niedziela, 13 grudnia 2020

Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok - czyli po lodzie w śniegu

Zastanawialiście się może, jak wygląda krajobraz na dwóch biegunach naszej planety? Marzyliście kiedyś o tym, aby je odwiedzić? Tak? Czyżbym zgadła? Nic dziwnego, ja również chciałabym na własne oczy zobaczyć potężne lodowce, pływające kry lodu i kilkumetrowe zaspy. Rzeczą, o której absolutnie nigdy nie marzyłam jest piesza wędrówka na bieguny Ziemi. Wyobrażacie sobie przejść na nogach tysiące kilometrów przy temperaturze pięćdziesięciu stopni na minusie?! I to jeszcze z ciężkim plecakiem oraz przyczepionymi saniami ważącymi ponad sto kilogramów! Jednemu Polakowi udało się dokonać rzeczy wręcz niemożliwej. Otóż Marek Kamiński zdobył pieszo oba bieguny Ziemi... w rok.

Kilkuletni Marek codziennie fantazjował o dalekich podróżach i niezapomnianych przygodach. Niestety w czasach jego dzieciństwa za granicę wyjeżdżało się nieczęsto. Internet również jeszcze wówczas "nie hulał", więc dostęp do wiedzy o dalekich zakątkach świata nie był tak obszerny, jak teraz. Dzięki swojej chęci poznawania świata, Marek wpadł na genialny pomysł. Telefonował do ambasad różnych państw i prosił o adresy tamtejszych czasopism dla dzieci. Potem pisał do redakcji z prośbą o zamieszczeniu w gazecie jego krótkiego ogłoszenia. Brzmiało one: "Chłopiec z Polski chciałby nawiązać kontakt z rówieśnikami". Z czasem zaczął dostawać listy od dzieci z Francji, Niemczech, Grecji, a nawet Brazylii. Jednak to nie koniec pomysłowości młodego Marka. Zgadnijcie, gdzie wybrał się w wieku piętnastu lat i co zrobił, aby móc odbyć tak daleką podróż!

Marek Kamiński nigdy nie wyrósł ze swoich dziecięcych marzeń. Szczególnie ulubował sobie chłodne klimaty. Swoją przygodę z zimnem rozpoczął na Spitsbergenie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym roku. Właśnie tam poznał Wojtka Moskala. Marzeniem obydwóch polarników było przemierzenie całej Grenlandii. Spełnili je dokładnie trzy lata później. Ale nie myślcie sobie, że po tej wyprawie drogi naszych podróżników się rozeszły, o nie! Już podczas swojej pierwszej wspólnej przygody Marek i Wojtek snuli plany na temat następnych. Okazało się, że łączy ich kolejne marzenie. Zdobycie bieguna północnego. Stwierdzili, że zrobią to razem!

Polarnicy rozpoczęli przygotowania do swojej wyprawy. Punkt pierwszy - sponsorzy. Marek Kamiński i Wojtek Moskal koniecznie potrzebowali ich wsparcia, ponieważ sami nie byliby w stanie ponieść wszystkich kosztów ekspedycji. A jej cena wcale nie była niska. Wynosiła dwieście dziesięć tysięcy złotych. Znalezienie partnerów i sponsorów zajęło dwa lata. Po tym czasie podróżnicy mogli skupić się na zdobywaniu kolejnych pokładów wiedzy oraz na przygotowaniu swojego ciała do ogromnego wysiłku fizycznego. Nie tylko studiowali mapy i czytali zapiski oraz książki innych polarników, ale również pływali, biegali i chodzili na siłownię. Marek Kamiński nawet przymocowywał sobie do pleców oponę i pokonywał z nią trójmiejskie pagórki. Zdziwieni? To teraz zaskoczę Was jeszcze bardziej! Podróżnik, ubrany w gruby kombinezon i rękawice, rozkładał w ogródku namiot i w nim nocował. Przyrządzał posiłki na prymusie i nie zwracał uwagi na chichoty sąsiadów.

Kiedy Marek Kamiński i Wojtek Moskal spakowali do swoich sań i plecaków najpotrzebniejsze rzeczy (liczył się każdy gram, dosłownie!), wyruszyli na wyspę Ward Hunt, czyli najbardziej wysunięty na północ skrawek lądu. Dwunastego marca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku dwójka podróżników skierowała czubki swoich nart w kierunku bieguna północnego. Ah, czekała ich naprawdę długa podróż. Musieli przejść osiemset osiemdziesiąt kilometrów. I to po zamarzniętym oceanie! Warstwa lodu w każdej chwili mogła pęknąć, więc nasi polarnicy musieli być niezwykle uważni. Przed postawieniem praktycznie każdego kroku kilka razy pukali kijkiem w zamarznięty ocean. Puk, puk, puk, puk... Uf, nie ma pęknięcia, bezpieczny teren!

Jak się zapewne domyślacie, eskapada na biegun północny okazała się jeszcze trudniejsza, niż mogłoby się wydawać. Marka i Wojtka spotkało mnóstwo przygód. Nie sposób zliczyć, ile razy serce przestało im bić na kilka sekund. Każdy z Was pewnie wie, że między pływającymi krami znajdują się szczeliny. Podczas przeskakiwania z jednej kry na drugą, sanie Marka Kamińskiego z praktycznie całym jego ekwipunkiem utknęły w szczelinie. Cóż za pech. Jak myślicie, jak w tej sytuacji zachowali się polarnicy? O, a jesteście ciekawi, jaki był rytm dnia podczas tej wyprawy? Dobrze, zdradzę Wam kilka pierwszych punktów. Piąta - śniadanie i zwijanie biwaku. Ósma trzydzieści - wymarsz. Dziesiąta trzydzieści - przerwa na gorący napój i batonika. Jedenasta - marsz. Trzynasta - przerwa na... Jak myślicie, co konsumowali Marek Kamiński i Wojtek Moskal o godzinie trzynastej? Podpowiem Wam, że jest to przysmak, który smakuje absolutnie każdemu z Was.

Czy wiecie, czym są torosy? Albo jak wygląda przygotowanie się do snu przy temperaturze trzydziestu stopni na minusie? Czy na oblodzonym oceanie panuje cisza? Na czym polega system ARGOS i dlaczego jest tak bardzo istotny? Kiedy duet Marka i Wojtka zdobył biegun północny? Doskonale wiecie, że uwielbiam utrzymywać Was w ciekawości, więc odpowiem tylko na ostatnie pytanie. Dwaj polscy polarnicy - Marek Kamiński i Wojtek Moskal - stanęli na biegunie północnym dwudziestego trzeciego maja tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku, dokładnie po siedemdziesięciu dwóch dniach wędrówki. Osiągnęli swój cel oraz udowodnili, że są wybitnymi polarnikami. Cały świat o nich usłyszał. Jednak to nie wystarczyło Markowi Kamińskiemu. On wciąż czuł niedosyt. Dlatego postanowił, że zdobędzie również biegun południowy. I to w tym samym roku.

Wyprawa Marka Kamińskiego na biegun południowy rozpoczęła się niecałe pół roku po powrocie z północy. Polarnik nie miał problemu ze znalezieniem sponsorów oraz partnerów eskapady. Posiadał już również bezcenne doświadczenie, które zdecydowanie ułatwiło mu wyprawę. Nie musiał uczyć się rozkładania namiotu, gotowania na prymusie i władania kompasem w grubych rękawicach. Dokładnie wiedział, co koniecznie musi załadować na swoje sanie, a co może sobie darować. Były dwie znaczące różnice pomiędzy tymi wyprawami. Po pierwsze, droga na biegun północny składała się z zamarzniętego oceanu, natomiast ścieżka prowadząca do bieguna południowego to ląd pokryty grubą warstwą śniegu. Po drugie, na południu czekała na Marka Kamińskiego cieplutka stacja badawcza, w której mógł przykryć się kocem i napić się na przykład herbaty truskawkowej. No dobrze, plan już opracowany, mapy gotowe, sanie zapakowane - czas ruszać! Ale chwila, chwila, czy ktoś uwzględnił w planie przeraźliwą śnieżycę? Czy Marek Kamiński był w stanie stawić jej czoła? I kiedy postawił swoją stopę na biegunie południowym?

Z lekkim wstydem muszę przyznać, że wcześniej nie słyszałam o wybitnym osiągnięciu Marka Kamińskiego. Zdobyć dwa bieguny Ziemi w rok - cóż to za szaleństwo! Agata Loth-Ignaciuk (autorka tekstu) oraz Bartłomiej Ignaciuk (autor ilustracji) szczegółowo przybliżyli losy naszego polarnika w książce „Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok”. Ta pozycja, wypełniona po brzegi ilustracjami, świetnie pokazuje trud wyprawy, chwile zwątpienia podróżników, ale również momenty szczęścia i radości. Poszerza także wiedzę czytelników na temat bieguna północnego i południowego. Gdy ta książka stanie na Waszej półce, będzie mogła przejść przez naprawdę wiele rąk! Uwierzcie mi, że na bank zaciekawi całą Waszą rodzinę - począwszy od dzieci, a skończywszy na dziadkach. Sięgnięcie po nią z pewnością będzie przyjemnością także dla Was, więc nie zwlekajcie i jak najszybciej przebuszujcie księgarskie lub biblioteczne półki.


To co, wybierzecie się razem z Markiem Kamińskim na dwa końce świata?


Tytuł - Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok

Tekst - Agata Loth-Ignaciuk

Ilustracje - Bartłomiej Ignaciuk

Wydawnictwo Druganoga, Warszawa, 2020

niedziela, 6 grudnia 2020

Kurs na ulicę Szczęśliwą - czyli w tę i we w tę

Wyobraźcie sobie, że zwierzacie się pewnej osobie z najważniejszych momentów Waszego życia. Niekiedy czekacie na radę, a czasami po prostu pragniecie wylać z siebie potok słów. Nie, nie, nie - nie chodzi mi tutaj o wizytę u terapeuty. Opowiadając swoją historię, widzicie przemijające obrazy. Zaczynają się już od dzieciństwa i płyną przez nastoletniość, młodość oraz dojrzałość. Widzicie także obrazy za szybą mijane z prędkością około pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Taksówkarz to osoba, przed którą ludzie się otwierają. W końcu i tak są na niego skazani - przecież muszą z nim dojechać do celu. Dlaczego by w takim razie nie urozmaicić swojej podróży rozmową?


Do auta wsiada kobieta około sześćdziesiątki. Słychać brzdęk zniczy w jej torbie. Nic dziwnego, w końcu jest Święto Zmarłych - pierwszy listopada. Mimo tego, że mamy bardzo wczesną porę, pasażerka prosi o podwózkę na cmentarz. Mówi, że woli załatwić sprawunki rano i już później się nimi nie przejmować. Po południu musi przyjmować gości. Twierdzi, że całe jej życie jest żartem. Zaczęło się od tego, że urodziła się w Święto Zmarłych. Ponoć pierwszy dzień jej życia był zwiastunem całej przyszłości. Po rozwodzie jej były mąż wyemigrował do Kanady. Postawił tam sobie piękny dom. A ona? Dorobiła się tylko schorzeń w barkach, bo kiedyś pływała zawodowo. W latach sześćdziesiątych zdobyła mistrzostwo Warszawy w pływaniu. Potem oddała się dziennikarstwu. Ale uważa, że jej praca to nuda jak flaki z olejem.


Znowuż mamy pierwszy dzień miesiąca. Tym razem pierwszy sierpnia. Do taksówki wsiada kobieta ze swoim tatą. Sędziwy mężczyzna wyróżnia się swoim wyglądem. Pochylone plecy, ciężki mundur, a na nim symbol Polski Walczącej. Niestety wiek sprawił, że mówienie sprawia mu ogromną trudność. Słuch również nie jest w najlepszej formie. Na pierwszy rzut oka widać duże podobieństwo córki do swojego taty. Wąskie usta, ostre rysy twarzy, spiczasty nos i przenikliwe spojrzenie. Widocznie silna osobowość to już cząstka genów tej rodziny. W zamian za transport do muzeum na obchody Powstania Warszawskiego, córka powstańca opowiada taksówkarzowi jego historię. W czasie wojny jej ojciec był listonoszem. Nosił listy między rodzinami. Swoją pracę traktował piekielnie poważnie. Któregoś dnia powstania mężczyzna zorientował się, że nie zdąży dostarczyć już powierzonych mu listów. Ukrył je w drzwiach mieszkania w starej kamienicy. O dziwo listy przetrwały resztę wojny. Właśnie wtedy listonosz obiecał sobie, że dostarczy wszystkie listy ich adresatom. Czuł się odpowiedzialny za tę korespondencję. Jak myślicie, ile lat zajęło mu to zadanie? Kiedy dopiął swego, zapewne był z siebie bardzo dumny.


Taksówkarz zerka na telefon. O, nowy kurs. Kurs na hasło "Tomasz". Kiedy pasażer wsiada do auta, od razu łapie kontakt z taksówkarzem. Rozmawia im się tak dobrze, że u celu podróży pan Tomasz zaprasza nowo poznanego człowieka na herbatę. Ściany jego mieszkania zdobią oryginalne maski, pamiątki, zdjęcia oraz przedziwne instrumenty muzyczne. Podłogi są usłane kolekcją azjatyckich dywanów. Mężczyzna mówi, że za trzy miesiące wyrusza w trasę koncertową. Planuje odwiedzić kameralne jazzowe kluby we Włoszech, Francji i Hiszpanii. Jest świeżo po operacji i nie czuje się najlepiej. Bardzo chciałby wziąć ze sobą osobę, która pomoże mu z walizkami i pakunkami. Taksówkarz zgadza się od razu. Taka propozycja to dla niego ogromny zaszczyt. Niestety niedługo później pan Tomasz umiera. Odszedł uwielbiany muzyk jazzowy - Tomasz Stańko.

Drzwi warszawskiej przychodni otwierają się i wychodzi z nich starsza kobieta. Ostrożnie wsiada do taksówki. Na pytanie: "Dokąd jedziemy?" odpowiada, że nie pamięta. Nie pamięta, gdzie mieszka. Jedyne, co przychodzi jej do głowy to ogromny kościół. Jej ręka wskazuje okolice Woli. Po kilku minutach krążenia po tej dzielnicy przypomina sobie, że mieszka na ulicy Sarmackiej, czyli na Wilanowie. Wprowadziła się tam trzy lata temu, ale pamięć wciąż płata jej figle. Starsza kobieta mówi, że tęskni za Zamościem. Spędziła tam całe swoje życie. Miała przyjaciółki i często wybierała się na spacery po rynku. Nie może przywyknąć do Warszawy, nie czuje się tutaj dobrze. Trzy lata temu córka poprosiła ją o podpisanie jakiegoś dokumentu, więć kobieta go podpisała. Z miłości do swojej jedynaczki. Mówi, że gdyby wiedziała, ile przez ten papierek straci - w życiu by go nawet nie dotknęła.


Przy autostradzie stoi autostopowiczka. Nie wygląda na szczęśliwą ani zdrową. Taksówkarz zatrzymuje się przy niej i zaprasza do środka. Nie przyjmuje żadnych pieniędzy, bo - jak sam podkreśla - autostop rządzi się swoimi prawami. Kobieta pragnie dostać się do Warszawy, więc idealnie się składa, ponieważ taksówkarz właśnie do niej jedzie. Wraca z kursu do Łodzi. Nowa pasażerka wsiada do samochodu z dwiema reklamówkami wypełnionymi warzywami. Ponoć co miesiąc tutaj po nie przyjeżdża. Znajomi starają się jej pomóc. Dają jej ziemniaki, marchewkę, buraki. Sporym problemem jest dojazd. Niekiedy kobieta jest zmuszona do spania na przystanku. W domu czeka na nią czwórka dzieci. Najstarsza córka, Natka, opiekuje się młodszym rodzeństwem. Ma dziewięć lat. Monolog kobiety przerywa na moment przystanek na stacji benzynowej. Gdy taksówkarz wysiada z samochodu, kobieta prosi go o kupienie coca-coli. Ma w sobie bardzo dużo cukru, więc zabije głód na parę godzin.


Łysiejący pan, na oko sześćdziesięcioletni, pakuje do taksówki swoją ogromną torbę. To człowiek, który od kilkunastu lat ubiera stopy warszawiaków. Chodzi na parkingach od kierowcy do kierowcy i stosuje swoje wybitne zdolności marketingowe. Dokładnie szesnaście lat temu zamknął swój niewielki sklepik ze skarpetkami i wyszedł z towarem na ulicę. Stawia się na parkingu codziennie o szóstej rano. Swoją pracę rozpoczyna od pukania w szybki. Zna każdego taksówkarza i każdego kierowcę autobusu. Już szykuje się na przypływ nowych klientów, bo za niedługo zmienia się autobusowa warta. Wszyscy darzą Skarpeciarza wielką sympatią. Nie tylko kupują od niego skarpetki, ale również częstują go kawą, ciastkiem i najnowszą historią z miasta.


Anna jest osobą niezwykle empatyczną i pogodną, chociaż życie cały czas podkłada jej kłody pod nogi. Marzeniem pana Drakuli i jego żony jest zostanie rodzicami, jednak to nie takie proste, jak mogłoby się wydawać. Taylor nie należy do punktualnych osób, natomiast Michał bardzo chce stać się odpowiedzialny. W ciągu pięciu lat w taksówce Bartosza Gardockiego siedziało mnóstwo ludzi. Możemy ich liczyć w tysiącach. Pięć lat temu pan Bartosz wstał z krzesła przy korporacyjnym biurku i usiadł za kierownicą. Z uśmiechem na twarzy mówi, że uwielbia swoją pracę. Radość sprawia mu nie tylko prowadzenie samochodu, ale przede wszystkim rozmowa z drugim człowiekiem. Na jego samochodowym fotelu usiedli Hanna Krall, Halina Szpilman, Zbigniew Wodecki, ale również samotna matka i pani pogodynka. Już po kilku pierwszych kursach Bartosz Gardocki orientuje się, że praktycznie wszystkie jego rozmowy z pasażerami zahaczają o bardzo ważne pytanie, czym jest szczęście. Dlatego właśnie jego wyśmienity reportaż nosi tytuł "Kurs na ulicę Szczęśliwą". Mam nadzieję, że czytelników tej świetnej książki będziemy mogli liczyć nie w tysiącach, lecz w setkach tysięcy, a nawet w milionach!


Tytuł - Kurs na ulicę Szczęśliwą

Tekst - Bartosz Gardocki

Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa, 2020

niedziela, 22 listopada 2020

Wihajster, czyli przewodnik po słowach pożyczonych - wycieczka w głąb słownika

Można powiedzieć, że języki żyją własnym życiem. Weźmy na tapet język polski. Ten to ma dopiero bujne życie towarzyskie! Cały czas przychodzi na domówki do swoich kumpli i dzięki nim poznaje nowe słowa. Co więcej, sporą część z nich pożycza i... nie oddaje. Nie świadczy to o jego złym wychowaniu, lecz o chęci powiększenia swojej kolekcji słów. Chcielibyście może poznać zapożyczenia? Tak? Świetnie, z przyjemnością spełnię Waszą prośbę.

Najpierw zajrzyjmy do kuchni. Czy Wy też czujecie unoszący się zapach słodkich wypieków? Spójrzcie, pani kucharka właśnie rozkłada talerze na ceracie. Może załapiemy się na pyszne ciasto! Ale chwilka - czym jest właściwie ta "cerata"? To bardzo stare słowo, które przywędrowało do nas z samej łaciny. W oryginale oznacza ono "coś woskowanego". I rzeczywiście, trudno zaprzeczyć tej definicji. Niekiedy zamiast obrusu na stole ląduje cerata, bo ścieranie z niej plam to bułka z masłem. A w jaki sposób do języka polskiego trafił talerz? Talerz na pewno ma zakwasy, ponieważ pokonał kawał drogi! Przyszedł na świat w łacinie, gdzie jest synonimem wyrazu "kroić". Później przeskoczył do języka włoskiego i tam z kolei zamienił się w "deskę do krojenia mięsa". Po języku włoskim przywędrował do niemieckiego, chwilkę później pojawił się w czeskim, a zaraz potem odwiedził język polski. 

Nie będziecie mieli nic przeciwko, jeśli zostaniemy jeszcze troszkę w kuchni? Pozwólcie, że zajrzymy do dużej, drewnianej miski na warzywa. A co my tutaj mamy? Sałata, pomidor, kalafior... Kalafior, cóż za ciekawe słowo! Okazuje się, że jego korzenie sięgają pewnego włoskiego dialektu, czyli takiego minijęzyka. Kalafior pierwotnie oznaczał "kwiat kapusty". No tylko na niego zerknijcie. On naprawdę wygląda niczym biały kwiat kapusty! A tuż za naszą drewnianą miską na warzywa znajdują się starannie poukładane, podłużne pudełka. W jednym z nich gości kakao. Kakao, podobnie jak talerz, to urodzony wędrowiec. Aztekowie, czyli lud mieszkający na terenie dzisiejszego Meksyku, nazywali ziarna kakaowca słowem "cacaua". Niedługo później Meksyk podbili Hiszpanie, którzy wprowadzili tam swój język. Stwierdzili jednak, że nie będą wyganiać wszystkich wyrazów Azteków i niektóre zostawią w spokoju. Jak już możecie się domyślać, kakao przetrwało! I język polski oczywiście je pożyczył.

Powoli będziemy już wychodzić z kuchni. Aby wydostać się z mieszkania, w którym właśnie jesteśmy, musimy przejść przez salon. O rany, podnieście głowę! Ten pięknie mieniący się żyrandol to zapewne skarb właścicieli mieszkania. Wypowiedzcie to słowo na głos - żyrandol. Czuć tutaj nutkę języka francuskiego, nie sądzicie? Nic dziwnego, w końcu "żyrandol" przyszedł do nas właśnie z francuskiego. Wcześniej zdążył jeszcze zadomowić się w języku włoskim, gdzie wywodził się od czasownika "wirować". Gdy lekko spuścimy swój wzrok z żyrandola, ujrzymy jeszcze bardziej bezcenny skarb, czyli... książki! Są idealnie poukładane na regale. Słowo "regał" najprawdopodobniej przyszło na świat w jednym z niemieckich dialektów. Oznacza ono "stojak" lub "półka". Na przykład taka na cudowne książki.

No dobra, zerknijmy jeszcze na moment do łazienki. Cóż za ogromne lustro! Zostało sprowadzone z Włoch lub z Francji, nie ma tutaj zgodności specjalistów od języka. Właśnie tam lustrem nazywa się blask lub połysk. Ale tak naprawdę jego korzenie sięgają aż łaciny. Łaciński czasownik "lustro" bądź "lustrare" oznacza "oczyszczać, oświecać, oglądać". Natomiast "prysznic" ma zupełnie odmienną historię. To dlatego, że pochodzi od nazwiska austriackiego wynalazcy tego jakże przydatnego urządzenia. Vincent Priessnitz był jednym z twórców wodolecznictwa, czyli takich kąpieli, których możemy zażywać na przykład w uzdrowiskach. A co my jeszcze mamy w tej naszej łazience? Wanna, szampon, prysznic, żyletka, kurek... Uwierzcie mi, że każdy ten przedmiot jest godny uwagi!

Czy wy również czujecie ten przyjemny powiew wiatru? Jak dobrze wyjść na świeże powietrze! Miasto tętni życiem. Przejdźmy się może główną aleją, co Wy na to? Nie do końca wiemy, czy wyraz "aleja" znalazł się w naszym języku dzięki Francuzom, czy dzięki Niemcom, ale na sto procent wiemy, że "aleja" zawsze oznaczała główną ulicę miasta. O rany, jaki piękny budynek! Tutaj, po prawej. To teatr. Do języka polskiego przywędrował prosto z łaciny, natomiast wcześniej mieszkał w języku greckim. "Théatron" to miejsce, z którego dobrze się coś ogląda. Jeżeli kiedykolwiek spotkacie mnie w teatrze, ostrzegam - nie warto za mną siadać! Mimo tego, że nie należę do osób wysokich, moje włosy potrafią zasłonić połowę sceny! Po przedstawieniu teatralnym można wrócić do domu na przykład tramwajem. Ten środek komunikacji miejskiej przyjechał do nas prosto z Anglii jako "tramway". To połączenie dwóch słów: "tram" - szyny oraz "way" - drogi.

O, zobaczcie! Tuż obok nas biegną maratończycy. "Maraton" pochodzi od nazwy greckiej miejscowości, pod którą dawno temu odbyła się bitwa Greków z Persami. Według legendy, po zwycięstwie bitwy Grecy wysłali do Aten swojego posłańca, który chcąc przekazać wspaniałą nowinę rodakom, pędził do Aten, ile sił w nogach. Gdy wreszcie dotarł na miejsce i ogłosił radosną wiadomość, padł z wycieńczenia. Pewnie tak czuje się każdy maratończyk po przebiegnięciu czterdziestu dwóch kilometrów. A skoro jesteśmy już przy sporcie, zahaczmy lekko o kajakarstwo. Kajak przypłynął do Polski aż z języka inuickiego. To język ludów mieszkających na Grenlandii. Kajak oznacza tam "męską łódkę". Jak w takim razie nazywała się "damska łódka"? Jestem niezwykle ciekawa.

Wiecie, skąd wziął się u nas "jacht", "wirus" i "fachowiec"? A może znacie korzenie "szyby", "firanki" lub "bigosu"? W książce "Wihajster, czyli przewodnik po słowach pożyczonych" moim absolutnym ulubieńcem jest historia o "papuciach". Te to dopiero przydreptały do nas z daleka! Michał Rusinek, mistrz posługiwania się słowem, odwiedził odległe zakątki świata i wrócił do Polski z walizkami pękającymi w szwach od ogromu ciekawych historii. Muszę przyznać, że nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jakie korzenie mają słowa, które wypowiadam kilka razy dziennie. W książce "Wihajster, czyli przewodnik po słowach pożyczonych" bardzo ważną rolę odgrywają nie tylko słowa, ale również kolorowe i radosne ilustracje Joanny Rusinek. Jeżeli będziecie trzymali tę pozycję w rękach, koniecznie zwróćcie uwagę na rysunki regału oraz pani w wannie - są cudowne. Zawsze będę darzyła sympatią rodzeństwo Rusinków, ponieważ to właśnie z nimi spędzałam niegdyś każdy wieczór. Czytane przez mamę "Wierszyki domowe" lub "Wierszyki rodzinne" były najlepszym zakończeniem dnia po przedszkolnych harcach. Sądzę, że sięgnięcie po dzisiejszą pozycję będzie równie wspaniałym przeżyciem.

No dobra, a na koniec mam do Was śmiertelnie poważne pytanie - co u licha tak naprawdę oznacza słowo "wihajster"?!


Tytuł - Wihajster, czyli przewodnik po słowach pożyczonych

Tekst - Michał Rusinek

Ilustracje - Joanna Rusinek

Wydawnictwo Znak Emotikon, Warszawa, 2020

niedziela, 15 listopada 2020

Ziemia. Żywa planeta - czyli historia w zaokrągleniu

Nasza planeta jest niezwykle doświadczona i dojrzała. Ma na karku ponad cztery i pół miliarda lat. Całkiem sporo. Dokładnie pamięta wydarzenia, o których my dowiadujemy się dzięki trudnej i wnikliwej pracy badaczy oraz naukowców. Ziemia jest bardzo zmęczona. Liczne wybuchy, zlodowacenia i bombardowania dały jej w kość. A teraz my - ludzie - nie pozwalamy jej na ani sekundę wytchnienia. Temperatura na Ziemi ekspresowo pnie się ku górze. Smog już dawno wymknął się spod kontroli. Trwa masowa wycinka lasów. Pochłaniamy zwierzęta na kilogramy i wyrzucamy plastik w każdy możliwy kąt. Za wszystkie wymienione okropności odpowiadamy my - ludzie, a to właśnie nasza planeta cierpi na tym najbardziej. Dzisiaj jednak nie skupimy się na nadchodzącej katastrofie klimatycznej, lecz na historii Ziemi. W takim razie musimy cofnąć się o ponad trzynaście miliardów lat.

Niecałe czternaście miliardów lat temu nie istniały ani planety, ani gwiazdy. Cały Wszechświat był jedną wielką pustką. Nieco później nastąpił wielki wybuch. Dosłownie w ułamku sekundy kolosalna eksplozja sprawiła powstanie materii, przestrzeni i czasu. Nagle cząsteczki materii fruwały na prawo i lewo. Były zbyt młode, aby posiadać orientację w terenie, więc cały czas się ze sobą zderzały. Dzięki ich "nieudolności" pojawił się Wszechświat, a w nim - gwiazdy oraz planety. Ziemia ukształtowała się z części energii zgromadzonej wokół Słońca. Jednak nie od początku prezentowała się tak pięknie, jak teraz. Najpierw była tylko... rozgrzanym obłokiem.

No dobrze, zatrzymaliśmy się na obłoku. Później zamienił się on w przeraźliwie gorącą materię. Co chwilę wybuchały nowe wulkany. Ziemia została zalewana zniewalającymi ilościami lawy. Erupcje były także obfite w różnego rodzaju gazy i pyły. Planetę często odwiedzały meteoryty. Chociaż "odwiedzały" to chyba zbyt łagodne słowo (o meteorytach napiszę ciut więcej w następnym akapicie, obiecuję!). Wówczas na Ziemi nie istniało jeszcze żadne życie. Z biegiem czasu planeta stygła. I właśnie wtedy nadeszły dwie niezwykle ważne zmiany. Po pierwsze - wytworzyła się atmosfera. Po drugie - pojawiła się woda! Ta ciekła substancja, którą doskonale znamy, gromadziła się w oceanach. Wyobraźcie sobie, że pierwsze oceany powstały ponad cztery miliardy lat temu!


Pod koniec pierwszego etapu dziejów Ziemi, czyli hadeiku, doszło do niezwykłego wydarzenia. Nastąpiło Wielkie Bombardowanie. Dosłownie tak nazwali to naukowcy. Wielkie Bombardowanie było pewnego rodzaju deszczem. Ale nie wyglądał on tak, jak sobie teraz wyobrażacie. W tym deszczu pojawiły się raczej znikome ilości wody. A to dlatego, że był to deszcz meteorytów! Właśnie dzięki niemu chłodzenie skorupy Ziemi trwało tak długo. Meteoryty zaatakowały nie tylko naszą planetę. Na przykład na Księżycu wciąż możemy zaobserwować charakterystyczne kratery, które wielokrotnie widzieliśmy na zdjęciach. Tak, to właśnie dziury zrobione przez meteoryty.

Przeszliśmy już przez Wielkie Bombardowanie i mamy idealnie ostudzoną skorupę ziemską. Weszliśmy w nowy etap istnienia naszej planety. Teraz znajdujemy się już w archaiku. Dokładnie wtedy na Ziemi pojawiło się... życie! Pierwszymi mieszkańcami planety były bakterie. To mikroskopijne żyjątka składające się tylko i wyłącznie z jednej komórki. Bakterie idealnie potrafią przystosować się do ciężkich warunków, dlatego przetrwały do dzisiaj i stały się pierwowzorem wszystkich żyjących istot. Doskonale radziły sobie pod wodą. "Dlaczego nie żyły na lądzie?" - możecie spytać. Z wielką chęcią Wam odpowiem. Dlatego, że wówczas nie było lądu. Całą planetę zalały oceany, natomiast masy lądu zaczęły wychodzić na powierzchnię dopiero trzy miliardy lat temu. 

Jak myślicie - czy wyłaniający się ląd od razu pięknie zajął miejsca kontynentów, które znamy dzisiaj? Oczywiście, że nie. Skorupa ziemska non stop ulegała wielu zmianom. Co więcej, ona wciąż się rusza! Nie odczuwamy tego na własnej skórze, ale musimy mieć świadomość, że zmiany nie zakończyły się sześćdziesiąt sześć milionów lat temu. Wiecie może, jak wyglądały kontynenty Rodinia, Pangea, Laurazja i Gondwana? Nie odbiorę Wam przyjemność z odkrywania tej wiedzy. Zdradzę tylko, że stworzenia żyjące na tych kontynentach byłyby mocno zdziwione, gdyby zobaczyły naszą Azję, Europę i Afrykę.

Dwa i pół miliarda lat temu klimat Ziemi znowu zupełnie się odmienił. Nasza planeta stała się ogromną kulą śniegową. Średnia temperatura powierzchni Ziemi wynosiła aż pięćdziesiąt stopni na minusie! Wszystkie oceany i kontynenty pokryła ponadkilometrowa warstwa śniegu i lodu. Mrozy utrzymywały się przez kilka milionów lat. A później - kiedy Ziemia już przestała być kulą śniegową - zaczęły rozwijać się złożone organizmy, czyli już nie takie jednokomórkowe. Rozwijająca się fauna żyła w głębinach wód. Dzięki skamieniałościom wiemy, że morskie istoty miały miękkie, symetryczne kształty i osiągały nawet dwa metry długości!

Tuż po faunie edakariańskiej na Ziemi  "narodziły się" pierwsze rośliny. Powstały grzybowe lasy, które wyglądały naprawdę komicznie. Pojawiały się także nowe stworzenia. Było ich coraz więcej. Czterysta piętnaście milionów lat temu pod wodą zaczęły funkcjonować płazy. Ba, nie tylko pod wodą! Jak już zapewne wiecie, płazy to zwierzęta wodne, które mogą przeżyć także na lądzie. Życie wreszcie wyszło z wody. Zaraz po płazach na Ziemię wkroczyły gady. One raczej niechętnie wchodziły do mórz i oceanów. A jeśli jesteśmy już przy gadach, zostało nam tylko kilka kroków do dinozaurów. Później należy wspomnieć o wielkim wymieraniu, królestwu ssaków, epoce lodowcowej oraz istotach człowiekowatych. Jak myślicie, w jakie zwierzęta ewoluowały wspomniane istoty człowiekowate? Dowiecie się, jeżeli sięgniecie po książkę "Ziemia. Żywa planeta".

Kiedyś wydawało mi się, że historia naszej planety to opowieść z taką warstwą kurzu, że nie sposób się nią w ogóle zaciekawić. Jak bardzo się myliłam! Aina Bestard, artystka z Majorki, zanurzyła się do niesamowicie odległych etapów Ziemi i przedstawiła je nam, czytelnikom, z ogromną lekkością i bez ani cienia nudy. Czytając "Ziemię. Żywą planetę" w przekładzie Karoliny Jaszeckiej, nie można nie zwrócić uwagi na cudowne ilustracje. Rysunki w książce, przypominające swoim wyglądem sędziwe ryciny, są dokładnie tak samo ważne, jak tekst. Kalki, na które kilkukrotnie trafiamy poznając historię Ziemi, tylko dodają zachwytu nad tą pozycją. "Ziemia. Żywa planeta" Ainy Bestard postawiła niezwykle wysoką poprzeczkę wszystkim twórcom książek przyrodniczych.

Sięgnijcie po tę pozycję! Być może poznanie niełatwych losów Ziemi sprawi, że spojrzycie na nią z jeszcze większą troską.


Tytuł - Ziemia. Żywa planeta

Tekst i ilustracje - Aina Bestard

Przekład - Karolina Jaszecka

Wydawnictwo Tatarak, 2020

niedziela, 8 listopada 2020

Elementarz polskiej kultury - czyli świetna sztuka

Wyobraźmy sobie, że kultura to przeolbrzymia szafa z miliardem szufladek. We wszystkich szufladkach znajdują się rozmaite przedmioty, obrazy i dźwięki. Każda osoba, która otworzy ogromną szafę i nieco w niej pobuszuje, znajdzie coś dla siebie. Niektóre szufladki są otwierane niezwykle często. Co chwilę ktoś do nich zagląda i zachwyca się ich zawartością. Rzeczy ukryte w tych szczególnie lubianych szufladkach znacząco wpływają i kształtują kulturę. Można powiedzieć, że są jej twarzą i godnie ją reprezentują. Dzisiaj skupimy się właśnie na kulturowych perełkach, które - mimo upływającego czasu - nie leżą na dnie szafy.

Czy Wasze uszy również wyłapują tę cichą muzykę? Wydaje mi się, że dobiega ona z radia. Pozwólcie, że ją podgłośnię. Cóż to za piosenka? Jest jednocześnie delikatna i przerażająca. Brr, aż pojawiła się na moich rękach gęsia skórka. Krzysztof Komeda doskonale wiedział, jak odnaleźć czuły punkt ludzkich emocji. Jego "Kołysanka Rosemary" powstała do pierwszego hollywoodzkiego filmu Romana Polańskiego o tytule "Dziecko Rosemary". Stacje radiowe pokochały ten utwór i rozsławiły na cały świat. "Kołysanka" to ponoć najpopularniejsza polska piosenka muzyki rozrywkowej. Nominacje do Złotych Globów i Grammy mówią sama za siebie!

Jaki obraz pojawia się przed Waszymi oczami, kiedy słyszycie słowo "tłum"? Zapewne przychodzi Wam na myśl chaos, tłok i szybkie tempo. Wyobraźnia Magdaleny Abakanowicz zaprowadziła ją do zupełnie innych skojarzeń. "Tłum" tej pani to bezgłowe męskie postacie stojące w grupie. Wszystkie tego samego wzrostu i wszystkie w takiej samej pozie. Te nietypowe figury zostały wykonane z utwardzonego żywicą jutowego worka w szarobeżowobrązowym kolorze. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że postacie niczym się nie różnią, jednak nie ma dwóch identycznych. Kiedy dokładnie się im przyjrzymy, dostrzeżemy, że są puste w środku. To tylko skorupy. Magdalena Abakanowicz powiedziała, że tłum - niczym bezgłowy organizm - niszczy lub wielbi na komendę i jej instalacja ma o tym przypominać. 

Nowy Jork to miasto tętniące życiem. A dzięki komu jest ono tak żywe i dynamiczne? Dzięki ludziom, którzy w nim przebywają. Wśród nich znajdują się także osoby bezdomne. Pomocną dłoń wyciągnął do nich Krzysztof Wodliczka. Stworzył artystyczny projekt będący zarazem użytecznym obiektem. Najpierw Krzysztof Wodliczka prowadził rozmowy z ludźmi bezdomnymi o tym, czego szczególnie potrzebują. Chciał zaspokoić ich podstawowe potrzeby. A potem zbudował pojazd, który jest transportem i schronieniem. Pojazd dla bezdomnych nie tylko stał się mobilnym mieszkaniem dla osób w trudnej sytuacji, ale także zwrócił uwagę na ogromny problem i przykre doświadczenie, jakim jest bezdomność.

"Nic dwa razy" to najczęściej cytowany wiersz Wisławy Szymborskiej. Opowiada on o uciekającym czasie oraz wyjątkowych chwilach, które zdarzają się tylko raz. O spojrzeniu w oczy, wyznaniu miłości i niezapomnianych dniach oraz nocach. Poetka odczytała ten wiersz na noblowskim spotkaniu w Sztokholmie, dzięki czemu pojawiał się on na pierwszych stronach najpopularniejszych gazet oraz czasopism. To dzieło Wisławy Szymborskiej idealnie ukazuje charakterystyczne cechy jej poezji, czyli prostotę, melodyjność oraz szczyptę ironii i paradoksu. Noblistka miała w zwyczaju puszczać oczko do odbiorców swoich wierszy. Utwór "Nic dwa razy" nie jest wyjątkiem.

Do czego służą kominy? Jak dostarczyć wodę do domu? W jaki sposób zamontować guziczek do otwierania bramy? Skąd wziąć prąd? Jakie wybrać światło? To problemy, z którymi mierzy się elegancki pan Tom Łebski. Ubrany w płaszcz, z melonikiem na głowie i parasolką w ręku, próbuje zbudować dom i rozwiązać swoje zagwozdki. Niestety bezskutecznie... Ale na całe szczęście z pomocą przychodzi mu architekt Hilary Kąt. Wydana w pierwszej połowie ubiegłego wieku książka "Pan Tom buduje dom" autorstwa Franciszki i Stefana Themersonów zawiera ogromną garść awangardy oraz sporą szczyptę wiedzy, a na dodatek jest przyprószona porządną dawką zabawy! 

Uwielbiam zdjęcia, na których widać autentyczność, prawdziwość, szczerość i ani grama sztuczności. Zofia Rydet również ceniła takie fotografie. Gdyby było inaczej, nie odwiedziłaby kilku tysięcy domów z aparatem analogowym w ręku. Odwiedzała głównie wsie. Lubiła przyjeżdżać do mniejszych miejscowości, ale twierdziła, że zdjęcia stamtąd są za bardzo podobne. Jednakowe meblościanki i dodatki nie robiły takiego klimatu, jak wnętrza wiejskich domów. Jednak Zofia Rydet nie miała na celu pokazać wystroju mieszkań. Dzięki swoim genialnym fotografiom z cyklu "Zapis socjologiczny" opowiadała historie ludzi. Przyjaciół, rodzin, krewnych i sąsiadów. Wszystkie fotografie są czarno-białe, chociaż nie od początku miało tak być. Prace fotografki zajmują godne miejsca na przykład w Museum of Modern Art w Nowym Jorku lub w Muzeum Narodowym we Wrocławiu.

Wyobraźcie sobie, że pewna siebie kobieta za kierownicą zielonego bugatti spogląda na Was spod półprzymkniętych powiek. Jej usta są wyraźnie zaznaczone czerwoną szminką, a brwi idealnie wyregulowane. Kosmyki krótkich włosów wystają jej spod pilotki. Ta kobieta to ikona lat dwudziestych ubiegłego wieku. Jest niezależna i wyzwolona. To Tamara Łempicka. Obraz, który teraz opisałam, powstał na zamówienie niemieckiego magazynu. Poproszono malarkę, aby zapozowała do zdjęcia na okładkę, lecz ona wolała namalować swój autoportret. Co prawda nie posiadała zielonego bugatti, ale cała reszta się zgadza. Uwierzcie mi, mało kto wpłynął na malarstwo kobiet tak bardzo, jak feministyczna Tamara Łempicka!



"Elementarz polskiej kultury" to zestaw jedenastu szufladek. W każdej szufladce mieszczą się cztery dzieła - każde innego twórcy. "Architektura" skrywa opowieść między innymi o Robercie Koniecznym, natomiast "film" - o Agnieszce Holland. Otwierając "teatr" dowiemy się o spektaklu Krystiana Lupy, a zerkając do "literatury" poznamy historię najpopularniejszej książki Olgi Tokarczuk. Ewa Solarz, Karol Szafraniec oraz Małgorzata Miśkowicz opisali czterdzieści cztery elementy, które w połączeniu ze sobą tworzą esencję polskiej kultury. Co więcej, tę pozycję zilustrowało jedenastu ilustratorów - siedem artystek i czterech artystów. Tekst oraz oprawa graficzna są niezwykle spójne i idealnie ze sobą współgrają. Ale jeśli sięgnęliście po poprzednie dwie części z serii elementarzy (w tym roku piętnastoletniej!) Wytwórni, zapewne nie jest to dla Was zaskoczeniem. Koniecznie musicie mieć na swojej półce trzeci tom tego kultowego cyklu! Uwierzcie mi, nacieszycie nim nie tylko swoje oczy.

A podczas czytania zwróćcie uwagę na krój pisma. Nieprzypadkowo zawitał do tej książki.

Tytuł - Elementarz polskiej kultury 

Tekst - Ewa Solarz, Karol Szafraniec, Małgorzata Miśkowicz

Ilustracje - Basia Flores, Ola Jasionowska, Igor Kubik, Karolina Lubaszko, Julia Mirny, Małgorzata Nowak, Tomasz Opaliński, Urszula Palusińska, Tin Boy, Marta Tomiak, Łukasz Zbieranowski (Fajne Chłopaki)

Wydawnictwo Wytwórnia, Warszawa, 2020

niedziela, 25 października 2020

Z niejednej półki - czyli długo wyczekiwany debiut


Gdyby ktoś zadał mi pytanie, co mogłabym czytać do końca życia i nie miałabym możliwości wymigania się od odpowiedzi, powiedziałabym, że historie ludzi. Opowieści o ich emocjach, przeżyciach, opiniach i zagwozdkach. Bardzo często właśnie wywiady zawierają te wszystkie wymienione elementy. Chociaż wyraz "wywiady" należy raczej zamienić na "rozmowy". Przeczytanie rozmowy z ciekawą i inspirującą osobą potrafi siedzieć w mojej głowie całymi dniami i tygodniami, a zdarzają się też takie przypadki, do których powracam myślami już ponad rok. W tym tygodniu zetknęłam się z naprawdę wieloma świetnymi rozmowami, więc chciałabym zarazić Was sympatią do nich. Zaczynajmy!


Annie Proulx ma wspaniały kontakt z naszą planetą. Niezwykle uważnie się jej przygląda. Odkąd pamięta, las jest jej magnesem. Podczas jednego ze swoich leśnych spacerów zauważyła, że kolor drzew stopniowo ciemnieje. Miały na to wpływ zmiany klimatyczne. Annie zainteresowała się wtedy drzewami jeszcze bardziej. Stworzyła nawet o nich książkę, do napisania której pomogły jej setki publikacji. Zajęło jej to dekadę! Mimo tego, że nie przepada za przesiadywaniem w archiwach i zakopywaniem się stertami dokumentów, w "Drwalach" znajduje się mnóstwo szczegółów - danych, faktów, dat. Szczególną przyjemność sprawia jej obserwowanie oceanu. Odnalazła nawet ścieżkę idealną na spacery tuż przy oceanie, taką nieznaną przyjeżdżającym turystom. Nie myśli o sobie jako o pisarce - uważa się za czytelniczkę. W każdym wypowiedzianym przez nią zdaniu można dostrzec dojrzałość i mądrość. 

Wiesław Myśliwski twierdzi, że najważniejsza w życiu jest miłość. Nie przyjaźń, nie pasja, nie literatura, lecz właśnie miłość. Z dumą przyznaje, że jego życie miało sens, ponieważ poznał swoją żonę. Bardzo często dręczy go pytanie, jak będzie umierał. Ale nie narzeka na to, bo ponoć życie bez udręk sprawiłoby, że przestalibyśmy myśleć i odczuwać. Przyznaje, że pisanie książek sporo go kosztuje. Już od jakiegoś czasu obiecuje sobie, że porzuci tworzenie, ale jakoś średnio mu to wychodzi. Kiedy pracuje nad jakąś książką, jest praktycznie nieobecny. Rano wstaje, pije kawę, idzie na "górkę", czyli piętro i schodzi na dół dopiero wtedy, gdy żona go zawoła. Wiesław Myśliwski jest wielbicielem języka polskiego. I posługuje się tym językiem bardzo odpowiedzialnie.

Elizabeth Strout to słuchaczka i podglądaczka. Interesuje ją codzienność i potrafi się również codziennością cieszyć. Bardzo lubi grudniowe święta. Wyjeżdża wtedy do stanu Maine (skąd pochodzi) i spędza piękne grudniowe dni z przyjaciółmi oraz córką we własnym domku w centrum miasta. Coraz częściej wraca myślami do świąt, które kiedyś spędzała z rodzicami. Należy raczej do osób sentymentalnych. Elizabeth Strout nie ma w domu biurka. Zazwyczaj pisze przy stole w kuchni, na kanapie w salonie lub w łóżku. Ale potrafi skupić się wszędzie. Nie przepada natomiast za podróżami. Uważa, że przeszkadzają one w pisaniu. Tak naprawdę pisarką stała się już w podstawówce, ale autorką dopiero w wieku czterdziestu dwóch lat. Pomysły pojawiają się w jej głowie podczas prania, jazdy metrem oraz wyciągania naczyń ze zmywarki. Nie ściga się z czasem. Mimo tego, że jest niezwykle sympatyczna, nie polubiła się z pośpiechem.

Mariusz Szczygieł czuje się niepewnie bez książki. Gdy wsiada do pociągu i nie ma niczego do czytania, traci poczucie bezpieczeństwa. Ponoć cały czas odczuwa lęk przed tym, że ktoś zabierze mu kiedyś jego książki. W dzieciństwie miał porządne kłopoty nerwowe, tata ciągle pracował, a mama nie miała dla niego wystarczająco dużo czasu, więc mały Mariusz praktycznie cały czas bywał u cioć i znajomych rodziców. Książki były dla niego jedynym światem, do którego mógł wracać. Jego druga pasja, czyli sztuka, popchnęła go do zapisania się na studia podyplomowe. Sześć lat temu dostał propozycję, o której marzy wielu pisarzy. Poproszono go o pisanie felietonów do "New York Timesa". Ale niecały miesiąc później zginął jego najbliższy przyjaciel i Mariusz Szczygieł nie był w stanie pisać. A teraz nie odczuwa już potrzeby tworzenia felietonów do nowojorskiego magazynu.

Zadie Smith nie posiada smartfona. Nie korzysta także z mediów społecznościowych. Teksty oraz książki pisze tylko wtedy, kiedy jej dzieci są w szkole. Gdy przeczytała negatywną recenzję swojej książki we wspomnianym już "New York Timesie", płakała cały dzień i pół nocy. Sama zaznacza, że jej pozycja "Swing time" jest pewnego rodzaju hołdem dla Eleny Ferrante, która poniekąd ukształtowała Zadie. Zadie Smith towarzyszy lęk przed globalnym ociepleniem, które traktuje zupełnie bez żartów. Bardzo poważnie podchodzi również do macierzyństwa. Jest zaniepokojona, że jej rówieśniczki i rówieśnicy często traktują posiadanie dziecka na równi z przeprowadzką lub wyborem nowej komórki. Uwielbia przyglądać się ludziom i słuchać ich dialogów. Im jest starsza, tym mocniej dociera do niej, że nie ma osób o brzydkich twarzach. No chyba, że ta brzydota pochodzi ze środka.

Sarah M. Broom uwielbia ubierać dom w różne metafory. Mówi, że może być on zarówno więzieniem, jak i własnym światem, z czym jak najbardziej się zgadzam. Ma jedenaścioro rodzeństwa, więc w domu rodzinnym raczej brakowało jej przestrzeni dla siebie. Urządzanie mieszkania porównuje do pisania książki. Nazywa to stanem poszukiwania piękna. Bardzo przywiązuje się do swoich domów. I nie chodzi tu o budynek, lecz o przestrzeń i atmosferę. Sarah M. Broom czuje się dzieckiem Nowego Orleanu. To właśnie tam stał jej zniszczony przez huragan Żółty Dom, który opisała w swojej książce. Pokazała go z perspektywy opowieści jej rodzeństwa oraz mamy. Mama jest dla niej szczególnie ważną osobą. Nigdy nie dawała jej rad, ale niejednokrotnie odciskała piętno na decyzjach swojej córki. Aktualnie Sarah wraz ze swoją żoną uwija nowe gniazdo i wącha zapach hibiskusa, którego zawsze kupuje świeżo po przeprowadzkach.

Dlaczego Alice Munro nie odebrała Nagrody Nobla osobiście? Czym dla Margaret Atwood będzie koniec świata i jak według niej zawalczyć o prawa kobiet? Czemu Dorota Masłowska nie ogląda telewizji? Co połączyło Agnetę Pleijel i Macieja Zarembę Bielawskiego? Jak doszło do tego, że Herbjørg Wassmo prawie uśmierciła swojego ojca? Co sądzi Siri Hustvedt o książkach swojego męża Paula Austera? Czym jest prawda dla Swietłany Aleksijewicz? Dlaczego Javier Marías nie wierzy w moc słowa? Co interesującego Michael Cunningam odnalazł w baśniach? Czy Jerzy Pilch czuje się bardziej pisarzem czy felietonistą? Czemu Małgorzata Rejmer niepokoi się o kobiety w Albanii? Dlaczego absolutnie każdy powinien przeczytać opowieść Chimamandy Ngozi Adichie o okropnych zjawiskach, jakimi są rasizm i niewolnictwo? I jaka literatura pociągała Olgę Tokarczuk, kiedy była nastolatką?

Michał Nogaś to niezwykły czytelnik, słuchacz, pytacz i opowiadacz. Kiedyś był literackim głosem radiowej Trójki i właśnie tam stał się moim oknem na książkowy świat. Teraz pracuje w "Gazecie Wyborczej" oraz nadaje w "Nowym Świecie". Przez wiele lat uparcie mówił, że nie napisze żadnej książki. A tu proszę, w październiku dwa tysiące dwudziestego roku nadeszło Nogasiowe "nigdy". Już oficjalnie stał się autorem. Bo według mnie Michał Nogaś jest pisarzem już od dawna. W swojej książce "Z niejednej półki" rozmawia z trzydziestoma siedmioma pisarkami i pisarzami narysowanymi przez Joannę Rusinek. Jego rozmówcy nie tylko uchylają nam, czytelnikom, rąbki tajemnic swojego warsztatu literackiego, ale niejednokrotnie pozwalają zasięgnąć ich rad, opinii oraz mądrości. Sporo miejsca w książce zajmują tematy katastrofy klimatycznej, okropnego rasizmu oraz praw kobiet, które właśnie uległy w Polsce zniszczeniu. "Z niejednej półki" to świetnie wypełnione siedemset stron. Jak głosi czwarta okładka - do czytania przez czternaście godzin. W takim razie macie już plany na wszystkie wieczory następnego tygodnia.


Od maja słyszę, że książki z żółtymi okładkami całkiem nieźle się rozchodzą. Jestem pewna, że "Z niejednej półki" pojawi się również na Waszej półce!


Tytuł - Z niejednej półki

Autor - Michał Nogaś

Ilustracje - Joanna Rusinek

Okładka - Przemek Dębowski

Rozmówcy - Alice Munro, Wiesław Myśliwski, Hanna Krall, Annie Proulx, Mario Vargas Llosa, Bernardo Kucinski, Margaret Atwood, Agneta Plaijel, Maciej Zaremba Bielawski, Herbjørg Wassmo, Paul Auster, Swietłana Aleksijewicz, Stefan Hertmans, Javier Marías, Michael Cunningam, Orhan Pamuk, Jerzy Pilch, Didier Eribon, Timothy Garton Ash, Elizabeth Strout, Jo Nesbø, Claudia Piñeiro, Marcin Świetlicki, Javier Cercas, Mariusz Szczygieł, Georgi Gospodinow, Karl Ove Knausgård, Marcin Wicha, Michel Laub, Zadie Smith, Chimamanda Ngozi, Adichie, Jonathan Safram Foer, Jesmyn Ward, Sarah M. Broom, Dorota Masłowska, Malgorzata Rejmer, Édouard Louis, Olga Tokarczuk

Wydawnictwo Agora, Warszawa, 2020