sobota, 17 listopada 2018

Ada, to wypada! - czyli bunt w 21 odsłonach


Czy dwadzieścia jeden inspirujących kobiet wystarczy, aby znacząco zmienić swoje życie, a przynajmniej okres dojrzewania? Ależ oczywiście! Inspiracja to jeden z ważniejszych punktów zmiany i naprawdę warto z niej korzystać. To co, lecimy w świat kobiecej mocy?

Kobiecą mocą z całą pewnością jest obdarzona Ewa Błaszczyk. Trudno nie słyszeć o jej sercu bez dna. Kiedy pani Ewa była małą dziewczynką, poznała pewnego chłopca. Nieopodal jej szkoły znajdował się skład makulatury, do którego mieszkańcy zanosili przeczytane gazety. Nocował tam bezdomny chłopiec. Przykrywał się stertami tektury. Nasza bohaterka postanowiła mu pomóc, oczywiście nie mówiąc o tym nikomu z dorosłych. Przynosiła chłopcu jedzenie, słodkości kupione w kiosku, czy też drobne pieniążki wyskubane z płaszcza rodziców. Jej serce do dziś pozostało niezwykle wrażliwe na ból innych. Wiele lat temu jej córka Ola zapadła w śpiączkę, ponieważ zakrztusiła się tabletką. Po tym nieszczęściu w głowie Ewy Błaszczyk pojawiła się myśl, aby założyć klinikę. Tak też się stało. W "Budziku" obudziło i wciąż budzi się wiele dzieci pogrążonych w śpiączce.


A skoro jesteśmy przy nazwisku na literę B, napiszę o mistrzyni polskiego kryminału. Jestem pewna, że nie macie ani cienia wątpliwości, kim jest ta pani. Kiedy mała Kasia wyjechała do rodziny na wieś podczas wakacji, wujek postanowił zapewnić rodzince rozrywkę. Zabija kurę, aby dzieci mogły popatrzeć na spektakl pod tytułem "Biegająca kura bez głowy". Wszyscy śmieją się w głos. Wszyscy oprócz Kasi. Dziewczynka płakała, i nie był to płacz ze śmiechu. Czuła sie przeokropnie. Obiecała sobie, że ucieknie. Dokładnie obmyśliła plan ucieczki w nocy. Punkt pierwszy wykonany. Teraz pozostaje tylko czekać na pociąg. Jednak w tym momencie na stacji pojawia się rodzina, a drugiego dnia w domu na wsi pojawia się tata. Teraz bohaterki książek Katarzyny Bondy, bo o tej pani mowa, także są odważne i wiedzą, których granic nie powinno się przekraczać.


Przejdźmy teraz do Agnieszki Holland, władczyni na planie. Pani Agnieszka serwuje nam scenariusz dla reżyserki w trzech aktach. Podkreśla, że trzeba być stanowczym w swoich decyzjach i niekiedy powiedzieć po prostu "Dość!". Nie można zapominać przy tym o należytym szacunku do innych. Brak stanowczości i szacunku to kompletna klapa z udanej współpracy. Kiedy Agnieszka Holland była małą dziewczynką, długo zastanawiała się nad tym, kim chciałaby być w przyszłości. A że interesowała się sztuką, opowiadaniem historii i bardzo lubiła mieć władzę nad innymi - postanowiła zostać reżyserką. Z opinii ciut starszych ode mnie wynika, że jest to reżyserka wyśmienita. A świadczą o tym na przykład Oskary.


Pewnie wiele, oraz wielu, z nas przywiązuje bardzo dużą wagę do swojego wyglądu. I o ile istnieją rzeczy, na które wpływu nie mamy, takie jak rysy twarzy, czy też wielkość oczu, zawsze możemy pobawić się swoim ubiorem. Niegdyś Joanna Klimas pragnęła być ambasadorką w Paryżu, a w najgorszym przypadku archeologiem. Po studiach psychologicznych zrozmiała, że nie tędy droga. Niby przypadkiem, ale jednak niezupełnie, zaczęła projektować ubrania. Można by rzec, że pani Joanna kontynuuje wizję Coco Chanel. Ona także uważa, że mniej znaczy więcej. Nasza bohaterka jest zdania, że jednolite ubrania prezentują się niezwykle przyjemnie dla oka. Często wspomina również, że warto przyglądać się dziełom sztuki, aby otworzyć się na przyklad na nowe wzory.


Skoczmy do świata twórczych urwisów. W ich gronie znajduje się Katarzyna Kozyra. W naszej pozycji pod tytułem "Ada, to wypada!" pokazuje, jak ważny jest pomysł, realizacja oraz efekt. Zdradza, że nie zawsze trzeba się trzymać pomysłu w stu procentach, najczęściej warto pozwolić mu się rozwinąć bądź popłynąć w zupełnie innym kierunku. Realizacja to najbardziej pracochłonny proces. Tutaj trzeba popracować nad formą oraz emocjami przekazywanymi w naszej pracy. Należy pamiętać, że zaskakiwanie jest bardzo istotne! I ostatni etap - efekt. Niekiedy nie jest taki, jaki wymarzyliśmy sobie na początku, jednak warto patrzeć na swoje błędy z innego punku widzenia. Te trzy etapy to tory, którymi podąża Katarzyna Kozyra. Dziś jest uważana za jedną z najważniejszych artystek na świecie. Jej prace można spotkać między innymi w Nowym Jorku czy Pekinie. Ale jako dziecko pani Katarzyna zupełnie nie wiedziała, że zostanie artystką. Nie czuła się dobrze w swojej skórze, chorowała na anoreksję i bulimię. Na całe szczęście na studiach wszyściutko się zmieniło!


Wyobraźcie sobie, że jesteście zupełnie sami na łodzi, a wokół Was aż po horyzont rozciąga się woda. Oczy Marty Sziłajtis-Obiegło oglądały taki widok przez bardzo długi czas. Pani Marta opłynęła cały świat jako najmłodsza Polka w historii. Miała wtedy 23 lata. Od zawsze niezwykle interesowało ją żeglarstwo. Zdarzało się, że chłopaki, chcąc zrobić z niej pośmiewisko, zadawali jej dość trudne (a dla mnie wyciągnięte z kosmosu) pytania związane z tematyką żeglarstwa. I wtedy młoda Marta zaginała ich swoją wiedzą. Jako ciekawostka wspomnę jeszcze, że Marta Sziłajtis-Obiegło bardzo skrupulatnie przygotowywała się do wyprawy. Jej pokój był cały obklejony przeróżnymi zapiskami i mapami, a oprócz tego musiała przejść wiele kursów, na przykład naukę zszywania ran.


Aby nie zdradzać zbyt dużo historii, opowiem jeszcze o dwóch kobietach. O kobietach, bez których książka "Ada, to wypada!" nie powstałaby. Jak się pewnie domyślacie, mowa o autorkach - Zosi Karaszewskiej i Sylwii Stano. Te panie ukrywające się pod nazwą Książniczki to siła najszczerszej przyjaźni. Mimo tego, że ich przyjaźń trwa już ponad dwadzieścia lat, wciąż prawią sobie liczne komplementy. W swojej pozycji zaznaczają, że należy to robić. Jednak pamiętajmy też, że co za dużo, to niezdrowo!


W książce autorki przedstawiły nam historie dwudziestu jeden kobiet. Ewa Błaszczyk, Katarzyna Bonda, Marta Dymek, Irena Eris, Magdalena Fikus, Agnieszka Graff i Katarzyna Rosner, Agnieszka Holland, Joanna Klimas, Mela Koteluk, Olga Kozierowska, Katarzyna Kozyra, Ewa Łętowska, Katarzyna Miller, Marta Sziłajtis-Obiegło, Natalia Partyka, Karolina Baca-Pogorzelska, Beata Stelmach, Kamila Szczawińska, Dorota Wellman, Agnieszka Wędłocha. Warto poznać ich historie. Historie kobiet, które podążały własnymi ścieżkami i odważnie broniły swojego zdania. Wiedziały, gdzie postawić granice i uważnie czuwały nad swoją wrażliwością.

Niektórzy z Was już pewnie domyślili się, dlaczego tytuł książki brzmi tak, a nie inaczej. Już wszystko wyjaśniam. Otóż ponad osiemdziesiąt lat temu została nakręcona pewna komedia pod tytułem "Ada, to nie wypada!". Opowiadała o niesfornej i pełnej życia Adzie, której rodzice wciąż wytykali, co wypada, a czego nie. Najczęściej były to uwagi kompletnie niesłuszne. Bo przecież dziewczynkom nie wypada chodzić po drzewach i skakać po kamieniach. To bzdura! Pani Sylwia i pani Zofia postanowiły się temu sprzeciwić. Jak już pewnie się zorientowaliście, efekt jest świetny!


Wspomnę jeszcze o pięciu paniach. Są one odpowiedzialne za ilustracje. Ada Buchholc, Ola i Kamila Romaniak, Dagmara Jagodzińska i Anna Kożdoń. Każda z bohaterek została sportretowana i nie sposób jej nie rozpoznać. Ilustracje sprytnie przeplatające się z tekstem naprawdę ciekawie się prezentują. Jest to książka, którą nie tylko świetnie się czyta, ale na którą bardzo dobrze się patrzy.

Sięgnijcie po naszą "Adę"! Jak to ujęła jedna z autorek, nic nie jest tutaj koloryzowane, choć kolorów cała masa!

Tytuł - Ada, to wypada!
Tekst - Sylwia Stano i Zofia Karaszewska
Ilustracje - Ada Buchholc, Ola i Kamila Romaniak, Dagmara Jagodzińska i Anna Kożdoń
Wydawnictwo Znak, Kraków, 2018

sobota, 3 listopada 2018

Ten łokieć źle się zgina - czyli 11 wyrysowanych postaci


Kadra mistrzów polskiej ilustracji. Wciąż rozgrywa uporczywą walkę z brakiem czasu i nieprzyjaznymi sytuacjami z klientami. Ich codzienność wcale nie mieni się różowymi barwami - tak, jak mogłoby się nam wydawać. Ale spotykają ich też oczywiście o wiele bardziej miłe i przyjemne chwile, na długo pozostające w pamięci. Wygrana w prestiżowym konkursie, zlecenie od najsławniejszej amerykańskiej gazety, świetny odbiór nowej książki, gry czy kolekcji - na przykład ubrań. Chodźcie, dzisiaj będzie o ilustracji!

Sebastian Frąckiewicz. Wydaje mi się, że naprawdę trudno znaleźć osobę zatopioną w świecie literatury, komiksu oraz ilustracji, która nie słyszałaby o tym panu. W pewien październikowy dzień, rok temu, ukazała się pozycja "Ten łokieć źle się zgina. Rozmowy o ilustracji". Pierwsza część tytułu jest niezwykle interesującą zagadką. Powstrzymam swoje palce od napisania, jak brzmi rozwiązanie, co chyba w moim przypadku jasne. Natomiast druga część tytułu, tak zwany podtytuł, wyjaśnia nam, czego możemy się spodziewać sięgając po lekturę. Ale oczywiście nie w stu procentach.


Jedenastu autorów, jedenaście zupełnie odmiennych światów, jedenaście różnych rozmów. Od picturebooków, poprzez ilustracje na koszulkach, aż do projektowania postaci gier. Jan Bajtlik, Katarzyna Bogucka, Bohdan Butenko, Iwona Chmielewska, Emilia Dziubak, Bartłomiej Gaweł, Anna Halarewicz, Jan Kallwejt, Piotr Socha, Rafał Wechterowicz i Józef Wilkoń - to zacne grono, z którym mamy do czynienia w tej książce. Umówmy się, że uchylę rąbka tajemnicy opowieści niektórych z nich, dobrze?

Ale najpierw kilka słów o autorze. Można by rzec, że pan Sebastian dorastał w bibliotece. Wystarczyło, że zapłakał w przedszkolu i już go tam zaprowadzono. A dlaczego? Dlatego, że właśnie w bibliotece pracowała jego mama. Jak wszystkim wiadomo, książkożerstwo jest zaraźliwe, więc i pan Sebastian został nim zarażony. Już jako kilkulatek wyciągał z półek zakurzone książki. Najpierw je oglądał, a później, kiedy już posiadł tę umiejętność, czytał. Oglądanie było bardzo cenne. To dzięki niemu wychował się na ilustracjach mistrzów, takich jak Józef Wilkoń i Bohdan Butenko, także zresztą obecnych w naszym "Łokciu". I gdy w wieku przedszkolnym pan Sebastian wbił się do świata książek, do tej pory z niego nie wyszedł i raczej nigdzie się nie wybiera.

Zacznijmy od pani, której imię i nazwisko możemy ujrzeć tuż po wstępie. Emilia Dziubak zamiłowanie do sztuki, a szczególnie malarstwa, wyniosła z domu. To zamiłowanie ciągnęło się za nią każdego dnia do przedszkola, a później do szkoły. Jej mama zajmowała się malowaniem szyldów w całym Dęblinie - miejscowości, w której pani Emilia się wychowała. Swoje pierwsze projekty wykonała jako dziecko, pomagając mamie. Już w młodym wieku miała tak wyrafinowaną kreskę, że nikt nie spostrzegł, że dany szyld wyszedł spod ręki kilkulatki. Jako kilkunastolatka uczęszczała do liceum plastycznego w Nałęczowie. Mieszkała w internacie, który wszyscy znali z tego, że trzeba było przyklejać koce do szyb, aby zupełnie nie zamarznąć. Następnie, po liceum, studiowała... ha, i tu Was zdziwię, bo nie było to malarstwo. To w takim razie co, skoro nie malarstwo? O tym przekonajcie się sami. Teraz pani Emilia jest jedną z najbardziej rozchwytywanych ilustratorek, nie tylko w Polsce. Jej nasycone barwami i wielowarstwowymi narracjami ilustracje zachwycają każdą parę oczu!


Bum, bum, bum, przechodzimy do Piotra Sochy. Jego "Pszczoły" (napisałam o nich tutaj) oraz "Drzewa" (możecie również przeczytać o nich tu) to prawdziwe majstersztyki docenione na całym świecie. Jak się pewnie domyślacie, pan Piotr również rysował od wczesnego dzieciństwa. Ale na pewno nie spodziewacie się, że studiował... psychologię. Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Dla mnie również było to niemałym zaskoczeniem. Jednak pewien wykładowca otwarcie powiedział panu Piotrowi, że koniecznie musi spróbować dostać się na ASP. Pan Piotr nie tylko spróbował, ale również się dostał. Pracował między innymi ze znanym i wielbionym Januszem Stannym. Został przez niego hojnie wyróżniony, czemu się nie dziwię. Pan Piotr podkreśla też, że po wielu latach zrezygnował z drobnych detali. Nie mówi tego zresztą jako jedyny. Zabierają mnóstwo czasu i, zdaniem pana Piotra, są zbędne. A jednak "Pszczoły" to kunszt aż dwuletniej pracy i szczegółów tam co niemiara.


Sądzę, że tym razem pominiemy pana Józefa Wilkonia, choć jest to postać niezwykle interesująca. A pominiemy dlatego, że rozpisałam się o panu Józefie tutaj. Natomiast nie pominiemy osoby, która jest z panem Józefem związana. Jan Bajtlik, to właśnie on! Tak, to ten pan od "Typogryzmola" nagrodzonego Bologna Ragazzi Award. Dla niewtajemniczonych wspomnę, że to największe wyróżnienie, jeśli mowa o książkach dla dzieci. A pan Jan zdobył je już jako 26-latek. Talent i potencjał w młodym wieku wykrył u niego właśnie pan Józef Wilkoń. Zaproponował, aby pan Jan, a wtedy może już nie Janek, ale na pewno Jan, przyjeżdżał do niego na zajęcia. Tak też się stało. Siedzieli przy jednym stole. Józef Wilkoń robił swoje ilustracje do nowych książek, a Jan Bajtlik wykonywał ćwiczenia przygotowujące do egzaminu. To musiało być wspaniałe doświadczenie! I choć, jeśli chodzi o styl, panowie raczej nie mają wiele wspólnego, w środku pana Jana wciąż siedzą rady udzielone przez prawdziwego mistrza.


Kilka wydłużonych susów i uwaga, uwaga, skaczemy! Wylądowaliśmy tuż przy Katarzynie Boguckiej, która swoją drogę zaczęła od malarstwa. Profesorowie na studiach wciąż powtarzali jej, że za dużo opowiada w swoich obrazach, ale nasza studentka było niewzruszona i wciąż stała przy swoim. Od dziecka marzyła o tym, aby zostać malarką. Niestety, z każdym następnym dniem coraz bardziej uświadamiała sobie, że to nierealne. Patrzenie pani Kasi na książki uległo zmianie dzięki cotygodniowych zajęciach z Iwoną Chmielewską. Wtedy zrozumiała, że ilustracja to coś, czym naprawdę chce się zajmować. Jej pierwsza przygoda właśnie z tym związana to współpraca z Pan Tu Nie Stał. Rozkręcająca się firma połączyła swoje siły z rozrysowującą się ilustratorką. Jednak pani Kasia nie chciała znajdować się tylko i wyłącznie w szufladzie książek dla dzieci. Do dziś robi także plakaty, ilustracje na tkaniny i tapety. To również wzbogaca jej obfity warsztat. Gdy w domu pani Kasi pojawiło się łóżeczko i grzechotki, praca musiała zejścia drugi plan, ale bądźcie przygotowani na to, że wystartuje jeszcze niczym rakieta.


Teraz już ostatnia osoba, którą opiszę. To Iwona Chmielewska. Pewnie wszyscy z nas znają jej płynne, ale jakże mocne w przekazie, ilustracje. Pani Iwona wychowała się w Pabianicach. Miejscowość ta najmocniej kojarzy jej się z charakterystycznym zapachem na ulicach oraz bawełną tańczącą na wietrze. Często można zobaczyć te wspomnienia przeniesione na papier. I to niekoniecznie tylko na papier książek dla dzieci, dla dorosłych również. Pani Iwona podkreśla, że te pozycje - picturebooki, nie są tworzone tylko dla młodych czytelników. Powiedzenie, że ktoś jest za duży na ilustracje to przerażający infantylizm. W tej rozmowie był także poruszany wątek dostępu do książek oraz tematów, o których wiele osób sądzi, że nie są one zarezerwowane dla dzieci. Zdradzę jeszcze, że pani Iwona wychowała czworo dzieci i ma na swoim koncie blisko trzydzieści książek. Ilustrowanie połączyła razem z gotowaniem i sprzątaniem. Jak to pięknie ujęła, zależy jej na zakotwiczeniu się w codzienności.


Nie mam ani cienia wątpliwości, że "Ten łokieć źle się zgina" wchłonie nie tylko adoratorów ilustracji. Sebastian Frąckiewicz w jedenastu wywiadach pokazał nam przekrój polskiej ilustracji. Nie bał się zadawać pytań, których inny dziennikarz najprawdopodobniej nie odważyłby się zadać. Wcześniej nawet nie do końca zdawałam sobie sprawę, jak wiele może istnieć spojrzeń na pracę ilustratora. Teraz jestem o wiele bardziej świadoma trudu tej pracy. Ale nie bójcie się, zdania nie zmieniłam - w dorosłości dalej chcę ilustrować książki!

I Wy sięgnijcie po tę pozycję i odkryjcie, dlaczego łokieć źle się zgina.

Tytuł - Ten łokieć źle się zgina. Rozmowy o polskiej ilustracji
Wybór, wstęp i pytania - Sebastian Frąckiewicz
Opowieści i ilustracje - Jan Bajtlik, Katarzyna Bogucka, Bohdan Butenko, Iwona Chmielewska, Emilia Dziubak, Bartłomiej Gaweł, Anna Halarewicz, Jan Kallwejt, Piotr Socha, Rafał Wechterowicz, Józef Wilkoń
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2017

niedziela, 21 października 2018

O kotach - czyli sześć ścieżek


Ludzkość dzieli się na dwie grupy. Pierwszą są wielbiciele kotów, a drugą - wielbiciele psów. A że zaliczam się raczej do drugiej grupy, przeczytałam książkę o kotach 🙂 Odkryłam nową perspektywę patrzenia na te zwierzęta, wydawałoby się, że tak leniwe i niezbyt mądre. A dlaczego tak sądziłam? Na przykład dlatego, że koty spędzają około pięciu godzin dziennie na wpatrywaniu się w świat za szybą okna. Jednak oprócz tego robią także różne inne, ciekawe rzeczy. Nie oznacza to oczywiście, że przypatrywanie się codzienności nie jest interesujące!


Koty, koty, koty. Kiedy usłyszycie bądź przeczytacie te słowa, jakie skojarzenia przyjdą Wam do głowy? Może... alergeny i kupka sierści na czterech łapach? A może - pełne troski i wdzięku, dumnie chodzące, niesprawiedliwie niedoceniane osobniki? No właśnie, niedoceniane. Jak się okazuje z felietonu numer jeden, autorstwa Stefana Chwina (a w książce "O kotach" znajduje się ich sześć), koty są nawet mądrzejsze od ludzi. To w takim razie czemu nie zawładnęły galaktyką? Ponoć jeszcze szykują wielki plan podbicia całej Ziemi. Stopniowo wzbogacają swoją wiedzę słuchając kocich mędrców wygłaszających mądrości na gałęziach jarzębiny. Jednym z takich właśnie osobników jest Hawana Brown. Hawana Brown poświęcał cały swój czas na to, aby edukować swoje siostry i swoich braci. Problem polega na tym, że niewielu chciało go słuchać... Jednak było również nieliczne grono kotów, które wsłuchiwały się w każde jego słowo. Zaliczała się do niego między innymi Fiona, kotka o dobrym serduszku i dużej gracji. Fiona darzyła Hawanę Brown wielkim zaufaniem. Dlatego też to właśnie do niego zwróciła się z prośbą o pomoc. Ale nie jest to historia tylko o mędrcu, kotce i pomocy. Przewija się tu również wątek miłości, uchodźców i wojny. Czy oby na pewno ten świat jest światem kocim? Jeśli kolejkują się Wam teraz w głowie pytania, wystarczy, że książka "O kotach" pojawi się w waszych dłoniach, i wszystkie znikną!


Był Stefan Chwin, a teraz weźmy sobie na tapetę Małgorzatę Rejmer. Zacznijmy opowieść. Kobieta o imieniu Olga od zawsze chciała mieć kota. Marzyła o porannym miauczeniu, zatapianiu ręki w puszystej sierści i zabawie z laserem. Czuła, że moment, w którym kot pojawi się w jej domu nadejdzie już niebawem. W przeciwieństwie do swojego partnera Ervina, przy każdej, nawet tej najkrótszej, przechadzce na świeżym powietrzu, wypatrywała futrzaków. I pewnego razu znalazła małego, strachliwego, schowanego pod samochodem kotka. Troska, bo tak miała na imię, zamieszkała razem z Olgą i Ervinem. Ale jako najukochańszego opiekuna nie wybrała kobiety. Wolała spędzać czas z mężczyzną, a przecież to właśnie Olga oddała jej całe swoje serce. Kotka każdy swój ruch kierowała w kierunku Ervina. Olga uznała, że brakuje jej stworzenia, które wtulałoby się w jej swetry i niezdarnie wdrapywałoby się na nogi. Jakiś czas później w domu pojawił się Lucek. I tak, jak przypuszczała na początku, polubili się. Od tej pory rodzinę tworzyli Olga, Ervin, Troska i Lucek. Ale nie myślcie sobie, że to koniec historii. To dopiero naparstek z całej szklanki. Niezwykle istotną rolę odgrywa tutaj czarny kot. Nic więcej na jego temat nie zdradzę, nawet nie próbujcie mnie namawiać.


Przejdźmy teraz do mojej ulubionej części tej książki i ostatniej, o której napiszę na blogu. To felieton Pawła Sołtysa. Zapewne kojarzycie tego pana ze sceny muzycznej oraz "Mikrotyków", o których huczno już od dnia premiery. Ale my nie o "Mikrotykach" i piosenkach, tylko o kotach. A tak właściwie to o wnuczku, dziadku i jego kocie.

Wnuczek straszliwie lubił przychodzić do swojego dziadka. Dziadka, który siedząc w fotelu oraz głaszcząc swojego kota, czytał gazetę i palił fajkę. Dziadka, który traktował wnuczka jak przyjaciela. Nic przed nim nie ukrywał. Otwarcie mówił mu o historiach sąsiadów z drugiego piętra, o amerykańskich aktorkach, czy też o swoich wahaniach i zagwozdkach. Chłopiec niezwykle to doceniał. Uwielbiał, kiedy rodzice wyjeżdżali, wtedy mógł spędzać czas ze swoim dziadkiem i jego kotem. Mimo tego, że wiek ośmiu lat raczej nie jest odpowiednim, dziadek pozwalał chłopcu oglądać wieczorami filmy, w których dojrzałe panie tańczyły podnosząc spódnice do góry. Z tych kilku zdań można wywnioskować, że jest to opowieść o relacji między dziadkiem i wnukiem oraz o przechadzającym się w tle kocie. Nic bardziej mylnego. Pojawia się również babcia. Babcia, która podobnie, jak swój mąż, chodzi własnymi ścieżkami.


Jestem pewna, że osobom, których dzieciństwo przypadło na lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, czytanie tego felietonu przyniesie wielką radość. Zapewne przypomni im to chwile spędzane u dziadków, brak koloru w telewizji i charakterystyczną woń tytoniu. Kiedy ja czytałam ten rozdział, zapragnęłam, aby w moim pokoju pojawił się stary, bujany fotel i czarno-białe czasopismo. Nawiedziła mnie także chęć, żeby jakiś puszysty kot pojawił się na moim parapecie. Ale ta druga myśl była tylko chwilowa.


Pozycja "O kotach" to książka idealna na podróż czy deszczowy, jesienny wieczór. Sześć opowieści sześciu pisarzy. Stefan Chwin, Olga Drenda, Piotr Paziński, Małgorzata Rejmer, Piotr Siemion, Paweł Sołtys. Bardzo ważna jest tutaj jeszcze jedna osoba, Gosia Herba. Okładka i ilustracje wyszły właśnie spod jej ręki. Wielu z Was pewnie rozpoznałoby jej rysunki już z daleka. Oczywiście Gosia, tajfun pracy, świetnie poradziła sobie z niełatwym zadaniem zilustrowania książki. Dzięki niej "O kotach" nie tylko świetnie się czyta, ale także znakomicie się ogląda.

Pozwólcie zaprosić się do świata kotów! Poznajcie je z zupełnie innej strony. Zdradzę jeszcze, że ukazał się również tomik "O psach" wyrysowany przez Olę Niepsuj. Coś czuję, że psy już wkrótce pojawią się na moim biurku.

Tytuł - O kotach
Tekst - Stefan Chwin, Olga Drenda, Piotr Paziński, Małgorzata Rejmer, Piotr Siemion, Paweł Sołtys
Ilustracje - Gosia Herba
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2018

niedziela, 7 października 2018

Mały Książę - czyli król, nie tylko na półce


Czytelnicy poznali go w 1943 roku. Do dnia dzisiejszego jego słowa cytuje cały świat. Jest bohaterem jednej z najpiękniejszych książek na świecie. Wpada w serca wszystkich, którzy po niego sięgnęli. Cały czas pozostaje zagadką, skrywa w sobie tajemnicę. Cały czas wzrusza, niekiedy nawet i do łez. Już wiecie, kto kryje się za tymi wszystkimi słowami? Jestem pewna, że tak, ale na wszelki wypadek napiszę. Oczywiście jest to niezastąpiony Mały Książę!


Pustynia, brak cywilizacji. Akurat w tym miejscu musiała nastąpić awaria silnika pewnego samolotu. Sytuacja wyglądała bardzo poważnie. Pilot leciał samotnie, bez innych pasażerów. Pot spływał po policzkach cichutko spadając na parzący piasek. Wody także już brakowała, każda kropla była na wagę złota. Mężczyzna spodziewał się już tylko jednego. Nadzieja gasła już z każdą sekundą. Nagle przed jego oczami pojawił się owinięty w żółty szalik chłopiec ze złotymi włosami. Czar zauroczenia nagle pojawił się w sercu mężczyzny.


Mały chłopiec nie wyglądał wcale na zmęczonego, wręcz przeciwnie. A przecież jak to możliwe, że dziecko nagle znalazło się w samym środku przeogromnej pustyni?! To pytanie dręczyło pilota. Mimo tego, nie zadał go. Za to chłopiec owszem, zadał pytanie. Można powiedzieć, że było ona strzelone ni z gruchy ni z pietruchy. Z jabłka i marchewki również nie. To zdanie zna cały świat. Zapadło ono w pamięci chyba wszystkim czytelnikom. "Proszę Cię... narysuj mi baranka"...


Wszyscy znają również odpowiedź pilota na tę prośbę. Nie jest tajemnicą to, że rysowanie nie szło mu najlepiej. Czynność tę porzucił w wieku sześciu lat, zniechęcony przez dorosłych. Wtedy zauroczony właściwościami ołówka i kredek, narysował boa, który zjadł słonia. Pełen dumy, poszedł pokazał go dorosłym. A oni, z lekceważącym spojrzeniem, od razu stwierdzili, że to kapelusz. Nasz bohater wrócił do swojego pokoju i dorysował w brzuchu węża słonia. Ale dorośli i tak byli niezadowoleni. Uważali, że to strata czasu. Potem chłopiec, a później mężczyzna, nie sięgnął już po kredki.


Dobrze, wróćmy do baranka. Pilot nie odmówił chłopcu tej prośby. Były trzy próby, każda z nich niezbyt udana. Najlepsza okazała się opcja czwarta - baranek zamknięty w skrzynce. Teraz przynajmniej nie mógł uciec. Chłopiec, nazwany później przez mężczyznę Małym Księciem, cieszył się przeogromnie. Nasz Książę miał niebywałą wyobraźnię. Opowiadał, jak baranek kładzie się spać, czy jest głodny i zadowolony ze swojego malutkiego mieszkanka.


Pilot wciąż nie wiedział, w jaki sposób Mały Książę znalazł się na pustyni. Teraz zepsuty silnik zszedł na drugi plan. Najpierw chciał odkryć tajemnicę złotowłosego chłopca. Wiedział już, że przybył z bardzo odległej, aczkolwiek straszliwie niewielkiej, planety. Były na niej trzy wulkany, z czego dwa to wulkany nieczynne. Znajdowały się tam także baobaby, które wciąż sprawiały ogromne kłopoty. Trzeba było je wycinać codziennie, aby nie porosły całej planety. I najważniejsze. Pamiętacie Różę, prawda? To kwiat, który Mały Książę kochał miłością nieziemską. Róża także go kochała, ale nie okazywała tej miłości. Wydawałoby się, że ona wciąż narzekała i oczekiwała spełnienia wielu próśb. Chłopiec ją szanował, ale ona niego - już niekoniecznie.


W końcu Mały Książę postanawia opuścić swoją przytulną planetę. Starannie wyczyścił wszystkie wulkany, przyciął baobaby z wielką dokładnością i porządnie podlał Różę. Dumny z decyzji, którą podjął, był gotowy do podróży. A właśnie w tym momencie dowiedział się, że Róża naprawdę go kochała. Nigdy mu tego nie powiedziała. Ta wiadomość troszkę skomplikowała sytuację. Mały Książę nie spodziewał się takiej reakcji swojego kwiatu na wyjazd. Ale wszystko było już ustalone, to nie czas na troski.


Podczas swojej podróży, chłopiec odwiedził wiele planet. Pierwsza z nich była zamieszkana przez pewnego króla. Trudno powiedzieć, czym tak właściwie rządził. Na jego planecie nie było niczego ani nikogo oprócz niego. Na planecie numer dwa mieszkał pyszałek. Z wielkim uporem rozgłaszał, że wszyscy są jego wielbicielami i klaszczą na sam jego widok. Małemu Księciu trudno było w to uwierzyć. Ale nie powiedział nic złego, powędrował tylko na następną planetę. Spotkał tam człowieka, który pił. Pił, aby zapomnieć o tym, że się wstydzi, że pije. To tylko upewniło naszego bohatera w przekonaniu, że niektórzy dorośli naprawdę stracili rozum.


Tak, jak już wspomniałam, "Mały Książę" zagościł w sercu chyba każdego z Was. Byłoby znakomicie, aby zapadł w pamięci także Waszym dzieciom. Niech i one poznają złotowłosego chłopca, Różę i lisa, który także odgrywa przecież niezwykle istotną rolę. Podsuńcie im pozycję o przyjaźni, wdzięczności, o bardzo ważnym i potrzebnym głosie najmłodszych oraz o życiu dorosłych i jego niespodziankach. Jestem przekonana, że tak jak ja, połkną haczyk i dadzą się wciągnąć. A jeśli chodzi o to tegoroczne wydanie z ilustracjami Pawła Pawlaka, to mam stuprocentową pewność!


Tak, tak, tak! "Małego Księcia" Antoine de Saint-Exupér'iego zilustrował Paweł Pawlak. Kiedy tylko dotarła do mnie ta wiadomość, niezmiernie się ucieszyłam. Nietrudno było zgadnąć, że pan Paweł poradzi sobie z tym zadaniem znakomicie. Oczywiście pan Paweł idealnie oddał emocje towarzyszące lekturze swoją charakterystyczną kreską. Ja zakochałam się w rysunku naszego bohatera i lisa! On, zresztą jak wiele innych ilustracji, wzrusza przeogromnie.


Nowe wydanie jest idealną okazją, aby odświeżyć słowa Małego Księcia w swojej pamięci. Oczy na tym również skorzystają.

Tytuł - Mały Książę
Tekst - Antoine de Saint-Exupéry
Ilustracje - Paweł Pawlak
Przekład - Henryk Woźniakowski
Wydawnictwo Znak, Kraków, 2018

niedziela, 30 września 2018

Ćwir! - czyli uskrzydlona pozycja


Bardzo możliwe, że w naszym czytelniczym gronie znajdują się osoby, które choć raz na jakiś czas wychodzą z lornetką do lasu, aby obserwować ptaki. Walter spędza swoje dni właśnie w ten sposób. Zawsze trzyma w kieszeni również atlas ptaków. Tak naprawdę wcale go nie potrzebuje, wiedzę na temat ptaków ma w jednym paluszku. No dobra, może w dwóch. Ale lubi upewniać się w tym, że ma rację. Walter zazwyczaj patrzy tylko i wyłącznie w niebo, co chwilę zerkając na ryciny ptaków i ich opisy. Tego razu było ciut inaczej. Intuicja podpowiedziała mu, aby zerknął za szumiący krzak. Kiedy wzrok Waltera padł na wspomniane miejsce, nie mógł uwierzyć własnym oczom.


Tuż za krzakiem leżała "ptakodziewczynka. Albo dziewczynkoptak. Albo coś pomiędzy". Nasz bohater od razu poczuł potrzebę pomocy tej biednej istocie schowanej za roślinnością. Troskliwie wziął ją na ręce i zaniósł do swojego domu. Czekała tam na niego żona, niezwykle wzruszona, ale również straszliwie przejęta nową osobą w domu, jaką jest dziewczynka ze skrzydłami zamiast rąk. Tina, bo takie nosiła imię żona Waltera, chciała traktować dziewczynkę jak własną córkę. Postanowiła wychować ją zupełnie tak, jakby była człowiekiem.


Pierwszym krokiem było wymyślenie imienia. Tina i Walter usiedli na krzesłach i uważnie przyglądali się ptakodziewczynce lub dziewczynkoptakowi. Trzeba wymyślić takie imię, aby nikt nie podejrzewał, że pod ubraniami dziewczynka ukrywa swoje skrzydła. Ale jednocześnie takie, aby pasowało do naszej istotki. Kos? Oczywiście, że nie. Ćwirka? Nie. Kokosia? Też nie... Było jeszcze wiele innych prób, żadna z nich nie brzmiała odpowiednio. Ptasia? O! To imię spodobało się i Tinie, i Walterowi. Od teraz dziewczynka ze skrzydełkami zamiast rąk stała się Ptasią.

Tina przechadzała się po miasteczku z wózkiem. W wózku, pod stertą koców i ubranek, ukryta była Ptasia. Wystawała jej tylko główka, uważnie przyglądająca się światu. Nasze bohaterki wyglądały jak normalna rodzinka. Każdy myślał, że mama wzięła córkę na spacer. Ale Tina i tak była bardzo niespokojna. Bała się, że spotka kogoś znajomego. I co wtedy? Cała miejscowość byłaby pełna od plotek na temat Ptasi. A tego kobieta nie mogłaby znieść.

Naszemu małżeństwu, a w szczególności Tinie, niezmiernie zależało na tym, aby Ptasia nauczyła się również mówić. Jej pierwszym słowem był krótki, czteroliterowy wyraz - "ćwir"! Kiedy Tina to usłyszała, z wypiekami na twarzy pobiegła do Waltera, aby opowiedzieć mu zaistniałą sytuacją. On niezbyt podzielał radość żony. Wciąż był zdania, że Ptasia jest ptakiem. Tina dalej sądziła, że Ptasia to dziewczynka.


Wkrótce nasza mała istotka zaczęła podskakiwać i unosić się w powietrzu. Walter się cieszył, Tina niekoniecznie. Po kilku, no może kilkunastu, dniach, nasza mała bohaterka latała już nad kredensem. To czynność, którą opanowała do perfekcji. Ale z mówieniem szło znacznie gorzej. Nie potrafiła wymówić swojego imienia. Wciąż z uporem powtarzała "Ptyś", a nie "Ptasia". Tina stwierdziła, że to niedopuszczalne, aby ktoś nie umiał wymawiać swojego imienia. W ten sposób Ptasia stała się Ptysią. Od tej pory to ptakodziewczynka lub dziewczynkoptak o imieniu Ptyś.

Kolejnym krokiem dobrego wychowania według Tiny było posługiwanie się sztućcami. Z tym to nielada kłopot, przecież Ptyś nie ma rąk! Skutkiem nauki była zupa porozlewana w całym mieszkaniu. Kiedy Walter to zobaczył, z przerażoną miną pobiegł coś skonstruować. Tina nie przeszkadzała mu, musiała zajmować się pilnowaniem Ptysi, aby nie zjadała robaków z podłogi.


Nagle... bum, jedno spojrzenie w inną stronę i Ptyś znika w sposób jeszcze Wam nieznany! Nawet się nie pożegnała... Tinie i Walterowi jest z tego powodu koszmarnie smutno. Nic dziwnego, w końcu przecież tak poświęcili się dla Ptysi. No cóż, teraz będą musieli wrócić do codzienności, która towarzyszyła im do dnia, w którym Walter znalazł ptakodziewczynkę lub dziewczynkoptaka. Albo... To zdanie musicie dokończyć sami. A jedynym sposobem, aby to zrobić jest sięgnięcie po lekturę o tytule "Ćwir!".

"Ćwir!" to wielokrotnie nagradzana i zekranizowana książka spod pióra Joke van Leeuwen. Nie chcę, aby zabrzmiało to banalnie, ale ta lektura jest gablotką, w której możemy zobaczyć życie i jego trudy, po prostu. Na stu siedemdziesięciu sześciu stronach kryją się tajemnice. Każdy odkrywa ich więcej bądź też mniej. Dla mnie, "Ćwir!" to opowieść o poświęceniu, stworzeniu rodziny, przyjaźni, szacunku i wyrozumiałości oraz jej braku. Ale przede wszystkim dziejsza lektura ukazuje nam fakt, że w wielu przypadkach wolność jest niezastąpiona.


Nie ma się co oglądać. Lećcie po nią!

Tytuł - Ćwir!
Tekst i ilustracje - Joke van Leeuwen
Przekład - Jadwiga Jędryas
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2018

sobota, 22 września 2018

Mały atlas motyli - czyli historie latających kolorów


Uwaga, zagadka! Jedne z najbardziej kolorowych, aczkolwiek niezbyt wielkich zwierząt należacych do owadów, to... Bingo! Motyle! Czy Was również nawiedza takie uczucie, że gdy tylko zobaczycie motylka, od razu chcielibyście wiedzieć, jak toczyło się jego życie przed tą chwilą? Ja zawsze, ale to absolutnie zawsze, tak mam. Po przeczytaniu "Małego atlasu motyli" mogę się spodziewać co nasze barwne zwierzęta porabiają w przerwie między jedzeniem a piciem 😉 No to fruuu, polećmy do książki!

Zacznijmy od motyla, którego bardzo łatwo odnaleźć. Można powiedzieć, że w ciepłe dni rusałki pawiki pojawiają się na każdej łące. Zdarza się nierzadko, że kiedy nasze okno pozostanie niezamknięte, możemy spotkać je latające po naszym pokoju. Zimę spędzają w piwnicy, czy też na strychu. To tam jest wystarczająco chłodno, aby mogły zapaść w głęboki sen. Po przebudzeniu się, gdy słońce wyjdzie już zza chmary zimowych chmur, rusałki wylatują w świat i dalej, jak to często u motyli bywa, przemieszczają się z kwiatuszka na kwiatek.


Jestem przekonana, że wszyscy z Was widzieli nie tylko rusałkę pawika, ale także latolistka cytrynka. Tak, to ten żółty motyl. Podobno nie tylko wygląda jak latające liście o kolorze cytrynowym, ale także pachnie jak cytryna. Autorzy tej książki - czyli Ewa Kozyra-Pawlak i Paweł Pawlak - radzą tego nie sprawdzać, ponieważ, jak powszechnie wiadomo, skrzydełka motyli są niezwykle delikatne i bardzo łatwo je uszkodzić. Tryb życia cytrynka jest dość dziwny i niespotykany. Ze swojego snu budzi się wczesną wiosną, po czym znów zasypia, bo dręczą go upały. I teraz sprawa z niepojawianiem się latolistka latem wyjaśniona.


Pofruńmy do... ależ trudno wybrać! O, wiem! Pofruńmy do zmrocznika przytulniaka. Zmrocznik - ponieważ jest to ćma latająca o zmroku, a przytulniak - bo jego ulubionym smakołykiem jest przytulia. Wątpliwości rozwiane! Letni wieczór to pora, kiedy woń kwiatów roznosi się najbardziej. Wtedy można zaobserwować grubiutką ćmę skradającego się do swoich rarytasów. Ponoć kiedy obserwuje się zmrocznika z daleka, wygląda on jak brązowy koliber. A to ciekawe!


Pozostańmy przy ćmach. Kolejnym interesującym gatunkiem jest plamiec agreściak. Tak, nie mylicie się, lubi podjeść sobie trochę agrestu. Niektórzy ogrodnicy twierdzą, że w zjadaniu tych owoców pomagają im ukryte ząbki. Ale nie wierzcie w to, to tylko i wyłącznie pomówienia. Aby zobaczyć pożeracza agrestu, autorzy naszej motylowatej pozycji posadzili w swoim ogródku krzak tego owocu. I zanim się obejrzeli, liście agrestu zniknęły!


Kolejnym motylem, którego widzieliście na sto jeden procent, jest paź królowej. To jeden z najdorodniejszych, a niektórzy nawet twierdzą, że najdorodniejszy, polski motylek. Nawet nad jego gąsienicą rozpościerają się same zachwyty, a nie jest to częste zjawisko, oj nie. Niestety piękno motyli ma też i swoje minusy. Paź jest tak śliczny, że wszyscy kolekcjonerzy motylków chcą mieć go w swoich gablotach. A przecież o wiele przyjemniej obserwuje się motyle latające na łąkach!


Przeskoczmy teraz na... resztki owoców. To właśnie nimi żywi się mieniak tęczowiec, okaz o imponujących skrzydłach mieniących się w kolorze granatowym. Często można także zobaczyć go w sytuacji, w której zanurza swój język w zwierzęcych odchodach. Wiem, nie jest to apetyczne, ani troszenieczkę. Wydawałoby się, że takie okazy siadają tylko na pachnących kwiatach, a tu proszę, kompletnie na odwrót.


Dobrze, już basta historiom o motylkach na moim blogu! Jeśli chcecie dowiedzieć się o ich więcej (a przecież chcecie, prawda?!) koniecznie musicie sięgnąć po "Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków". Jeżeli stale śledzicie dobre książki, z pewnością znacie lub słyszeliście o książce "Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków". Możecie przeczytać o niej klikając tutaj. Gorąco do tego zachęcam!


Dzisiejsza pozycja przede wszystkim kierowana jest do dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, ale myślę, że odkrywanie motyli sprawi dużo frajdy starszym dzieciom, jak również tym dorosłym. Dzięki tej książce dowiemy się, na przykład, gdzie osadnik egeria uwielbia spędzać czas, w jakich warunkach lata przestrojnik trawnik, w jaki sposób bieliki potrafią każdego ptaka zrobić w dudka. Poznacie tajemnice życia tych kolorowych zwierzątek i przypuszczam, że po tej lekturze nie będzie nawiedzało Was wspomniane na samym początku uczucie 😉


"Mały atlas motyli" to cacuszko wykonane przez parę wrocławskich ilustratorów - Ewę Kozyrę-Pawlak i Pawła Pawlaka. Pewnie spostrzegliście już, że w książce występują i kolaże z tkanin, i fotografie, i akwarele, i modele z liści i patyków. Sami przyznajcie, że to niezwykle ciekawe połączenie! Tkaniny to oczywiście specjalność pani Ewy, fotografie to także jej sprawka. A akwarele i modele to już robota pana Pawła. Ah, zapomniałam jeszcze dodać, że występują tu również rysunki pewnej młodej osóbki, Hani Cisło. To niezłe trio!

Pofruńcie do świata motyli! Nie mam ani cienia wątpliwości, że wcale nie będziecie mieli ochoty z niego wyjść!

Tytuł - Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków
Ilustracje - Ewa Kozyra-Pawlak i Paweł Pawlak
Rysunki - Hania Cisło
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa, 2018