niedziela, 26 lipca 2020

Od jednego Lucypera - czyli śląski diament


Śląsk. Smog. Węgiel. Kopalnie. Praca fizyczna. Nietrzeźwi górnicy. Kościół. Modra kapusta. Rolady. Kluski śląskie polane tłuszczem. Alkohol w kieliszku i zakąska na talerzu. Kiełbasa. Kanapa i telewizor. Kobiety w kuchni. Dziouchy przy garach. Śląska gwara. Wieśniacka godka. Stereotypy o Ślązakach mają się wyśmienicie. Od kilkudziesięciu lat dumnie prężą się w naszej mowie i naszym myśleniu. Zaatakowały nie tylko starsze pokolenie. To właśnie przez nie wiele osób wyemigrowało ze Śląska. Wstydziło się swojego pochodzenia, swoich korzeni. Wciąż często to, co śląskie jest traktowane gorzej. Ślązacy konsekwentnie byli określani jako ludzie z brakami. Brakami planów na przyszłość, sukcesu i inteligencji. Jakież to jest głupstwo.


Kasia Twardowska to kobieta ze Śląska. Wyemigrowała do Holandii, aby dać upust swojej karierze naukowej. Nie potrafiła znaleźć poważnego powodu, aby pozostać w Polsce. Jedyną bliską osobą, którą posiadała w tym kraju, była jej babcia. Po przeprowadzce wciąż utrzymywała z nią kontakt. Telefoniczny. Kasia jest pierwszą kobietą w rodzinie z wyższym wykształceniem. Ukończyła studia i realizowała projekty naukowe. Cały czas doskwierał jej niedosyt sukcesu. Brak akcentu zaznaczającego, że jest dobrą naukowczynią i zasługuje na zaufanie kolegów po fachu. Gdy już realizowała swój plan, wcześniej dokładnie obmyślony, zawsze musiała maczać w nim palce kompletnie niepotrzebna osoba. Na przykład pan dyrektor Witkowski. Kobieta już nie mogła tego znieść. Mężczyźni zdominowali jej zawód i zaznaczali to na każdym kroku. To był jeden z głównych powodów, dzięki któremu Kasia opuściła Polskę. W Amsterdamie nikt nie doczepiał do niej osoby, aby ta prowadziła jej własny projekt.


Młoda kobieta od lat boryka się ze straszną chorobą. Ma bardzo niezdrową relację z jedzeniem. Spożywa zdecydowanie zbyt mało posiłków. Praktycznie codziennie telefon podpowiada jej, że osiągnęła bilans ujemny. Aplikacja mówi: "gratulacje", co przynosi Kasi wielką ulgę. Na pewno gratulacji nie składają jej lekarze, którzy wciąż powtarzają, że nie może tracić na wadze. Z każdą wizytą na badaniach jej żebra robią się coraz bardziej zarysowane, obojczyki coraz bardziej widoczne, a biodra coraz bardziej zapadnięte. Niedawno Kasia zjadła jabłko. Już od dłuższego czasu ją kusiło. Wyglądało tak soczyście i pysznie. Nie mogła mu odmówić. Po chwili został już tylko ogonek. Kobieta nie była z tego zadowolona. Lekko poprawiła sobie humor, kiedy zrobiła pięćdziesiąt brzuszków. Ale wciąż miała z tyłu głowy, że zjedzenie jabłka było przeraźliwym błędem. Doskonale pamięta, co wydarzyło się, kiedy była nastolatką. Miała operację przepukliny, nic niepokojącego. Jednak jej organizm zareagował na zmiany zupełnie niespodziewanie. Po długim pobycie w szpitalu Kasia wróciła do swojej podstawówki osiem kilogramów lżejsza. W oczach szkolnych koleżanek pojawiło się zdziwienie i lekka zazdrość. Każda z nich chciała, wręcz pragnęła, aby podczas chodzenia ich nogi się o siebie nie ocierały. Od tamtej pory Kasia chorobliwie zwraca uwagę na swoją wagę.


Pewnie nie będzie zaskoczeniem fakt, że nasza bohaterka chodzi na terapię. Grono terapeutyzowanych osób stale się powiększa. Społeczeństwo potrzebuje fachowych odpowiedzi na różne pytania i problemy drzemiące w ich głowach. Kasia także. Odkąd pamięta, towarzyszy jej pustka związana z rodziną. W jej domu rodzinnym cisza była standardem. Rozmowa raczej nie wchodziła w grę. Babcia niechętnie odbywała z wnuczką różne dyskusje. Mama podchodziła do córki z chłodnym dystansem. Tata był praktycznie nieobecny, a później go zabrakło. Mętlik w głowie Kasi stopniowo tworzył się od wczesnych lat dzieciństwa. Domyślanie się tak naprawdę stało się jej specjalnością. Wiele lat temu, podczas buszowania w babcinych szafkach, znalazła pudełko ozdobione obrazem Stryjeńskiej. W środku znajdowało się zdjęcie, którego nigdy wcześniej nie widziała. Przyglądała mu się z niedowierzaniem. Wpatrywała się w twarz nieznanej dziewczyny. Drugą rozpoznała od razu, to była jej babcia. Starsza kobieta, zapytana o towarzyszkę na fotografii, wymigała się od odpowiedzi i surowo zabroniła wnuczce zaglądania do szaf.


Marijka Solik to kobieta ze Śląska. Ma dwie potężne ręce, niczym grube gałęzie drzew. Jej nogi przypominają pnie. Pełną twarz z meszkiem nad wargą uwypukla ściśnięty, mocno zawiązany warkocz. Wiele osób mówi o niej "babochłop". Patrząc na Marijkę może się wydawać, że naprawdę nic jej nie pokona. Nawet Dzień Prania z babcią, mamą i siostrą w jednej kuchni. Spędzanie czasu w domu rodzinnym zdecydowanie nie było ulubionym zajęciem kobiety. Przed wspomnianym budynkiem, na podwórku, wylało się bardzo dużo krwi. Wiele zwierząt straciło tam swoje życie. Jednak pewnego dnia u Marijki zabrakło krwi, co strasznie ją zaniepokoiło. Ślązaczka co chwilę biegała do toalety. Niestety, za każdym razem nie było ani śladu krwi. Cóż za pech. Marijka zaczęła żałować, że nie dotrzymała wieńca do ślubu, tak, jak od zawsze jej wpajano. „Co zrobić? Wybrać się do rosyjskiej magiczki po specjalne zioła, czy poddać się aborcji nieodpowiedzialnemu mężczyźnie z dłutem lub śrubokrętem?” - zastanawiała się Marijka. Nie była jeszcze gotowa na zostanie matką. Nie chciała skończyć tak samo, jak inne kobiety w jej rodzinie.


Marijka pracuje w zakładzie azotowym w Chorzowie. Praca "na taśmie" nie jest jej marzeniem, ale cieszy się, że może toczyć swoje życie w miejscu innym niż dom. Codziennie odwiedza fabrykę, wkłada na swoje pulchne ciało granatowy kombinezon i wraz z innymi kobietami zaczyna swoją zmianę. Marijka pragnie awansu społecznego. W ostatnim czasie jest bardziej rozmowna i pomocna. W zakładzie staje się coraz bardziej widoczna. Udziela się wszędzie tam, gdzie tylko to możliwe. Nikt nie nazywa jej szarą myszką. Powoli zdobywa szacunek współpracowników i współpracowniczek. Szacunek młodszej siostry udało się jej zdobyć w ekspresowym tempie. Dziewczynka jest wpatrzona w swoją starszą siostrę jak w obrazek. Tylko ona okazuje jej czułość i bliskość. Całuje w czoło, pociesza ciepłym słówkiem, troszczy się. Marijka i jej siostra śpią razem na wspólnym sienniku. Nie prowadzą długich rozmów, ale mimo tego doskonale się znają i potrafią rozszyfrować swoje uczucia. Tworzą zgrane rodzeństwo. Bez dwóch zdań.


Marijkę dotykają problemy powojenne. Skutki wojny, stosunek do kobiet w tamtym czasie, brak dostępu do prawidłowych informacji i chłodne relacje w rodzinie nie tworzą jej przyjemnego życia. To, że jest osobą wyróżniającą się, również jej go nie ułatwia. Co właściwie mają ze sobą wspólnego Marijka Solik i Kasia Twardowska? Czyżby lęki, przemilczane sprawy i chęć podążania własną drogą? Marijka nigdy nie poznała Kasi. Kasia nigdy nie poznała Marijki. Połączyło je zdjęcie ukryte w pudełku Stryjeńskiej. Ale tak naprawdę to nie tylko zdjęcie.


Nie powstało jeszcze takie słowo, które idealnie opisywałoby pozycję "Od jednego Lucypera". To książka genialna. Powieść Anny Dziewit-Meller potrafi tak bardzo pochłonąć, że po kilku stronach nie do końca wiemy, czy znajdujemy się w Chorzowie i Amsterdamie, czy na własnej kanapie. Autorka ukryła tutaj kolosalną ilość historii, emocji i prawdziwych zdarzeń. Opowieść o dwóch kobietach jest tak naprawdę opowieścią o całym Śląsku. "Od jednego Lucypera" to pozycja wielopokoleniowa. Bezpośrednio dotyczy pokolenia moich rodziców, babć i dziadków oraz prababć i pradziadków. Anna Dziewit-Meller świetnie połączyła przeszłość i teraźniejszość swoim piórem niczym grubą, wytrzymałą nicią. Ja nie pamiętam, co działo się na Śląsku w ubiegłym wieku - mam zbyt niewiele lat. Ale dzisiejsza książka otworzyła mi oczy. Pokazała mi również, jak wiele wszyscy ludzie mają ze sobą wspólnego. Aktualnie jest lipiec, ale jestem stuprocentowo pewna, że "Od jednego Lucypera" będzie znajdowała się na wielu zestawieniach najlepszych książek tego roku. A kto wie, może i dekady!


"Jaka marchew - taka nać, taka córka - jaka mać
Jaka matka, taka cera - od jednego Lucypera".


Tytuł - Od jednego Lucypera
Tekst - Anna Dziewit-Meller
Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2020

niedziela, 19 lipca 2020

Nolens volens, czyli chcąc nie chcąc - przeczytać musicie!


Mówi się, że łacina to język martwy. Hm, czyżby? Okazuje się, że to twierdzenie jest ogromnym kłamstwem! Najpierw łacina była językiem urzędowym Republiki, a później Cesarstwa Rzymskiego. Dzięki różnym twórcom i specjalistom od władania słowem stała się językiem literatury i nauki. Obecnie niewiele osób się nią posługuje - z tym akurat trudno się nie zgodzić. Ale nie oznacza to, że nie ma swoich wielbicieli! W niektórych szkołach łacina jest przedmiotem. Uczniowie uczą się go tak samo, jak na przykład jęzka angielskiego, niemieckiego lub francuskiego. Mam dla Was niesamowitą ciekawostkę! W językach romańskich, czyli między innymi hiszpańskim, francuskim oraz włoskim, aż osiem na dziesięć wyrazów pochodzi właśnie z... łaciny. Prosicie o jakieś przykłady, tak? Już się robi! "Notabene", czyli nawiasem mówiąc, wzięło się od "nota bene", co oznacza "zauważ dobrze". "Matura" pochodzi od łacińskiego czasownika "maturare", czyli dorastać, dojrzewać. To dlatego na ten ważny test mówi się również egzamin dojrzałości. Natomiast matką wyrazu "artykuł" jest rzeczownik "artyculus" - cząstka.


Założę się o dwie tabliczki pysznej czekolady, że kojarzycie Archimedesa. To jeden z najwybitniejszych matematyków na całym świecie! Ale Archimedes interesował się nie tylko matematyką. Był również fizykiem, inżynierem, wynalazcą i astronomem. O jego życiu znamy niestety niewiele informacji. Na szczęście sporo wiadomo o wybitnych osiągnięciach naukowych tego człowieka. Prawa, reguły, zasady, rozwiązania i objętości były jego specjalnością. Naprawdę dużo osób pozazdrościłoby mu takiej potężnej wiedzy. Urlop u Archimedesa w ogóle nie wchodził w grę. Cały czas poświęcał się pracy i jednocześnie pasji. Liczył, liczył i liczył. Legenda głosi, że liczył nawet chwilkę przed śmiercią! Już Wam zdradzam tę opowieść. Pewnego dnia do Archimedesa przybył rzymski żołnierz. Chciał zaprowadzić matematyka do swojego generała, ale uczony był akurat zajęty pracą i odmówił. Na piasku z wielkim skupieniem kreślił figury i działania. Już prawie dowiódł jedne ze swoich teorii. A tu nagle żołnierz chwycił za miecz. Archimedes wtedy krzyknął: NOLI TURBARE CIRCULOS MEO! Ja już wiem, co kryje się za słowami słynnego matematyka, a Wy?


Powiedzenie "krótko, ale treściwie" przywołuje u mnie wspomnienia związane ze szkolnymi lekcjami. To dlatego, że nauczyciele bardzo często używają tego zwrotu. A teraz krótko, ale treściwie przedstawię Wam garść łacińskich wyrażeń. Najpierw HOMO FABER. "Homo" to człowiek, natomiast "faber" oznacza rzemieślnika, robotnika. Razem te dwa wyrazy tworzą określenie "człowiek pracy". Jeśli znacie jakąś osobę, która swoją pracowitością dorównuje nawet pszczołom, śmiało możecie ją nazwać HOMO FABER. Natomiast jeżeli znacie osobę, która wzbudza w Was niezbyt pozytywne emocje, możecie o niej powiedzieć PERSONA NON GRATA, czyli człowiek niepożądany, niemile widziany. To określenie już dawno temu zagościło w naszym języku. Proszę bardzo, i kto by pomyślał, że jego korzenie sięgają aż do samej łaciny.


"Eureka!" stała się bardzo popularnym okrzykiem. Chyba nie muszą nikomu wyjaśniać, co oznacza. Ale koniecznie muszę zaznaczyć, że to słowo pochodzi z greki. Greka znajduje się w top trzech głównych językowych filarach Europy. Towarzyszą jej łacina (co zapewne nie jest dla Was zaskoczeniem) oraz język staro-cerkiewno-słowiański. Dacie wiarę, że niegdyś greka i łacina ze sobą rywalizowały? Tak, każda z nich pragnęła dominować na świecie. Lekkim zdziwieniem może być to, że właśnie dzięki językowi łacińskiemu wiemy całkiem sporo o greckiej sztuce i filozofii. Ale AD REM. Okrzyk "znalazłem!" (w oryginale: EUREKA!) wybrzmiał z gardła pewnego mędrca, kiedy ten wyskakiwał z wanny. Siedział w niej i głowił się nad rozwiązaniem niemałego kłopotu. Wybaczcie, utrzymam w tajemnicy, kim był ten pomysłowy uczony. Sami musicie się dowiedzieć, kto to taki! Dzięki mądremu fizykowi możemy uczyć się w szkole o wypieraniu ciał przez wodę. Technika mędrca wciąż nie zawodzi, mimo tego, że minął już szmat czasu od jego odkrycia.


Ameryka. Stan New Hampshire. Miasto Hebron, a właściwie to jego okolice. Właśnie tam znajduje się niesamowite, wprost magiczne miejsce, jakim jest kanion. Gdyby mój blog był podcastem, powiedziałabym teraz, abyście zamknęli oczy i wyobrazili sobie wąski kanion, w różnych odcieniach brązu, którym płynie rzeka. No ale jeśli teraz zamknęlibyście oczy, mielibyśmy trochę kiepską sytuację. Koniecznie pozostawcie je otwarte i kontynuujcie czytanie. Nasz kanion posiada gładkie wgłębienia. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że zostały one wyrzeźbione przez ręce arcyzdolnego rzeźbiarza. Nie są one jednak dziełem człowieka. Stworzyła je rzeka, taka z niej spryciula! Od setek lat szlifowała kamienne ściany kanionu. To właśnie ona zainspirowała Owidiusza, poetę, z którego ust po raz pierwszy padły słowa GUTTA CAVAT LAPIDEM. Jego powiedzenie ma swoje zastosowanie nie tylko w naturze. Oznacza także, że na wszystko potrzeba czasu, a wysiłek w końcu się opłaci. Już pewnie domyślacie się, jak brzmi metafora Owidiusza po polsku.


Uwaga, pora na krótką, ale treściwą przerwę! Tym razem wybrałam pięć łacińskich powiedzeń, które łatwo możemy dołączyć do całej gromadki rzeczy znajdujących się w naszej pamięci. AUREA MEDIOCRITAS to pewnego rodzaju kompromis, postawa, z której obydwie strony są zadowolone. Tak, brawo, domyśliliście się - AUREA MEDIOCRITAS oznacza "złoty środek". Natomiast MODUS VIVENDI to sposób życia, który wskazuje na tymczasowe rozwiązania, a wgłębienie się w temat odkłada na późniejszy termin. Następne trzy określenia na pewno wielokrotnie mignęły Wam obok uszu. CARPE DIEM!, VADE MECUM, NOMEN OMEN. Pierwsze to "chwytaj dzień!", drugie - "pójdź ze mną", a trzecie - "imię wróżba". Rany, ta łacina wciąż nie przestaje mnie zachwycać. Czai się za każdym rogiem, w każdej książce, rozmowie i filmie! 


Dosłownie chwilkę temu oglądaliśmy cudowny kanion w Ameryce. Teraz również pozostaniemy na łonie natury. Nie jest tajemnicą, że natura kolosalnie wpływa na stan naszego zdrowia. Zbilansowane odżywianie z dużą ilością składników roślinnych na talerzu potrafi odcisnąć naprawdę spore piętno na naszym organizmie. Spacer po lesie, przechadzka po parku lub wizyta nad morzem świetnie odświeżają głowę i pozwalają dotlenić się naszemu mózgowi. W medycynie bardzo często wykorzystuje się owoce Matki Natury. Za przykład mogą posłużyć między innymi lecznicze zioła lub wszelakie formy naturalnych terapii. Mam do Was pytanie. Hipokrates. Znacie może tego pana? W swoim życiu wyraził wiele niepodważalnych prawd. Jedna z nich brzmi: MEDICUS CURAT NATURA SANAT. Jestem pewna, że kiedy poznacie już polskie tłumaczenie tego zdania, zgodzicie się z Hipokratesem w stu procentach.


Wiecie może, co oznaczają napisy na Placu Maxa Euwego w Amsterdamie? Dlaczego Holendrzy podkreślają, że nie sikają pod wiatr? Czy żeglowanie to faktycznie sens życia? Zuzanna Kisielewska może pochwalić się ogromną (naprawdę ogromną!) wiedzą na temat łaciny oraz łacińskich ciekawostek i historii. Gdyby książka "Nolens volens, czyli chcąc nie chcąc" była szkolnym podręcznikiem to na pewno pofrunęłabym do szkoły, w której nauka tego języka jest możliwa. Ta pozycja podzielona jest na dziewięć części, a każda część oferuje czytelnikom kolejne rozdziały. Najpierw dowiadujemy się o słynnych cytatach, później o mottach i dewizach, z otwartymi szeroko oczami przechodzimy przez kolejne sześć części i kończymy na temacie śmierci. Zuzanna Kisielewska, autorka "Dwunastu półtonów", kapitalnie wymyśliła "Nolens volens", uwierzcie mi! Dzisiejsza książka zainteresuje czytelnika w praktycznie każdym wieku. Muszę wspomnieć również o autorkach ilustracji, bo one dodały tej pozycji niezwykłą wartość. Agata Dudek i Małgorzata Nowak tworzą Acapulco Studio i są już doświadczone, jeśli chodzi o ilustrowanie książek. Mimo tego, że użyły niewielu barw, kupiły moje serce. I Wasze z pewnością też zdobędą, gdy już sięgniecie po "Nolens volens".


SUMMA SUMMARUM, HIC ET NUNC, ta książka VINCIT OMNIA!


Tytuł - Nolens volens, czyli chcąc nie chcąc. Prawie 100 sentencji łacińskich i kilka greckich
Tekst - Zuzanna Kisielewska
Ilustracje - Agata Dudek, Małgorzata Nowak (Acapulco Studio)
Kategoria wiekowa - 10+
Wydawnictwo DRUGANOGA, Warszawa, 2020

niedziela, 5 lipca 2020

Turbulencje - czyli dwanaście opowieści, a o wiele więcej historii


Wybraliście się kiedyś w podróż samolotem? A jeśli nie, to może pociągiem? Z pewnością na jedno z tych pytań (lub nawet na obydwa pytania) możecie odpowiedzieć twierdząco. A czy podczas swoich rozmaitych podróży zastanawialiście się, jak wygląda życie Waszych "chwilowych" sąsiadów? Co lubi robić pani, która niedawno siedziała obok Was? Czy mężczyzna z wąsem z rzędu na przeciwko interesuje się architekturą? Dlaczego nastoletnia dziewczyna przez całą drogę wpatrywała się w szybę? Czyżby bała się turbulencji lub spóźnienia pociągu? A może rozmyślała o wczorajszej kłótni z dziadkiem? Jeśli powróciliście myślami do niedawno spotkanych turystów i rozpaliłam w Was lekką ciekawość, muszę Was niestety zmartwić. Najprawdopodobniej nigdy nie dowiecie się niczego o osobach, z którymi wymieniliście jedynie spojrzenia lub kilka słów. Jednak istnieje niewielka, naprawdę niewielka, szansa, że ponownie się z nimi zobaczycie. Bo świat przecież wcale nie jest taki duży, jak może się nam wydawać.

Starsza kobieta ma ponad siedemdziesiąt lat, lęk przed lataniem oraz syna Jamiego po pięćdziesiątce. Mieszka w Hiszpanii, choć jest Angielką, co można z łatwością poznać po jej akcencie. Niedawno wróciła do Londynu, jednak tylko na miesiąc. Spędziła ten czas w mieszkaniu swojego syna. Chciała być blisko niego. U pięćdziesięciolatka został wykryty rak prostaty. I to na dość zaawansowanym poziomie. Jamie musiał odbyć pobyt w szpitalu. Radioterapia okazała się niezbędna i nieunikniona. Mężczyzna należał raczej do tych ludzi, którzy wolą obracać swoje problemy w żarty. I powiedzmy to jasno - niezbyt śmieszne. Ale obecność jego mamy (już nie najmłodszej) zdecydowanie do tego nie zachęcała. Kiedy wrócił ze szpitala, jego myśli krążyły tylko i wyłącznie wokół kupienia kobiecie biletu powrotnego. Niezbyt martwił się tym, że siedemdziesięciolatka panicznie boi się lotów oraz turbulencji.

Werner jest pilotem. Kiedyś sterował samolotami pasażerskimi, teraz zawodowo wsiada tylko do tych towarowych. To dlatego, że transport towaru przynosi większy zysk niż transport ludzi, a co za tym idzie - pilotowanie samolotu towarowego to wyższa zapłata. Gdy Werner wezwał taksówkę, aby dotrzeć na lotnisko, wydarzyła się tragiczna sytuacja. Taksówkarz wjechał w skuter prowadzony przez młodego mężczyznę. Niestety, chłopak zginął na miejscu. To wydarzenie przypomniało Wernerowi o jego siostrze. Dziewczynka utopiła się, kiedy miała trzy lata. On liczył wtedy zaledwie pięć wiosen, był tylko ociupinkę starszy. Wciąż pamięta mocny uścisk dłoni taty oraz palący w stopy piasek, po którym szybko chodzili, nerwowo poszukując wzrokiem jego siostry. Śmierć dziewczynki była wstrząsająca i traumatyczna dla rodziców. Z półek oraz szafek w domu zniknęły wszystkie jej zdjęcia, przez co Werner zupełnie zapomniał, jak wyglądała jego siostra. Po kilku latach fotografie znów wróciły na swoje miejsce. Od tamtego momentu mężczyzna (a wtedy chłopiec) co jakiś czas przypomina sobie o niewielkiej istocie, którą kochał. Wypadek z chłopcem na skuterze przypomniał mu o śmierci dziewczynki. I nie, Werner nie spóźnił się na lotnisko. Złapał inną taksówkę.


Marion posiada niezwykłą umiejętność arcyciekawego pisania, a przynajmniej tak twierdzą jej czytelnicy. Młoda dziennikarka właśnie przeprowadzała z nią wywiad. Przed rozmową towarzyszyły jej stres oraz zadowolenie. Była ogromną fanką Marion - i nie wymyśliła tego na potrzebę wywiadu. Po kilku zadanych pytaniach oraz przemyślanie ułożonych odpowiedziach do pisarki zadzwonił zięć. Powiadomił ją, że już za momencik zostanie babcią. Marion przerwała wywiad i oznajmiła, że za dwie godziny ma lot do Seattle, gdzie właśnie rodzi jej córka. No cóż, reszta pytań musiała być wysłana mailem. Kiedy kobieta dotarła już do szpitala, nie mogła znaleźć męża swojej córki. Błąkała się po korytarzach. Bezskutecznie. Wydawało się jej to naprawdę dziwne. W końcu jedna z pań pracujących w szpitalu wskazała Marion drogę prowadzącą do sali Annie - jej córki. Na widok swojej pociechy z własnym maleństwem Marion zakręciła się łezka w oku, ogarnęło ją ogromne wzruszenie. Później dostrzegła niespotykany wzrok Annie, która oznajmiła, że Thomas urodził się niewidomy. Po tej szokującej nowinie Doug, czyli zięć Marion, wyszedł ze szpitala. Pisarka nigdy nie wybaczy sobie tego, że nie potrafiła odpowiednio zareagować na wiadomość o zaburzeniu widzenia wnuka.

Anita musiała zajmować się starszym panem, któremu starzenie się naprawdę dawało w kość. To była jej praca. Minęła prawie dekada, odkąd przybyła do Delhi. Do dzisiaj nie ma pewności, dlaczego właściwie to zrobiła. Drzemała w niej ogromna potrzeba ucieczki i odcięcia się od rodziny - w przeciwieństwie do siostry Nalini. Kiedy kobiety razem rozmawiały przez telefon, Nalini opowiadała z paniką w głosie o pożarze domu. Od tamtej chwili Anita wiedziała, że musi polecieć do Kochi i pomóc siostrze. Gdy już dotarła na miejsce, zaatakowały ją dwa zdziwienia. Po pierwsze, dom był w całkiem niezłym stanie. Po drugie, twarz Nalini była w naprawdę kiepskim stanie. To dzięki jej mężowi, który wyjątkowo przyjechał do domu. A musicie wiedzieć, że Shamgar zaszczycał pięcioosobową rodzinę swoją obecnością mniej więcej raz na rok lub dwa lata. Pracował w Katarze u białej kobiety. Anita mówiła swojej siostrze, że koniecznie musi odejść od męża. Obiecywała, że zawsze będzie służyła jej pomocą - wystarczy tylko jeden telefon. Nalini nie miała zamiaru się rozwodzić.


Wszystkie osoby, o których napisałam, są w jakiś sposób połączone. Ich historie przeplatają się ze sobą. Niekiedy stają się jedną opowieścią, czasami na moment się od siebie oddalają. "Turbulencje" są złożone z dwunastu rozdziałów. Tytułem każdego z nich jest kod portu lotniczego, na przykład "LGW - MAD". Motyw przelotu, lotniska, staje się bardzo istotny, nabiera w tej książce nowego znaczenia. Zbliża również do siebie wszystkich bohaterów. David Szalay potrafi zajrzeć człowiekowi przez ramię i w odpowiednim momencie zamknąć oczy. Wybitnie przelatuje do różnych państw, miast, domów, wysp. "Turbulencje", napisane naprawdę świetnym językiem - przetłumaczone przez Dobromirę Jankowską, pochłaniają czytelnika, jednocześnie zmuszając go do rozmyślań o różnych niedopowiedzeniach pojawiających się w książce. Myślę, że to pozycja o lękach. Tych związanych z miłością, śmiercią, stratą, przemocą, ale także lataniem. Okazuje się, że świat wcale nie jest taki duży, a obecność danej osoby w samolocie, siedzącej tuż obok nas, może odcisnąć na naszym życiu naprawdę spore piętno.

Wydawnictwo Pauza znowu udowadnia, że książki o zwykłych życiach są jednymi z tych najciekawszych. Przeczytajcie "Turbulencje".

Tytuł - Turbulencje
Tekst - David Szalay 
Przekład - Dobromira Jankowska
Wydawnictwo Pauza, Warszawa, 2020

sobota, 20 czerwca 2020

Warszawa. Piżamorama - czyli (po)ruszmy stolicę


Warszawa. Cóż to jest za miasto! Niedawno wybraliśmy się tam na wycieczkę, pamiętacie? To była niezwykła podróż. Pukaliśmy do drzwi arcyciekawych warszawiaków, zwiedzaliśmy łazienki (i to takie królewskie, na wypasie!), zachwycaliśmy się bujnymi ogrodami i zaglądaliśmy do kawiarni oraz restauracji. Dzisiejsza wędrówka będzie się nieco różniła od tej poprzedniej. Od razu Was uprzedzam, że warto wziąć ze sobą wygodne buty, butelkę z wodą i aparat. No dobra, telefon też może się przydać. Jeśli dotrzymają Wam towarzystwa domownicy, przyjaciele lub znajomi, doświadczycie podwójnej radości z podróży. Naszym przewodnikiem będzie niewielki chłopiec, nazywany przez rodziców smykiem. Być może już go znacie, jest naprawdę rozchwytywanym i uwielbianym oprowadzaczem!

Jak wspomniałam chwilkę temu, nasz pilot nie jest spory. Natomiast z Warszawą jest zupełnie odwrotnie, to nie takie małe miasto! W końcu pełnienie funkcji stolicy zobowiązuje, dlatego Warszawa cały czas się rozrasta. W jej centrum znajduje się najwyższy budynek w mieście. Mierzy aż dwieście trzydzieści siedem metrów! Został wybudowany w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Spójrzcie, jak mieni się kolorami. Jest jednocześnie różowy, żółty, zielony i niebieski. Nasz przewodnik mówi, że lśni z daleka. A wiecie, że można zobaczyć go również wewnątrz? Trzydzieste piętro wyposażone jest w taras widokowy. Jeśli cierpicie na lęk wysokości, nie radzę Wam tam wchodzić. Wiecie, o którym budynku teraz mowa? Zastanówcie się chwilkę, macie trzydzieści sekund na odpowiedź!


Tuż pod naszą pierwszą atrakcją rozbrzmiewa uliczny gwar i muzyka. Pójdźmy za dźwiękiem. Ja już słyszę go coraz wyraźniej, a Wy? To muzyka Chopina, jego mazurek! Hm, a gdzie my teraz jesteśmy? Rozpoznajecie to miejsce? Znajdujemy się obok Muzeum Warszawy, które zajmuje aż jedenaście kamienic przy Rynku Starego Miasta. Skoro muzyka zaprowadziła nas w to miejsce, wejdźmy do środka i zwiedźmy główną wystawę. Możemy zobaczyć tu aż tysiąc warszawskich przedmiotów, w tym fotografie, pocztówki, obrazy... Dzięki tym rzeczom dowiemy się więcej o historii stolicy oraz osobach, które ją tworzyły. O rany, ilu rowerzystów! Piękna pogoda chyba zachęciła ludzi do rowerowych wypraw. Oraz do kąpieli w Wiśle! Jakaś dwójka właśnie wskoczyła do rzeki z uśmiechami na ustach.


Biel i czerwień to kolory charakterystyczne dla Polski. Pojawiają się nie tylko na symbolach narodowych. Zdobią także PGE Narodowy. Ta ogromna arena może pomieścić około sześćdziesięciu tysięcy osób. Została zbudowana wcale nie tak dawno, bo w dwa tysiące dwunastym roku, tuż przed Mistrzostwami Europy w Piłce Nożnej. Jednak tutaj odbywają się nie tylko mecze i inne sportowe wydarzenia. To miejsce idealne na wystawy, koncerty, wykłady, spotkania biznesowe oraz targi - również te książkowe. Warszawskie Targi Książki są idealną okazją do majowych spotkań z pisarzami i ilustratorami oraz do wzbogacenia swojej domowej biblioteczki. Nasz przewodnik szepcze mi do ucha, abym wspomniała jeszcze o tutejszej legendzie. Pół kobiecie, pół rybie, która uważnie strzeże brzegu Wisły. Z pewnością znacie tę dzielną strażniczkę.


Neony. Nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam przyglądać się tym świecącym napisom oraz grafikom. Ależ one do nas mrugają, no spójrzcie tylko. Budynek przy Placu Konstytucji jest udekorowany "Siatkarką" rzucającą piłkę. To projekt neonu Jana Mucharskiego z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku. Właśnie w tym czasie Warszawa była najjaśniejszym miastem w całej Polsce! Szkoda, że większość neonów zniknęła już z pejzażu tego miasta... Teraz możemy podziwiać je w Muzeum Neonów na Pradze. Kiedy będziemy się tam wybierać, koniecznie zahaczymy o palmę daktylową na wysepce ronda de Gaulle'a. Podoba się Wam? A jak myślicie, co symbolizuje to drzewo? Czy można tam spotkać małpy?! I właśnie - czy na pewno jest ono prawdziwe? 


O nie! Smyk musi już wracać! Jaka szkoda! To naprawdę świetny przewodnik, prawda? Ale zanim chłopiec wróci do rodziców, zabierze nas jeszcze między innymi do Centrum Nauki Kopernik i do Zamku Królewskiego. Odwiedzenie Łazienek i Grobu Nieznanego Żołnierza to chyba też nie najgorszy pomysł. Miejcie oczy szeroko otwarte! Coś czuję, że natrafimy na niespodziewane atrakcje oraz widoki. Smyk już poleciał, lecz tuż przed odlotem obiecał mi, że wróci. Wystarczy, że sięgniemy po pozycję "Warszawa. Piżamorama", a on w okamgnieniu do nas dołączy.


"Warszawa. Piżamorama" to naprawdę fascynująca rzecz. W tej książce została zastosowana nie najmłodsza technika animacji o nazwie ombro cinema. Nasz mózg zostaje zrobiony w bambuko i ulega iluzji optycznej. Do pozycji dodana jest specjalna folia. Kiedy przykładamy ją do prążkowanych ilustracji i powoli przesuwamy od jednej krawędzi do drugiej, widzimy ruszające się chmury, pędzące samochody, płynące fale Wisły oraz biegające dzieci. Panowie Michaël Leblond i Frédérique Bertrand, francuscy twórcy, przybyli do Warszawy i tak bardzo się nią zachwycili, że postanowili zrobić książkę o tym mieście. Oglądanie ruchomych ilustracji dostarcza naprawdę dużą porcję frajdy, nie tylko tym najmłodszym czytelnikom. A oprócz tego możemy dowiedzieć się troszkę o naszej stolicy.

No dobra, ja wracam do przesuwania folii po obrazkach. A Wy koniecznie odwiedźcie Warszawę razem z małym przewodnikiem!

Tytuł - Warszawa. Piżamorama
Tekst - Frédérique Bertrand
Ilustracje - Michaël Leblond
Wiek - 2+
Wydawnictwo Wytwórnia, Warszawa, 2020

niedziela, 14 czerwca 2020

Dorośli - czyli czy na pewno dorośli?


Macierzyństwo. Z książek, filmów, opowieści i własnych obserwacji mogę stwierdzić, że rola mamy wcale nie należy do tych najłatwiejszych. Najpierw pociecha nie może opuszczać matczynego pola widzenia. Pasją wielu maluchów jest wtedy głośny (naprawdę głośny!) płacz, przez co sen zajmuje mamom zaledwie jedną szóstą dnia. Następnie nadchodzi okres uderzania głową o grzejniki i zabawki oraz buszowania po zakamarkach wszystkich kontaktów elektrycznych. Kiedy dziecko zaczyna mówić, można nabawić się utraty głosu, ponieważ odpowiedziom na pytania nie ma końca! A później ponoć jest już tylko gorzej. To oczywiście macierzyństwo pokazane z niezbyt przyjaznej strony. Plusów jest przecież cała góra. Ida marzyła o rodzinnych posiłkach, odwiedzinach i wygłupach ze swoimi dziećmi. Dlatego bardzo pragnęła zostać mamą. 

Ida jest architektką. Właśnie pracuje nad nowym, naprawdę sporym projektem. Trzy miesiące temu obchodziła swoje czterdzieste urodziny. Niezbyt hucznie. Zaprosiła zaledwie garstkę koleżanek do jednej z pobliskich knajp. Ida dostrzega już lekkie kroki wczesnej starości, na przykład głęboką, długą zmarszczkę nieopodal policzka, jednak to nie przeszkadza jej, aby czuć się młodo. Dba o swój wygląd oraz swoje zdrowie. Czasami staje przed lustrem, aby skontrolować wzrokiem, czy "trzyma wagę". I faktycznie, trzyma. Jej nogi wciąż pozostają szczupłe. To między innymi dlatego, że biega. Zazwyczaj rano. W samotności. Niedawno jej tempo znacznie się poprawiło. Zdarza się tylko, że Ida lekko nadużyje alkoholu. Lubi stan błogości i fałszywego spokoju, który ją wtedy ogarnia. Ale nie, spokojnie, nie jest uzależniona.

Jak już wcześniej wspomniałam, największym marzeniem Idy jest zostanie mamą. Jednak czterdziestolatka nie chce tworzyć niepełnej rodziny, składającej się z mamy i dziecka. Chce, aby jej potomek miał również tatę. I tutaj pojawia się problem. Kobieta za nic w świecie nie może odnaleźć mężczyzny, w którym mogłaby się zakochać. A jeśli taki się pojawia, ten ma już swoją partnerkę. Gdy Ida opowiada koleżankom o swoich przelotnych romansach, one przewracają oczami i rzucają niezbyt przyjemnymi słowami. Natomiast kiedy z wyczerpaniem na twarzy wspomina o braku miłości, koleżanki mówią, że ta nadejdzie w odpowiednim momencie. Jednak co właściwie oznacza ten "odpowiedni moment", który ma spaść niczym grom z jasnego nieba? I czy on naprawdę nadejdzie?

Nasza bohaterka zdaje sobie sprawę z tego, że już za kilka lat do jej drzwi może zapukać menopauza. A jeśli ona nie będzie się zbytnio spieszyła, to Ida z pewnością zostanie zaszczycona obecnością okresu okołomenopauzalnego, więc czasu na zajście w ciążę nie ma zbyt wiele. W końcu zdecydowała się zamrozić swoje jajeczka. Wybrała się do Szwecji, zarezerwowała tam uroczy hotel, a następnego dnia udała się do szpitala. Tam przywitał ją miły pan ginekolog, który z uśmiechem na twarzy oznajmił, że za kilka (a nawet kilkanaście lat) czterdziestolatka będzie mogła tutaj przyjść ze swoim chłopakiem, a wtedy zajście w ciążę będzie prostsze niż posmarowanie tosta masłem. Wszystko wskazywało na to, że zamrożenie jajeczek to wspaniała decyzja i nic nie stoi na jej przeszkodzie. Hm, czyżby?

Całkiem niedługo po wizycie w szpitalu, Ida oznajmiła w pracy, że wybiera się na urlop. I to taki nad słonecznym, norweskim fiordem! Wraz z siostrą, jej partnerem oraz jego dzieckiem będą świętować sześćdziesiąte piąte urodziny mamy. Właśnie, muszę to zaznaczyć - Ida ma młodszą siostrę. Martha jest strasznym leniem, który nie potrafi pracować nad swoim wybuchowym temperamentem. Zdecydowanie nadużywa uroku osobistego. Co kilka minut potrzebuje przerwy na odpoczynek. Nie przepada za sportem. Wciąż towarzyszy jej młodzieńczy tłuszczyk. Przez wszystkich bliskich jest postrzegana jako osoba, do której cały czas należy wyciągać pomocną dłoń. Mimo tego, że już jakiś czas temu wkroczyła do grupy osób po trzydziestce, mama wciąż traktuje ją nad wyraz pieszczotliwie. A co najgorsze dla Idy, Martha właśnie zaszła w ciążę. Po wielu latach starań. Ida nie mogła uwierzyć, że jej siostra ją wyprzedziła. Nie do wiary! "Dlaczego Marthie, która jest ode mnie gorsza, udało się zrobić coś, czego ja nie zrobiłam?" - myślała kobieta. Krew krążyła w jej organizmie trzy razy szybciej. Była napędzana złością i zazdrością.


Kiedy Martha odpoczywała w hamaku i gładziła się po swoim jeszcze płaskim brzuchu (choć w sumie wcale nie tak płaskim), Ida musiała zajmować się kilkuletnią Oleą. Tata dziewczynki, czyli mąż Mathy, krzątał się w kuchni i próbował okiełznać tamtejszy bałagan. Olea traktowała Idę jak swoją najlepszą przyjaciółkę. Zresztą tak również ją nazywała. Uwielbiała spędzać z nią czas - bawić się w malutkim domku w ogródku, czesać zabawkowe kucyki oraz czytać niedługie opowiadania. Dziewczynka odnalazła w kobiecie swoją mamę, której jej brakowało. Natomiast kobieta odnalazła w dziewczynce swoje dziecko, którego tak bardzo jej brakowało. Można powiedzieć, że Ida cieszyła się z tego, że Martha nie zajmowała się swoją przybraną córką. Tworzenie więzi z tak małym człowiekiem sprawiało jej ogromną radość. Wieczorne usypianie dziewczynki stało się jednym z jej ulubionych rytuałów. 

Obchodzenie urodzin mamy. Wakacje nad fiordem. Popijanie musującego wina. Obieranie świeżych krewetek. Morskie wyprawy na statku. Czas z rodziną. Ciepłe wieczory w ogrodzie. Brzmi to niezwykle przyjemnie, prawda? Jednak wspomniane przyjemności chowają się na drugi plan. Podczas tych wakacji wychodzą na powierzchnię problemy, które wszyscy bliscy dusili w sobie przez lata. Rodzinny dom nad fiordem przestaje być ostoją spokoju i miejscem relaksu. Ten urlop znacząco różni się od wszystkich pozostałych urlopów Idy. Obcowanie z siostrą i mamą stało się kluczem otwierającym furtkę do przeszłości. Do Idy wracają bolesne wspomnienia z dzieciństwa. Kobieta przypomina sobie również o niesprawiedliwości oraz nierówności, z jaką musiała się mierzyć już we wczesnych latach życia. Obraz o beztroskim lecie, z którym spotykamy się na początku książki, pod koniec zmienia się w salwę niespodziewanych wydarzeń.

Czytając pozycję "Dorośli" czujemy się, jakby autorka, Marie Aubert, siedziała przed nami z lemoniadą w ręku i opowiadała nam historię. Historię bardzo uniwersalną. Jestem przekonana, że przydarzyła się ona wielu rodzinom. Jednak prostota tej opowieści urzeka czytelnika, intryguje go. Pisarce z ogromną lekkością udało się opisać uczucia, które drzemią w każdym z nas, a o których wstydzimy się mówić. "Dorośli" to książka na dwa wieczory, ewentualnie jeden długi. Na ponad stu czterdziestu stronach zapisana jest prawda o poczuciu własnej wartości, miłości  (a właściwie jej braku) oraz relacjach, nie tylko tych rodzinnych. Wiem już, że ta książka pozostanie w moim sercu na naprawdę długi czas i śmiało mogę stwierdzić, że zdecydowanie będzie szczytowała na mojej liście genialnych pozycji. Ach, i jeszcze ta okładka!

Tytuł - Dorośli
Tekst - Marie Aubert
Przekład - Karolina Drozdowska
Wydawnictwo Pauza, Warszawa, 2020

niedziela, 24 maja 2020

Warszawiacy - czyli puk, puk, my z wizytą!


Podróże i wycieczki nie szczytują aktualnie w tabelkach najbardziej zalecanych czynności. Wszędzie jest głośno o tym, aby wychodzić z domu znacznie rzadziej niż zazwyczaj. No dobra, ale przecież bez przesady! Ileż można wytrzymać w zamknięciu? Postaram się zaspokoić Wasze potrzeby. Chwycę Was za rękę i pociągnę za sobą. Wspólnie wybierzemy się do Warszawy. Jeśli tam mieszkacie, mamy nieco ułatwione zadanie. Obiecuję spotkania z niezwykle ciekawymi ludźmi. Będziemy pukać do ich drzwi. Podczas podróży ze mną możecie zapomnieć o maseczkach i rękawiczkach. Do plecaka wrzućcie tylko pustą butelkę na zaciekawienie oraz radość. Podczas naszej wyprawy wypełnimy ją w mgnieniu oka.

Rany, pociągnijcie szybciutko nosem. Wpuśćcie powietrze przez te dwie dziurki. O ile nie znajdują się w nich żadne gluciki, powinniście poczuć zapach tymianku. Spójrzcie, jakie piękne kwiaty. Ach nie, to nie kwiaty! To karczochy. Tuż obok nich możemy zobaczyć kapustę, brokuły, pory i selery. Nie mylicie się - właśnie zawitaliśmy do ogrodu królowej Bony. Możemy wejść po schodach do jej drewnianego domku nieopodal ogrodu i napić się tam herbatki z ziół. Królowa Bona zapewne z wielką chęcią opowie nam o sobie. To kobieta, która lubi dodawać swoje trzy grosze do polityki. Wiele razy pływała przez to w morzu z falami krytyki. Jej kubki smakowe preferują warzywne posiłki. Te mięsne nie do końca przypadły jej do gustu. A co mówią o niej dokumenty oraz obrazy?


Kto z Was nie lubi tłoku, a wielkomiejski gwar dodaje mu nerwów i bólu głowy? Pozwólcie, że jeszcze na moment zostaniemy w królewskim kręgu. Do grona takich osób należał Jan III Sobieski. On zdecydowanie wolał spokojniejsze życie. Zażyczył sobie zachwycającego pałacu w Wilanowie, który świadczyłby o jego władzy i potędze oraz olbrzymiej miłości do żony Marii. Kiedy pałac był już gotowy na wizyty, Jan III Sobieski organizował tam częste uczty. Hm, zobaczcie na ten stół. Król zupełnie nie posłuchał się ponad stuletnich rad królowej Bony. Był prawdziwym smakoszem mięsa. Pieczone przepiórki, smażone sarny, słowiki, drozdy, koguty, gołębie, panierowany węgorz nadziewany wieprzowiną... Oprócz jarmużu, na wilanowskim stole zdecydowanie nie królowała zieleń.


I hop, skaczemy do kolejnego stulecia. Za nami już dwa wieki warszawskich wizyt. Jak tam Wasze butelki, uzupełniły się już radością oraz zaciekawieniem? Nie tak szybko, zostawcie jeszcze troszkę miejsca na dalsze przygody. Tym razem zapukamy do łazienki. Halo, halo, czy możemy wejść? Uff, Izabela Lubomirska na całe szczęście się zgodziła. Cóż za wystrój! Marmur, złote detale, porcelanowe misy i dzbany w kwiatowe wzory. To miejsce prawdziwej damy, która ze stylu francuskiego brała garściami. Codziennie wskakiwała do wanny, co w osiemnastym wieku było dość niespotykane. Do swojej kąpieli dodawała oliwę, młode wino oraz mleko. Wygląd nie był jej obojętny, uwierzcie mi. Portfel Izabeli Lubomirskiej pozbył się już chyba wszystkich możliwych szwów, więc kobieta postanowiła wspierać... Właśnie, wiecie może kogo?


Nie wierzę własnym oczom! Jaka cudowna sklepowa witryna! Wejdźmy do środka. Patrzcie, Henryk Sienkiewicz stoi w rogu i wertuje gazetę! Ojejku, a po lewej stoi Eliza Orzeszkowa. Czy ten mężczyzna oddalony od nas o trzy metry to Władysław Reymont? Gustaw Gebether i August Wolff stworzyli fantastyczne miejsce. To księgarnia, w której można nie tylko nabyć najpoczytniejsze lektury oraz składy nut. Tutaj czyhają niepowtarzalne okazje na przybicie piątki lub żółwika z najsłynniejszymi polskimi pisarzami. Oj, ktoś mnie popycha. Ale mamy tutaj tłum. Aż zrobiło mi się duszno, czego z pewnością nie sprawiła pogoda na zewnątrz. Bez obaw, do księgarni duetu Gebether i Wolff możecie udać się również w Łodzi, Krakowie, Poznaniu i Zakopanem. Panowie otworzyli nawet księgarnię w Paryżu. Czy w tych miastach także ukrywają się niezwykle kuszące okazje? Chyba nie mamy co do tego żadnych wątpliwości.


Prędko, prędko, musimy troszkę przyspieszyć kroku. W końcu chcemy zdążyć na lekcję francuskiego Heleny Rzeszotarskiej. Zmierzamy w kierunku Nowej Pragi. Widział ktoś może ulice Konopacką 4? Wybieramy się właśnie do szkoły dla dziewcząt, ale jeśli jesteście mężczyznami, sądzę, że też uda Wam się tam przedostać. Pewnego dnia serce wspomnianej przed chwilą kobiety wyszeptało jej do ucha genialny pomysł. "Helena, słuchaj, daj upust swojej wspaniałej dobroci. Pomóż dzieciom z uboższych rodzin. Otwórz szkołę, w której nauka będzie kosztowała zaledwie parę groszy. Wtedy więcej osób pozwoli sobie na luksus, jakim jest edukacja. No to jak, Helena, dasz radę?". Nasza bohaterka nie zwlekała zbyt długo z odpowiedzią. Postanowiła iść za głosem (a raczej szeptem) swojego serca. O kurczę, co za pech. Nie zdążyliśmy na lekcję francuskiego. Jednak w sumie nic straconego, Helena Rzeszotarska uczy także polskiego, przyrody, matematyki i religii. Hm, to może matma?


Jeśli zadałabym Wam pytanie, jak wygląda Pan Kleks, najprawdopodobniej nie mielibyście najmniejszego problemu z odpowiedzią. No dobrze, w takim razie teraz pora na trudniejsze pytanie. Nie bójcie się, dodam tylko niewielką szczyptę trudności, taką malusieńką. Jak wygląda Franciszek Fiszer? Nie będę trzymała Was w niepewności. Uwaga! Dokładnie tak samo, jak Pan Kleks! Binokle na nosie, niewielkich rozmiarów kapelusik na głowie i kolorowa broda o dość sporej objętości. To był naprawdę kultowy warszawiak. Prawdziwe wcielenie Ambrożego Kleksa nie pamięta chwili, kiedy dobry humor nie był w jego pobliżu. Zabawne anegdoty wyciągane z rękawa bądź kieszeni kamizelki to jego znak rozpoznawczy. Kiedy ludzie dosiadali się do stolika Franciszka Fiszera, byli pewni jednej rzeczy - zbliżającego się bólu brzucha. Ze śmiechu, rzecz jasna.


Ależ ten czas pędzi jak szalony. Założę się, że wygrałby wyścigi na najszybszego biegacza świata. Przepraszam mamo, jeszcze musisz troszkę poćwiczyć, aby go dogonić :) Oj, już ta godzina! Spróbujmy wejść w buty czasu i szybciutko pobiegnijmy do radioodbiornika. Fala 480 metrów. Właśnie wita nas niesamowicie przyjemny głos. Rozpoznajecie go? To Janina Sztompkówna. Ta kobieta jest pierwszą polską spikerką radiową. Przy ulicy Kredytowej 1 spędziła sześć trzydziestych szóstych swojego życia. Jeśli to skrócimy, uzyskamy wynik równy jednej szóstej. Właśnie przy wymienionej ulicy, dokładnie na czwartym piętrze, znajdowała się siedziba Polskiego Radia Warszawa. To miejsce dodawało Pierwszej Damie Polskiego Radia - bo tak właśnie pieszczotliwie nazywano Janinę Sztompkównę - niemałe ilości stresu oraz strachu, ale również całą górę uśmiechu.


Hm, kto to jest... O tam, na górze. Spójrzcie na pierwsze piętro. Czy to Janusz Stanny? Tak, to właśnie on. Dlaczego wpatruje się w szafę? Rzućcie okiem na okno teatru. Jeśli mój wzrok jest w pełni sprawny, dostrzegam tam dwie znakomite aktorki komediowe. Znacie ich nazwiska? Nieopodal teatru jest spotkanie z Marią Skłodowską - Curie. Jak myślicie, od jakich słów rozpocznie swoje wystąpienie? Niemożliwe! Mój wzrok chyba naprawdę nie jest w najlepszej formie. Dlaczego pięć kroków ode mnie idzie Syrenka Warszawska?! Przecież nie jesteśmy nad Wisłą! Poszukajmy może jakiejś ławeczki. Odsapnijmy. Ja już za momencik muszę zmierzać w kierunki stacji kolejowej. Powrót do domu jest niestety nieunikniony. Ale proszę, obiecujcie mi coś! Dokończycie podróż po Warszawie, prawda? Jeśli Wasza butelka na radość i zaciekawienie jest już pełna, dam Wam drugą. Hop, hop, zbierajcie się, teraz czas na odwiedziny Bolesława Prusa.


Przycupnę na chwilkę przy Zamku Królewskim i dodam kilka ważnych zdań. Małgorzata oraz Marta Ruszkowskie zasłużyły na ukłony, brawa i bukiet tulipanów. Do tulipanów możemy dołączyć jeszcze goździki oraz róże. Te dwie panie otworzyły nam okno do wielkiego pokoju, w którym znajduje się historia Warszawy. Autorki pokazały, że miasto tworzą ludzie. I to jacy! Pani Małgorzata snuje opowieści o warszawiakach z ogromną lekkością. Przysięgam na mały paluszek, że jeśli sięgniecie po dzisiejszą pozycję, zostaniecie nieźle zaintrygowani. Wisienką na torcie są ilustracje pani Marty. No mówię Wam, naprawdę fajni ci "Warszawiacy".

Już wkrótce zafunduję Wam więcej podróży. Uściski!

Tytuł - Warszawiacy
Tekst - Małgorzata Ruszkowska
Ilustracje - Marta Ruszkowska
Kategoria wiekowa - 7+
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2018

niedziela, 10 maja 2020

Young power! - czyli uwaga, nadchodzimy


Jestem strasznie ciekawa, ile wiosen już liczycie! Statystyki na moim blogu wskazują, że moje recenzje są czytane przez osoby powyżej trzydziestego roku życia. Hm, czyżby? Być może istnieją takie słupki, jednak ja w życiu nie widziałam ich na oczy. Ale intuicja i liczne głosy podpowiadają mi, że właśnie tak jest. No dobrze, a ile trzeba mieć lat, aby oddać się jakiejś pasji? Oczywiście nie ma takiej rzeczy, jak odpowiedni wiek. Niekiedy wystarczy posiąść umiejętność chodzenia, mówienia bądź czytania. Odkrycie pasji może być spowodowane dostrzeżeniem kropli talentu, długotrwałym poszukiwaniem albo odkryciem inspiracji. Co powiecie na mocny zastrzyk opowieści o młodych ludziach tryskających mądrością i zaangażowaniem? Zaczynajmy!

Wróćcie na moment do swojego wieku szkolnego. Przypomnijcie sobie szkolną gazetkę. Najczęściej zupełnie nie spełniała ona swojej roli, prawda? To niestety wciąż się nie zmieniło. Zaledwie garstkę osób intrygują posty o kolejnym konkursie świątecznym oraz świeżo pomalowanych ścianach. Zuzanna Kuffel również o tym wiedziała. Dlatego postawiła sobie cel o nazwie "odświeżenie szkolnej gazetki". To były jej pierwsze poważne próby dziennikarskie. W gimnazjum stworzyła projekt polegający na wywiadach z uchodźcami mieszkającymi w Toruniu. Udało się jej również nakręcić pewien zmuszający do refleksji film. Kiedy Zuzia natknęła się w internecie na informację, że "New York Times" organizuje kurs dla młodych dziennikarzy, wysłała swoje zgłoszenie. Okazało się, że jej osiągnięcia zainteresowały redaktorów tej prestiżowej gazety. Jak się domyślacie, dziewczyna wyfrunęła do Nowego Jorku i wróciła z niego z plecakiem wypełnionym nowymi (niezwykłymi!) doświadczeniami. W końcu uczyła się od najlepszych. Miała też okazję biegać wśród żółtych taksówek, spacerować tuż obok drapaczy chmur i nacieszyć swoje oczy graffiti. 


Pamiętacie może małego, zaledwie czteroletniego, chłopca, który zachwycił cały świat swoją grą na perkusji? Ten filmik widziało kilkaset milionów ludzi! Jeśli pamięć zrobiła Was teraz w bambuko, kliknijcie tutaj. Ale obiecajcie, że za chwilkę wrócicie! Już jesteście? No to ekstra, kontynuujmy. Kiedy Igor Falecki miał około trzydziestu sześciu miesięcy, wystukiwał rytm muzyki na praktycznie każdym napotkanym przedmiocie. Ulubieńcem była książka kucharska mamy. Niedługo później w ogromnym (naprawdę ogromnym!) worku Święty Mikołaj przyniósł mu perkusję. Igor spędzał z nią praktycznie każdą chwilę. Zdobywał nowych adoratorów, którzy z wielką uwagą śledzili jego poczynania. Jako sześciolatek miał na koncie aż sześćdziesiąt koncertów. Nawet wypuszczono w świat limitowaną edycję pałeczek do gry z jego autografem. Amerykańska telewizja okrzyknęła go "geniuszem perkusji". W jego dziewiętnastoletniej biografii pojawiają się zarówno koncerty z orkiestrą symfoniczną, jak i te z raperami. Aktualnie trwają intensywne przygotowania do płyty Igora. Myślicie, że trafi na Waszą półkę?


Kiedy Oliwia Smektała miała pięć lat, mama zapisała ją na akrobatykę oraz na basen. Okazało się, że łatwo da się połączyć te dwie rzeczy. I tak w życiu naszej pływaczki narodziło się pływanie synchroniczne. Wiecie, co to za dyscyplina? Spokojnie, ja też nie wiedziałam. W tym fikuśnym sporcie liczą się detale - makijaż, cekiny, ale przede wszystkim zachwycające ruchy. To pewnego rodzaju przedstawienie w teatrze, lecz pod wodą. Ma również wiele wspólnego z tańcem. Oliwia jest nie tylko specjalistką od pływania synchronicznego. Ćwiczy także pływanie szybkie (takie na czas). Wiele osób doradza jej, aby wybrała jeden rodzaj sportu, jednak ona nie zamierza się ograniczać, choć wymaga to mnóstwo czasu i poświęcenia. Pięć lat temu wytropiła ją pewna trenerka z Poznania - oddalonego o dziewięćdziesiąt kilometrów od miejscowości Oliwii. Dziewczyna postanowiła skorzystać z tej okazji, dlatego cztery razy w tygodniu wraca do domu godzinę przed północą. Konkurs na perfekcyjną naukę w samochodzie wygrałaby z taką łatwością, z jaką zwycięża w mistrzostwach. W czerwcu okazała się najlepszą polską pływaczką synchroniczną we wszystkich możliwych kategoriach. Natomiast jeśli chodzi o pływanie szybkie, podczas finałów zaliczyła swoją życiówkę. Do medalu zabrakło jej dwudziestu setnych sekundy. Sądzę, że i tak należą się jej ogromne brawa.


Skoro siedzimy już w bańce o nazwie "sport", koniecznie muszę wspomnieć o Michale Karbowniku. Odkrył on swoją pasję sto metrów przed domem, na boisku. Wspomnę, że temat piłki nożnej jest mi bliski, ponieważ mój brat Bartek to zapalony zawodnik. Znał historię Michała znacznie wcześniej niż ja! No dobrze, wróćmy do naszego bohatera. Największa organizacja piłkarska w Europie, czyli UEFA, wyróżniła go, umieszczając jego nazwisko na liście pięćdziesięciu młodych piłkarzy, którzy mogą dużo osiągnąć w dwa tysiące dwudziestym roku. Koledzy mówili, że jest "bramkostrzelny", choć aktualnie zajmuje pozycję lewego obrońcy. Gdy Michał miał jedenaście lat, trafił do Młodzika Radom, gdzie dojazdy zajmowały mu strasznie dużo czasu. Po kilku latach został wywęszony w Młodej Legii. A wtedy już dzieliła go niedługa droga od tego, aby zostać najmłodszym graczem Legii Warszawa. Jeżeli jesteście fanami Ekstraklasy, z pewnością go kojarzycie. W końcu debiut Michała na warszawskiej "dorosłej" murawie był wyśmienity!


Jestem przekonana, że niecały rok temu o Wasze uszy obiła się informacja na temat odważnej dziewczyny, która strajkowała pod Sejmem. Tak, nie mylicie się - mowa o Indze Zasowskiej. Nasza bohaterka postanowiła wziąć przykład z ciut starszej od siebie Grety Thunberg. Obiecała sobie, że wakacje poświęci na walkę o planetę. Kiedy opowiedziała o swoim pomyśle mamie, uzyskała ogromne wsparcie. W piątki wspólnie jeździły do Warszawy (oczywiście pociągiem), aby zwrócić uwagę ludzi na to, jak wielką krzywdę wyrządzamy Ziemi. Czas spowodował, że do Ingi przyłączali się kolejni strajkowicze. Jedną dziewczynę z warkoczami i transparentem można było przeoczyć, jednak całego tłumu - już niekoniecznie. Po wakacjach Inga, po namowie pani dyrektor, postanowiła kontynuować swoją akcję w szkole. Założyła kółko ekologiczne. Aktualnie celem niewielkiej gromadki jest zasadzenie drzew. Myślę, że każdy z nas jeszcze sporo usłyszy o Indze.


Czy znacie historię każdego przedmiotu w swoim domu? Maciej Zawistowski może na to pytanie odpowiedzieć kiwając głową w dół i w górę. Jego biurkiem jest stół kuchenny, który niegdyś służył prababci do przyrządzania obiadów. W szafie wiszą na wieszakach ubrania liczące nawet sto lat. W zasięgu jego wzroku znajdują się również krzesła z przedwojennej obory. Jutrzyna jest historią na trzytomową opowieść. To malutka wieś zamieszkana przez zaledwie trzysta osób. Wśród nich jest także Maciek. Chłopak odwiedza swoich sąsiadów i rozpoczyna rozmowę zdaniem: "Proszę, opowiedz mi historię swojego życia". Niektórych musi lekko ciągnąć za język, ale zdarzają się też osoby, które wyjawią Maćkowi nawet sekrety swoich tajemniczych romansów. Do tych drugich zdecydowanie należy pradziadek Maćka. Trzeba zaznaczyć, że starszy pan może być dumny ze swojego prawnuka. Chłopak ma na swoim koncie już muzealną wystawę! Wszystkich nas, czytelników, zachęca do rozmowy z sędziwymi członkami naszych rodzin. Na gazety, albumy i archiwa zawsze będziemy mieć czas. Jednak prababcie lub wujkowie mogą nam niespodziewanie zniknąć. 


W książce "Young power!" znajduje się też dziewczyna z burzą jasnych loków na głowie, które rano przyprawiają ją o lekki zawrót głowy. Ta trzynastolatka (no dobra, już za lada moment czternastolatka!) nie szczędzi sobie snu, czego nie może powiedzieć o słodyczach. Nadrabia je filmikami o pieskach. Kiedy była w wieku przedszkolnym, pochłonęło ją rysowanie. Trzyma na swoim biurku mnóstwo ołówków, jednak używa tylko dwóch, z czego wkład do jednego z nich ciągle jest połamany - taka z niej ciapa. Nie jest dobra w utrzymywaniu porządku w szafkach. Ale na jej regale z książkami nie znajdziecie bałaganu. Nieco brakuje jej cierpliwości, dlatego gdy zbliżają się jej urodziny, co chwilę pyta rodziców o prezent. I najczęściej dostaje go kilka dni przed świętowaniem. Ona i sport raczej nie darzą się sympatią, jednak mama i tata powtarzają jej, aby poćwiczyła. Ponad trzy lata temu założyła książkowego bloga. Znacie może tę dziewczynę? Bo ja muszę przyznać, że nigdy wcześniej o niej nie słyszałam :)


Justyna Suchecka, specjalistka od edukacji, swoją debiutancką książką chciała powiedzieć, że wcale nie trzeba być dorosłym, aby robić superowe rzeczy. Autorka tak bardzo polubiła rozmowy z młodymi ludźmi, że postanowiła dorzucić jeden bonus. "Young power!" to trzydzieści jeden opowieści o nastoletnich osobach, które postanowiły wyskoczyć ponad linię przeciętności. Inspirują, zachwycają i przede wszystkim - działają! Dzięki dzisiejszej pozycji dowiecie się, w jaki sposób można łatwo zbadać glebę, dlaczego samolot latający do tyłu jest potrzebny, jaką rolę może odegrać w życiu muzyka oraz historia przodków i jak zrobić czekoladowy krem bez oleju palmowego. Chciałabym też zaznaczyć, że naprawdę warto chwalić się swoim talentem oraz pracą. Z pewnością kryją się w Was (lub w Waszych dzieciach) arcyciekawe pasje!

A, i jeszcze jedno! Rozejrzyjcie się. Może są wokół Was zdolne osoby, które potrzebują wsparcia? 

Tytuł - Young power! 30 historii o tym, jak młodzi zmieniają świat
Tekst - Justyna Suchecka
Bohaterowie - Jarek Brodecki, Igor Falecki, Viki Gabor, Janek Gawroński, Zuzanna Granek, Zuzanna Jabłońska, Justyna Jaworska, Michał Karbownik, Zofia Kierner, Julia Kosińska | Kalina Wiśniewska | Mateusz Malikowski, Kamil Kośnik | Kuba Twardowski | Kacper Orłowski, Zuzanna Kuffel, Ignacy Kus, Piotr Lazarek, Oskar Makowski, Milena Matujewicz, Jan Modrzyński, Maja Mulak, Aleksandra Maria Oto, Uczniowie z Pielgrzymowic, Tymon Radzik, Anna Skierska, Oliwia Smektała, Ola "Asolka" Sobol, Maja Sołtysik, Władysław Sowul, Kira Sukhoboichenko, Iga Świątek, Inga Zasowska, Maciej Zawistowski, Szymon Ziemicki
Ilustracje - Ola i Kamila Romaniak
Wydawnictwo Znak Emotikon, Warszawa, 2020