Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Józef Wilkoń, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Józef Wilkoń, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 maja 2018

Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia - czyli (nie)zwykłe życie mistrza


Mogę się założyć, że każdy adorator dobrych książek (nie tylko dla dzieci!) znakomicie zna ilustracje Józefa Wilkonia. Ale czy każdy adorator dobrych książek znakomicie zna szczęśliwe przypadki tegoż właśnie artysty? Z tym może być różnie. Agata Napiórska chciała to zmienić i trzeba przyznać, że udało się jej to fantastycznie! Fanfary dla pani Agaty poproszę!


No dobrze, przejdźmy teraz do poważnych spraw. Było to kilkadziesiąt miesięcy temu. Właśnie wtedy pani Agata postawiła swoją stopę za progiem domu Józefa Wilkonia po raz pierwszy, przeprowadzała wywiady do książki "Jak oni pracują?", którą zresztą również przeczytałam i bardzo ją cenię. Od tamtej chwili wiedziała, że musi tam wrócić! Chciała, i wróciła. Odwiedziła pana Józefa trzydzieści dwa razy. Owocem tych spotkań stała się książka, długaśna rozmowa o życiu Józefa Wilkonia. Bo jak się później okazuje, pan Józef jest nie tylko mistrzem ilustracji, jest także mistrzem życia.



12 lutego 1930 roku w Bogucicach, nieopodal Wieliczki, przyszedł na świat mały brzdąc, który otrzymał swoje imię po dziadku. Józef Wilkoń. Jego pierwszym wspomnieniem z dzieciństwa jest pożar. Pan Józef przyznaje, że wtedy mu się to podobało. Czuł ciepło, mama trzymała go w ramionach... same przyjemności. Na całe szczęście, nikt nie zginął. Ale na całe nieszczęście, dom Wilkoniów spłonął. Był to zgrabny, stojący na poboczu domek ze stajnią. Na miejscu tego zgrabnego i niewielkiego domku postawiono nowy, murowany, porządny dom. Pan Józef zachował wiele zdjęć z nim. Jednym z nich jest fotografia ojca malującego na sztaludze. To właśnie ojciec zaraził mistrza pasją do sztuki.



Wspomniałam ciut o tacie, więc należałoby napisać o mamie. Przybliżę taki oto cytat: "Jeśli jest we mnie trochę dobroci, jest to dobroć oddziedziczona po matce. Choć po ojcu też, on był cholerykiem o złotym sercu.". Pierwsze zdanie świadczy o tym, jak bardzo pan Józef kochał swoją matkę. Szanował także jej zdanie. Kiedy mama powiedziała, że młody Józef musi wracać do domu, on tak robił, choć bardzo przyjemnie spędzało mu się czas w towarzystwie swoich kolegów.



Czas na kolejną - i moją ostatnią, ponieważ nie chcę zdradzać Wam zbyt wiele - historię z dzieciństwa pana Józefa! Otóż jest ona związana z pewnym czworonożnym przyjacielem. Myślicie teraz zapewne, że jest to piesek, prawda? Ha, jeśli tak, mylicie się! Jest to... krówka! Przesympatyczna Pyzia z charakterystyczną białą gwiazdką na czarnej głowie. Ilekroć pan Józef spojrzał na stado krów, od razu wiedział, która jest jego Pyzią. A miłość do zwierząt pozostała w sercu naszego mistrza do dnia dzisiejszego.



Przenieśmy się teraz do czasu wojny. Jak się zapewne domyślcie, nie był to łatwy czas dla pana Józefa i jego rodziny. Był to czas bez ojca, więc mama pana Józefa musiała zostać sama z szóstką dzieci. A jakby tego było mało, Wilkoniowie ukrywali w swoim domu Żydów. Jestem pewna, że wiecie, czym to groziło. Opowiem Wam jedno z wielu bardzo niebezpiecznych przeżyć. Młody Józef prowadził rodzinę żydowską. Myślał, że zostanie niezauważony. Niestety, został. Zauważył go jeden z chłopców z jego klasy. Na drugi dzień powiedział o tym na głos w szkole. Pan Józef przeraźliwie się bał, że ktoś to zgłosi, ale szczęśliwie nic się takiego nie stało. To kolejny (jeden z tytułowych) przypadek Józefa Wilkonia.




Rok tysiąc dziewięćset czterdziesty dziewiąty. Józef Wilkoń, najprawdopodobniej jako jedyna osoba, studiuje dwa kierunki równocześnie. Jako dziewiętnastolatek pan Józef dostał się na Akademię Sztuk Pięknych oraz Uniwersytet Jagielloński - na historię sztuki. I wyobraźcie sobie, że posiada magisterium obu uczelni! To musiała być bardzo ciężka praca. Profesorowie tolerowali spóźnienia pana Józefa. Ha, kolejne wielkie szczęście! No ale trzeba przyznać, że pan Józef to zuch chłopak!



Przeszedł czas na miłość od pierwszego wejrzenia. Wydarzyło się to sześć lat po rozpoczęciu studiów. Właśnie w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym drzwi mieszkania kolegi pana Józefa otworzyła piękna kobieta o blond włosach. Na początku pan Józef myślał, że to żona kolegi. Od razu mu się spodobała, no ale przecież ona była mężatką. Dopiero później uświadomił sobie, że to siostra żony kolegi. Och, jakie wielkie szczęście! Potem sprawy potoczyły się same. No i tak się złożyło, że Małgosia i Józef pobrali się w grudniu tego samego roku.



Kiedy na świat przyszedł syn pana Józefa, trzeba było utrzymać rodzinę. Józef Wilkoń poszedł ze swoją teką do wydawcy i bach, udało się! Michał Bylina powiedział redaktorom, że ten oto młody i niezwykle uzdolniony człowiek musi zrobić dobrą książkę! I tak się też stało. Pan Józef zaraz dostał zlecenie na swoją pierwszą kolorową książkę dla dzieci - "O kotku, który szukał czarnego mleka". To właśnie z tej książki bardzo wiele osób zna pana Wilkonia.




Mistrz miał również szczęście, jeśli chodzi o kolegów z branży. Spotkał odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie. Teraz są to ludzie legendy, każdy fan ilustracji, i nie tylko!, ich zna. Wymienię kilka nazwisk: Marcin Szancer, Janusz Stanny, Zbigniew Rychlicki, Franciszek Starowieyski, Teresa Wilbik. Fajnie byłoby spędzać czas z takimi osobami, prawda?



Nie chcę Wam ujawniać zbyt wiele, dlatego to będzie już ostatni przypadek, o którym napiszę. Pięćdziesiąt sześć lat temu Nasza Księgarnia ogłosiła konkurs na zilustrowanie "Szumu drzew" Staffa. Wydawnictwem kierował wtedy Michał Bylina, który przyjaźnił się z panem Józefem. Zaś kierownikiem pracowni graficznej był Zbigniew Rychlicki, także przyjaciel pan Józefa. W dzień rozstrzygnięcia konkursu pan Zbigniew zadzwonił do pana Józefa, aby przyniósł swoje prace na konkurs. Mistrz tłumaczył się, że te ilustracje są do niczego, a tak naprawdę - niczego nie miał. W końcu Rychlicki namówił go, aby 'przyniósł' swoje prace. Pan Józef siadł do biurka, kilka razy machnął pędzlem i zaniósł swoje ilustracje do redakcji. Była to godzina pierwsza, a o godzinie drugiej zadzwonił telefon z wiadomością, że wygrał konkurs.



Mistrz skromnie twierdzi, że jego życiem rządzi przypadek. Nawet jego mama mówiła, że jej syn jest w czepku urodzony. Ale czy tak jest naprawdę? Moim zdaniem, szczęście odgrywa bardzo ważną rolę w życiu pana Józefa, ale jego sukcesy to przede wszystkim ciężka praca. A teraz pan Józef jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych ilustratorów, nie tylko w Polsce. Warto poznać jego historię uzupełnioną ilustracjami oraz fotografiami pracowni, rzeźb oraz samego mistrza. "Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia" to książka dla dorosłych, pojawia się tam kilka brzydkich słów, ale myślę, że dzieci w moim wieku (a przypomnę, że mam lat jedenaście) śmiało mogą ją przeczytać.



A Wy sięgnijcie po tę pozycję, nie zwlekajcie!


Tytuł - Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia
Rozmowa - Agata Napiórska i Józef Wilkoń
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa, 2018

sobota, 3 listopada 2018

Ten łokieć źle się zgina - czyli 11 wyrysowanych postaci


Kadra mistrzów polskiej ilustracji. Wciąż rozgrywa uporczywą walkę z brakiem czasu i nieprzyjaznymi sytuacjami z klientami. Ich codzienność wcale nie mieni się różowymi barwami - tak, jak mogłoby się nam wydawać. Ale spotykają ich też oczywiście o wiele bardziej miłe i przyjemne chwile, na długo pozostające w pamięci. Wygrana w prestiżowym konkursie, zlecenie od najsławniejszej amerykańskiej gazety, świetny odbiór nowej książki, gry czy kolekcji - na przykład ubrań. Chodźcie, dzisiaj będzie o ilustracji!

Sebastian Frąckiewicz. Wydaje mi się, że naprawdę trudno znaleźć osobę zatopioną w świecie literatury, komiksu oraz ilustracji, która nie słyszałaby o tym panu. W pewien październikowy dzień, rok temu, ukazała się pozycja "Ten łokieć źle się zgina. Rozmowy o ilustracji". Pierwsza część tytułu jest niezwykle interesującą zagadką. Powstrzymam swoje palce od napisania, jak brzmi rozwiązanie, co chyba w moim przypadku jasne. Natomiast druga część tytułu, tak zwany podtytuł, wyjaśnia nam, czego możemy się spodziewać sięgając po lekturę. Ale oczywiście nie w stu procentach.


Jedenastu autorów, jedenaście zupełnie odmiennych światów, jedenaście różnych rozmów. Od picturebooków, poprzez ilustracje na koszulkach, aż do projektowania postaci gier. Jan Bajtlik, Katarzyna Bogucka, Bohdan Butenko, Iwona Chmielewska, Emilia Dziubak, Bartłomiej Gaweł, Anna Halarewicz, Jan Kallwejt, Piotr Socha, Rafał Wechterowicz i Józef Wilkoń - to zacne grono, z którym mamy do czynienia w tej książce. Umówmy się, że uchylę rąbka tajemnicy opowieści niektórych z nich, dobrze?

Ale najpierw kilka słów o autorze. Można by rzec, że pan Sebastian dorastał w bibliotece. Wystarczyło, że zapłakał w przedszkolu i już go tam zaprowadzono. A dlaczego? Dlatego, że właśnie w bibliotece pracowała jego mama. Jak wszystkim wiadomo, książkożerstwo jest zaraźliwe, więc i pan Sebastian został nim zarażony. Już jako kilkulatek wyciągał z półek zakurzone książki. Najpierw je oglądał, a później, kiedy już posiadł tę umiejętność, czytał. Oglądanie było bardzo cenne. To dzięki niemu wychował się na ilustracjach mistrzów, takich jak Józef Wilkoń i Bohdan Butenko, także zresztą obecnych w naszym "Łokciu". I gdy w wieku przedszkolnym pan Sebastian wbił się do świata książek, do tej pory z niego nie wyszedł i raczej nigdzie się nie wybiera.

Zacznijmy od pani, której imię i nazwisko możemy ujrzeć tuż po wstępie. Emilia Dziubak zamiłowanie do sztuki, a szczególnie malarstwa, wyniosła z domu. To zamiłowanie ciągnęło się za nią każdego dnia do przedszkola, a później do szkoły. Jej mama zajmowała się malowaniem szyldów w całym Dęblinie - miejscowości, w której pani Emilia się wychowała. Swoje pierwsze projekty wykonała jako dziecko, pomagając mamie. Już w młodym wieku miała tak wyrafinowaną kreskę, że nikt nie spostrzegł, że dany szyld wyszedł spod ręki kilkulatki. Jako kilkunastolatka uczęszczała do liceum plastycznego w Nałęczowie. Mieszkała w internacie, który wszyscy znali z tego, że trzeba było przyklejać koce do szyb, aby zupełnie nie zamarznąć. Następnie, po liceum, studiowała... ha, i tu Was zdziwię, bo nie było to malarstwo. To w takim razie co, skoro nie malarstwo? O tym przekonajcie się sami. Teraz pani Emilia jest jedną z najbardziej rozchwytywanych ilustratorek, nie tylko w Polsce. Jej nasycone barwami i wielowarstwowymi narracjami ilustracje zachwycają każdą parę oczu!


Bum, bum, bum, przechodzimy do Piotra Sochy. Jego "Pszczoły" (napisałam o nich tutaj) oraz "Drzewa" (możecie również przeczytać o nich tu) to prawdziwe majstersztyki docenione na całym świecie. Jak się pewnie domyślacie, pan Piotr również rysował od wczesnego dzieciństwa. Ale na pewno nie spodziewacie się, że studiował... psychologię. Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Dla mnie również było to niemałym zaskoczeniem. Jednak pewien wykładowca otwarcie powiedział panu Piotrowi, że koniecznie musi spróbować dostać się na ASP. Pan Piotr nie tylko spróbował, ale również się dostał. Pracował między innymi ze znanym i wielbionym Januszem Stannym. Został przez niego hojnie wyróżniony, czemu się nie dziwię. Pan Piotr podkreśla też, że po wielu latach zrezygnował z drobnych detali. Nie mówi tego zresztą jako jedyny. Zabierają mnóstwo czasu i, zdaniem pana Piotra, są zbędne. A jednak "Pszczoły" to kunszt aż dwuletniej pracy i szczegółów tam co niemiara.


Sądzę, że tym razem pominiemy pana Józefa Wilkonia, choć jest to postać niezwykle interesująca. A pominiemy dlatego, że rozpisałam się o panu Józefie tutaj. Natomiast nie pominiemy osoby, która jest z panem Józefem związana. Jan Bajtlik, to właśnie on! Tak, to ten pan od "Typogryzmola" nagrodzonego Bologna Ragazzi Award. Dla niewtajemniczonych wspomnę, że to największe wyróżnienie, jeśli mowa o książkach dla dzieci. A pan Jan zdobył je już jako 26-latek. Talent i potencjał w młodym wieku wykrył u niego właśnie pan Józef Wilkoń. Zaproponował, aby pan Jan, a wtedy może już nie Janek, ale na pewno Jan, przyjeżdżał do niego na zajęcia. Tak też się stało. Siedzieli przy jednym stole. Józef Wilkoń robił swoje ilustracje do nowych książek, a Jan Bajtlik wykonywał ćwiczenia przygotowujące do egzaminu. To musiało być wspaniałe doświadczenie! I choć, jeśli chodzi o styl, panowie raczej nie mają wiele wspólnego, w środku pana Jana wciąż siedzą rady udzielone przez prawdziwego mistrza.


Kilka wydłużonych susów i uwaga, uwaga, skaczemy! Wylądowaliśmy tuż przy Katarzynie Boguckiej, która swoją drogę zaczęła od malarstwa. Profesorowie na studiach wciąż powtarzali jej, że za dużo opowiada w swoich obrazach, ale nasza studentka było niewzruszona i wciąż stała przy swoim. Od dziecka marzyła o tym, aby zostać malarką. Niestety, z każdym następnym dniem coraz bardziej uświadamiała sobie, że to nierealne. Patrzenie pani Kasi na książki uległo zmianie dzięki cotygodniowych zajęciach z Iwoną Chmielewską. Wtedy zrozumiała, że ilustracja to coś, czym naprawdę chce się zajmować. Jej pierwsza przygoda właśnie z tym związana to współpraca z Pan Tu Nie Stał. Rozkręcająca się firma połączyła swoje siły z rozrysowującą się ilustratorką. Jednak pani Kasia nie chciała znajdować się tylko i wyłącznie w szufladzie książek dla dzieci. Do dziś robi także plakaty, ilustracje na tkaniny i tapety. To również wzbogaca jej obfity warsztat. Gdy w domu pani Kasi pojawiło się łóżeczko i grzechotki, praca musiała zejścia drugi plan, ale bądźcie przygotowani na to, że wystartuje jeszcze niczym rakieta.


Teraz już ostatnia osoba, którą opiszę. To Iwona Chmielewska. Pewnie wszyscy z nas znają jej płynne, ale jakże mocne w przekazie, ilustracje. Pani Iwona wychowała się w Pabianicach. Miejscowość ta najmocniej kojarzy jej się z charakterystycznym zapachem na ulicach oraz bawełną tańczącą na wietrze. Często można zobaczyć te wspomnienia przeniesione na papier. I to niekoniecznie tylko na papier książek dla dzieci, dla dorosłych również. Pani Iwona podkreśla, że te pozycje - picturebooki, nie są tworzone tylko dla młodych czytelników. Powiedzenie, że ktoś jest za duży na ilustracje to przerażający infantylizm. W tej rozmowie był także poruszany wątek dostępu do książek oraz tematów, o których wiele osób sądzi, że nie są one zarezerwowane dla dzieci. Zdradzę jeszcze, że pani Iwona wychowała czworo dzieci i ma na swoim koncie blisko trzydzieści książek. Ilustrowanie połączyła razem z gotowaniem i sprzątaniem. Jak to pięknie ujęła, zależy jej na zakotwiczeniu się w codzienności.


Nie mam ani cienia wątpliwości, że "Ten łokieć źle się zgina" wchłonie nie tylko adoratorów ilustracji. Sebastian Frąckiewicz w jedenastu wywiadach pokazał nam przekrój polskiej ilustracji. Nie bał się zadawać pytań, których inny dziennikarz najprawdopodobniej nie odważyłby się zadać. Wcześniej nawet nie do końca zdawałam sobie sprawę, jak wiele może istnieć spojrzeń na pracę ilustratora. Teraz jestem o wiele bardziej świadoma trudu tej pracy. Ale nie bójcie się, zdania nie zmieniłam - w dorosłości dalej chcę ilustrować książki!

I Wy sięgnijcie po tę pozycję i odkryjcie, dlaczego łokieć źle się zgina.

Tytuł - Ten łokieć źle się zgina. Rozmowy o polskiej ilustracji
Wybór, wstęp i pytania - Sebastian Frąckiewicz
Opowieści i ilustracje - Jan Bajtlik, Katarzyna Bogucka, Bohdan Butenko, Iwona Chmielewska, Emilia Dziubak, Bartłomiej Gaweł, Anna Halarewicz, Jan Kallwejt, Piotr Socha, Rafał Wechterowicz, Józef Wilkoń
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2017

środa, 13 czerwca 2018

Wróble na kuble - czyli po rachunki z panem Józefem!


Wróble są ptaszkami, które spotykamy bardzo często. Wiele razy zdarza się, że spokojnie przechadzamy się spacerowym krokiem, zerkamy w kierunku pobliskich krzaków i dostrzegamy chowające się w nich wróbelki. Inny przykład. Podążamy w kierunku kubła na śmieci z workiem przepełnionym odpadami, zerkamy na wspomniany kubeł, a na nim siedzi cała masa wróbelków. Właśnie ten drugi przypadek opisał i zilustrował mistrz życia oraz ilustracji (o którym ciut więcej napisałam tutaj) - Józef Wilkoń! No cóż, tego pana chyba nie trzeba przedstawiać.



"Usiadł wróbel na kuble, kręci główką i zerka. - Sam jestem? Jeden? Wokół żadnego wróbelka". Taki tekst wita nas już na pierwszej stronie dzisiejszej pozycji. Po przeczytaniu tekstu nasz wzrok pada na ptaszka siedzącego na kuble, po czym spoglądamy na dużą, wyraźną, czerwoną jedynkę. Przewracamy kartkę. Czytamy o tym, że kolejny - drugi - wróbelek chce przyłączyć się do pierwszego. Chciał i dołączył. On także przysiadł na kuble. Za kilka chwil nadlatuje kolejny, trzeci. Ale spokojnie, dla niego także znajdzie się miejsce!




Po kilku minutach "trzy wróble siedzą na kuble". Zaraz przyleciał czwarty wróbelek z nieco zadartym ogonkiem. On także znalazł sobie miejsce, bez problemu. Nagle zza horyzontu wyłonił się wróbelek piąty. Ale czy i dla niego znalazło się miejsce na kuble? Hmn, i to jest zagadka! Mam nadzieję, że rozwiążecie ją sami trzymając książkę w ręku.




Dzisiejsza pozycja kierowana jest do młodych czytelników, początkujących adeptów ornitologii oraz do wielbicieli twórczości pana Wilkonia. "Wróble na kuble" są tak naprawdę wyliczanką, dzięki której najmłodsi niewątpliwie będą mogli nauczyć się - na przykład - liczyć. Adepci będą mieli przyjemność w śledzeniu losów naszych wróbelków, natomiast wielbiciele twórczości pana Józefa będą cieszyli swoje oko wilkoniowatą, zamaszystą kreską. W tej książce zagościła ona na między innymi na piórach wróbelków, co można dostrzec już po samej okładce. A, i jeszcze jedno. Bardzo możliwe, że osoby, które kiedyś wróbelków nie dostrzegały, po przeczytaniu książki nagle, zupełnie niespodziewanie, zaczną się za nimi rozglądać. Fajnie, prawda?!




Sięgnijcie po tę pozycję i sprawdźcie, ile tak naprawdę wróbelków siedziało na kuble ;)



Tytuł - Wróble na kuble
Tekst i ilustracje - Józef Wilkoń
Wydawnictwo Hokus-Pokus, Warszawa, 2018

niedziela, 9 lutego 2020

Ballada o dziewczynie - czyli rysowanie Ewy Frysztak


Czy ktoś z Was kojarzy panią o imieniu Ewa i nazwisku Frysztak? Nie? Niestety muszę przyznać, że ta odpowiedź nie za bardzo mnie zaskoczyła. W Polsce nazwisko Ewy Frysztak niewiele mówi. Natomiast za granicą plakaty i ilustracje tej pani są istnymi skarbami. Autorka jest osobą ze świetną kreską, ostrym charakterem i sporą liczbą okładek na koncie. Chcecie poznać ją nieco lepiej? Chodźcie, zajrzymy wspólnie do mieszkania wypełnionego monstrualną ilością kartek.


W domu Ewy Frysztak nie było tradycji rysowania lub malowania. Artystka nie uczęszczała do liceum plastycznego. Nawet nie miała świadomości, że takie istnieje. Po ukończeniu gimnazjum w głowie pani Ewy pojawiła się zagwozdka. I to dość spora. Fascynowała ją zarówno medycyna, jak i sztuka. Postanowiła spróbować swoich sił w obydwóch dziedzinach. Wybrała się na dwa egzaminy. Miała szczęście - zdała i tu, i tu. Postanowiła postawić swoją stopę na uczelni szkolącej przyszłych lekarzy. Spędziła tam pół roku. Ale czuła się nieswojo bez rysowania. Stwierdziła, że nie wytrzyma tak dłużej! Poszła do rektora Akademii Sztuk Pięknych - Eugeniusza Eibischa. Wyjaśniła mu, że zdała egzamin na ASP, jednak nie chodziła na zajęcia zajęta nauką łacińskich nazw kości. Teraz zmieniła zdanie i jej marzeniem jest studiowanie na krakowskiej akademii. Rektor powiedział, że już wkrótce może spodziewać się legitymacji studenckiej.


Trzeba przyznać, że odwaga pani Ewy pomogła jej w wielu niełatwych momentach. Ilustratorka stawała nie tylko w obronie swojej, ale również innych. W książce pod tytułem "Ballada o dziewczynie" przytoczyła pewną uczelnianą sytuację. Pod koniec roku akademickiego do pracowni przychodził profesor Witold Chomicz w towarzystwie swojego asystenta. Wspólnie omawiali prace każdego studenta. Doszli do pewnej uzdolnionej dziewczyny, która zdecydowanie zawyżała średnią wieku osób przebywających na sali. Mieszkała straszliwie daleko od Krakowa i codziennie - od czterech lat - wstawała o świcie, aby dojeżdżać na uczelnię. Nagle profesor powiedział: "Ja pani nie zaliczę". Bardzo oburzyło to Ewę Frysztak, więc wstała i rozpoczęła z profesorem walkę na argumenty. Jeden do zera dla pani Ewy. Wspomniana przed chwilą dziewczyna ukończyła studia i została nauczycielką rysunku na wsi.


Jestem pewna, że znacie Józefa Wilkonia, Romana Cieślewicza i Franciszka Starowieyskiego. To wybitna i szanowana trójka "magicznego rocznika". Pani Ewa również znajdowała się w tej brygadzie. Autorka wspomina Wilkonia jako człowieka trzymającego dystans i chodzącego własnymi ścieżkami. Natomiast z Franciszkiem Starowieyskim miała wspaniałą relację. W każdą niedzielę spotykali się na targu staroci, gdzie Ewa Frysztak sprzedawała swoje kompozycje z gotowych elementów. Ludzie nazywali je "sztuką dekoracyjną". A poza tym artystka szyła obrazy z fragmentów tkanin, które także nietrudno było zobaczyć na niedzielnym targu.


Kilka miesięcy przed rokiem dyplomowym młoda studentka wyjechała do Warszawy. Odbywała tam praktyki w Państwowym Instytucie Wydawniczym. Zagnieździła się w tym miejscu i praca na pół etatu szła jej wyśmienicie. Dyrektor pozwolił pani Ewie spać w pracowni graficznej na czwartym piętrze. Artystka zazdrościła swoim krakowskim kolegom tylko jednej rzeczy. Otóż oni mogli składać swój dyplomowy tekst w drukarni akademickiej - zaoszczędzało to ich energię, czas oraz wzrok. Natomiast pani Ewa nie miała dostępu do warszawskiej drukarni, co straszliwie ją irytowało. Ale nie dała się pokonać i napisała cały swój tekst ręcznie. Po czasie dostrzegła, że miało to mnóstwo plusów. Staranny charakter pisma i wyćwiczona ręka przydały się jej przy projektowaniu okładek wyróżniających się wysmakowanym liternictwem.


Ewa Frysztak bardzo dobrze wspomina pracę w PIW-ie. W końcu spędziła tam sporą część swojego życia. Jednym z minusów był dobór redaktorów naczelnych. Autorka żadnego z nich nie darzyła sympatią. Większość przychodziła do wydawnictwa w fatalnym stanie, który był skutkiem poprzedniego wieczoru. Ilustratorka miała w wydawnictwie ugruntowaną pozycję. Była PIW-owskim wyjadaczem. Robiła około cztery okładki w ciągu miesiąca. Wyróżniały się one prostotą, estetyką i wspomnianym już wyjątkowym liternictwem. Czasami do stopki redakcyjnej wkradał się błąd. Józef Wilkoń doskonale pamięta sytuację, w której jego okładkę podpisano nazwiskiem Ewy Frysztak. Nie zapomniał również swojej złości w tamtej chwili.


W latach sześćdziesiątych pani Ewa została zwolniona z PIW-u, czym zbytnio się nie przejęła. Mieszkała na prowincji, dlatego dojazd do redakcji sprawiał jej ogromną trudność. Po zwolnieniu autorka miała grono osób zaprzyjaźnionych z jej ilustracjami. Nie potrzebowała zatrudnienia, aby zdobywać kolejne zlecenia. Projektowała między innymi dla Wydawnictwa Literackiego i Wydawnictwa Poznańskiego. Zajęła się również plakatami. Oprócz tego malowała kartki świąteczne. Zdarzały się też takie z okazji 1 Maja lub 11 Listopada. Tworzenie tych pocztówek było niezłym wyróżnieniem. W końcu kupowała je cała Polska! Nietrudno rozpoznać w nich panią Ewę, mimo tego, że nie wypracowała charakterystycznego dla siebie stylu. Artystka bardzo rzetelnie wyciągała swoje literki kałankiem - takim cieniutkim pędzelkiem nazywanym również zerówką. W szczególności lubiła te krótkie i twarde, nie przepadała za długimi i miękkimi. Te drugie musiała usztywniać oblizując za każdym razem, aby trzymały czubek. Nieco irytujące zajęcie.


Czytając rozmowę Janusza Górskiego z Ewą Frysztak, rysuje się nam obraz kobiety z plecakiem wypełnionym doświadczeniem i dopracowanym warsztatem. Jestem pewna, że doskonale znacie jej okładki. Ja także wiele z nich kojarzyłam, ale nie wiedziałam, kto się za nimi kryje. Jedną z cech pani Ewy jest skromność. Wciąż twierdzi, że Jan Młodożeniec, Henryk Tomaszewski oraz Janusz Stanny byli o dwie lub trzy półki wyżej od niej. Janusz Górski wciąż powtarzał, że autorka w ogóle siebie nie docenia. Profesor gdańskiej ASP wydobył z artystki historie prywatne i zawodowe. Wiecie, że pani Ewa miała trzech mężów i straszliwie lubiła jeździć na nartach?

Sięgnijcie po "Balladę o dziewczynie". Łykniecie w jeden wieczór, uwierzcie mi.

Tytuł - Ballada o dziewczynie
Tekst - Janusz Górski, Ewa Frysztak
Wydawnictwo Karakter, Kraków, 2019

niedziela, 29 marca 2020

Ilustratorki, ilustratorzy - czyli naprzeciw szarości


Jeśli Wasze dzieciństwo przypadło na lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte, siedemdziesiąte lub początek osiemdziesiątych to musicie wiedzieć, że jesteście wielkimi szczęściarzami. Dlaczego? Zastanówcie się chwilkę. Macie trzy sekundy - jeden, dwa, trzy... Naprawdę nie wiecie?! No dobrze, nic straconego. Nieco odświeżę Wam pamięć, zgoda? No to lecimy!

Najpierw sięgniemy po książkę z najwyższej półki z najpiękniejszą żółtą okładką. Założę się, że wiecie, jak wyglądają Lasse, Bosse, Lisa, Britta i Anna. Ze świecą można szukać osoby, która nie kochała "Dzieci z Bullerbyn". Natomiast zaledwie garstka osób wie, dzięki komu nasi bohaterowie wyglądają tak wyjątkowo. Pierwsza polska wersja legendarnej pozycji Astrid Lindgren została wydana z ilustracjami Hanny Czajkowskiej. I choć później pojawiały się wydania z różnymi nazwiskami na pierwszej stronie, pani Hanna bezkonkurencyjnie wygrywa. Nieco ją Wam przybliżę. Była typem zbieraczki. Kolekcjonowała różne durnostojki przy swoim biurku do malowania. Cechowała ją dokładność. Jeśli zlecono jej narysowanie jemiołuszki, godzinami studiowała albumy przyrodnicze. Tworzyła obrazki do "Misia", zaliczyła nawet kilka okładek. Uwielbiała literaturę szwedzką dla dzieci, jednak nie udało się jej odwiedzić tego kraju. Mimo tego, że we wczesnych latach straciła trzech członków najbliższej rodziny, potrafiła dać upust swoim ciepłym uczuciom i namalować dziecięcy świat w książkach takich jak "Pierwsza czytanka", "Oto jest Kasia", "Lotta z ulicy awanturników" i "Karlsson z dachu".


Przenieśmy się do pracowni Danuty Konwickiej. Można tutaj znaleźć mnóstwo farb, kredek, sztalug, papierosów i starych wydań "Szpilek". Najpierw było to miejsce pracy Alfreda Lenicy, taty pani Danuty. To właśnie on zadbał o wielkie okna, czyli znakomite światło do tworzenia. Później przyjechał tu brat ilustratorki, Jan Lenica. I w końcu pracownię przejęła Danuta Konwicka. Mimo tego, że była wolnym strzelcem, codziennie o dziewiątej otwierała drzwi pracowni. Nie było mowy nawet o minucie spóźnienia. Tutaj miała swój świat. Przeglądała albumy, gromadziła książki oraz płyty z muzyką jazzową. Mocno stała na nogach. Ponoć była podporą całej czteroosobowej rodziny. Jej mąż, Tadeusz Konwicki, starał się stworzyć swojej żonie przestrzeń do pracy. Dbał także o wspólne wyjazdy i odpoczynek. Pani Danuta uwielbiała rysować zwierzęta. Możemy to zaobserwować na przykład w książce pod tytułem "O kowbojach z Kolorado". Natomiast jej uśmiechnięte buźki królują na okładce pozycji "Pilot i ja".


Jestem przekonana, że na poddaszu Waszego domu rodzinnego znajduje się choć jeden egzemplarz czasopisma "Miś". Miesięcznik był zbiorem wybitnych tekstów autorstwa miedzy innymi Czesława Janczarskiego, Marii Kownackiej czy też Marii Terlikowskiej. Dla "Misia" niezwykle istotna była także szata graficzna. Czuwała nad nią Janina Krzemińska. Swoją posadę dostała w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym roku. Pragnęła, aby dzieci już od najmłodszych lat otaczały się dobrymi ilustracjami. Najczęściej w pisemku ukazywały się grafiki Bohdana Butenki, Hanny Czajkowskiej i Zbigniewa Rychlickiego. Jednak rekord należy do samej Janiny Krzemińskiej. Uwierzycie, że malarka wykonała do "Misia" aż tysiąc dwie ilustracje?! Jednak wybór ilustratorów i tworzenie obrazków do miesięcznika to nie jej jedyne zajęcia. Artystka zajęła się oprawą graficzną książek dla młodych czytelników. Możemy kojarzyć ją między innymi z "Przygody z małpką" czy też z "Wesołego przedszkola".


Odwiedźmy dom rodzinny naprawdę wysmakowanego duetu. Chyba nie muszę przedstawiać Wam Janusza Stannego, prawda? Ten pan pojawia się w wielu wspomnieniach jako mistrz ilustracji, zaraz po Janie Marcinie Szancerze. Jednak dzisiaj skupimy się na jego żonie, Teresie Wilbik. Pani Teresa studiowała malarstwo na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, jednak po dwóch latach przeniosła się na grafikę, do pracowni Szancera. Jednym z powodów był fakt, że pedagogowi asystował mąż pani Teresy. Swoją pierwszą książkę zilustrowała jeszcze przed dyplomem. Przez krótki okres pracowała w Naszej Księgarni. Jak wyglądał proces tworzenia książki? Najpierw należało przyjść do wydawnictwa po tekst wydrukowany na kartkach. Podawano wymiary i grubość książki oraz limit ilustracji. Reszta należała już do grafika. W środy w budynku Naszej Księgarni zbierała się rada artystyczna. Kiedy zbliżał się końcowy termin, trzeba było stawić się na takim spotkaniu. Najczęściej zbierało się same pochwały i oklaski. Przynamniej tak było w przypadku Teresy Wilbik, która jest odpowiedzialna za rysunki między innymi w "Leonku i lwie", "Słoniu Trąbalskiem" oraz "Tonim".


Jan Marcin Szancer pojawił się w poprzednim akapicie dwukrotnie. W takim razie posnujmy sobie niedługą opowieść na jego temat. Mistrz już od wczesnego dzieciństwa miał bezpośredni kontakt ze sztuką. Dorastał w Krakowie, mieście artystów. Stale odwiedzał teatry i łykał literaturę niczym najpyszniejszą czekoladę. Jako ilustrator zadebiutował jeszcze przed wojną, jednak nie lubił wspominać o swoich pierwszych pracach. Rok po zakończeniu wojny zaczął pracę w wydawnictwie Czytelnik. Służbowo został skierowany do Łodzi na kilka miesięcy. Właśnie w tym mieście wraz z Janem Brzechwą dopieszczał Pana Kleksa. Wyobrażacie sobie tę postać w garniturze, z siwymi włosami i małym nosem? No właśnie. Dzięki mistrzowi wszyscy wiedzą, że Pan Kleks ma czarną brodę, spory brzuszek i kolorowe kubraczki. Jan Marcin Szancer zajmował się także scenografią w teatrach. W swojej autobiografii poświęca literaturze dziecięcej niewielki rozdział, jednak bez wątpienia ukształtował on gust i estetykę ówczesnych młodych czytelników.


Sięgnijcie teraz w najdalsze zakamarki pamięci. Kojarzycie swój pierwszy "Elementarz" z Olą, Jackiem i Asem na okładce? To kolorowy podręcznik do nauki czytania kilku pokoleń. Charakterystyczna okładka to sprawka Janusza Grabiańskiego. Zilustrował on ponad dwieście książek. Jest tatą zawadiackiej miny "Kota w butach" oraz całej sterty znaczków, plakatów i kartek okolicznościowych. Te ostatnie były niezwykle popularnym zajęciem wielu ilustratorów. Pan Janusz należał do niewielkiego grona artystów pokazujących owoce swojej pracy w zachodnich witrynach księgarskich. Przyjaźnił się z Józefem Wilkoniem, choć był raczej typem samotnika. Stale bywał w Bibliotece Narodowej, ponieważ ciągle poszukiwał sędziwych rycin. Dzieci uwielbiały jego ilustracje, dlatego bardzo często pojawiał się w "Płomyczku", "Świerszczyku" i "Misiu". Lekkość jego pociągnięć pędzlem ujmuje również starszych czytelników. Nikt nie zaprzeczy temu, że "Rogaś z Doliny Roztoki" jest przeuroczy.


Zbigniew Rychlicki został zapamiętany jako człowiek ciepły, asertywny i wybitny. To on miał największy wpływ na to, jak wyglądały książki dla dzieci w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Przez ponad trzydzieści pięć lat zajmował posadę dyrektora artystycznego Naszej Księgarni - wydawnictwa ze wspaniała tradycją. Uwielbiał dzieci, był dla nich bardzo wyrozumiały. Często odwiedzał szkoły i przedszkola, co nie było wtedy tak popularne. Regularnie pojawiał się na majowym kiermaszu książki przed Pałacem Kultury i Nauki. Razem ze wspomnianym już Czesławem Janczarskim stworzył Misia Uszatka, który swoją rozpoznawalnością zaskoczył swoich tatusiów. Wiecie, że ubranka przyjaznego niedźwiadka to odzież syna pana Zbigniewa? Chłopiec odegrał sporą rolę w artystycznym życiu taty. Bardzo często zaglądał mu przez ramię z ciekawością w oczach. Jeszcze wtedy nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego tata był aż tak wybitnym ilustratorem. W końcu to jemu zawdzięczamy wygląd "Plastusiowego pamiętnika" czy też "Klechd domowych".


Koniecznie muszę wspomnieć o Mirosławie Pokorze. To twórca bardzo mi bliski. Kiedy byłam nieco młodsza, pokochałam zilustrowaną przez niego "Babcię na jabłoni" oraz "30 lutego" z tekstem Wandy Chotomskiej. Skradł mnie swoim stylem zwanym "loczkowaniem". Narysował w ten sposób ilustracje do kilkudziesięciu książek. Jego charakter ponoć nie należał do najłatwiejszych. Kiedy tworzył, zupełnie zapominał o codziennych sprawach. Często podkreślał swoją miłość do zwierząt, jednak pasją pana Mirosława było polowanie. Świetnie sprawdzał się także jako kucharz. Przy jego blacie do rysowania roiło się od czarnych tuszów, piórek oraz ołówków. Najczęściej towarzyszyła mu także fajka. Niestety nie potrafił dbać o swoje honoraria, co wykorzystywali niektórzy zleceniodawcy. Ale w ostatnich latach wzrosło zainteresowanie jego ilustracjami. Wiele osób chce mieć w swoich kolekcjach rysunki, które darzy sympatią i o których myśli z nutą nostalgii oraz uśmiechu.


Barbara Gawryluk odwiedziła wiele pracowni, domów i muzeów. Postanowiła przypomnieć dorobek artystów reprezentujących polską szkołę ilustracji. Na czterystu stronach pozycji "Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów" udało jej się przedstawić historie dwudziestu czterech twórców. Wymieńmy ich: Maria Orłowska - Gabryś, Hanna Czajkowska, Ewa Salamon, Olga Siemaszko, Leonia Janecka, Elżbieta Gaudasińska, Danuta Konwicka, Janina Krzemińska, Krystyna Michałowska, Bożena Truchawska, Teresa Wilbik, Jan Marcin Szancer, Jerzy Srokowski, Kazimierz Mikulski, Adam Kilian, Janusz Grabiański, Zdzisław Witwicki, Zbigniew Rychlicki, Mirosław Pokora, Janusz Stanny, Antoni Boratyński, Józef Wilkoń, Mieczysław Piotrowski, Bohdan Butenko. Autorka spotkała się z bliskimi ilustratorów, a niekiedy z samymi artystami. W ten sposób nabyła ogromną porcję wiedzy i anegdot, którymi podzieliła się z nami, czytelnikami.

Poznajcie wielkich bohaterów. To właśnie dzięki nim Wasze dzieciństwo było wypełnione kolorami!

Tytuł - Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów
Tekst - Barbara Gawryluk
Opracowanie graficzne - Anna Pol
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa, 2019