niedziela, 16 września 2018

Sznurówka, ptak i ja - czyli bez butów, a ze Sznurówką


Niestety, lato odchodzi już stumilowymi krokami. Na całe szczęście istnieją książki ogrzewające nas swoimi promykami, dzięki którym możemy sobie znacznie przedłużyć odchodzące lato. Jedną z tych letnich pozycji jest "Sznurówka, ptak i ja". Nie, w tej książce żaden ptak nie wiąże sznurówek. Startujemy!

Selma nie ma żadnej przyjaciółki. W jej życiu nie pojawiła się rówieśniczka, po rozmowie z którą buzia dziewczynki uśmiechnęłaby się szeroko, a serce zabiłoby z podwójną mocą. Do jej klasy nie uczęszcza ani jedna osoba, którą polubiłaby choć troszeńkę. To właśnie dlatego Selma zmienia klasę od września. Głęboko wierzy w to, że w nowym otoczeniu odnajdzie swoją przyjaciółkę. Do września zostały jeszcze niecałe dwa miesiące. Przez te dwa miesiące Selma stara się uciec myślami od szkoły, ale nie może. A myśląc o szkole, cały czas zadaje sobie pytanie, czy w nowej klasie odnajdzie tę odpowiednią osobę. Odpowiedź ptaka dziobiącego ją w serce brzmi "nie", co oczywiście nie ułatwia sytuacji.


Wakacje to czas miły i przyjemny. Selma spędza je u babci i dziadka, w ich domku na wyspie. To tam ma swój pokoik na poddaszu. To tam skrada się do tajnego miejsca podjadać porzeczki. A ponieważ chce zdobyć cel o nazwie "wakacyjne stopy", wszędzie chodzi na bosaka. Dziewczynka uwielbia również spędzać czas z dziadkami. Często wspólnie grywają w karty i organizują niedługie wycieczki. Całymi dniami śmieją się i... uczą się pływać. Selma, choć jest już dużą dziewczynką, jak to mawia babcia, wciąż nie opanowała czynności, jaką jest pływanie. Stara się machać rękami i kopać nogami w wodzie, ale nie wychodzi jej to tak, jak powinno. Opada na dno. Zaliczyła już wiele zachłyśnięć wodą. Ptak powtarza, że Selma już nigdy nie nauczy się pływać. Ale jej dziadkowie mocno trzymają za to kciuki.


Pewnego słonecznego dnia, Selma szła przed siebie podskakując. Na jej drodze stanęła nieznajoma dziewczynka. Miała krótkie włosy, dużą czapkę, koszulkę z pandą i kraciaste spodenki.  Wszyscy nazywali ją Sznurówką. Po kilku chwilach, nasze bohaterki postanowiły razem wdrapać się na drzewo. Sznurówka wskazała na najwyższą brzozę w okolicy. Razem wspięły się na sam wierzchołek. Selma wiedziała, że babcia z dziadkiem z pewnością zemdleliby ze strachu, gdyby to ujrzeli.


Gdy nasza bohaterka wróciła do domu dziadków, z rumieńcami i radością na twarzy, opowiedziała o swojej nowej koleżance. Oczywiście ani jednym słówkiem nie pisnęła o brzozie. Babcia i dziadek także bardzo ucieszyli się, że ich wnuczka znalazła sobie towarzyszkę. W głębi duszy liczyli na kolejne spotkanie dziewczynek. Chcieli, aby Selma miała u swojego boku przyjaciółkę, na którą będzie mogła liczyć.

Następnego dnia Selma ma ochotę tylko i wyłącznie na zabawę z nową koleżanką. Ale niestety, babcia ma inne plany. Pływanie. Babci straszliwie zależy na tym, aby jej wnuczka w wodzie czuła się jak ryba. Jeśli będziecie już po lekturze, jestem przekonana w stu jeden procentach, że dokładnie zrozumiecie babcię. Płyńmy dalej. Kiedy Selma majtała swoimi kończynami, na pomost weszła Sznurówka. W ręku trzymała siatkę na ryby i wiadro. Uprzejmie przywitała się, po czym położyła się na brzuchu i oddała się łowieniu cierników. Selma z ogromną chęcią spędziłaby trochę czasu ze swoją przyjaciółką.


Gdy nasza bohaterka jest zła, wspólnie z dziadkiem wbija gwoździe w ścianę starej szopy. Tak było i tym razem. Selma była straszliwie poirytowana tym, że wciąż nie umie pływać. Kiedy zza szopy dobiegł głos Sznurówki, twarz Selmy rozpromieniła się z prędkością światła. Wymownie spojrzała na dziadka, co dało mu do zrozumienia, że jego wnuczka chce wypełnić swoje kolejne godziny zabawą ze Sznurówką.


W okolicznościach mi już znanych, ale Wam jeszcze nie, w ogródku dziadków pojawia się drewniany domek. Od kilku dni należy już do Selmy. Kiedy tylko Sznurówka go spostrzega, podskakuje i wydaje z siebie okrzyk radości. Wpadła na pomysł, aby założyć tutaj klub. Dziewczynki wspólnie z dziadkiem rozpoczynają przeczesywanie strychu i wyszukiwanie odpowiednich mebli. Przyszła kolej na wymyślenie nazwy i spisanie regulaminu, a przy tym trzeba się nieźle nagłowić. Zrobią to zaraz po zjedzeniu pysznych bułeczek babci. Zapowiada się niezapomniana przyjaźń!


"Sznurówka, ptak i ja" to opowieść o samotności, przyjaźni, głosie serca i pomocy. O więzi z dziadkami, szaleństwie i dobrej zabawie! Ale również o smutkach, które przecież przychodzą od czasu do czasu do każdego z nas. O tym, że bywa i tak, że "rzeczy nie są tym, czym się wydają być" (te słowa podkradłam Kasi Nosowskiej). Ellen Karlsson i Eva Lindström oraz Katarzyna Skalska stworzyły pozycję, po którą nie można nie sięgnąć. To historia z pozoru zwykłych wakacji, a jak bardzo urzeka.

Wy też przeciągnijcie sobie lato! Wskoczcie do klubu Selmy i Sznurówki.

Tytuł - Sznurówka, ptak i ja
Tekst - Ellen Karlsson
Ilustracje - Eva Lindström
Przekład - Katarzyna Skalska
Wydawnictwo Zakamarki, Poznań, 2018

sobota, 8 września 2018

Troska - czyli dwa portrety przeciwności losu


Marty. Szesnastolatek. Nie chodzi do szkoły. Szkoła jest dla niego mało istotna. Jego głowę codziennie wypełniają myśli o mamie. Po śmierci taty, który zawsze ją wspierał i pocieszał, straciła kontakt z rzeczywistością. Depresję stwierdzono u niej już kilka lat temu. Od tego tragicznego wydarzenia całe dnie spędza leżąc w łóżku i rozmyślając. Nikt nie wie, o czym rozmyśla. Jedno jest pewne. Nie myśli o dobru swojego dziecka i... o jedzeniu. Nie je praktycznie nic. Marty codziennie stara się zmusić ją choć do zjedzenia tosta. To cud, kiedy jego starania zakańczają się sukcesem.

Chłopak boi się zostawić mamę samą w domu. Dlatego postanawia nie chodzić do szkoły. Nie chce zostawiać mamy z J., jej partnerem. Wie, że kiedy tylko to zrobi, J. zniknie do pobliskiego pubu. Mężczyzna nie do końca pracuje. Praca to także dla J. siedzenie w knajpie i bezmyślne wydawanie pieniędzy. A przecież w domu tak bardzo ich brakuje... Domowników nie stać nawet na ogrzewanie. Mieszkanie wypełnia wilgoć.

Pewnego dnia do drzwi puka opieka społeczna. Sprawa wygląda naprawdę poważnie. J. wciąż nie rozumie, że to pomoc, a nie wrogowie. Nie widzi nic złego w tym, że Marty nie chodzi do szkoły. Nie chce, aby ktokolwiek wtrącał się do ich spraw. Nie chce, aby ktokolwiek zobaczył, w jakich warunkach żyją. Zapach starej skarpety, brak jakiegokolwiek porządku, półki pozbawione żywności. Właśnie tak wygląda mieszkanie naszego bohatera.


Opieka społeczna jest od tamtej pory częstym gościem domu. Rozmawiają z mamą. Po kilku rozmowach mama zmienia się nie do poznania. Niespodziewanie wychodzi z łóżka i zaczyna cokolwiek jeść. Ale... teraz całe dnie spędza przed komputerem. Non stop bierze udział w dyskusjach na przedziwne tematy. Nagle sądzi, że J. jest diabłem, który ją oszukuje i musi się go pozbyć. Wymyśla różne sposoby. Ciągle mówi także o kłamstwach. O tym, że wszyscy nas okłamują, że nie można nikomu, absolutnie nikomu, wierzyć. Wreszcie wykrzykuje niezrozumiałe słowa do aniołów. Marty nie może uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.

Daisy. Daisy ma nieuleczalnie chorego brata - Harry'ego. Jego mięśnie są coraz słabsze. W każdej chwili mogą przestać pracować (pamiętajmy, że serce to również mięsień...). Harry jest najukochańszym chłopcem, jakiego Daisy zna. Jego śmiech jest jak słońce wychodzące zza chmur. Daisy i jej rodzina wyciska czas spędzony z Harrym jak cytrynę. Ma świadomość tego, że to mogą być już ostatnie krople. Mama dziewczynki chce mieć swojego syna cały czas przy sobie i przez to w ogóle nie ma czasu dla siebie, ani dla Daisy. Nie chce pomocy, wszystko zawsze wykonuje sama. Tata wciąż powtarza, że powinna trochę odpocząć, ale nadaremnie. Daisy bardzo na tym cierpi. Dni spędzone z mamą po urodzeniu Harry'ego są bliskie zeru.

Dziewczynka nie mówi rodzicom o swoich zagwozdkach, ponieważ wie, że mają większe zmartwienia. Ba, nie mówi im o swoich poważnych problemach! Cały czas skrywa je w sobie, co nie jest dobrym rozwiązaniem. Sama się z tym męczy, więc po co ktoś inny ma być jeszcze w to wciągnięty? - tak wyglądają myśli naszej bohaterki. Jej rodzice są wciągnięci, ale w wir pracy i obowiązków. Nie zauważają, jak bardzo stracili kontakt ze swoją córką.

Martha, najlepsza przyjaciółka Daisy, kilkuminutową rozmową potrafi poprawić jej humor. To od niej najczęściej dostaje wsparcie. W trudnych sytuacjach, w których Daisy musiała wylać łzy w czyiś sweter i opowiedzieć komuś o swoich zmartwieniach, znajdowała właśnie Marthę. Jednak z czasem słowa przyjaciółki zaczęły tracić moc, a Daisy zeszła na dalszy plan.


W miejscowości, w której mieszkają nasi bohaterowie - Daisy i Marty, istnieje koło młodych opiekunów. To spotkania dzieci z ciężkimi problemami w rodzinie. Daisy jest jego członkinią. Bardzo lubi tam przychodzić, mimo nieprzyjemnego zapachu czy też mocno odczuwalnego mrozu. Wtedy odcina się od codzienności i choć przez jakiś czas nie myśli o chorobie brata. Rozmowy z rówieśnikami odprężają ją. Członkowie koła wspólnie oglądają filmy, grają w bilard i piłkę, śmieją się. Wkrótce do ich grona ma dołączyć także Marty.

"Troska" nie jest książką łatwą. Jej czytanie na pewno nie przyniesie Wam ulgi. Rozrywki też tam nie znajdziecie. Ale to jedna z najważniejszych książek, po jakie sięgnęłam. "Nikt nie może zagwarantować jutra" - to zdanie, które zawsze będzie przypominało mi tę książkę. Książkę, która nałożyła mi okulary na nos. Teraz dostrzegam pełniejszy obraz rzeczywistości. "Troska" to pozycja, którą powinni przeczytać nie tylko nastolatkowie, ale także dorośli.

Eve Ainsworth napisała tę książkę w sposób wyśmienity. Choć, jak już wcześniej wspomniałam, książka ta do łatwych nie należy, losy bohaterów śledzimy z wielkim zaciekawieniem. Autorka poruszyła temat, który nie jest tym chętnie poruszanym przez pisarzy. Niektórzy twierdzą, że lepiej, aby dzieci nie wiedziały, że świat to nie tylko cukierki. Ja jestem odmiennego zdania, ale wiem, że na taki temat trzeba być gotowym. Wiem też, że muszę nadrobić wcześniejsze tytuły Eve Ainsworth.

Przeczytajcie "Troskę". Jestem przekonana, że dzięki niej i Wasz wzrok się wyostrzy.

Tytuł - Troska. Jak bardzo ci zależy?
Tekst - Eve Ainsworth
Przekład - Marta Mortka
Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa, 2018

sobota, 1 września 2018

Pan Żarówka - czyli bielą w czerń


Pan Żarówka od kilku lat oświetla ulice miasta. Pracuje jako latarnia miejska. Przyciąga to tłumy ludzi, którzy z zachwytem patrzą na naszego bohatera. Ale chwileczkę. Przewróćmy kilkadziesiąt stron do tyłu.


Rodzice pewnego chłopca byli bardzo schorowanymi ludźmi. Mama pracowała w hucie, co - jak się pewnie domyślacie - odciskało swoje piętno na jej zdrowiu. Pracowała za niewielkie pieniądze. Tata prasował ubrania. Malutkim żelazkiem. Robił to również po nocach. To nie pomagało jego samopoczuciu. Portfelowi także.


Wkrótce tata dostał duże żelazko. Bardzo duże żelazko. Tak duże i ciężkie, że nie mógł go utrzymać. I to wielgaśne żelazko spadło ma tatę. Spłaszczyło go. Teraz wyglądał jak naleśnik. Nie mógł już chodzić do pracy. Niewiele też mówił. Całymi dniami siedział w fotelu i palił papierosy.


Teraz na utrzymanie rodziny zarabiała tylko mama. Nie było jej w domu całymi dniami. Nasz bohater całe dnie spędzał samotnie. Spędzał je na rysowaniu zwierząt. Sprawiało mu to wielką radość. Dzięki rysowaniu nie myślał już o rodzicach i ciężkiej sytuacji w domu. Po prostu starał się, aby jego prace wychodziły jak najlepiej.

Wkrótce mama stwierdziła, że musi więcej czasu poświęcać swojemu synowi. Tylko jak to zrobić, skoro trzeba utrzymywać rodzinę...  Postanowiła zabrać go do pracy. Moim zdaniem, nie był to rozsądny pomysł - zabranie swojego dziecka do huty. Choć mama ostrzegała chłopca przed niebezpieczeństwami, on, zapatrzony w ognistą czerwień, połknął przeraźliwie gorącego glutka. Glutek okazał się być lawą.


W szpitalu lekarz powiedział, że lawa wypaliła wszystkie wnętrzności chłopca i, kiedy zastygła, stworzyła "rusztowanie". Od tamtej pory nasz bohater codziennie musiał pić olej, aby jego "rusztowanie" nie zardzewiało. A, i jeszcze jedno, najważniejsze. Chłopiec stał się Panem Żarówką. Umiał świecić. Wystarczyło, że włożył palce do kontaktu i bum, świecił niczym rozżarzona żarówka!


Po jakimś czasie Pan Żarówka łączy swoje dwie mocne, wyróżniające się umiejętności.Rysuje zwierzęta na foliach, po czym wkłada rękę do kontaktu i włala, kontury rysunków można spostrzec na ścianach i sufitach, i to o wiele, wiele większe!

Więcej już nie zdradzę, przecież wiecie, że radość ze śledzenia wzrokiem kolejnych stron jest bezcenna. "Pan Żarówka" to komiks o rodzinie, niekiedy zawiłych relacjach z rodzicami, pierwszych samodzielnych krokach oraz o pielęgnowaniu swojego talentu mimo wielu przeciwnościom. Każdy z nas zrozumie "Pana Żarówkę" ciut inaczej, przefiltruje go przez swoją wrażliwość. Ja zapamiętałam z tej pozycji niezwykle ważne dla mnie zdanie. "Talent to benzyna, a ciężka praca to samochód". Bardzo chciałabym, aby te osiem wyrazów towarzyszyły mi do końca życia.


Dzisiejsza pozycja to owoc ponad dziesięcioletniej pracy Wojtka Wawszczyka, czterdziestolatka. To debiut pana Wojtka, ale jak wiadomo, nigdy nie jest za późno na wspomniane pierwsze kroki. Wojtek Wawszczyk znakomicie poradził sobie z zadaniem narysowania wyjątkowego komiksu. Naszą opasłą w ilość stron (jest ich ponad sześćset) pozycję czyta i ogląda się z wielkim zaciekawieniem, nie odrywając nawet oczu od książki. Z niecierpliwością czekam na kolejne tytuły od pana Wojtka!


"Pan Żarówka" kierowany jest do starszych czytelników, ale myślę, że ci ciut młodsi również spokojnie mogą po niego sięgnąć. Warto również wspomnieć, że komiks ten został cudowne wydany! Jego strony są woskowane na kolor czarny, więc na pierwszy rzut oka wyglada to jak pudełeczko. Kiedy okazuje się, że nie jest to pudełeczko, nad zachwytami nie ma końca.

Koniecznie sięgnijcie po "Pana Żarówkę". Niech świeci i na Waszych półkach!

Tytuł - Pan Żarówka
Tekst i ilustracje - Wojtek Wawszczyk
Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa, 2018

sobota, 25 sierpnia 2018

Alfabet polski - czyli polskie paremie dla ciekawskich


Jestem przekonana, że każdy z nas zna alfabet. A jak Althamer, B jak Boznańska, C jak czekolada. Kim był Althamer? Jakim szczegółom przypatrywała się Boznańska? Gdzie i kiedy czekolada Wedel stała się popularna? Być może część z Was zna już odpowiedzi na te pytanie, ale bardzo możliwe, że wśród nas znajdują się i tacy, którzy tych odpowiedzi nie znają. Dlatego już spieszę z odpowiedziami!

A jak Althamer. Pewien rzeźbiarz, Paweł Althamer, nie tylko dłubał dłutami w glinie. Wymyślał również nieszablonowe wydarzenia, które przyciągały uwagę wielu osób. Przykład? Bardzo proszę. Na początku 2000 roku, aby uczcić nowe tysiąclecie, Althamer poprosił mieszkańców pewnego warszawskiego bloku, aby o ustalonej godzinie niektórzy zgasili, a niektórzy zapalili światło w swoich pokojach. W ten sposób blok stworzył „wyświetlacz” z cyframi 2000. Wyszło to naprawdę nieźle.


B jak Boznańska. To jedna z najsłynniejszych (jeśli nie najsłynniejsza) z polskich malarek. Pani Olga tworzyła obrazy, przede wszystkim portrety, realistycznymi machnięciami pędzli. Zwracała uwagę na każdy drobny szczegół. Tymi szczegółami były na przykład piegi na policzkach, koronki na rękawach sukni czy też nawet długość paznokci modela czy modelki. Zdradzę Wam, że w moim pokoju wisi plakat, na którym widnieje „Dziewczynka z chryzantemami”. Codziennie mogę patrzeć na kreskę mistrzyni.


C jak czekolada. Moją ulubioną jest gorzka z żurawiną. Mniam! Czy Wy też uwielbiacie czekoladę? Karol Wedel był jej ogromnym wielbicielem. W dziewiętnastym wieku postanowił założyć cukiernię przy ulicy Miodowej w Warszawie, aby móc podzielić się smakiem czekolady z innymi mieszkańcami Warszawy. Zapach kakaowej słodyczy rozniósł się z zadziwiającą prędkością! Cukiernia cieszyła się ogromną popularnością, a marka Wedel produkuje czekoladę do dziś.


Teraz przeskoczmy trzy litery i wylądujmy w świecie G. G jak gronostaj. Pamiętacie słynny obraz pewnej damy autorstwa Leonarda da Vinci? Myślicie teraz o „Damie z łasiczką”? Ha, i tu Was zaskoczę! Nie jest to „Dama z łasiczką”, a „Dama z gronostajem”. Historycy sztuki odkryli, że sportretowana kobieta nie trzyma w rękach łasiczki. Namalowane zwierzę to gronostaj.


H, I, J... K! K jak krasnale wrocławskie. Niektórzy twierdzą, że krasnale towarzyszyły Wrocławiowi od zawsze, inni mówią, że przybyły do niego dopiero w latach osiemdziesiątych. Wszyscy są zgodni z jednym - odnajdywanie krasnali jest wielką frajdą. Jest ich już ponad 250, a grono naszych śmieszków w czapeczkach cały czas rośnie.


Zajmijmy się teraz literką N. N jak Noc Świętojańska. Czy wśród nas znajduje się ktoś, kto nie lubi obserwować piękna lasu? Dawno temu, w Noc Świętojańską, na brzegach rzek zbierały się tłumy. Później wszyscy razem wyruszali właśnie do lasu. Tam zbierano zioła, śmiano się i tańczono, najodważniejsi szukali legendarnego kwiatu paproci, ponieważ wierzono, że jeśli się go odnajdzie, zapewni on bogactwo. Kobiety puszczały na rzekach wianki. Trwała huczna zabawa do białego rana!


Niezłą zabawą będzie także odczytywanie i dowiadywania się historii o Polsce. O Polsce od A do Z. Zaczynamy od Althamera, a kończymy na Złotej Żabie. „Alfabet polski” jest przewodnikiem po naszym kraju w pięćdziesięciu czterech hasłach. Dla małych i dużych! Odpowiadają za niego trzy panie. Interesujący tekst to sprawka Anny Skowrońskiej, a barwne i zabawne ilustracje wykonały Agata Dudek i Małgorzata Nowak, które tworzą Acapulco Studio. Trzeba przyznać, że wyszło im to naprawdę ciekawie.

To pozycja, która łączy pokolenia. Czytajmy więc ją wspólnie!

Tytuł - Alfabet polski
Tekst - Anna Skowrońska
Ilustracje - Agata Dudek, Małgorzata Nowak / Acapulco Studio
Wydawnictwo Muchomor, Warszawa, 2015

sobota, 18 sierpnia 2018

Król - czyli zrządzenie losu


Chłopiec imieniem Patryk miał się bardzo dobrze. Spokojnie leżał na trawie swojego ogródka wpatrując się w życie malutkich robaczków, podczas gdy rodzice wraz ze znajomymi urządzali grilla. Po tym, jak wszyscy ze smakiem zjedli kiełbaski popijając je zimnym napojem, Patryk razem z rodzicami wrócił do swojego dużego, przytulnego domu. Wszystko świetnie się układało. Ale jak wiadomo, los to figlarz. Życie nie jest usłane landrynkami. Zdarzają się także góry. Niekiedy nawet i te zupełnie pionowe.

Nagle firma taty Patryka bankrutuje. To przez okropny przekręt jednego z pracowników. Cała rodzina zostaje przeniesiona do obskurnego budynku. Ktoś napisał na nim napis "Brooklyn". Od tamtej pory dzielnica zamieszkiwana przez osoby, którym się nie powiodło w życiu nazywana jest Brooklynem. W Brooklynie nie istnieje coś takiego, jak kultura osobista, dobre wychowanie. Tutaj każdy kolejny dzień jest walką o to, aby zarobić parę groszy. Wielu osobom idzie to z wielkim oporem. Wśród nich znajduje się tata Patryka. Swoje smutki topi w kieliszkach. A raczej całych butelkach. Codziennie idzie do pobliskiego sklepu na zakupy. Codziennie kupuje jeden produkt. Codziennie się przewraca. I... codziennie bardzo boleśnie bije swoją żonę i swojego syna.

Wkrótce tata trafia do szpitala. Tam tkwi przywiązany do łóżka pasami. Patryk nie chce go odwiedzać. Stara się o nim zapomnieć, choć na krótki czas, ale nie może. O tacie wciąż przypominają mu blizny na ciele. Chłopiec nałogowo pochłania książki. To na chwilę odrywa go od szpitala, w którym przebywa myślami. Ale wystarczy, że Patryk spojrzy na swoje nogi. Znów "wita tatę". Teraz nie myśli już o tacie. Myśli o swoim ojcu. O złym ojcu.


Patryk śmiało przyznaje, że odkąd ojca nie ma w domu, czuje się o wiele bezpieczniej. Brakuje mu teraz tylko mamy, która od wczesnego ranka do późnego wieczora ciężko pracuje uganiającymi się po korytarzach z mopem.

Pewnego dnia Patryk ubiera długie spodnie. Długie, aby nikt nie mógł spostrzec śladów na jego nogach, które pozostawił po sobie ojciec. Wychodzi do parku. Spotyka tam mężczyznę w papierowej czapeczce, najprawdopodobniej wykonanej z najnowszego numeru gazety sprzedawanej z kioskach. Z biegiem czasu okazuje się, że to człowiek imieniem Celestyn. Celestyn mówi, że jego portfele odmawiają już zamykania, takie są pełne oraz że mieszka z hotelu dla VIP-ów. Ponoć wychodzi stamtąd rano i przychodzi wieczorem. Okazuje się także, że mężczyzna jest zaciekawiony Patrykiem. Patryk także chce poznać Celestyna bliżej. Dlatego też obydwoje postanawiają, że spotkają się następnego dnia w tym samym miejscu - przy ławeczce w parku.

Spotkania Patryka i Celestyna przeistaczają się w codzienne rozmowy o życiu. Nieznajomy staje się autorytetem chłopca, jego mentorem. Celestyn nalega, aby Patryk wykonywał ćwiczenia fizyczne. Zabiera go na obiady, na które zawsze ma "zaproszenia". Uczy pływać i robić latawce. Wygłasza także bardzo potrzebne w dorosłym życiu mądre słowa. Patrząc na naszą parkę śmiało można stwierdzić, że wyglądają jak syn z tatą. Tak, Celestyn mógłby zostać moim tatą - myśli nasz bohater.


Kim tak naprawdę był Celestyn? Dlaczego postanowił spędzać tyle czasu z Patrykiem? Czy ojciec znowu zawita w Brooklynie i wszystko wróci do codzienności, w której nasi bohaterowi żyli przed bankructwem firmy? A co z mamą? I kto jest tytułowym królem? Jeśli chcecie poznać odpowiedzi na te pytania, nie szukajcie ich u mnie. Po prostu weźcie do ręki książkę „Król” i zanurzcie nos w znakomitym piórze Katarzyny Ryrych.

Dzisiejsza pozycja to lektura o przemocy w domu, o przyjaźni, o tym, że nie szata zdobi człowieka, o tym, że nie wszystko jest takie, jakie może wydawać się od pierwszego spojrzenia. Historia rodziny Patryka jest tego idealnym przykładem.

Koniecznie pędźcie po „Króla”. Uwaga! Ostrzegam wszystkich, że podczas czytania mogą pojawić się wzruszenia.

Tytuł - Król
Tekst - Katarzyna Ryrych
Wydawnictwo Literatura, Poznań, 2015

sobota, 11 sierpnia 2018

Pupy, ogonki i kuperki - czyli tyłeczki w trzydziestu odsłonach


Pupa. Każdy z nas ma tylną część ciała. Każdy. Zwierzęta także mają tytułowe pupy, ogonki i kuperki. I to takie, o których nawet nam się nie śniło! Czy słyszeliście o helikopterze w zadku, tłustej pupie króla czy też zakręconym tyłeczku? Możliwe. Ale zapewne nie znacie 'tajników' tych interesujących haseł. No cóż, postaram się Wam je trochę przybliżyć. To hop do książki "Pupy, ogony i kuperki"!

Zacznijmy od wspomnianego helikoptera w zadku. To własność największego i najniebezpieczniejszego zwierzęcia w Afryce. Wiecie już, o kogo chodzi? Podpowiem Wam. To... hipopotam! Tajemnica helikoptera polega na tym, że nasz kolos wywija swoim grubiutkim ogonkiem jak najszybciej tylko może. A chcecie wiedzieć, dlaczego tak robi? Właśnie zamykam oczy i wyobrażam sobie, że wszyscy z Was podnoszą teraz ręce. Namówiliście mnie! Hipopotam robi tak podczas załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych. W ten sposób rozrzuca swoje odchody i mocz na wszystkie strony. Wiem, obrzydliwości!


Tłusta pupa króla należy do niedźwiedzia polarnego. Ubraniami naszego niedźwiedzia są właśnie tłuszcz i futro. Zimą pod jego skórą chowa się nawet dziesięciocentymetrowa warstwa tłuszczu. Niekiedy niedźwiedź musi się kłaść na lodzie dla ochłody. Przypominam, że jest środek najzimniejszej z pór roku. Chłodząc się na lodzie nasz polarek (zawsze mam słabość do takich zdrobnień, musicie mi to wybaczyć) kręci swoim pokaźnym tyłkiem. Ma się czym pochwalić, w końcu to największa pupa świata.


Wikłacze. Te ptaki nie mają się czym chwalić, jeśli chodzi o pupy. Zwyczajna czarna dziurka wśród piór. Ale to właśnie te pióra są ciekawe! Samce mają je długaśne na pół metra i lśniąco czarne! Nic dziwnego, że lata za nimi tyle adoratorek. Czegoż to mężczyźni nie zrobią, żeby zaimponować kobietom... No dobrze, wróćmy do naszych wikłaczy. Ogony te są dłuższe niż całe ciało wikłacza. Wydawałoby się, że z takimi półmetrowymi piórami dużo trudniej się żyje. Przeprowadzono pewien niezwykle interesujący eksperyment. Odcięto niektórym wikłaczom ich ogony i przyklejono je innym ptakom, oczywiście robili to specjaliści. Okazało się, że samce, którym te ogony przyklejono cieszyły się o wiele większym zainteresowaniem, zaś wikłacze bez ogonów straciły je prawie w zupełności.


Przekartkujmy teraz książkę na stronę siedemdziesiątą dziewiątą. Tam czekają na nas koniki morskie. Jest ich ponad pięćdziesiąt gatunków! Czterdzieści dziewięć ma zakręcone tyłeczki, a tak właściwie to zakręcone ogonki. Koniki używają ich do podtrzymywania się roślinności morskiej, kiedy czatują na smakołyki. Są im także potrzebne do trzymania się nimi z partnerką czy partnerem. Istnieje tylko jeden gatunek, w którym koniki nie mają tak sprawnych ogonków. Trudno je nawet spostrzec, wyglądają dokładnie tak, jak rośliny! Sprytne bestie.


Znikający ogon. Brzmi tajemniczo. Nie, to nie tytuł najnowszej powieści fantastycznej. Już tłumaczę. Małe żabki nazywamy kijankami. Wyglądają one jak malutkie rybki. Z czasem kijankom rosną nogi. A kiedy nogi i tułów wyglądają już dokładnie tak, jak u dorosłej żaby, ogon w szybciutkim tempie znika. Tak po prostu.


Talerz. Kiedy usłyszę to słowo, od razu na myśl przychodzi mi jakieś smakowite danie. A okazuje się, że talerze są bardzo potrzebne sarnom. Otóż kiedy sarny czegoś się wystraszą (a musicie wiedzieć, że boją się one praktycznie wszystkiego), podnoszą ogon do góry. Tuż pod ogonem znajduje się biały talerz. Zerknijcie teraz na ilustrację znajdującą się poniżej. Dokładnie tak wygląda sarna, która właśnie się czegoś przestraszyła. Jeśli wyczuje jakiegoś drapieżnika, podnosi ogon i to jest znak dla drapieżcy, że zdobycz go wyczuła i za chwilkę umknie mu z prędkością światła, no może ciut wolniej.


Opisałam - i to streszczając - tylko sześć z trzydziestu zwierząt, więc nie myślcie sobie, że odebrałam Wam radość z czytania książki. Nie, nie, nie! Czytając naszą pozycję poznacie tajemnice świecących pup świetlików, najsłynniejszego ogona świata (tego z pawimi oczkami) czy też nurkujących kaczych kuperków. Zapewniam Was, jest co podziwiać! Teraz możemy poznać zwierzęta (jak to napisał autor) od pupy strony. To dzięki Mikołajowi Golachowskiemu. Być może znacie go z jego książki "Czochrałem antarktycznego słonia". Pan Mikołaj razem z Mroux - a tak właściwie to razem z Marią Bulikowską odpowiedzialną za ilustracje - stworzyli nasze "Pupy, ogonki i kuperki". To książka, po którą nie można nie sięgnąć.

Ale uwaga, uwaga! To nie koniec naszej przygody ze zwierzętami! Za niedługo wybierzemy się także do świata gęb oraz amorów.

Tytuł - Pupy, ogonki i kuperki
Tekst - Mikołaj Golachowski
Ilustracje - Mroux (Maria Bulikowska)
Wydawnictwo Babaryba, Warszawa, 2017

sobota, 4 sierpnia 2018

Wojna z dziadkiem - czyli zapasy w śmiechu


Jak wszystkim wiadomo, dziadkowie potrafią być naprawdę kochani. Dziadek Jack także jest niezmiernie kochany. Jego wnuk - Peter - uwielbia spędzać z nim czas. Nic dziwnego, że chłopiec bardzo ucieszył się na wiadomość, że dziadek zamieszka w jego domu. Ale już po chwili radość Petera minęła. A to dlatego, że chłopiec musiał oddać dziadkowi swoje miejsce. Pokój, który naprawdę lubił. Znał jego każdy kąt, każdą skrytkę. A teraz nagle będzie musiał przenieść się na poddasze?!

Po ogłoszeniu tej wieści przez Jenny (siostrę naszego bohatera), Peter nie mógł uwierzyć, że rodzice podjęli taką decyzję. Przecież to było okrutne! Koszmar! Ta myśl nie dawała chłopcu spokoju. Po kilku chwilach zszedł na dół do kuchni, aby porozmawiać o tym z rodzicami. Jednak rodzice nie dali za wygraną. Tłumaczyli swojemu synowi, że noga dziadka nie jest w dobrym stanie, więc dziadek nie może mieszkać na poddaszu. Ale nawet to nie przekonało Petera. Wśród tak wielu pokoi, akurat on musiał oddać swój!

Kiedy dziadek przyjechał do domu naszego bohatera, wszyscy zauważyli, jak bardzo się zmienił od śmierci babci. Jak się pewnie domyślacie, nie na dobre. Choć jego usta potrafiły się niekiedy uśmiechnąć, oczy dalej pozostawały smutne. To zaniepokoiło domowników. Tata wciąż powtarzał, że wkrótce się to zmieni, przecież teraz dziadek jest zmęczony podróżą.


Nadszedł wieczór. Peter musiał już kłaść się do łóżka. W swoim nowym pokoju. Nie cierpiał go. Tutaj każdy szelest liści był inny, każde skrzypnięcie podłogi wydawało się tajemnicze. Chłopiec wiedział, że poddasze nie może być jego miejscem, o nie! Musi odzyskać swój ukochany, na pierwszym piętrze.

Nazajutrz, podczas gry z kolegami w planszówkę, Peter opowiedział im o odebraniu swojego pokoju i o sytuacji z dziadkiem. Koledzy stwierdzili, że Peter powinien... wywołać wojnę! Wojnę z dziadkiem. Z początku chłopiec bardzo się zdziwił. Czy mógłbym zrobić coś takiego swojemu dziadkowi? - zastanawiał się. Ale później do głowy przyszła mu myśl, że przecież musi odzyskać to, co jego. Postanowił zrobić to, co radzili mu koledzy.

Pierwszym krokiem było zawiadomienie dziadka o wojnie. Peter zakradł się potajemnie do biura taty, aby napisać na maszynie wiadomość. Udało się. Nikt go nie zauważył. Zadaniem numer dwa było ukrycie zapisanej karteczki. Należało to zrobić tak, aby dziadek ją zauważył, ale żeby mama nie spostrzegła jej podczas sprzątania. Peter położył ją tuż obok zdjęcia babci oprawionego w złotą ramkę. Dziadek musiał ją przeczytać, oczy ma przecież w pełni sprawne. Tylko dlaczego następnego dnia nic, a nic, o niej nie mówi? Tego Wam już nie zdradzę. Nie muszę Wam także tłumaczyć, co należy zrobić, aby poznać ciąg dalszy, prawda?


"Wojna z dziadkiem" opowiada o przyjaźni dziadka z wnukiem. Przyjaźni osoby starszej z osobą młodszą. O konfliktach, które pojawiają się w takich relacjach. O tym, że niekiedy nie warto słuchać kolegów. A także o posiadaniu swojego zdania. Książka ta jest także pisana z dużym poczuciem humoru, więc w niektórych momentach (może troszkę nieprzyjemnych dla naszych bohaterów) trudno powstrzymać swoją buzię od uśmiechu. A to wszystko jest zasługą Roberta Kimmel-Smitha. Trzeba przyznać, że ten pan całkiem nieźle się spisał! I co ciekawe, tekst tej lektury powstał w... 1984 roku! Ale nie bójcie się, to całkiem aktualna pozycja.

Wspomniana przed chwilką treść została oprawiona w ciekawą okładkę. Wyrysowała ją Joanna Kłos. Idealnie oddaje ona klimat lektury. Bardzo możliwe, że kiedy ją zobaczycie, przykuje ona Waszą uwagę. A więc pędźcie po "Wojnę z dziadkiem"!

Tytuł - Wojna z dziadkiem
Tekst - Robert Kimmel-Smith
Przekład - Jan Wąsiński
Okładka - Joanna Kłos
Wydawnictwo Dwukropek, Warszawa, 2018