Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Czerwińska-Rydel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Czerwińska-Rydel. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 lutego 2018

Zdobyć koronę - czyli czternaście razy osiem tysięcy równa się Jerzy Kukuczka!


Przyznam szczerze, że uwielbiam czytać biografie Anny Czerwińskiej-Rydel, co chyba nie jest niespodzianką. Niespodzianką nie jest również to, że pani Anna opisuje postaci wyjątkowe. Istne perełki. I tak stało się również w tym przypadku. Po tytule zapewne wiecie już, kto jest głównym bohaterem tej opowieści. A więcej o nim już za chwilkę.


Nikt nie może zaprzeczyć temu, że Jerzy Kukuczka jest naszą dumą narodową. Był przecież wybitnym himalaistą, o czym świadczy zdobyta przez niego Korona Himalajów i Karakorum. No właśnie, a czym tak właściwie jest ta Korona? Już tłumaczę. To "czternaście najwyższych szczytów na Ziemi. 10 z nich znajduje się w Himalajach, 4 w Karakorum. Wszystkie te szczyty mają wysokość powyżej 8000 metrów n.p.m.". A, dla niewtajemniczonych wspomnę jeszcze, że Himalaje oraz Karakorum to pasma najwyższych gór. 


Ale wróćmy do Kukuczki. Jego przygoda z ośmiotysięcznikami rozpoczęła się na Lhotse. Wyobraźcie sobie, jak szczęśliwy był młody Jurek po zdobyciu szczytu! Ale oczywiście nie obeszło się bez przygód. Uchylę rąbka jednej z nich. Pan Jerzy wraz ze swoimi kolegami, z którymi miał wspinać się po zachodniej ścianie Lhotse na sam jej szczyt, był zmuszony przespać dwie noce w obskurnych pokojach. Obskurnych do tego stopnia, że pod łóżkami mieszkały szczury! Brrr... aż mnie dreszcz przechodzi, kiedy o tym myślę!


Wyprawa na Lhotse okazała się udaną, więc nasz bohater był jeszcze bardziej zmotywowany do tego, by zdobyć kolejny szczyt. Musicie wiedzieć, że owy szczyt był kolosem nad kolosami. Był to Mount Everest! Zapewne domyślacie się, że tutaj (jak z resztą na wszystkich wyprawach) również nie zabrakło niezapomnianych przyżyć. Otóż, gdy uczestnicy wspinaczki spotkali się już u podnóża góry mierzącej 8848 metrów nad poziomem morza, okazało się, że do pełnego składu brakowała tylko kierownika wyprawy, Andrzeja Zawady. Podczas spotkania himalistów, pan Andrzej starał się o pozwolenie na zdobycie najwyższej góry świata. W tym czasie, wspomniani himalaiści postanowili rozpocząć wspinaczkę. Kiedy Zawada triumfalnie przyjechał z pozwoleniem, pan Jerzy wraz ze swymi kolegami zakładał już trzeci obóz.


A oprócz tego, była jeszcze jedna 'niespodzianka' na Mount Evereście. Jerzy Kukuczka oraz Andrzej Czok postanowili, że na szczyt monstrualnej góry wejdą bez tlenu. Oczywiście szef wyprawy im na to nie pozwolił, ale podczas wspinaczki akurat tak się zbiegło, że butle z tlenem obu panów zostały opróżnione na wysokości 8400 metrów. No cóż, nasi bohaterowie chcieli pokonać południową ścianę Bogini Matki Śniegu (bo tak również nazywano Mount Everest) bez tlenu, i tak zrobili.


Czytając tę książkę, nie sposób nie zwrócić uwagi na to, jak wyglądał ubiór himalaistów podczas wypraw. Większość z Was ma zapewne świadomość tego, że ubieranie się na wspinaczkę trochę trwało. Sprawa była dość skomplikowana. W pierwszej kolejności trzeba było założyć bieliznę, co jest chyba rzeczą oczywistą. W drugiej kolejności należało ubrać trzy pary skarpet - na sam spód bawełniane, a na nie dwie pary wełnianych, a następnie rajstopy oraz bluzy z długimi rękawami. Potem czas na swetry oraz kombinezony. Później puchowe kurtki i spodnie. Po puchowej kurtce oraz spodniach, trzeba było włożyć stopy w wielowarstwowe buty, a na nie - overbooty. Overbooty można nazwać specjalnymi skarpetami do kolan. Do podeszw przypinano raki, zaś na głowę wkładano kominiarki z polaru oraz kaski. Ufff, to już koniec. Trzeba przyznać, że wkładanie takiego stroju było strasznie męczące.


Kiedy himaliści już się ubrali, wyruszali na wspinaczkę! Pan Jurek często wybierał niepokonane dotąd szlaki. Jednak mimo tego, praktycznie zawsze udwało mu się dotrzeć do celu. Ale niestety wielu jego towarzyszy nie potrafiło podołać tak trudnym wyzwaniom i płaciło za to najwyższą cenę. Właśnie dlatego do Kukuczki przykleiła się bardzo przykra plotka. A jaka to plotka, o tym musicie przekonać się sami, oddając się lekturze tej książki.


Zaznaczę jeszcze, że wszystkie ośmiotysięczniki, jako pierwszy człowiek na świecie, zdobył Reinhold Messner, włoski alpinista oraz himalaista. Jerzy Kukuczka zdobył Koronę jako drugi. Nieformalnie mówi się, że Messner i Kukuczka rywalizowali ze sobą. Każdy z nich chciał postawić postawić stopę na wszystkich szczytach pierwszy. A skoro mowa o szczytach, wspomnę, że pan Jerzy na jednej ze zdobytych przez siebie górze zostawił zabawkę swoich dzieci. Już wszystko wyjaśniam. Na Makalu mierzącej 8463 metrów nad poziomem morza Kukuczka zostawił plastikową biedronkę. Bardzo ucieszył się, gdy przyszedł do niego list oznajmiający, że jeden z uczestników wyprawy na Makalu w 1982 roku znalazł na szczycie "zabawkę w kształcie żółwia (czarne plamy na czerwonym tle)". Biedronka ta okazała się bardzo znaczącym przedmiotem, ponieważ to właśnie ona była dowodem tego, że pan Jerzy stanął na szczycie Makalu.


Jejku, o Jerzym Kukuczce możnaby pisać, i pisać, i pisać bez końca! Jest to przecież tak niezwykle ciekawa postać. Jego życie było przepełnione fascynującymi przeżyciami. Ale ja nie chcę zdradzać Wam wszystkich przeżyć, a zarazem odbierać radości z czytania. Lecz chcę, abyście i Wy sięgnęli po tę pozycję.


No dobra, ujawnię jeszcze jedno zdarzenie. Nasza duma narodowa była wielkim łasuchem, więc gdy zjechała ze swojego ostatniego, czternastego, ośmiotysięcznika na nartach (no coż, taki szalony był Kukuczka!) bardzo się ucieszyła, ponieważ koledzy sprezentowali jej... no właśnie, tego nie ujawnię. Jednak jeśli uważnie przyjrzycie się okładce, możliwe że uda Wam się odgadnąć jak to była niespodzianka.


Należy zaznaczyć, że pan Jurek miał bardzo wyrozumiałą i cierpliwą żonę. Wszyscy na około zwracali mu uwagę na to, aby więcej czasu spędzał w domu, tylko nie jego żona, Celina, która doskonale rozumiała pasję swojego męża. A oprócz tego, pani Celina była podobno prawdziwą królową kuchni.


Przejdźmy teraz do autorki, czyli znakomitej biografki - Anny Czerwińskiej-Rydel. Jestem przekonana, że wcale, ale to wcale, nie zdziwicie się, jeśli powiem, że książka "Zdobyć koronę. Opowieść o Jerzym Kukuczce" jest prawdziwym majstersztykiem. Została ona wspaniale napisana oraz świetnie wymyślona. No właśnie, z pewnością jesteście ciekawi, co kryje się w 'świetnym wymyśleniu'. Otóż czas akcji rozgrywa się w obozie na południowej ścianie Lhotse, a każdy z rozdziałów jest wspomnieniem z wyprawy na każdy ośmiotysięcznik. Południowa ściana Lhotse... dla Polaków to jedna z najbardziej smutnych ścian gigantycznych gór. Pewnie domyślcie się, dlaczego.


Teraz słów kilka o ilustratorce. Jest nią Marianna Oklejak. Ta Pani także wykonała swoją robotę w przeciekawy sposób. Zilustrowała tę książkę używając ograniczonej palety barw, co sprawia, że jej ilustracje są zarówno chłodne, jak i gorące. Przyglądając się ilustracjom, jednocześnie czujemy ciepło bohatera i chłód gór. Kiedy o tym myślę, do głowy przychodzi mi jedno zdanie, a brzmi ono: Marianna - świetnych pomysłów fontanna! I nie dość, że się rymuje, to jeszcze jest w pełni prawdziwe!


Trzeba zapamiętać, że Jerzy Kukuczka jest naszą dumą narodową i każdy Polak, ten młodszy oraz nieco starszy, powinien poznać go lepiej!


Tytuł - Zdobyć koronę. Opowieść o Jerzym Kukuczce
Tekst - Anna Czerwińska-Rydel
Ilustracje - Marianna Oklejak
Wydawnictwo Na Szczyt, Gdańsk 2015

niedziela, 31 grudnia 2017

Bałtycka Syrena - czyli opowieść o Konstancji, niezwykłej gdańszczance


Jan Czirenberg z niecierpliwością czekał na piątego potomka. Nie miał żadnych wątpliwości, że jego żona urodzi piątego syna. Nawet nie brał pod uwagę tego, że jego dziecko mogłoby być córką. Do tej pory żona Jana rodziła samych synów. No właśnie, do tej pory. Piątym dzieckiem państwa Czirenbergów była dziewczynka, urocza Konstancja.


Konstancja była obdarzona wieloma talentami - świetnie grała na organach, cytrze i klawikordzie, miała przepiękny głos, malowała znakomite obrazy, umiała posługiwać się wieloma językami i wspaniale haftowała, a na dodatek miała niezwykle piękną urodę. Jej jasne włosy i zielone oczy przykuwały uwagę każdego, zresztą tak samo, jak jej śpiew. W Gdańsku nie było nikogo, kto nie słyszałby o anielskim głosie Konstancji Czirenberg.


Gdy dziewczynka skończyła już 15 lat, jej rodzice zdecydowali, że trzeba wysłać ją na bal karnawałowy. Konstancja wyróżniała się na tle partycypantów balu swoją suknią, urodą oraz dobrym wychowaniem. Jako jedna z niewielu, jadła nożem i widelcem. Praktycznie wszyscy "kości rzucali pod stół, a brudne palce wycierali w obrus".


Chodziło wiele plotek o Konstancji. Mówiono, że córka Czirenbergów jest syreną - ma syrenią urodę i syreni głos. Brakowało jej tylko ogona. Zapewne wiecie, że jeśli syrena kogoś pokocha, ten będzie miał nieszczęście do końca życia.


Ale czy Konstancja naprawdę była syreną? A jeśli tak, to czy zrzuciła na kogoś klątwę nieszczęścia? Tego Wam nie zdradzę. Odpowiedź na to pytanie poznacie sięgając po książkę "Bałtycka Syrena" Anny Czerwińskiej-Rydel oraz Marty Ignerskiej.


Nikt nie zaprzeczy temu, że Konstancja Czirenberg była wyjątkowa, pod każdym względem. Konstancja była dziewczyną o ogromnym potencjale. Była dziewczyną, która wyznaczyła sobie cel i dzielnie do niego dążyła. Dziewczyną, która się nie poddawała, mimo wielu przykrych komentarzy. Dziewczyną, z której trzeba brać przykład. Dziewczyną, którą każdy powinien poznać, niezależnie od tego, czy wierzy w Bałtyckie Syreny, czy też nie.


Książka ta podzielona jest na dwie połowy. Pierwszą część, należącą do Marty Ignerskiej, wypełniają ilustracje. Drugą, należącą do Anny Czerwińskiej-Rydel - słowa. Nietypowo zacznijmy od drugiej połowy. Pani Anna, jak zresztą zawsze, nie zawiodła nas. Wspaniały pomysł, ciekawa postać i ten rozpoznawalny dla niej język, dzięki któremu jej teksty czyta się z wypiekami na twarzy, bez żadnych przerw. Nie sposób oderwać od niej wzrok!



Przejdźmy teraz do pierwszej części. Gdybym otworzyła tę książkę, nie spoglądając na imię i nazwisko osoby wykonującej ilustracje, od razu wiedziałabym, że to Marta Ignerska zilustrowała tę książkę! Już po samej okładce widać, że to ta Pani jest odpowiedzialna za rysunki. Tym razem w ilustracjach Pani Marty zagościły niedopowiedzenia. Dzięki nim możemy uchylić drzwiczki pokoju, w którym mieszka nasza wyobraźnia, jednak po przeczytaniu tekstu, warto po raz drugi wrócić do połowy Marty Ignerskiej, aby upewnić się, czy nasza wyobraźnia się myliła, czy też nie.


A Wy, Drodzy Czytelnicy, zapamiętajcie - bez względu na to, z jak przykrymi komentarzami się spotykacie, zawsze trzeba robić swoje i dzielnie dążyć do celu!

Tytuł - Bałtycka Syrena
Tekst - Anna Czerwińska-Rydel
Ilustracje - Marta Ignerska
Wydawnictwo Muchomor, Warszawa 2014










* * *

Dziś ostatni dzień w 2017, dlatego też chciałabym życzyć Wam szczęśliwego Nowego Roku, pełnego cudownych i pachnących książek!
A, jeszcze jedno. Nie strzelajcie w Sylwestra, pomyślcie o zwierzakach! Przecież mamy zimne ognie :)

niedziela, 29 października 2017

Lustra Johanny - czyli znakomite odbicie


Christian Heinrich Trosiener był przekonany, że urodzi mu się syn i nada mu imię Johann. Jednak czasem przekonanie może mylić, i tak stało się również w tym przypadku. Na świat przyszła dziewczynka. Żona pana Christiana, Elżbieta, nie wiedziała, co ma powiedzieć swojemu mężowi, radośnie wchodzącemu do pokoju, w którym znajdowało się jego dziecko. Na całe szczęście z pomocą nadeszła Kasia, służąca państwa Triosienierów! Powiedziała - "To dziewczynka" i pani Elżbieta nie miała już czego ukrywać.


Johanna rosła jak na drożdżach! Dziewczynka uwielbiała się uczyć i miała szczególny talent do języków. Choć w jej domu codziennie witali nauczyciele, Johannie wciąż było mało nauki i wciąż chciała dowiadywać się nowych, ciekawych, niekiedy nawet i wzruszających rzeczy. Wciąż zastanawiała się, jak działa świat. Jednak nie podobało się to jej ojcu. Według pana Trosienera, dziewczynki powinny uczyć się układania kwiatów, cerowania, pielęgnowania dzieci, szycia i wszystkich innych czynności, które będą im w życiu 'potrzebne'. Współczuję dziewczynkom żyjącym w osiemnastym wieku!

Jeden z mentorów Johanny cały czas powtarzał, aby dziewczynka zaczęła pisać, bo już teraz zauważa, że ma do tego niemałe zdolności. Na zachętę dodał, iż "literatura jest lustrzanym odbiciem rzeczywistości". To niezwykle mądre i zmuszające do refleksji zdanie! A do luster wrócimy za chwilkę.


Johanna pisała, lecz dopiero w wieku dziewiętnastu lat zaczęła robić to 'bardziej fachowo'. Pewnego wieczora usiadła przy biurku, zamoczyła pióro w atramencie i przelewała na papier swoją własną, prawdziwą historię. Jak się zapewne domyślacie, była to autobiografia. Autobiografia Johanny Schopenhauer.

A teraz wróćmy do luster. Jako dziecko Johanna spędzała wiele godzin przeglądając się w swoim zwierciadle. Zawsze ciekawiło ją to, co znajduje się po drugiej stronie lustra. Teraz już wiadomo, skąd wziął się tytuł tej biografii. Zdradzę jeszcze, że każdy rozdział rozpoczyna się cytatem związanym właśnie z lustrami lub zwierciadłami. To bardzo ciekawy pomysł. Ja pozwolę sobie wybrać dwa. A brzmią one tak:
1. "Zwierciadło Ci pokaże, jak więdnie uroda, zegar słoneczny powie, jak płyną minuty" - Szekspir
2. "Postaraj się odkryć to, co w danym człowieku najlepsze, i powiedz mu o tym. Każdy z nas potrzebuje takiego lustra" - Khalil Gibran


Johanna Schopenhauer miała bardzo ciekawe i intrygujące życie. Choć główna bohaterka chodziła w sukniach i nosiła na głowie różne skomplikowane fryzury, myślę, że ta książka jest zarówno dla dziewczyn, jak i dla chłopaków. Uczy, aby uparcie dążyć celu, nie zwracać uwagi na zbędne komentarze innych i co jakiś czas podnosić sobie poprzeczkę. To bardzo ważne w życiu każdego z nas.


Można powiedzieć, że "Lustra Johanny" wyszły spod pióra Anny Czerwińskiej-Rydel (niepokonanej biografki dla dzieci) i spod palców oraz całych dłoni wybitnej ilustratorki Marty Ignerskiej. Książka ta, podobnie jak opisywana już przeze mnie pozycja "Którędy do gwiazd?", podzielona jest na dwie części. W samym jej środeczku zagościły ilustracje autorstwa wspomnianej przed chwilką pani Marty. Na tych obrazkach, oprócz charakterystycznych dla pani Marty postaci, pojawiają się różowe odciski, na przykład palców i dłoni. Muszę przyznać, że to również bardzo ciekawy pomysł.

A Wy zapamiętajcie - książka to lustro. Popełnicie ogromny błąd, jeśli nie sięgniecie po tę sztukę!

Tytuł - Lustra Johanny
Tekst - Anna Czerwińska-Rydel
Ilustracje - Marta Ignerska
Wydawnictwo Muchomor, Warszawa 2015

niedziela, 17 września 2017

Słońcem na papierze - czyli bezgrzeszne lata Kornela Makuszyńskiego i nie tylko


W pewnej malutkiej miejscowości o nazwie Stryj, w 1884 roku na świat przychodzi dziecko, które zawsze promieniuje słoneczną radością! Na imię ma Kornel, a jego nazwisko brzmi Makuszyński. Mały i wesoły Kornel był rozpieszczany przez swoje siostry (a miał ich niemało, bo aż sześć!) tak bardzo, jak tylko to możliwe! Z drugiej strony, nie ma się co dziwić. Był przecież jedyną męską perełką wśród dzieci Julii i Edwarda Makuszyńskich. Choć w dzieciństwie Kornel przeżył trzy okropności (pożar, powódź i śmierć ojca), nie zapadł w depresję i już jako dziecko pisał wierszyki, które kilka lat później przeobraziły się w profesjonalną poezję!


Trzeba przyznać, że życie młodego Makuszyńskiego nie było łatwe! Po śmierci ojca, matka nie mogła utrzymać swoich dzieci, więc Kornel wyjechał do Lwowa. Już w wieku czternastu lat utrzymywał się z korepetycji, a pisząc wiersze dla kolegów, dostawał bułki z kiełbasą. Jednak nie znaczy to, że uśmiech chłopca znika! Chłopak jest wielkim optymistą. Ma opracowaną technikę na wchodzenie za darmo do teatru, co świadczy o jego sprycie. A pewnego razu... zakochuje się w dziewczynce o imieniu Kazia i musi dosłownie WACZYĆ o jej rękę! Bitwa o rękę Kazi niestety kończy się bardzo nieszczęśliwie...


Mija kilkanaście lat. Makuszyński właśnie siedzi sobie w swoim gabinecie i czyta listy od dzieci, a jest ich naprawdę mnóstwo! Starszy pan jest przeszczęśliwy! Mieszka w Zakopanem w stylowym góralskim domku, na koncie ma już wiele książek, między innymi przygody każdemu znanego Koziołka Matołka, swoją autobiografię zatytułowaną "Bezgrzeszne lata" oraz, na przykład opowieści o Jacku i Placku. Pewnego dnia pan Kornel czuje się słabo, kładzie się na łóżku i... już niestety nie wstaje. Lecz zostało po nim mnóstwo książek, dla dorosłych i dla dzieci.


A Wy jak myślicie, co takiego robiły siostry Kornela, aby malutki Makuszyński zawsze miał uśmiech na twarzy? Jak zakończyła się bójka o rękę Kazi? Czy słynny poeta od początku swojej kariery lubił pisać dla dzieci? Jak Makuszyński przeżył obie wojny światowe? Gdzie można było spotkać starszego pana Kornela najczęściej? Na te i inne pytania odpowiedzi powinniście szukać w książce doskonałej biografki Anny Czerwińskiej-Rydel i przezdolnej ilustratorki Doroty Wojciechowskiej!


Kornel Makuszyński, wybitny poeta i twórca słynnego Koziołka Matołka, miał życie jak z bajki! I choć ta bajka nie składała się tylko i wyłącznie z przygód ze szczęśliwym 'finiszem', na twarzy Makuszyńskiego zawsze malował się uśmiech. Po tę biografię mogą sięgnąć zarówno dzieci, jak i dorośli. Nauczy nas ona (między innymi), że warto się uśmiechać, czasem nawet w nadmiarze salwować ludzi swoim uśmiechem. Pokazuje nam również, jak ważne jest zostawianie po sobie śladu. Chociaż Makuszyński nie żyje już od 1953 roku, praktycznie wszystkie dzieci znają Koziołka Matołka oraz Jacka i Placka.


Jak już wcześniej wspomniałam, książkę tę napisała Anna Czerwińska-Rydel. Nie zawiodłam się, tutaj autorka także używała niełatwych słów! Uwielbiam to, bo ciekawie opisana historia plus trudne słowa plus wspaniałe ilustracje równa się kapitalna książka!


No właśnie, ilustracje! Wykonała je przezdolna Dorota Wojciechowska. Przyznam szczerze, że nigdy wcześniej nie zetknęłam się z jej rysunkami, lecz od tej pory, kiedy tylko zobaczę ilustrację jej autorstwa, nie będę miała żadnych wątpliwości i od razu powiem - Dorota Wojciechowska! Przyciągające oko barwy, niespotykany styl, dokładność... prawdziwy rarytas dla oka!


A Wy sięgnijcie po tę lekturę i poznajcie "niezwykłe losy Kornela Makuszyńskiego"!

Tytuł - Słońcem na papierze. Niezwykłe losy Kornela Makuszyńskiego
Tekst - Anna Czerwińska-Rydel
Ilustracje - Dorota Wojciechowska
Wydawnictwo Przygotowalnia, 2017

wtorek, 2 maja 2017

Którędy do gwiazd? - czyli niebotycznie dobra książka


Elżbieta Heweliusz miała ciężkie, lecz zarazem przyjemne życie. Była także pierwszą kobietą astronom. Wychowała trzy córki. Urodziła też syna Adeodatusa, który zmarł kiedy miał kilka miesięcy.

Oprócz tego Elżbieta została żoną starszego od niej o trzydzieści sześć lat wybitnego astronoma - Jana Heweliusza. Jednak nie przeszkadzało im to, chociaż ich małżeństwo "wzbudzało szemranie i plotki wśród ludzi".


Pierwsza kobieta astronom wspinała się po schodach prowadzących do obserwatorium, w którym pracowała kiedyś ze swoim mężem. Jeszcze niedawno niosłaby kufel z piwem zapracowanemu astronomowi. Niedawno, trzy miesiące temu Jan odszedł.

Elżbieta robi porządki, szuka starych rzeczy i właśnie w ten sposób przychodzą wspomnienia. Każdy z przedmiotów ma swoją historię, można by powiedzieć, że z gwiazd.

Należy zaznaczyć, że Jan z Elżbietą nie mieli łatwo. W ich życiu zdarzyło się wiele smutnych i ciężkich chwil. Heweliuszowie wspólnie pracowali, mimo że nikt ich nie wspierał - wręcz przeciwnie. Wiele osób nie wróżyło im dobrej przyszłości.


Dążyć do celu - ta myśl często pojawia się w różnych książkach, ale to dlatego, że jest taka mądra. "Nie wolno poddawać się przeciwnościom, jeśli jest się przekonanym o swojej racji. Nawet jeśli wszyscy wokół twierdzą coś innego".


Mamy tutaj ten sam duet, co w książce "Wszystko gra", czyli za tekst odpowiedzialna jest Anna Czerwińska-Rydel, a za ilustracje odpowiedzialna jest Marta Ignerska. W przypadku tej książki napotykamy się na niecodzienny podział. "Którędy do gwiazd?" to dwie książki w jednej. Do strony 47 widnieje sam tekst, a od strony 50 goszczą ilustracje.


Anna Czerwińska-Rydel tak rewelacyjnie napisała tę książkę, że czytając ją, z pewnością pobudzimy nasze emocje. Są nawet momenty, w których chce nam się płakać, więc u wrażliwych osób, chcąc czy nie, łezka poleci po policzku.


Marta Ignerska tak genialnie zilustrowała tę książkę, że oglądając jej ilustracje serce zaczyna nam bić mocniej i mówimy cichutko sami do siebie - 'jakie to piękne!'. Lecz pamiętajcie! Bez przeczytania tekstu nie do końca zrozumiecie sens obrazkowej opowieści, choć pełni ona ważną funkcję w tej książce!

W jednym zdaniu - to historia po prostu z gwiazd!

Tytuł - Którędy do gwiazd?
Tekst - Anna Czerwińska-Rydel
Ilustracje - Marta Ignerska
Wydawnictwo Muchomor, Warszawa 2014

czwartek, 16 lutego 2017

Wszystko gra - czyli nagrodzona kłótnia instrumentów

"Zaczął obój". Zaczął próbę z "a" i jednocześnie kłótnię. Jednak cieszę się, że rozpoczął to pierwsze i zarazem drugie, bo bez tego nie byłoby książki.

ON jest najważniejszy i zawsze powinien rozpoczynać. To do NIEGO inni powinni się dostroić. Anna Czerwińska-Rydel opisała zamieszanie wśród instrumentów i genialnie jej to wyszło!


Każdy chciał dopasować swój dźwięk "a" do oboju. Niektórym nie wychodziło to za pierwszym razem. Po prostu musieli się dostroić, a gdy w końcu wszyscy to zrobili... stało się.

Instrumenty muzyczne chciały, aby ich ton wyszedł najlepiej ze wszystkich. Pragnęły być takimi perełkami w orkiestrze, ale nie wiedziały, że podczas koncertów są równie ważne. Każdy (bez wyjątku) dodawał coś od siebie i pysznił się swymi dobrymi stronami.

Podczas próby instrumenty kłóciły się bez litośnie! Każdy miał dużo do powiedzenia, no może z wyjątkiem altówek, i chciał brzmieniem przebić resztę.

To było rzucanie różnych zdań krzykiem, głośnym dźwiękiem i obraźliwością, ale razem tworzyło niesamowite piękno. Wszystkie te słowa przenikały przez nas i na pewno większość z nich pozostanie nam w głowach, a może i uszach do końca życia. "Zaczął obój" nie da się zapomnieć.


Gdy przyszedł dyrygent, instrumenty bez żadnych słów pogodziły się, choć kilka sekund wcześniej, niektóre z nich płonęły w ogniu miłości.

Potrafilibyście zilustrować dźwięk? Ja nie, jednak pani Marta Ignerska podjęła się tego wyzwania i wyszło jej to wyśmienicie! Podobnie jak tekst, ilustracje wyrysowały się w naszej pamięci. Gdy tylko zobaczyłam tę poczytajkę - byłam pewna, że to jej sprawka. W tej książce "Wszystko gra".


"Zrobił pierwszy ruch ręką, a oni zagrali. W harmonii i zgodzie, uzupełniając się wzajemnie i wspierając. Opowiadali historię o pełnej żartu miłości".

Dodam jeszcze - ta książka (choć krótka) zdobyła osiem nagród - z tego cztery za obrazki i cztery za tekst. To lekkie "pióro" pani Anny i lekkie "kredki" pani Marty, stworzyły niepowtarzalne dzieło, którego nikt nie zapomni.

Na końcu musi się znaleźć - tytuł: Wszystko gra; autorka tekstu: Anna Czerwińska-Rydel; autorka ilustracji: Marta Ignerska
Wydawnictwo WYtwórnia, Warszawa 2015