sobota, 25 sierpnia 2018

Alfabet polski - czyli polskie paremie dla ciekawskich


Jestem przekonana, że każdy z nas zna alfabet. A jak Althamer, B jak Boznańska, C jak czekolada. Kim był Althamer? Jakim szczegółom przypatrywała się Boznańska? Gdzie i kiedy czekolada Wedel stała się popularna? Być może część z Was zna już odpowiedzi na te pytanie, ale bardzo możliwe, że wśród nas znajdują się i tacy, którzy tych odpowiedzi nie znają. Dlatego już spieszę z odpowiedziami!

A jak Althamer. Pewien rzeźbiarz, Paweł Althamer, nie tylko dłubał dłutami w glinie. Wymyślał również nieszablonowe wydarzenia, które przyciągały uwagę wielu osób. Przykład? Bardzo proszę. Na początku 2000 roku, aby uczcić nowe tysiąclecie, Althamer poprosił mieszkańców pewnego warszawskiego bloku, aby o ustalonej godzinie niektórzy zgasili, a niektórzy zapalili światło w swoich pokojach. W ten sposób blok stworzył „wyświetlacz” z cyframi 2000. Wyszło to naprawdę nieźle.


B jak Boznańska. To jedna z najsłynniejszych (jeśli nie najsłynniejsza) z polskich malarek. Pani Olga tworzyła obrazy, przede wszystkim portrety, realistycznymi machnięciami pędzli. Zwracała uwagę na każdy drobny szczegół. Tymi szczegółami były na przykład piegi na policzkach, koronki na rękawach sukni czy też nawet długość paznokci modela czy modelki. Zdradzę Wam, że w moim pokoju wisi plakat, na którym widnieje „Dziewczynka z chryzantemami”. Codziennie mogę patrzeć na kreskę mistrzyni.


C jak czekolada. Moją ulubioną jest gorzka z żurawiną. Mniam! Czy Wy też uwielbiacie czekoladę? Karol Wedel był jej ogromnym wielbicielem. W dziewiętnastym wieku postanowił założyć cukiernię przy ulicy Miodowej w Warszawie, aby móc podzielić się smakiem czekolady z innymi mieszkańcami Warszawy. Zapach kakaowej słodyczy rozniósł się z zadziwiającą prędkością! Cukiernia cieszyła się ogromną popularnością, a marka Wedel produkuje czekoladę do dziś.


Teraz przeskoczmy trzy litery i wylądujmy w świecie G. G jak gronostaj. Pamiętacie słynny obraz pewnej damy autorstwa Leonarda da Vinci? Myślicie teraz o „Damie z łasiczką”? Ha, i tu Was zaskoczę! Nie jest to „Dama z łasiczką”, a „Dama z gronostajem”. Historycy sztuki odkryli, że sportretowana kobieta nie trzyma w rękach łasiczki. Namalowane zwierzę to gronostaj.


H, I, J... K! K jak krasnale wrocławskie. Niektórzy twierdzą, że krasnale towarzyszyły Wrocławiowi od zawsze, inni mówią, że przybyły do niego dopiero w latach osiemdziesiątych. Wszyscy są zgodni z jednym - odnajdywanie krasnali jest wielką frajdą. Jest ich już ponad 250, a grono naszych śmieszków w czapeczkach cały czas rośnie.


Zajmijmy się teraz literką N. N jak Noc Świętojańska. Czy wśród nas znajduje się ktoś, kto nie lubi obserwować piękna lasu? Dawno temu, w Noc Świętojańską, na brzegach rzek zbierały się tłumy. Później wszyscy razem wyruszali właśnie do lasu. Tam zbierano zioła, śmiano się i tańczono, najodważniejsi szukali legendarnego kwiatu paproci, ponieważ wierzono, że jeśli się go odnajdzie, zapewni on bogactwo. Kobiety puszczały na rzekach wianki. Trwała huczna zabawa do białego rana!


Niezłą zabawą będzie także odczytywanie i dowiadywania się historii o Polsce. O Polsce od A do Z. Zaczynamy od Althamera, a kończymy na Złotej Żabie. „Alfabet polski” jest przewodnikiem po naszym kraju w pięćdziesięciu czterech hasłach. Dla małych i dużych! Odpowiadają za niego trzy panie. Interesujący tekst to sprawka Anny Skowrońskiej, a barwne i zabawne ilustracje wykonały Agata Dudek i Małgorzata Nowak, które tworzą Acapulco Studio. Trzeba przyznać, że wyszło im to naprawdę ciekawie.

To pozycja, która łączy pokolenia. Czytajmy więc ją wspólnie!

Tytuł - Alfabet polski
Tekst - Anna Skowrońska
Ilustracje - Agata Dudek, Małgorzata Nowak / Acapulco Studio
Wydawnictwo Muchomor, Warszawa, 2015

sobota, 18 sierpnia 2018

Król - czyli zrządzenie losu


Chłopiec imieniem Patryk miał się bardzo dobrze. Spokojnie leżał na trawie swojego ogródka wpatrując się w życie malutkich robaczków, podczas gdy rodzice wraz ze znajomymi urządzali grilla. Po tym, jak wszyscy ze smakiem zjedli kiełbaski popijając je zimnym napojem, Patryk razem z rodzicami wrócił do swojego dużego, przytulnego domu. Wszystko świetnie się układało. Ale jak wiadomo, los to figlarz. Życie nie jest usłane landrynkami. Zdarzają się także góry. Niekiedy nawet i te zupełnie pionowe.

Nagle firma taty Patryka bankrutuje. To przez okropny przekręt jednego z pracowników. Cała rodzina zostaje przeniesiona do obskurnego budynku. Ktoś napisał na nim napis "Brooklyn". Od tamtej pory dzielnica zamieszkiwana przez osoby, którym się nie powiodło w życiu nazywana jest Brooklynem. W Brooklynie nie istnieje coś takiego, jak kultura osobista, dobre wychowanie. Tutaj każdy kolejny dzień jest walką o to, aby zarobić parę groszy. Wielu osobom idzie to z wielkim oporem. Wśród nich znajduje się tata Patryka. Swoje smutki topi w kieliszkach. A raczej całych butelkach. Codziennie idzie do pobliskiego sklepu na zakupy. Codziennie kupuje jeden produkt. Codziennie się przewraca. I... codziennie bardzo boleśnie bije swoją żonę i swojego syna.

Wkrótce tata trafia do szpitala. Tam tkwi przywiązany do łóżka pasami. Patryk nie chce go odwiedzać. Stara się o nim zapomnieć, choć na krótki czas, ale nie może. O tacie wciąż przypominają mu blizny na ciele. Chłopiec nałogowo pochłania książki. To na chwilę odrywa go od szpitala, w którym przebywa myślami. Ale wystarczy, że Patryk spojrzy na swoje nogi. Znów "wita tatę". Teraz nie myśli już o tacie. Myśli o swoim ojcu. O złym ojcu.


Patryk śmiało przyznaje, że odkąd ojca nie ma w domu, czuje się o wiele bezpieczniej. Brakuje mu teraz tylko mamy, która od wczesnego ranka do późnego wieczora ciężko pracuje uganiającymi się po korytarzach z mopem.

Pewnego dnia Patryk ubiera długie spodnie. Długie, aby nikt nie mógł spostrzec śladów na jego nogach, które pozostawił po sobie ojciec. Wychodzi do parku. Spotyka tam mężczyznę w papierowej czapeczce, najprawdopodobniej wykonanej z najnowszego numeru gazety sprzedawanej z kioskach. Z biegiem czasu okazuje się, że to człowiek imieniem Celestyn. Celestyn mówi, że jego portfele odmawiają już zamykania, takie są pełne oraz że mieszka z hotelu dla VIP-ów. Ponoć wychodzi stamtąd rano i przychodzi wieczorem. Okazuje się także, że mężczyzna jest zaciekawiony Patrykiem. Patryk także chce poznać Celestyna bliżej. Dlatego też obydwoje postanawiają, że spotkają się następnego dnia w tym samym miejscu - przy ławeczce w parku.

Spotkania Patryka i Celestyna przeistaczają się w codzienne rozmowy o życiu. Nieznajomy staje się autorytetem chłopca, jego mentorem. Celestyn nalega, aby Patryk wykonywał ćwiczenia fizyczne. Zabiera go na obiady, na które zawsze ma "zaproszenia". Uczy pływać i robić latawce. Wygłasza także bardzo potrzebne w dorosłym życiu mądre słowa. Patrząc na naszą parkę śmiało można stwierdzić, że wyglądają jak syn z tatą. Tak, Celestyn mógłby zostać moim tatą - myśli nasz bohater.


Kim tak naprawdę był Celestyn? Dlaczego postanowił spędzać tyle czasu z Patrykiem? Czy ojciec znowu zawita w Brooklynie i wszystko wróci do codzienności, w której nasi bohaterowi żyli przed bankructwem firmy? A co z mamą? I kto jest tytułowym królem? Jeśli chcecie poznać odpowiedzi na te pytania, nie szukajcie ich u mnie. Po prostu weźcie do ręki książkę „Król” i zanurzcie nos w znakomitym piórze Katarzyny Ryrych.

Dzisiejsza pozycja to lektura o przemocy w domu, o przyjaźni, o tym, że nie szata zdobi człowieka, o tym, że nie wszystko jest takie, jakie może wydawać się od pierwszego spojrzenia. Historia rodziny Patryka jest tego idealnym przykładem.

Koniecznie pędźcie po „Króla”. Uwaga! Ostrzegam wszystkich, że podczas czytania mogą pojawić się wzruszenia.

Tytuł - Król
Tekst - Katarzyna Ryrych
Wydawnictwo Literatura, Poznań, 2015

sobota, 11 sierpnia 2018

Pupy, ogonki i kuperki - czyli tyłeczki w trzydziestu odsłonach


Pupa. Każdy z nas ma tylną część ciała. Każdy. Zwierzęta także mają tytułowe pupy, ogonki i kuperki. I to takie, o których nawet nam się nie śniło! Czy słyszeliście o helikopterze w zadku, tłustej pupie króla czy też zakręconym tyłeczku? Możliwe. Ale zapewne nie znacie 'tajników' tych interesujących haseł. No cóż, postaram się Wam je trochę przybliżyć. To hop do książki "Pupy, ogony i kuperki"!

Zacznijmy od wspomnianego helikoptera w zadku. To własność największego i najniebezpieczniejszego zwierzęcia w Afryce. Wiecie już, o kogo chodzi? Podpowiem Wam. To... hipopotam! Tajemnica helikoptera polega na tym, że nasz kolos wywija swoim grubiutkim ogonkiem jak najszybciej tylko może. A chcecie wiedzieć, dlaczego tak robi? Właśnie zamykam oczy i wyobrażam sobie, że wszyscy z Was podnoszą teraz ręce. Namówiliście mnie! Hipopotam robi tak podczas załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych. W ten sposób rozrzuca swoje odchody i mocz na wszystkie strony. Wiem, obrzydliwości!


Tłusta pupa króla należy do niedźwiedzia polarnego. Ubraniami naszego niedźwiedzia są właśnie tłuszcz i futro. Zimą pod jego skórą chowa się nawet dziesięciocentymetrowa warstwa tłuszczu. Niekiedy niedźwiedź musi się kłaść na lodzie dla ochłody. Przypominam, że jest środek najzimniejszej z pór roku. Chłodząc się na lodzie nasz polarek (zawsze mam słabość do takich zdrobnień, musicie mi to wybaczyć) kręci swoim pokaźnym tyłkiem. Ma się czym pochwalić, w końcu to największa pupa świata.


Wikłacze. Te ptaki nie mają się czym chwalić, jeśli chodzi o pupy. Zwyczajna czarna dziurka wśród piór. Ale to właśnie te pióra są ciekawe! Samce mają je długaśne na pół metra i lśniąco czarne! Nic dziwnego, że lata za nimi tyle adoratorek. Czegoż to mężczyźni nie zrobią, żeby zaimponować kobietom... No dobrze, wróćmy do naszych wikłaczy. Ogony te są dłuższe niż całe ciało wikłacza. Wydawałoby się, że z takimi półmetrowymi piórami dużo trudniej się żyje. Przeprowadzono pewien niezwykle interesujący eksperyment. Odcięto niektórym wikłaczom ich ogony i przyklejono je innym ptakom, oczywiście robili to specjaliści. Okazało się, że samce, którym te ogony przyklejono cieszyły się o wiele większym zainteresowaniem, zaś wikłacze bez ogonów straciły je prawie w zupełności.


Przekartkujmy teraz książkę na stronę siedemdziesiątą dziewiątą. Tam czekają na nas koniki morskie. Jest ich ponad pięćdziesiąt gatunków! Czterdzieści dziewięć ma zakręcone tyłeczki, a tak właściwie to zakręcone ogonki. Koniki używają ich do podtrzymywania się roślinności morskiej, kiedy czatują na smakołyki. Są im także potrzebne do trzymania się nimi z partnerką czy partnerem. Istnieje tylko jeden gatunek, w którym koniki nie mają tak sprawnych ogonków. Trudno je nawet spostrzec, wyglądają dokładnie tak, jak rośliny! Sprytne bestie.


Znikający ogon. Brzmi tajemniczo. Nie, to nie tytuł najnowszej powieści fantastycznej. Już tłumaczę. Małe żabki nazywamy kijankami. Wyglądają one jak malutkie rybki. Z czasem kijankom rosną nogi. A kiedy nogi i tułów wyglądają już dokładnie tak, jak u dorosłej żaby, ogon w szybciutkim tempie znika. Tak po prostu.


Talerz. Kiedy usłyszę to słowo, od razu na myśl przychodzi mi jakieś smakowite danie. A okazuje się, że talerze są bardzo potrzebne sarnom. Otóż kiedy sarny czegoś się wystraszą (a musicie wiedzieć, że boją się one praktycznie wszystkiego), podnoszą ogon do góry. Tuż pod ogonem znajduje się biały talerz. Zerknijcie teraz na ilustrację znajdującą się poniżej. Dokładnie tak wygląda sarna, która właśnie się czegoś przestraszyła. Jeśli wyczuje jakiegoś drapieżnika, podnosi ogon i to jest znak dla drapieżcy, że zdobycz go wyczuła i za chwilkę umknie mu z prędkością światła, no może ciut wolniej.


Opisałam - i to streszczając - tylko sześć z trzydziestu zwierząt, więc nie myślcie sobie, że odebrałam Wam radość z czytania książki. Nie, nie, nie! Czytając naszą pozycję poznacie tajemnice świecących pup świetlików, najsłynniejszego ogona świata (tego z pawimi oczkami) czy też nurkujących kaczych kuperków. Zapewniam Was, jest co podziwiać! Teraz możemy poznać zwierzęta (jak to napisał autor) od pupy strony. To dzięki Mikołajowi Golachowskiemu. Być może znacie go z jego książki "Czochrałem antarktycznego słonia". Pan Mikołaj razem z Mroux - a tak właściwie to razem z Marią Bulikowską odpowiedzialną za ilustracje - stworzyli nasze "Pupy, ogonki i kuperki". To książka, po którą nie można nie sięgnąć.

Ale uwaga, uwaga! To nie koniec naszej przygody ze zwierzętami! Za niedługo wybierzemy się także do świata gęb oraz amorów.

Tytuł - Pupy, ogonki i kuperki
Tekst - Mikołaj Golachowski
Ilustracje - Mroux (Maria Bulikowska)
Wydawnictwo Babaryba, Warszawa, 2017

sobota, 4 sierpnia 2018

Wojna z dziadkiem - czyli zapasy w śmiechu


Jak wszystkim wiadomo, dziadkowie potrafią być naprawdę kochani. Dziadek Jack także jest niezmiernie kochany. Jego wnuk - Peter - uwielbia spędzać z nim czas. Nic dziwnego, że chłopiec bardzo ucieszył się na wiadomość, że dziadek zamieszka w jego domu. Ale już po chwili radość Petera minęła. A to dlatego, że chłopiec musiał oddać dziadkowi swoje miejsce. Pokój, który naprawdę lubił. Znał jego każdy kąt, każdą skrytkę. A teraz nagle będzie musiał przenieść się na poddasze?!

Po ogłoszeniu tej wieści przez Jenny (siostrę naszego bohatera), Peter nie mógł uwierzyć, że rodzice podjęli taką decyzję. Przecież to było okrutne! Koszmar! Ta myśl nie dawała chłopcu spokoju. Po kilku chwilach zszedł na dół do kuchni, aby porozmawiać o tym z rodzicami. Jednak rodzice nie dali za wygraną. Tłumaczyli swojemu synowi, że noga dziadka nie jest w dobrym stanie, więc dziadek nie może mieszkać na poddaszu. Ale nawet to nie przekonało Petera. Wśród tak wielu pokoi, akurat on musiał oddać swój!

Kiedy dziadek przyjechał do domu naszego bohatera, wszyscy zauważyli, jak bardzo się zmienił od śmierci babci. Jak się pewnie domyślacie, nie na dobre. Choć jego usta potrafiły się niekiedy uśmiechnąć, oczy dalej pozostawały smutne. To zaniepokoiło domowników. Tata wciąż powtarzał, że wkrótce się to zmieni, przecież teraz dziadek jest zmęczony podróżą.


Nadszedł wieczór. Peter musiał już kłaść się do łóżka. W swoim nowym pokoju. Nie cierpiał go. Tutaj każdy szelest liści był inny, każde skrzypnięcie podłogi wydawało się tajemnicze. Chłopiec wiedział, że poddasze nie może być jego miejscem, o nie! Musi odzyskać swój ukochany, na pierwszym piętrze.

Nazajutrz, podczas gry z kolegami w planszówkę, Peter opowiedział im o odebraniu swojego pokoju i o sytuacji z dziadkiem. Koledzy stwierdzili, że Peter powinien... wywołać wojnę! Wojnę z dziadkiem. Z początku chłopiec bardzo się zdziwił. Czy mógłbym zrobić coś takiego swojemu dziadkowi? - zastanawiał się. Ale później do głowy przyszła mu myśl, że przecież musi odzyskać to, co jego. Postanowił zrobić to, co radzili mu koledzy.

Pierwszym krokiem było zawiadomienie dziadka o wojnie. Peter zakradł się potajemnie do biura taty, aby napisać na maszynie wiadomość. Udało się. Nikt go nie zauważył. Zadaniem numer dwa było ukrycie zapisanej karteczki. Należało to zrobić tak, aby dziadek ją zauważył, ale żeby mama nie spostrzegła jej podczas sprzątania. Peter położył ją tuż obok zdjęcia babci oprawionego w złotą ramkę. Dziadek musiał ją przeczytać, oczy ma przecież w pełni sprawne. Tylko dlaczego następnego dnia nic, a nic, o niej nie mówi? Tego Wam już nie zdradzę. Nie muszę Wam także tłumaczyć, co należy zrobić, aby poznać ciąg dalszy, prawda?


"Wojna z dziadkiem" opowiada o przyjaźni dziadka z wnukiem. Przyjaźni osoby starszej z osobą młodszą. O konfliktach, które pojawiają się w takich relacjach. O tym, że niekiedy nie warto słuchać kolegów. A także o posiadaniu swojego zdania. Książka ta jest także pisana z dużym poczuciem humoru, więc w niektórych momentach (może troszkę nieprzyjemnych dla naszych bohaterów) trudno powstrzymać swoją buzię od uśmiechu. A to wszystko jest zasługą Roberta Kimmel-Smitha. Trzeba przyznać, że ten pan całkiem nieźle się spisał! I co ciekawe, tekst tej lektury powstał w... 1984 roku! Ale nie bójcie się, to całkiem aktualna pozycja.

Wspomniana przed chwilką treść została oprawiona w ciekawą okładkę. Wyrysowała ją Joanna Kłos. Idealnie oddaje ona klimat lektury. Bardzo możliwe, że kiedy ją zobaczycie, przykuje ona Waszą uwagę. A więc pędźcie po "Wojnę z dziadkiem"!

Tytuł - Wojna z dziadkiem
Tekst - Robert Kimmel-Smith
Przekład - Jan Wąsiński
Okładka - Joanna Kłos
Wydawnictwo Dwukropek, Warszawa, 2018

niedziela, 29 lipca 2018

Jane, lis i ja - czyli historia szarością i kolorem pisana


Wszyscy wiemy, że wyśmiewanie się z innych jest krzywdzące. A w szczególności dla osób, które tak naprawdę w ogóle na to nie zasłużyły. W ich gronie znajduje się Hélène, nieśmiała piątoklasistka, z której szydzi cała klasa. Ba, cała szkoła! Kiedy dziewczyna widzi napis na drzwiach toalety: "Hélène waży 100 kilo! Jedzie od niej oborą!" - co oczywiście nie jest prawdą - z pewnością nie jest jej łatwo. Jednak nasza bohaterka musi znosić takie męczarnie na co dzień. Hélène nawet nie chce patrzeć na twarze złośliwych rówieśników. Między innymi to właśnie dlatego chodzi ze spuszczoną głową.


Kiedy Hélène wraca ze szkoły autobusem, zawsze wyjmuje swoją książkę. Książkę Charlotte Brontë zatytułowaną "Dziwne losy Jane Eyre". Bywają momenty, w których Hélène trudno jest oderwać się od świata książkowej bohaterki. Dziewczyna utożsamia się z Jane. Tak samo jak ona jest nieśmiałym dzieckiem, troszkę na uboczu. Jane - choć nie miała łatwego dzieciństwa - wyrosła na wspaniałą i mądrą kobietę. Ale czy Hélène na taką wyrośnie? Czy jej życie także będzie kolorowe? - te pytania wciąż nurtuje dziewczynkę. Niestety czasem musi oderwać się od cudownego świata książkowej bohaterki. W czytaniu przeszkadzają jej "koleżanki" z klasy. Znowu się z niej wyśmiewają. Wciąż im się to nie znudziło.


Na całe szczęście dziewczyna ma kochającą mamę. Mamę, która mimo natłoku obowiązków, do późnych godzin nocnych szyła swojej córce krynolinową sukienkę. Spełnienie marzeń Hélène. Pomarańczowa krynolinowa sukienka w różowe grochy. Kiedyś wszystkie dziewczyny z klasy nosiły taką sukienkę. Teraz nosi ją tylko Hélène.


Nadchodzi wiosna. Niekiedy jest tak piękna pogoda, że Hélène wraca ze szkoły do domu pieszo. Podziwia zieleń, która właśnie powoli się pojawia. Do domu zawsze przychodzi zziajana. Po przejściu takiego kawału drogi chyba może pozwolić sobie na kilka karmelków. Zjada je ze smakiem, co na chwilę pozwala zapomnieć jej o wszystkim. Teraz Hélène myśli tylko i wyłącznie o pysznym smaku karmelków! Ale niezbyt długo...


Pewnego dnia pani nauczycielka oznajmiła, że wszystkie piąte klasy jadą na obóz pod namioty. Jadą wszyscy. Hélène musi jechać, nie ma wyjścia. Piąte klasy przygotowują ogromną laurkę dla swoich dobroczyńców, dzięki którym wyjazd może się odbyć. Każdy się na niej podpisuje. Nadchodzi kolej na podpis Hélène. Kiedy dziewczyna odkłada długopis zauważa, że jest on cały mokry, a jej ręce są oblane potem. Wszyscy wiemy, dlaczego.


Co wydarzyło się na wycieczce? Czy wyjazd odmnieni Hélène? A może to Hélène odnajdzie kogoś, kto ją zrozumie i polubi taką, jaką jest? Gdzie Hélène spotka tytułowego lisa? Czy szare życie naszej bohaterki nabierze kolorów, tak, jak życie Jane? No właśnie, co stało się z książkową bohaterką? Odpowiedzi na te pytanie poznacie sięgając po "Jane, lis i ja", znakomity komiks, który poruszy każdego, bez wyjątku. Tego jestem pewna!


Przyznam szczerze, że czytając (i oglądając) tę pozycję, musiałam sięgnąć po chusteczki trzy razy. Ale 'wzruszek' (jak to mawia Mirellka von Chrupek) jest tutaj o wiele więcej. "Jane, lis i ja" to przede wszystkim pozycja o przyjaźni i jej braku. O wyśmiewaniu, szkolnym życiu nastolatki oraz o samotności i inności. Moim zdaniem, powinna to być lektura obowiązkowa. Dla małych i dużych. Nie mam ani pół cienia wątpliwości.


Komiks ten jest sprawką dwóch pań - scenografki Fanny Britt oraz rysowniczki Isabelle Arsenault. A skoro to komiks, to jest on oczywiście zapełniony ilustracjami. I to jakimi ilustracjami! Wiele z tych rysunków mogłabym sobie powiesić na ścianie pokoju. Komiks (w tym przypadku) to nie tylko ilustracje, to także tekst. Tekst, który trafia prosto do naszego serduszka. Podobnie jak rysunki. Nic dziwnego, że "Jane, lis i ja" pojawiła się na liście rekomendowanych książek w amerykańskich bibliotekach. To po prostu małe dzieło sztuki!


Sięgnijcie po tę pozycję. Poznajcie świat Hélène i Jane. Koniecznie!

Tytuł - Jane, lis i ja
Tekst - Fanny Britt
Ilustracje - Isabelle Arsenault
Przekład - Zespół - Łukasz Babiel, Monika Skrzyńska, Monika Dac, Magorzata Kąkiel, Alina Machala
Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa, 2018

sobota, 21 lipca 2018

Drzewa - czyli książka literkami i listkami zapełniona


Wszyscy wiedzą, że drzewa od milionów lat odgrywają bardzo ważną rolę. Te kolosy wśród roślin nie tylko cieszą oczy miłośników przyrody. Między innymi, to także dzięki nim możemy oddychać. Są one również schronieniem wielu zwierząt, i nie tylko tych widzianych na pierwszy rzut oka! Drzewa to też źródło tak potrzebnego przecież drewna. Na ich przykładzie doskonale można pokazać moc natury. Próbka mocy? Proszę bardzo. Z jednego, malutkiego nasionka potrafi wyrosnąć ogromne drzewo, pod cieniem którego mógłby schować się nawet największy dinozaur! Zdarzają się nawet i takie na 43 hektary! Tak, ja też wybałuszyłam oczy, kiedy ujrzałam tę liczbę.
Wybierzmy się wspólnie do lasu! Weźmy po pachę butelkę z wodą i książkę "Drzewa", zapewniam Was, że się przyda. W drogę Moi Drodzy Czytelnicy!



Na samym początku przycupnijmy sobie przy banianie. Nie, nie będziemy zajadać się bananami. Jest wiele odmian banianów. Hmn, może wybierzmy ten z pniami, które powstały z wiszących korzeni naszego baniana. Na samym początku - kiedy ujrzałam ilustrację znajdującą się poniżej - od razu pomyślałam, że nasz banian to kilka drzew połączonych gałęziami. Ha, i byłam w dużym błędzie! To jedno drzewo, które ma tak bardzo rozłożyste gałęzie, że muszą one 'wytwarzać' sobie własne, małe pnie, dzięki którym będą mogły utrzymać się nad ziemią, a nie na niej. Trzeba przyznać, że sprytna to roślinka!



O, patrzcie, jaki świetny baobab! A wiecie, że jego baobabowy
 braciszek aktualnie jest niezwykle przytulnym pubem? Taki jest ogromny! Właśnie w ten sposób właściciel baobabu wykorzystał jedną z dwóch naturalnych grot w spróchniałym pniu. Druga jest piwniczką na wino. Wnętrze baobabu idealnie się do tego nadaje, ponieważ zawsze panuje w nim temperatura wynosząca 22°C. To musi być wielka frajda - wejść do środka drzewa!


W koronach drzew mieszka cała masa przeróżnych zwierząt. Moją szczególną sympatię wzbudziły dwa spośród przedstawionych - czepiak czarci oraz leniwiec trójpalczasty. Otóż czepiak ma trzy ręce. Tą trzecią jest chwytny ogon, którego używa, jak dodatkową rękę. Natomiast leniwiec... no cóż, zawsze mam słabość do słodziutkich twarzyczek takich zwierzątek. Zdradzę także, że leniwiec pokazany na ilustracji bardzo przypomina mi mojego wujka, ale myślę, że wujek nie byłby zadowolony, gdybym ten temat rozwinęła, więc postawię tutaj kropkę.



O, mam pomysł! Wybierzmy się teraz pod Hyperion, najwyższą sekwoję na świecie. Nasza sekwoja mierzy aż... 115,6 metra! Znajduje się w Kalifornii, w USA. Jest wyższa od Statuy Wolności, która sięga do wysokości 93 metrów. Ba, przerosła nawet i Big Ben wyższy od słynnej Statuy o 3 metry. Niezła z niej zawodniczka! Dla porównania dodam, że dom jednorodzinny mierzy około 6 metrów, co oznacza, że nasza rekordzistka jest od niego prawie dwadzieścia razy większa! Gdyby drzewa umiały czytać, od razu przesłałabym kolosalnej sekwoi list z gratulacjami.



Odwiedźmy teraz drwali. Przyznam szczerze, że ja osobiście nie chciałabym wykonywać tego zawodu. Codziennie musiałabym niszczyć życie drzew. Ale są i tacy twardziele, którzy go wykonują. Dzisiaj wycinanie drzew jest o wiele łatwiejsze niż kiedyś, wystarczy tylko wziąć pilarkę łańcuchową, rachu-ciachu i już. Oczywiście trzeba się przy tym nieźle natrudzić, ale kiedyś to dopiero była robota. W czasach pił ręcznych i siekier drwale tracili aż 9 tysięcy kalorii dziennie! Ależ później przyjemnie musiało się jeść te wszystkie pyszności.


A skoro odwiedziliśmy już drwali, to wybierzmy się do Japończyków. A konkretnie - do Japończyków, którzy zajmują się sztuką bonsai. Sztuka ta polega na umiejętnym pielęgnowaniu drzewka. Każda roślinka bonsai musi być jak najmniejsza, a jej gałęzie muszą układać się w odpowiedni sposób, zależy to od stylu. Należy zaznaczyć, że wygląda to naprawdę uroczo. Bardzo chciałabym mieć takie drzewko w pokoju!


Drzewa to nie tylko kolosalne rośliny. Istnieje przecież Darwinowskie Drzewo Życia, czy też drzewo genealogiczne. Mnie zawsze niezwykle interesują drzewa genealogiczne. A jeszcze jeśli są tak świetnie przedstawione, jak w naszej książce, to już w ogóle bomba! Spędziłam naprawdę dużo czasu na prześledzeniu twarzy wszystkich osób z rodziny Zalewskich. Najbardziej moją uwagę przykuł Otto, łasuch wciśnięty w strój marynarza. Możecie zobaczyć go na dole po lewej stronie. No czyż on nie jest sympatyczny?!


Dobrze, już koniec tego zdradzania! Aby dowiedzieć się o drzewach jeszcze więcej, koniecznie musicie sięgnąć po książkę "Drzewa". Jeśli zobaczycie ją na półce którejś z księgarni, z pewnością nie będziecie mieli wątpliwości, że to ona, jedyna w swoim rodzaju. Dla podpowiedzi dodam, że na okładce ma wyrysowane drzewko z oczami i zębami. Tak, zgadliście. To ent!



Autorami "Drzew" są Piotr Socha oraz Wojciech Grajkowski. Pewnie znacie tych panów z ich poprzedniej książki pod tytułem "Pszczoły" (pisałam o niej tutaj). Coś czuję - i zresztą nie tylko ja - że sukces "Pszczół" się powtórzy. "Drzewa" to znakomite wydawnictwo zilustrowane z wielkim poczuciem humoru oraz ogromną dokładnością. Książka przedstawiona jest w formie sędziwego atlasu botanicznego, więc tutaj liczy się każdy szczegół, każda igiełka, każdy listek! Wyszło to panu Piotrowi fenomenalnie. To przyzna każdy, kto tylko weźmie do ręki tę książkę. A skoro trzymamy już w książkę w ręku, otwórzmy ją. Szybko przekonamy się, że wyrósł w niej las arcyciekawych informacji. Las ten w lekki i równie zabawny sposób wypielęgnował pan Wojciech. No cóż, pan Piotr i pan Wojtek to po prostu świetny duet!



Ta pozycja jest tak wspaniała, że po prostu musicie po nią sięgnąć, koniecznie!




Tytuł - Drzewa
Tekst - Wojciech Grajkowski
Ilustracje - Piotr Socha
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2018

niedziela, 15 lipca 2018

Mam prawo i nie zawaham się go użyć - czyli dzieci nie ryby i swój głos mają


Czy wszystkie dzieci znają swoje prawa? Skąd takie zdziwienie w oczach niektórych z nich? Czyżby nie wiedziały, że mają nie tylko obowiązki, ale również przysługują im prawa, które muszą przestrzegać inni? W takim razie trzeba to koniecznie wyjaśnić! Na całe szczęście z pomocą w postaci książki "Mam prawo i nie zawaham się go użyć" nadchodzi niezwykle zgrana para - Joanna Olech i Edgar Bąk. Zacznijmy naszą podróż z Czerwonym Kapturkiem i jego przyjaciółmi!

Ups, chyba troszeńkę się zapędziłam. Już wszyściutko tłumaczę. Czerwony Kapturek to przesympatyczna dziewczynka (w całkiem niezłych trampkach), która zna się na prawach dzieci jak mało kto! Wszystkie te prawa ma pięknie wykaligrafowane na rulonie papieru i wyciąga je w odpowiednim momencie! Kapturek ma także wspaniałych rodziców, z którymi ma świetną, partnerską relację. Nasza bohaterka jest niezwykle pomocna. Nie tylko gromadce swoich przyjaciół. Sami przyznajcie, cud-dziewczyna z tego Kapturka!


Książka "Mam prawo i nie zawaham się go użyć" jest podzielona na dziewięć rozdziałów. Każdy z rozdziałów opowiada o historiach różnych dzieci, a nieliczne nawet i o dorosłych. Ja przedstawię Wam trzy rozdziały (i to w dużym skrócie). Przygotujcie się na czeredę nieszablonowych zdarzeń!

Pewnego pięknego dnia zza drzwi jednych z domów na ulicy Żurawinowej wyszła piegowata dziewczynka z czerwonym kapturkiem na głowie. Wzrok każdego spacerowicza przechodzącego obok naszego Kapturka spoglądał na jej nowiusieńkie, olśniewające, czerwone trampki. Owa dziewczynka właśnie niosła chorej babci koszyk pełen pysznych smakołyków oraz najnowszy numer tygodnika "Twój komputer". Kiedy Czerwony Kapturek szedł do domku babci leśną dróżką, zupełnie niechcący cisnął szyszką w Wilka. O dziwo Wilk wcale się nie zezłościł, chciał tylko 'przytulić' dziewczynkę. Na całe szczęście Kapturek była myślącym dzieckiem i od razu zadzwoniła po babcię. Wilk dostał niezłą fangę w nos, a gdy się przebudził, ujrzał tylko napis:

Nikt nie ma prawa
krzywdzić dziecka, ani
dotykać go w sposób,
który je zawstydza,
przeraża, wprawia
w zakłopotanie.

Podpisano: Rzecznik praw dziecka

i już go nie było!


Następna historia wydarza się w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Choć zapadał zmrok, całe miasteczko wprost błyszczało od świątecznych ozdób! Tata poprosił Kapturka wpatrzoną w światełka na choinkach w ogródkach sąsiadów o kupienie w pobliskim spożywczaku grzybów do uszek oraz odebranie od szewca butów należących do mamy. Jak się zapewne domyślacie, dla dziewczynki nie był to żaden problem. Każda okazja na wpatrywanie się w udekorowane witryny na wystawie cukierni była doskonała.


Kilkanaście minut później, dziewczynka wartkim krokiem wracała do domu. Właśnie wtedy spostrzegła bardzo dziwną kupkę łachmanów. Spod nim wystawały bose stopki. Jak się po chwili okazało, pod tymi łachmanami chowała się pewna dziewczynka. W jej ręce znajdowały się zapałki. Tata nie pozwolił wracać jej od domu, dopóki nie sprzeda wszystkich. Nasza Kapturek miała dobre serduszko - od razu wyjęła świeżo naprawione buty, kazała je włożyć dziewczynce i zabrała ją do domu. Tam dziewczynka z wielkim apetytem pochłaniała kolejne talerze zupy. Po chwili Kapturek szybciutko rozwinęła papierowy rulon z napisem:

Nikomu nie wolno
bić dziecka. Ani zmuszać
do pracy, która szkodzi
jego zdrowiu, rozwojowi,
edukacji. Dzieciom
przysługuje prawo
do dobrego traktowania
i godziwych
warunków życia.

Podpisano: Rzecznik Praw Dziecka

Kiedy dziewczynka opowiadała o tym, jak źle traktowana jest w domu, rodzice Czerwonego Kapturka raz-dwa chwycili za słuchawkę telefonu i wykręcili numer do Rzecznika. A co się wydarzyło później? To musicie odkryć sami.


Przeskoczmy teraz rozdział trzeci i przenieśmy się do rozdziału... Hmn, trudno wybrać. O, przenieśmy się do rozdziału ósmego. Otóż w miejscowości o nazwie Gorzów Wielkopolski mieszkała pewna Eurosierotka Marysia. Eurosierotka to dziewczynka, która ma oboje rodziców, tylko że to tak, jakby ich nie miała, bo wyjechali z kraju na zarobek. I Marysia musiała zostać z babcią. Z babcią nie było jej aż tak źle, ale gdy inne dzieci chodziły na lody z rodzicami, Marysia musiała siedzieć w babcinej kuchni. Nauka też szła jej dość opornie, bo zamiast się uczyć, cały czas wpatrzona w komórkę czekała na wiadomość od rodziców. A wiadomości przychodziły coraz rzadziej, raz w miesiącu, a to też nie zawsze. Pewnego dnia Marysia odczytała na swoim telefonie, że rodzice się rozstają. Za jakiś czas po dziewczynkę przyjechał tata i w tajemnicy przed mamą zamieszkał ze swoją córką w domku akurat przy ulicy Żurawinowej. Miał pecha, nie sądził, że trafi na tak myślącą sąsiadkę jak Kapturek. Kiedy tylko nasza dzielna bohaterka ujrzała nowych sąsiadów, pobiegła do kuchni przygotować świeże bułeczki na przywitanie. Za godzinkę Kapturek stała już pod drzwiami Marysi. Dzwoniła i dzwoniła, ale nikt nie otwierał. Widząc, że dzwonienie nic nie daje, położyła wypieki przed drzwiami i napisała karteczkę "Witamy". Na drugi dzień ujrzała Marysię w drodze do szkoły. Dowiedziała się, że dziewczynka nie może otwierać drzwi, bo jest tutaj nielegalnie. Wtedy Kapturek - szast-prast - rozłożyła rulon z napisem:

Dziecko ma prawo
do opieki obojga
rodziców, o ile żadne
z nich nie krzywdzi dziecka.
Jeśli rodzice
mieszkają w różnych
krajach, dziecko ma
prawo pozostawać
w kontakcie z obojgiem.

Podpisano: Rzecznik Praw Dziecka

Po przeczytaniu tych słów Marysia nie zastanawiała się ani chwili dłużej, niezwłocznie zatelefonowała do mamy.


Zapewne po zapoznaniu się z tymi trzema historiami nie macie wątpliwości, że dzieci powinny znać swoje prawa, prawda? Nie chodzi tutaj o to, aby nosić w kieszeni wszystkie je zapisane na papierowym rulonie tak, jak Czerwony Kapturek. Wystarczy, że będziemy wiedzieć, jak zachować się w podobnych sytuacjach. Dowiemy się także, że kiedy w naszej rodzinie pojawi się jakiś duży problem, zawsze możemy zadzwonić pod Telefon Zaufania lub też skierować się z prośbą do osoby tak mądrej, jak na przykład nasza Kapturek. Bo każdy problem da się rozwiązać, trzeba tylko wiedzieć, w jaki sposób!


Dzisiejsza lektura w lekki sposób ujmuje bardzo trudny temat. Świetnie pokazuje, że powiedzenia typu "Dzieci i ryby głosu nie mają" to bardzo aroganckie i bałamutne słowa, jakie możemy usłyszeć! Ale pojawiają się też tutaj momenty, kiedy nasza buzia już nie może wytrzymać w poprzedniej pozycji i po prostu musi się uśmiechnąć! Idealnym przykładem będzie pierwsze zdanie naszej książki - "Dawno, dawno temu (dokładnie w zeszły wtorek), nie za górami, za lasami, tylko na ulicy Żurawinowej pod numerem 13 otworzyła się zielona furtka i wyszła z niej niewielka dziewczynka". Czyż to nie brzmi zachęcająco? W sumie nic dziwnego, autorką tekstu jest przecież Joanna Olech, której pióro potrafi wyczarować prawdziwe cudeńka!


Za pozycją "Mam prawo i nie zawaham się go użyć" stoi jeszcze jedna bardzo ważna osoba. Jest nią Edgar Bąk, rozchwytywany grafik i ilustrator, który ma niezwykle oryginalny sposób ilustrowania. Otóż pan Edgar ilustruje poprzez odejmowanie, czyli skończona ilustracja zawiera tylko niezbędne elementy. Trzeba przyznać, że całkiem nieźle to wygląda! Każdą z ilustracji w tej książce można by ocenić jako plakat. Pani Joasia i pan Edgar to naprawdę zgrany duet!

Myślę, że "Mam prawo i nie zawaham się go użyć" doskonale nadaje się do czytania w gronie rodzinnym. Wykorzystajcie tę okazję!

Tytuł - Mam prawo i nie zawaham się go użyć
Tekst - Joanna Olech
Ilustracje - Edgar Bąk
Wydawnictwo WYtwórnia, Warszawa, 2014