Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jadwiga Jędryas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jadwiga Jędryas. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 lipca 2019

Sto godzin nocy - czyli ucieczka z niewidocznym światłem w tunelu


No dobra, przyznajcie się - kto z Was nie marzy o wyprawie do Nowego Jorku? Chyba każdy ma ochotę choć raz zawitać w tym jakże różnorodnym i kolosalnym mieście. Nocny spacer uliczkami pełnymi ludzi i świateł znajduje się na długiej liście marzeń zapewne większości z nas. Doskonale znamy to miasto choćby z filmów i książek, jednak w ludziach (również we mnie) wciąż drzemie chęć samodzielnego odkrycia tego miejsca. Dokładnie to czuła Emilia. Gdy tylko przytrafił się sensowny powód ucieczki do Nowego Jorku, nie zastanawiała się zbyt długo.

Emilia December de Wit ma czternaście lat, mamę - wielką artystkę i wielbicielkę sztuki oraz tatę, który jest dyrektorem szkoły, uczy matematyki i kocha obserwować gwiazdy. Kilka dni temu stał się najgorętszym tematem holenderskich ploteczek. Dlaczego? Ponieważ zrobił przeraźliwie głupią i niedojrzałą rzecz. Popełnił błąd, którego nie da się naprawić i wybaczyć. Od tamtej pory anonimowi ludzie z internetu życzą mu śmierci i grożą podpaleniem domu. Emilia już tego nie wytrzymuje. Do czego doprowadził jej tata? Do tego, że jego córka nawet nie może spokojnie przechadzać się na świeżym powietrzu po Amsterdamie. Wtedy Emilia z prędkością światła staje się punktem "O" w okręgu stworzonym przez dziennikarzy. Do głowy przyszedł jej pewien pomysł. Dokładnie go przemyślała. I podjęła decyzję.

Dziewczyna wykupiła lot, wynajęła mieszkanie, wydrukowała odpowiednie godziny i przystanki metra oraz linii tramwajowych. Spakowała się i podkradła tacie kartę płatniczą. Obiecała sobie, że nie zdradzi rodzicom swoich planów. Okłamie ich, że poleciała do znajomej mieszkającej w Niemczech. To znaczy... jeśli się odważy. Gdy zasypia, nie do końca może w to uwierzyć. Jutro poleci do Nowego Jorku! I to zupełnie sama! Jest przekonana, że podoła wielu wyzwaniom oraz problemom, które na nią czekają. W końcu przygotowała się na każdą okazję. Obawia się tylko jednego - będzie musiała spać w obcym łóżku, dotykać wielu dotykanych już przedmiotów i siadać na fotelach w środkach komunikacji miejskiej. To straszne, ponieważ wszędzie są bakterie. A Emilia nienawidzi i trochę boi się właśnie bakterii.

W samolocie nastolatka dostaje wielkiego napadu strachu. Wszystkie pasażerskie oczy skierowane są w jej stronę. Stewardessy oraz lekarz stoją kompletnie nie wiedząc, co należy zrobić. Po jakimś czasie, czyli kilku godzinach, Emilia opanowuje swój lęk. Uf, już za chwile dotrze do Nowego Jorku. Wciąż pływa w uczuciu o nazwie „niedowierzanie”. I ja się temu nie dziwię.


Dziewczyna odbiera swoje bagaże. Czeka ją jeszcze bardzo ważna rozmowa. Rozmowa, która zadecyduje o tym, czy może stać się częścią nowojorskiej układanki. Pani na lotnisku prosi o zgodę rodziców na tutejszy pobyt. Na całe szczęście Emilia się przygotowała. A powód? - pyta kobieta. Oczywiście zwiedzanie - odpowiada Emilia. Cały dialog poszedł pomyślnie. Jednak wiadomo, nie obeszło się bez stresu. Teraz tylko podróż do wynajętego mieszkania i voila! Ale najpierw wizyta w banku. W końcu trzeba wypłacić pieniądze z karty kredytowej taty.

Okazuje się, że naprawdę trudno zorganizować taką wyprawę. Samodzielnie i w wielkiej tajemnicy przed wszystkimi. Emilia zupełnie nie miała pojęcia o tym, że w Ameryce mieszkanie mogą wynajmować tylko i wyłącznie osoby pełnoletnie. Niezły klops. A oprócz tego dziewczyna została oszukana. Pokój, który wynajęła przez internet, wcale nie jest do wynajęcia. Mieszka tam trzyosobowa rodzinka, co oznacza, że mężczyzna z internetu podał fałszywy adres i fałszywe nazwisko. Urodził się wielki problem. Mało tego! On wciąż rośnie. A na dodatek okazało się, że przez Nowy Jork już za kilka dni przejdzie huragan Sandy.

O czym Emilia myślała, kiedy planowała swoją podróż? Przecież wiedziała, że rodzice zaczną jej szukać. Wiedziała, że nie tak łatwo będzie wciskać im kolejne kłamstwa. Wiedziała, że pojawią się problemy, które będą mogli rozwiązać tylko i wyłącznie dorośli. Jednak nie dopuszczała do siebie tych myśli. Postawiła przed nimi ścianę, która została zburzona dopiero po przylocie do Nowego Jorku. Jest zadowolona z jednej rzeczy - z tego, że pokazała tacie, jak bardzo ją skrzywdził.

Pojawiają się Wam pytanie w głowie? O, to świetnie się składa! Jeśli sięgniecie po „Sto godzin nocy”, wszystkie zostaną rozwiane. Książka napisana przez Annę Woltz jest wypełniona emocjami. Czytając ją, budzi się w nas wielki gniew, smutek, a także radość. „Sto godzin nocy” ostrzega przed podejmowaniem pochopnych decyzji. Ale ukazuje również, że niekiedy spontaniczne kroki potrafią przynieść wiele korzyści.

Kiedy byłam jeszcze przed lekturą, straszliwie intrygował mnie tytuł. Być może z Wami jest tak samo. Zaspokójcie swoją ciekawość, to nie takie trudne!

Tytuł - Sto godzin nocy
Tekst - Anna Woltz
Tłumaczenie - Jadwiga Jędryas
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2019

niedziela, 30 września 2018

Ćwir! - czyli uskrzydlona pozycja


Bardzo możliwe, że w naszym czytelniczym gronie znajdują się osoby, które choć raz na jakiś czas wychodzą z lornetką do lasu, aby obserwować ptaki. Walter spędza swoje dni właśnie w ten sposób. Zawsze trzyma w kieszeni również atlas ptaków. Tak naprawdę wcale go nie potrzebuje, wiedzę na temat ptaków ma w jednym paluszku. No dobra, może w dwóch. Ale lubi upewniać się w tym, że ma rację. Walter zazwyczaj patrzy tylko i wyłącznie w niebo, co chwilę zerkając na ryciny ptaków i ich opisy. Tego razu było ciut inaczej. Intuicja podpowiedziała mu, aby zerknął za szumiący krzak. Kiedy wzrok Waltera padł na wspomniane miejsce, nie mógł uwierzyć własnym oczom.


Tuż za krzakiem leżała "ptakodziewczynka. Albo dziewczynkoptak. Albo coś pomiędzy". Nasz bohater od razu poczuł potrzebę pomocy tej biednej istocie schowanej za roślinnością. Troskliwie wziął ją na ręce i zaniósł do swojego domu. Czekała tam na niego żona, niezwykle wzruszona, ale również straszliwie przejęta nową osobą w domu, jaką jest dziewczynka ze skrzydłami zamiast rąk. Tina, bo takie nosiła imię żona Waltera, chciała traktować dziewczynkę jak własną córkę. Postanowiła wychować ją zupełnie tak, jakby była człowiekiem.


Pierwszym krokiem było wymyślenie imienia. Tina i Walter usiedli na krzesłach i uważnie przyglądali się ptakodziewczynce lub dziewczynkoptakowi. Trzeba wymyślić takie imię, aby nikt nie podejrzewał, że pod ubraniami dziewczynka ukrywa swoje skrzydła. Ale jednocześnie takie, aby pasowało do naszej istotki. Kos? Oczywiście, że nie. Ćwirka? Nie. Kokosia? Też nie... Było jeszcze wiele innych prób, żadna z nich nie brzmiała odpowiednio. Ptasia? O! To imię spodobało się i Tinie, i Walterowi. Od teraz dziewczynka ze skrzydełkami zamiast rąk stała się Ptasią.

Tina przechadzała się po miasteczku z wózkiem. W wózku, pod stertą koców i ubranek, ukryta była Ptasia. Wystawała jej tylko główka, uważnie przyglądająca się światu. Nasze bohaterki wyglądały jak normalna rodzinka. Każdy myślał, że mama wzięła córkę na spacer. Ale Tina i tak była bardzo niespokojna. Bała się, że spotka kogoś znajomego. I co wtedy? Cała miejscowość byłaby pełna od plotek na temat Ptasi. A tego kobieta nie mogłaby znieść.

Naszemu małżeństwu, a w szczególności Tinie, niezmiernie zależało na tym, aby Ptasia nauczyła się również mówić. Jej pierwszym słowem był krótki, czteroliterowy wyraz - "ćwir"! Kiedy Tina to usłyszała, z wypiekami na twarzy pobiegła do Waltera, aby opowiedzieć mu zaistniałą sytuacją. On niezbyt podzielał radość żony. Wciąż był zdania, że Ptasia jest ptakiem. Tina dalej sądziła, że Ptasia to dziewczynka.


Wkrótce nasza mała istotka zaczęła podskakiwać i unosić się w powietrzu. Walter się cieszył, Tina niekoniecznie. Po kilku, no może kilkunastu, dniach, nasza mała bohaterka latała już nad kredensem. To czynność, którą opanowała do perfekcji. Ale z mówieniem szło znacznie gorzej. Nie potrafiła wymówić swojego imienia. Wciąż z uporem powtarzała "Ptyś", a nie "Ptasia". Tina stwierdziła, że to niedopuszczalne, aby ktoś nie umiał wymawiać swojego imienia. W ten sposób Ptasia stała się Ptysią. Od tej pory to ptakodziewczynka lub dziewczynkoptak o imieniu Ptyś.

Kolejnym krokiem dobrego wychowania według Tiny było posługiwanie się sztućcami. Z tym to nielada kłopot, przecież Ptyś nie ma rąk! Skutkiem nauki była zupa porozlewana w całym mieszkaniu. Kiedy Walter to zobaczył, z przerażoną miną pobiegł coś skonstruować. Tina nie przeszkadzała mu, musiała zajmować się pilnowaniem Ptysi, aby nie zjadała robaków z podłogi.


Nagle... bum, jedno spojrzenie w inną stronę i Ptyś znika w sposób jeszcze Wam nieznany! Nawet się nie pożegnała... Tinie i Walterowi jest z tego powodu koszmarnie smutno. Nic dziwnego, w końcu przecież tak poświęcili się dla Ptysi. No cóż, teraz będą musieli wrócić do codzienności, która towarzyszyła im do dnia, w którym Walter znalazł ptakodziewczynkę lub dziewczynkoptaka. Albo... To zdanie musicie dokończyć sami. A jedynym sposobem, aby to zrobić jest sięgnięcie po lekturę o tytule "Ćwir!".

"Ćwir!" to wielokrotnie nagradzana i zekranizowana książka spod pióra Joke van Leeuwen. Nie chcę, aby zabrzmiało to banalnie, ale ta lektura jest gablotką, w której możemy zobaczyć życie i jego trudy, po prostu. Na stu siedemdziesięciu sześciu stronach kryją się tajemnice. Każdy odkrywa ich więcej bądź też mniej. Dla mnie, "Ćwir!" to opowieść o poświęceniu, stworzeniu rodziny, przyjaźni, szacunku i wyrozumiałości oraz jej braku. Ale przede wszystkim dziejsza lektura ukazuje nam fakt, że w wielu przypadkach wolność jest niezastąpiona.


Nie ma się co oglądać. Lećcie po nią!

Tytuł - Ćwir!
Tekst i ilustracje - Joke van Leeuwen
Przekład - Jadwiga Jędryas
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2018

środa, 24 maja 2017

Nie każdy umiał się przewrócić - czyli proste i dowcipne przygody nie tylko niezachwianej czapli


Niezachwiana czapla nie umiała się przewrócić, wiewiórka miała szafkę zapełnioną miodem, mrówka miała za ciężką głowę od swojej mądrości, jeż latał i świecił na niebie jak słońce, słoń co chwila wpadał na jakieś drzewo, żaba robiła salta do tyłu, świerszcz miał płaszcz większy od siebie... i jak myślicie, gdzie to wszystko mogło się dziać? Już wiecie? Jeśli nie, podpowiem Wam. To miejsce, w którym może dziać się wszystko, to las Toona Tellegena!

Wiewiórka i mrówka bardzo często się spotykały. Gawędziły o tysiąc i jednej rzeczy zajadając przy tym miód. Najczęściej siedziały w bukowym domu wiewiórki. Do bukowego domku zaglądał również słoń. A gdy tam zaglądał, huśtał się na lampie pod sufitem bukowego domku. I o dziwo lampa się nie zerwała, choć (jak wszyscy wiemy) słonie są bardzo ciężkie!


"Nie każdy umiał się przewrócić", bo na przykład noga czapli była niezachwiana. Prawie cały las przybył do niej, aby ją przewrócić. Niestety lub też stety, nikomu nie udało się przewrócić czapli. Jej noga była po prostu niewzruszona. A wiecie kto zwołał ten prawie cały las? Wiewiórka! To wiewiórka pojawia się w tej książce najczęściej. A może dlatego, że wiewiórki mają duże, rude kitki i łatwo je zauważyć? Możliwe.


Las Toona Tellegena aż roi się od pięknych, absurdalnych historii. Opowiadania są spokojne, przyjazne, dowcipne, filozoficzne i pełne prostych prawd. Bohaterowie książki dużo rozmawiają (najczęściej przy herbacie) i nigdzie im się nie spieszy. Żyją w spokoju i przyjaźni. Zwierzęta mieszkające w tym lesie często zapadają w filozoficzną zadumę. Na przykład historia z konikiem polnym. Przeskoczył on cały wszechświat, ale czy nie mógł go obejść? No właśnie, poznacie tę prostą prawdę po przeczytaniu książki "Nie każdy umiał się przewrócić".


Opowiadania Tellegena zaciekawią czytelników w każdym wieku, gdyż bawią one wszystkich! I tych nieco starszych, i tych nieco młodszych. Czasem aż się dziwimy, jak można nie wiedzieć na przykład tego, co to jest pragnienie? Chrabąszcz pokazał nam, że można!


Piękne i absurdalne opowieści Toona Tellegena w niespotykany sposób zilustrowała Ewa Stiasny. Kiedy patrzymy na okładkę od razu nasuwa nam się myśl - 'jakie cudowne i śliczne bazgrołki!'. Tak, a gdy patrzymy na ogon wiewiórki widzimy, że się nie myliliśmy. Ilustracje Ewy Stiasny automatycznie przykuwają naszą uwagę. Patrząc na nie możemy wyjść z podziwu! Cały czas siedzimy (w tym podziwie) i myślimy - na przykład o zygzakowatej kitce wiewiórki.

Książkę "Nie każdy umiał się przewrócić" na język polski przetłumaczyła Jadwiga Jędryas. Doskonale oddała melancholijny klimat rozmów prowadzonych między zwierzętami! A może to one doskonale oddały ten klimat? Myślę, że oba czynniki doskonale wpłynęły na atmosferę panującą podczas czytania tej książki!


A Wy przeczytajcie, filozofujcie, obejrzyjcie i popodziwiajcie niesamowite dzieło Toona Tellegena, Ewy Stiasny oraz Jadwigi Jędryas!

Tytuł - Nie każdy umiał się przewrócić
Tekst - Toon Tellegen
Ilustracje - Ewa Stiasny
Przekład - Jadwiga Jędryas
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2013

czwartek, 9 lutego 2017

Nie odrobiłem lekcji, bo..., Spóźniłem się do szkoły, bo... - czyli wskazówki dla dzieci, które niekoniecznie lubią się uczyć

Naprawdę, nie popieram nieodrabiania prac domowych, a przy tym okłamywania nauczycieli. Davide Cali udzielił nam bardzo śmiesznych i wesołych wskazówek, jak to zrobić. Nie popieram też spóźniania się do szkoły, lecz pan Cali znów otworzył ręce dla spóźnialskich.


Jeżeliby zawierzyć pewnemu chłopcu, to on żyje w jakimś dziko-niespodziewanym świecie. Wiedzą nawet przedszkolaki, że samolot pełen małp nie może wylądować na podwórku, krasnoludki nie mogą kraść ołówków, gigantyczne jaszczury nie mogą napaść na dzielnicę, ogromna małpa nie może pomylić autobusu z bananem, Czerwony Kapturek nie może poprosić o znalezienie domku babci (ponieważ to się już wydarzyło), chłopak nie może grać na zaczarowanym flecie..., bo to jest niemożliwe! Wszystkie wymówki chłopca są nieprawdziwe, ale Cali przedstawił to w sposób taki, że aż chce nam się w to uwierzyć i przy tym buzia sama nam się uśmiecha.

"Nie odrobiłem lekcji, bo... " i "Spóźniłem się do szkoły, bo..." to dwie książki, które składają się na świetny duet. Pan Davide Cali wraz z panem Benjaminem Chaudem, o którym już kiedyś wylałam parę słów, w pierwszej kolejności stworzyli tę w tytule z "lekcjami". Tutaj chłopiec zmyśla przy nauczycielce, jak sama nazwa wskazuje, czemuż to nie odrobił lekcji. Króciutkich historyjek jest niemal trzydzieści. Nieodrabiaczowym leniuszkom wystarczą na pewno na miesiąc, a potem muszą użyć własnej wyobraźni. Natomiast pracowitym dzieciom, którym niespodziewanie coś wypadło, na całe lata.


Jako drugie powstało "Spóźniłem się do szkoły, bo...". Ta sztuka jest szczególnie dla spóźnialskich. Co się w niej stało? Chłopic spóźnił się do szkoły, lecz po wydarzeniu z "lekcjami", nauczycielkę nic nie zaskoczyło. Jak po nieodrobieniu lekcji musiał ponieść karę, tak po spóźnieniu nawet minusa nie dostał! Gdy pani ma zapewniony ubaw z wytłumaczeń ucznia, to nie jest powód, aby ten nie poniósł kary! Czasem nie rozumiem tych nauczycieli.


Książki nie są grubasami i przeczytamy jedna za drugą (zachęcam do zachowania kolejności), ale wciąż chcemy do nich wracać. Zapewniają nam śmiech, i myślę, że był to plan zamierzony!

Tak mówię o tym Benjaminie Chaudzie, a nie wytłumaczyłam do końca kto to jest. Jest to świetny francuski ilustrator, który między innymi napisał i zilustrował książkę "Misiowa piosenka". Każde kłamstewko chłopca wyrysował wyśmienicie. Po pierwszych i ostatnich stronach książek, gdzie widnieją łuski i sierść widać, że była to wyczerpująca praca. Ale efekty są! W całej książce aż roi się od ilustracji, co bardzo lubię.

A teraz w liczbie mnogiej - tytuły: Nie odrobiłem lekcji, bo..., Spóźniłem się do szkoły, bo...; autor tekstu: Davide Cali; autor ilustracji: Benjamin Chaud; przekład: Jadwiga Jędryas
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2013, 2015

środa, 18 stycznia 2017

Garnitur na każdą okazję - czyli Maxymalnie musztardowożółty garnitur

Każdy człowiek ma marzenia. Max też miał takie jedno: marzył o swoim własnym garniturze. Nie brakowało mu niczego innego. Rodzina Nixów liczyła dziewięcioro członków, a byli nimi tata Nix, mama Nix, Paul, Emil, Otto, Walter, Hugo, Johann... i Max - najmłodszy i ostatni syn rodziców Nix.


Mieszkali w miasteczku o nazwie Winkelburg położonym w połowie góry, która miał trzy szczyty. Polskie dzieci narzekają, że mamy za mało śniegu, a tam czy lato, czy zima, wiosna, jesień - biało jakbyśmy byli w misce pełnej lodów śmietankowych.

Max miał zielony sweter, zielone skarpety, zielony kapelusik oraz zielone skórzane spodenki. W Wilkenburgu każdy miał jednolity strój. Dziwne, prawda? Chłopiec chciał mieć strój inny niż wszyscy. Pragnął, żeby mieszkańcy miasteczka mówili na jego widok: "Patrzcie! To idzie Maksymilian w swoim cudownym garniturze".

Młodzi mężczyźni rodzinki Nixów mieli swoje zajęcia, np. Poul - narty; Emil - sanki; Otto - gazety; Walter - ryby; Hugo - lisy; Johann - krowy; Max - wszystko. Ale wszystko? Jak to wszystko? A tak to. Max miał smykałkę do wszystkiego, co robili jego bracia. Dlaczego? Może dlatego, żę przyszedł na świat ostatni i miał okazję obserwować wszystko. Wspomnijmy jeszcze o rodzicach. Tato pracuje w banku, a mama jest krawcową.

Pewnego dnia listonosz przyniósł paczkę. Co w niej było? Oczywiście wełniany, włochaty, nowiuteńki, musztardowożółty garnitur.

"Max maszerował po Winkelburgu w tę, z powrotem i dookoła w swoim musztardowożółtym garniturze. Gdy przechodził sklepikarz i piekarz, kowal i krawiec, złotnik i druciarz, rzeźnik i oberżysta, pan nauczyciel i panie domu, pastor i burmistrz, wszyscy wyglądali ze swoich okien i drzwi". Jak to się stało, że garnitur trafił właśnie do Maxa? Czemu chłopaki nie chcieli go przyjąć? Aby znaleźć odpowiedzi na tego typu pytania, musicie zajrzeć do "Garnituru na każdą okazję".

"To nie miało znaczenia". Chłopiec bardzo chciał, aby jego marzenie się spełniło, więc nie zważał na to, co powiedzą inni. Szczęściarz z tego Maxa! Spełniły mu się dwa marzenia na raz, bo i miał garnitur, i wyróżniał się wśród Wilkensburgowiczów.


Ilustracje są wykonane farbami i pędzlem. To widać od razu i trzeba przyznać, że mają w sobie coś takiego przyciągającego uwagę, takiego magicznego. Namalowała je pani Agnieszka Skopińska i wielkie brawa dla niej. Są naprawdę cudne!

Oczywiście to mój obowiązek napisać, i zrobię to z przyjemnością - tytuł: Garnitur na każdą okazję; napisała: Sylvia Plath; ilustrowała: Agnieszka Skopińska; przetłumaczyła: Jadwiga Jędryas
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2012