniejszej amerykańskiej gazety, świetny odbiór nowej książki, gry czy kolekcji - na przykład ubrań. Chodźcie, dzisiaj będzie o ilustracji!

Sebastian Frąckiewicz. Wydaje mi się, że naprawdę trudno znaleźć osobę zatopioną w świecie literatury, komiksu oraz ilustracji, która nie słyszałaby o tym panu. W pewien październikowy dzień, rok temu, ukazała się pozycja "Ten łokieć źle się zgina. Rozmowy o ilustracji". Pierwsza część tytułu jest niezwykle interesującą zagadką. Powstrzymam swoje palce od napisania, jak brzmi rozwiązanie, co chyba w moim przypadku jasne. Natomiast druga część tytułu, tak zwany podtytuł, wyjaśnia nam, czego możemy się spodziewać sięgając po lekturę. Ale oczywiście nie w stu procentach.


Jedenastu autorów, jedenaście zupełnie odmiennych światów, jedenaście różnych rozmów. Od picturebooków, poprzez ilustracje na koszulkach, aż do projektowania postaci gier. Jan Bajtlik, Katarzyna Bogucka, Bohdan Butenko, Iwona Chmielewska, Emilia Dziubak, Bartłomiej Gaweł, Anna Halarewicz, Jan Kallwejt, Piotr Socha, Rafał Wechterowicz i Józef Wilkoń - to zacne grono, z którym mamy do czynienia w tej książce. Umówmy się, że uchylę rąbka tajemnicy opowieści niektórych z nich, dobrze?

Ale najpierw kilka słów o autorze. Można by rzec, że pan Sebastian dorastał w bibliotece. Wystarczyło, że zapłakał w przedszkolu i już go tam zaprowadzono. A dlaczego? Dlatego, że właśnie w bibliotece pracowała jego mama. Jak wszystkim wiadomo, książkożerstwo jest zaraźliwe, więc i pan Sebastian został nim zarażony. Już jako kilkulatek wyciągał z półek zakurzone książki. Najpierw je oglądał, a później, kiedy już posiadł tę umiejętność, czytał. Oglądanie było bardzo cenne. To dzięki niemu wychował się na ilustracjach mistrzów, takich jak Józef Wilkoń i Bohdan Butenko, także zresztą obecnych w naszym "Łokciu". I gdy w wieku przedszkolnym pan Sebastian wbił się do świata książek, do tej pory z niego nie wyszedł i raczej nigdzie się nie wybiera.

Zacznijmy od pani, której imię i nazwisko możemy ujrzeć tuż po wstępie. Emilia Dziubak zamiłowanie do sztuki, a szczególnie malarstwa, wyniosła z domu. To zamiłowanie ciągnęło się za nią każdego dnia do przedszkola, a później do szkoły. Jej mama zajmowała się malowaniem szyldów w całym Dęblinie - miejscowości, w której pani Emilia się wychowała. Swoje pierwsze projekty wykonała jako dziecko, pomagając mamie. Już w młodym wieku miała tak wyrafinowaną kreskę, że nikt nie spostrzegł, że dany szyld wyszedł spod ręki kilkulatki. Jako kilkunastolatka uczęszczała do liceum plastycznego w Nałęczowie. Mieszkała w internacie, który wszyscy znali z tego, że trzeba było przyklejać koce do szyb, aby zupełnie nie zamarznąć. Następnie, po liceum, studiowała... ha, i tu Was zdziwię, bo nie było to malarstwo. To w takim razie co, skoro nie malarstwo? O tym przekonajcie się sami. Teraz pani Emilia jest jedną z najbardziej rozchwytywanych ilustratorek, nie tylko w Polsce. Jej nasycone barwami i wielowarstwowymi narracjami ilustracje zachwycają każdą parę oczu!


Bum, bum, bum, przechodzimy do Piotra Sochy. Jego "Pszczoły" (napisałam o nich tutaj) oraz "Drzewa" (możecie również przeczytać o nich tu) to prawdziwe majstersztyki docenione na całym świecie. Jak się pewnie domyślacie, pan Piotr również rysował od wczesnego dzieciństwa. Ale na pewno nie spodziewacie się, że studiował... psychologię. Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Dla mnie również było to niemałym zaskoczeniem. Jednak pewien wykładowca otwarcie powiedział panu Piotrowi, że koniecznie musi spróbować dostać się na ASP. Pan Piotr nie tylko spróbował, ale również się dostał. Pracował między innymi ze znanym i wielbionym Januszem Stannym. Został przez niego hojnie wyróżniony, czemu się nie dziwię. Pan Piotr podkreśla też, że po wielu latach zrezygnował z drobnych detali. Nie mówi tego zresztą jako jedyny. Zabierają mnóstwo czasu i, zdaniem pana Piotra, są zbędne. A jednak "Pszczoły" to kunszt aż dwuletniej pracy i szczegółów tam co niemiara.


Sądzę, że tym razem pominiemy pana Józefa Wilkonia, choć jest to postać niezwykle interesująca. A pominiemy dlatego, że rozpisałam się o panu Józefie tutaj. Natomiast nie pominiemy osoby, która jest z panem Józefem związana. Jan Bajtlik, to właśnie on! Tak, to ten pan od "Typogryzmola" nagrodzonego Bologna Ragazzi Award. Dla niewtajemniczonych wspomnę, że to największe wyróżnienie, jeśli mowa o książkach dla dzieci. A pan Jan zdobył je już jako 26-latek. Talent i potencjał w młodym wieku wykrył u niego właśnie pan Józef Wilkoń. Zaproponował, aby pan Jan, a wtedy może już nie Janek, ale na pewno Jan, przyjeżdżał do niego na zajęcia. Tak też się stało. Siedzieli przy jednym stole. Józef Wilkoń robił swoje ilustracje do nowych książek, a Jan Bajtlik wykonywał ćwiczenia przygotowujące do egzaminu. To musiało być wspaniałe doświadczenie! I choć, jeśli chodzi o styl, panowie raczej nie mają wiele wspólnego, w środku pana Jana wciąż siedzą rady udzielone przez prawdziwego mistrza.


Kilka wydłużonych susów i uwaga, uwaga, skaczemy! Wylądowaliśmy tuż przy Katarzynie Boguckiej, która swoją drogę zaczęła od malarstwa. Profesorowie na studiach wciąż powtarzali jej, że za dużo opowiada w swoich obrazach, ale nasza studentka było niewzruszona i wciąż stała przy swoim. Od dziecka marzyła o tym, aby zostać malarką. Niestety, z każdym następnym dniem coraz bardziej uświadamiała sobie, że to nierealne. Patrzenie pani Kasi na książki uległo zmianie dzięki cotygodniowych zajęciach z Iwoną Chmielewską. Wtedy zrozumiała, że ilustracja to coś, czym naprawdę chce się zajmować. Jej pierwsza przygoda właśnie z tym związana to współpraca z Pan Tu Nie Stał. Rozkręcająca się firma połączyła swoje siły z rozrysowującą się ilustratorką. Jednak pani Kasia nie chciała znajdować się tylko i wyłącznie w szufladzie książek dla dzieci. Do dziś robi także plakaty, ilustracje na tkaniny i tapety. To również wzbogaca jej obfity warsztat. Gdy w domu pani Kasi pojawiło się łóżeczko i grzechotki, praca musiała zejścia drugi plan, ale bądźcie przygotowani na to, że wystartuje jeszcze niczym rakieta.


Teraz już ostatnia osoba, którą opiszę. To Iwona Chmielewska. Pewnie wszyscy z nas znają jej płynne, ale jakże mocne w przekazie, ilustracje. Pani Iwona wychowała się w Pabianicach. Miejscowość ta najmocniej kojarzy jej się z charakterystycznym zapachem na ulicach oraz bawełną tańczącą na wietrze. Często można zobaczyć te wspomnienia przeniesione na papier. I to niekoniecznie tylko na papier książek dla dzieci, dla dorosłych również. Pani Iwona podkreśla, że te pozycje - picturebooki, nie są tworzone tylko dla młodych czytelników. Powiedzenie, że ktoś jest za duży na ilustracje to przerażający infantylizm. W tej rozmowie był także poruszany wątek dostępu do książek oraz tematów, o których wiele osób sądzi, że nie są one zarezerwowane dla dzieci. Zdradzę jeszcze, że pani Iwona wychowała czworo dzieci i ma na swoim koncie blisko trzydzieści książek. Ilustrowanie połączyła razem z gotowaniem i sprzątaniem. Jak to pięknie ujęła, zależy jej na zakotwiczeniu się w codzienności.


Nie mam ani cienia wątpliwości, że "Ten łokieć źle się zgina" wchłonie nie tylko adoratorów ilustracji. Sebastian Frąckiewicz w jedenastu wywiadach pokazał nam przekrój polskiej ilustracji. Nie bał się zadawać pytań, których inny dziennikarz najprawdopodobniej nie odważyłby się zadać. Wcześniej nawet nie do końca zdawałam sobie sprawę, jak wiele może istnieć spojrzeń na pracę ilustratora. Teraz jestem o wiele bardziej świadoma trudu tej pracy. Ale nie bójcie się, zdania nie zmieniłam - w dorosłości dalej chcę ilustrować książki!

I Wy sięgnijcie po tę pozycję i odkryjcie, dlaczego łokieć źle się zgina.

Tytuł - Ten łokieć źle się zgina. Rozmowy o polskiej ilustracji
Wybór, wstęp i pytania - Sebastian Frąckiewicz
Opowieści i ilustracje - Jan Bajtlik, Katarzyna Bogucka, Bohdan Butenko, Iwona Chmielewska, Emilia Dziubak, Bartłomiej Gaweł, Anna Halarewicz, Jan Kallwejt, Piotr Socha, Rafał Wechterowicz, Józef Wilkoń
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2017

sobota, 21 lipca 2018

Drzewa - czyli książka literkami i listkami zapełniona


Wszyscy wiedzą, że drzewa od milionów lat odgrywają bardzo ważną rolę. Te kolosy wśród roślin nie tylko cieszą oczy miłośników przyrody. Między innymi, to także dzięki nim możemy oddychać. Są one również schronieniem wielu zwierząt, i nie tylko tych widzianych na pierwszy rzut oka! Drzewa to też źródło tak potrzebnego przecież drewna. Na ich przykładzie doskonale można pokazać moc natury. Próbka mocy? Proszę bardzo. Z jednego, malutkiego nasionka potrafi wyrosnąć ogromne drzewo, pod cieniem którego mógłby schować się nawet największy dinozaur! Zdarzają się nawet i takie na 43 hektary! Tak, ja też wybałuszyłam oczy, kiedy ujrzałam tę liczbę.
Wybierzmy się wspólnie do lasu! Weźmy po pachę butelkę z wodą i książkę "Drzewa", zapewniam Was, że się przyda. W drogę Moi Drodzy Czytelnicy!



Na samym początku przycupnijmy sobie przy banianie. Nie, nie będziemy zajadać się bananami. Jest wiele odmian banianów. Hmn, może wybierzmy ten z pniami, które powstały z wiszących korzeni naszego baniana. Na samym początku - kiedy ujrzałam ilustrację znajdującą się poniżej - od razu pomyślałam, że nasz banian to kilka drzew połączonych gałęziami. Ha, i byłam w dużym błędzie! To jedno drzewo, które ma tak bardzo rozłożyste gałęzie, że muszą one 'wytwarzać' sobie własne, małe pnie, dzięki którym będą mogły utrzymać się nad ziemią, a nie na niej. Trzeba przyznać, że sprytna to roślinka!



O, patrzcie, jaki świetny baobab! A wiecie, że jego baobabowy
 braciszek aktualnie jest niezwykle przytulnym pubem? Taki jest ogromny! Właśnie w ten sposób właściciel baobabu wykorzystał jedną z dwóch naturalnych grot w spróchniałym pniu. Druga jest piwniczką na wino. Wnętrze baobabu idealnie się do tego nadaje, ponieważ zawsze panuje w nim temperatura wynosząca 22°C. To musi być wielka frajda - wejść do środka drzewa!


W koronach drzew mieszka cała masa przeróżnych zwierząt. Moją szczególną sympatię wzbudziły dwa spośród przedstawionych - czepiak czarci oraz leniwiec trójpalczasty. Otóż czepiak ma trzy ręce. Tą trzecią jest chwytny ogon, którego używa, jak dodatkową rękę. Natomiast leniwiec... no cóż, zawsze mam słabość do słodziutkich twarzyczek takich zwierzątek. Zdradzę także, że leniwiec pokazany na ilustracji bardzo przypomina mi mojego wujka, ale myślę, że wujek nie byłby zadowolony, gdybym ten temat rozwinęła, więc postawię tutaj kropkę.



O, mam pomysł! Wybierzmy się teraz pod Hyperion, najwyższą sekwoję na świecie. Nasza sekwoja mierzy aż... 115,6 metra! Znajduje się w Kalifornii, w USA. Jest wyższa od Statuy Wolności, która sięga do wysokości 93 metrów. Ba, przerosła nawet i Big Ben wyższy od słynnej Statuy o 3 metry. Niezła z niej zawodniczka! Dla porównania dodam, że dom jednorodzinny mierzy około 6 metrów, co oznacza, że nasza rekordzistka jest od niego prawie dwadzieścia razy większa! Gdyby drzewa umiały czytać, od razu przesłałabym kolosalnej sekwoi list z gratulacjami.



Odwiedźmy teraz drwali. Przyznam szczerze, że ja osobiście nie chciałabym wykonywać tego zawodu. Codziennie musiałabym niszczyć życie drzew. Ale są i tacy twardziele, którzy go wykonują. Dzisiaj wycinanie drzew jest o wiele łatwiejsze niż kiedyś, wystarczy tylko wziąć pilarkę łańcuchową, rachu-ciachu i już. Oczywiście trzeba się przy tym nieźle natrudzić, ale kiedyś to dopiero była robota. W czasach pił ręcznych i siekier drwale tracili aż 9 tysięcy kalorii dziennie! Ależ później przyjemnie musiało się jeść te wszystkie pyszności.


A skoro odwiedziliśmy już drwali, to wybierzmy się do Japończyków. A konkretnie - do Japończyków, którzy zajmują się sztuką bonsai. Sztuka ta polega na umiejętnym pielęgnowaniu drzewka. Każda roślinka bonsai musi być jak najmniejsza, a jej gałęzie muszą układać się w odpowiedni sposób, zależy to od stylu. Należy zaznaczyć, że wygląda to naprawdę uroczo. Bardzo chciałabym mieć takie drzewko w pokoju!


Drzewa to nie tylko kolosalne rośliny. Istnieje przecież Darwinowskie Drzewo Życia, czy też drzewo genealogiczne. Mnie zawsze niezwykle interesują drzewa genealogiczne. A jeszcze jeśli są tak świetnie przedstawione, jak w naszej książce, to już w ogóle bomba! Spędziłam naprawdę dużo czasu na prześledzeniu twarzy wszystkich osób z rodziny Zalewskich. Najbardziej moją uwagę przykuł Otto, łasuch wciśnięty w strój marynarza. Możecie zobaczyć go na dole po lewej stronie. No czyż on nie jest sympatyczny?!


Dobrze, już koniec tego zdradzania! Aby dowiedzieć się o drzewach jeszcze więcej, koniecznie musicie sięgnąć po książkę "Drzewa". Jeśli zobaczycie ją na półce którejś z księgarni, z pewnością nie będziecie mieli wątpliwości, że to ona, jedyna w swoim rodzaju. Dla podpowiedzi dodam, że na okładce ma wyrysowane drzewko z oczami i zębami. Tak, zgadliście. To ent!



Autorami "Drzew" są Piotr Socha oraz Wojciech Grajkowski. Pewnie znacie tych panów z ich poprzedniej książki pod tytułem "Pszczoły" (pisałam o niej tutaj). Coś czuję - i zresztą nie tylko ja - że sukces "Pszczół" się powtórzy. "Drzewa" to znakomite wydawnictwo zilustrowane z wielkim poczuciem humoru oraz ogromną dokładnością. Książka przedstawiona jest w formie sędziwego atlasu botanicznego, więc tutaj liczy się każdy szczegół, każda igiełka, każdy listek! Wyszło to panu Piotrowi fenomenalnie. To przyzna każdy, kto tylko weźmie do ręki tę książkę. A skoro trzymamy już w książkę w ręku, otwórzmy ją. Szybko przekonamy się, że wyrósł w niej las arcyciekawych informacji. Las ten w lekki i równie zabawny sposób wypielęgnował pan Wojciech. No cóż, pan Piotr i pan Wojtek to po prostu świetny duet!



Ta pozycja jest tak wspaniała, że po prostu musicie po nią sięgnąć, koniecznie!




Tytuł - Drzewa
Tekst - Wojciech Grajkowski
Ilustracje - Piotr Socha
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2018

czwartek, 17 maja 2018

Pszczoły - czyli kulisy owocnej pracy


Pszczoły. Wszyscy wiemy, jak bardzo pracowite są te owady. To właśnie dzięki nim możemy wąchać zapach kwiatów i nacieszyć oczy ich widokiem. Możemy smakować przepyszny miód. Ale przecież nie tylko miód! Tym zwierzętom zawdzięczmy także wiele warzyw i owoców, na przykład poziomki, jabłka, marchew czy też ogórki. Dlatego warto poznać historie i tajemnice naszych pożytecznych przyjaciół!



Często spotykamy się z takim stereotypem, że kobieta zajmuje się domem, a mężczyzna ciężko pracuje. Ha, z pszczołami jest kompletnie na odwrót! To robotnice - przedstawicielki płci żeńskiej - obarczone są zbieraniem nektaru, produkowaniem miodu i wosku oraz opieką nad larwami. Natomiast trutnie - przedstawiciele płci męskiej - mają za zadanie tylko i wyłącznie zapłodnić matkę, nic więcej. Później umierają lub zostają wyrzucone przez robotnice, co i tak kończy się śmiercią. To właśnie dlatego trutniami nazywa się leniuszki.




Jestem bardzo ciekawa, czy wiecie, że pszczoły także... tańczą! Fajnie, prawda? Te tańce informują inne robotnice. Podam przykłady. Taniec okrężny informuje inne zbieraczki, że kwiaty znajdują się nieopodal ula. Jeśli taniec okrężny zmienia się w taniec wywijany, oznacza to, że kwiaty znajdują się coraz dalej. A gdy taniec wywijany jest już najbardziej wywijany, jaki może być, znaczy to, że kwiaty (i zarazem jedzonko) jest bardzo daleko. Szokujące jest również to, że pszczoły nie widzą tańczących zbieraczek, ponieważ w ulu jest zupełnie ciemno. Zastanawiacie się pewnie, skąd w takim razie wiadomo, co pokazują robotnice. Już wyjaśniam. Otóż cała tajemnica polega na tym, że pszczoły wyczuwają ruchy swojej siostry i słyszą jej bzyczenie.




Zapylanie. Mogę się założyć, że każdy z Was wie, na czym ono polega. Ale czy wszyscy z nas wiedzą, że są trzy sposoby zapylania? Pewnie tak, lecz mimo wszystko je przypomnę. Pierwszy z nich jest najmniej skomplikowany. Zacytuję. "Pręcik i słupek tego samego kwiatu stykają się - i po robocie". Drugi jest straszliwie niekorzystny dla alergików, czyli między innymi dla mnie. Rośliny, na przykład trawy, dęby i brzozy, do transportu swojego pyłku wykorzystują wiatr. Jeśli wypuszczą go naprawdę dużo, istnieje możliwość, że choć kilka trafi w odpowiednie miejsca. No a my kichamy. Jak się zapewne domyślacie, sposób numer trzy to nasze dzisiejsze bohaterki. I tutaj obie strony są zadowolone - pszczoły, ponieważ wypiją sobie nektar, i rośliny, bo są zapylone. Trzeba przyznać, że to bardzo udana współpraca!




Przed przeczytaniem książki "Pszczoły" nawet nie wyobrażałam sobie, jak bardzo 'sędziwe' są nasze pszczółki. Byłam zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że pierwsze z nich żyły ponad dziesięć tysięcy lat temu! Wywnioskowano to po najstarszym malowidle skalnym przedstawiającym człowieka otoczonego przez pszczoły i wybierającego miód z ich gniazda. Miód składa się w 75% z cukru, więc dodawał on energię ludziom żyjącym w tamtych czasach.




Hmn, o czym mogę jeszcze opowiedzieć? O, już wiem! Napoleon Bonaparte. Wszyscy kojarzą tego pana. To właśnie on z malutkiej pszczółeczki uczynił wielką pszczołę. A to dlatego, że dzięki niemu stała się ona symbolem narodowym. Nawet w jego grobie znaleziono około trzystu finezyjnie wykonanych pszczół ze złota. Och, Napoleon, był prawdziwym wielbicielem pszczół. Przyznam Wam w wielkim sekrecie, że choć pszczoły żądlą, ja także darzę te owady wielką sympatią. Nie tylko dlatego, że jedną z nich jest moja imienniczka ;)




Przyszedł czas na pracę pszczelarzy! To bardzo pracochłonny zawód. Pszczelarze nie tylko podkradają pszczołom miód, o nie! Muszą się nimi także opiekować. Dbają o dobry stan ula. Bardzo często sprawdzają, jak tam ma się jego pszczela rodzinka. Dostawiają dodatkowe ramki, w których owady mogą gromadzić zapasy lub wychowywać młode. Czuwają nad przeróżnymi okropnymi chorobami. Są więc ich opiekunami, menadżerami i kierowcami. Te pszczoły to fajnie się mają.




No właśnie, kilka chwileczek temu napisałam, że pszczelarze są także kierowcami naszych pszczółeczek. Nie pomyliłam się! Niekiedy troskliwi opiekunowie ruszają ze swoimi skarbami w prawdziwą podróż. Jeżdżą po polach i lasach w poszukiwaniu kwitnących roślin. Można by powiedzieć, że wtedy pszczoły mają niezła wyżerkę, co łączy się z większą produkcją pysznego miodu.




Aby nie ujawniać Wam zbyt wiele, opiszę jeszcze jedną sprawkę związaną z naszymi bohaterkami. A tak właściwie, to z owocami ich pracy. Tak, nie mylicie się, chodzi mi o miód! Jak zapewne wiecie, jest naprawdę wiele rodzajów miodu. Wielokwiatowy, lipowy, pomarańczowy, rzepakowy, akacjowy, cebulowy to tylko kilka z nich. I nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, w jak wielu produktach owe miodki się znajdują. Pierniczki, ciastka miodowe w kształcie obwarzanków, miodowa babka, ciastka nadziewane miodem i orzechami... Długo by wymieniać. Aż zrobiłam się głodna!




"Pszczoły" są nie tylko niezwykle pięknie ilustrowanym dziełem Piotra Sochy. To także wielkie kompendium wiedzy o naszych żółto-czarnych przyjaciółkach. Warto poznać przeróżne bardzo interesujące ciekawostki z nimi związane. To książka nie tylko dla młodych czytelników, także tych nieco starszych (tata potwierdza!). "Pszczoły" są po prostu wspaniałą lekturą. Świadczy o tym między innymi aż osiem prestiżowych nagród.




No i co tu się rozpisywać, tę pozycję po prostu trzeba przeczytać!



Tytuł - Pszczoły
Ilustracje -  Piotr Socha
Opracowanie tekstu - Wojciech Grajkowski

Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2015