niedziela, 17 marca 2019

Rok Szczura - czyli koniec i początek


Piętnastoletnia Pearl przygotowywała się na wyjście do kina ze swoją przyjaciółką Molly. Co chwilę zaglądała też do kuchni, w której krzątała się jej mama. Mama - zupełnie wycieńczona. To głównie przez swój okrągły brzuszek, a właściwie przez drobną osóbkę, która się w nim znajduje. Dokładnie takie same problemy pojawiały się przy pierwszej ciąży. Teraz nieco się spotęgowały, co niepokoiło Pearl oraz jej tatę. Hm, niezupełnie tatę, bo nastolatka nie poznała swojego biologicznego ojca. Jednak ze swoim przyszywanym tatą ma niezwykłą relację. To właśnie on bawił się z nią, gdy była malutka. Od zawsze pomagał mamie w jej wychowaniu. Ale właśnie, wróćmy do mamy. Nierzadko spotykały ją silne bóle głowy i wymioty. Jednak mimo tego nie poddawała się i wciąż funkcjonowała pełną parą. Kiedy Pearl wychodziła do kina zaproponowała jej, że tuż po powrocie wypiją wspólnie herbatę. Niestety, to nigdy nie nastąpiło.

Po skończonym seansie dziewczyna wyciągnęła telefon i zobaczyła całą masę nieodebranych połączeń i nieodczytanych esemesów od taty. Podejrzewała, co mogło się wydarzyć, jednak nie chciała dopuszczać do siebie tej myśli. Szybciutko złapała taksówkę i pojechała do szpitala. Ale było już za późno. Mama odeszła. Niespodziewanie i bez pożegnania. Pearl nie mogła pogodzić się z tą myślą. Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Wmawiała sobie, że to nieprawda. Mama "zostawiła" po sobie Rose. Rose, którą Pearl nazwała Szczurem. Bohaterka nie darzyła swojej siostry miłym uczuciem. Była przekonana, że to właśnie przez nią mama umarła, że gdyby nie siostra, wciąż by żyła. Nie potrafiła spojrzeć na Rose kochającym wzrokiem. Widziała w niej wroga, który odebrał jej nie tylko mamę, ale w pewien sposób również i tatę. Można nawet powiedzieć, że tata porzucił wszystkich i wszystko i zamieszkał w szpitalu, tuż obok swojej niewielkiej, biologicznej córki.


Pearl nie chciała z nikim rozmawiać. Zamknęła cały swój świat i nie zamierzała go otworzyć. Nawet przed swoją najlepszą przyjaciółką. Nie odpisywała na wiadomości, ani nie odbierała telefonów. I choć wiedziała, że rani Molly swoim zachowaniem, nie potrafiła tego zmienić. Pragnęła rozmawiać tylko i wyłącznie z jedną osobą. Ze swoją mamą. Pearl faktycznie z nią gawędziła, i to dość często. Uprzedzając pytania - tak, wydarzało się to po śmierci. Można to interpretować w sposób wszelaki. Bardzo prawdopodobne, że te rozmowy odbywały się w głowie głównej bohaterki, a być może były one snem lub jawą. A możliwe, że Pearl wywoływała mamę z ogromnej tęsknoty. Trudno mi stwierdzić, co dokładnie autorka, czyli Clare Furniss, miała na myśli, więc zostawię to do samodzielnego odkrycia.

Tata cały czas przebywał z Rose - fizycznie oraz myślami. Martwił się o uczucia swojej starszej córki i w pełni rozumiał to, że powrót do szkoły po tak okropnym wydarzeniu byłby tylko niepotrzebną frustracją. Dlatego Pearl nie chodziła do szkoły długie miesiące, co bardzo niepokoiło nauczycieli. Rozmyślała tylko i wyłącznie o mamie i o złu, które, jej zdaniem, wprowadziła do codzienności jej młodsza siostra. Nawet nie chciała przypominać sobie o tym, że już wkrótce Rose zostanie wypuszczona ze szpitala i zamieszka z nią i tatą. Przez pierwsze kilkanaście dni, ku jej zdziwieniu, wszystko było w porządku. Mała należała do grupki tych dzieci, które niewiele płaczą. Nastolatka prawie wcale nie musiała się nią zajmować, co przyniosło jej ulgę. Jednak do czasu. Tata przecież musiał wrócić do pracy, ich oszczędności nie wynosiły zbyt wiele, a ktoś musiał zająć się Rose. Jedyną taką osobą była właśnie Pearl. Z początku oczywiście zaprzeczała i na samą myśl o siostrze brało ją na wymioty. W końcu uległa. I dość mocno się zaskoczyła. Dlatego gdy babcia przyjechała do swojego syna i wnuczek, aby im pomóc, nastolatka była bardzo niezadowolona. Miała też ku temu również inne powody. Pozwólcie, że nie będę ich zdradzać, ale mogę ujawnić to, że Pearl miała dosyć ciągłych komentarzy swojej babci. O wyglądzie, charakterze, zachowaniu. O tym, że wcale nie różni się od mamy. Nic dziwnego, że wolała zamknąć się w pokoju i nawet nie wychodzić z niego jednym palcem.


W trudnych momentach nasza bohaterka wpatrywała się w widok za oknem. Jej oczom ukazywał się wtedy zaniedbany ogród. Nikt do niego nie zajrzał od czasu, kiedy zamieszkali w tym miejscu. Mama miała wizję idealnej, zielonej przestrzeni i roślin zachwycających wzrok. Ale to był wciąż mały, gęsty busz. Pearl niekiedy obserwowała Finna, wnuka schorowanej sąsiadki, pielęgnującego ogród starszej kobiety. Miała cichą nadzieję, że pewnego dnia pozna tego chłopaka bliżej. Będzie mogła z nim porozmawiać. Jednak po chwili przypomina sobie, że przecież nie chce wymieniać z nikim, nawet z Molly, choćby kilku zdań, więc nie może podejść i tak po prostu zacząć rozmowę z Finnem. Znowu dociera do niej, że życie bez mamy i jej rad jest przeraźliwie ciężkie.

"Rok Szczura" to pozycja dotycząca trudnego tematu, jakim jest śmierć najbliższej osoby. Po odejściu swojej mamy Pearl robi rzeczy, o których zrobieniu nie pomyślałaby nigdy wcześniej. Odstawiła na bok swoje pasje, naukę i przyjaciół. I także rodzinę. Bardzo mocno odczuła to, że mama była dla niej zdecydowanie najważniejszą osobą. Wraz z jej śmiercią umarła również duża część Pearl. Dzisiejsza lektura porusza temat dojrzewania, więzi rodzinnych, poszukiwania własnych korzeni i miłości - tej na wielu poziomach. "Rok Szczura" jest kierowany do osób w wieku czternaście plus, ale myślę, że te nieco młodsze oraz nieco starsze będą równie zachwycone oraz wzruszone. A, i muszę zaznaczyć, że jeśli akurat macie ochotę się pośmiać, zupełnie nie trafiliście i może warto poczekać. Nie zapomnijcie o chusteczkach!

Niezależnie od tego, czy Wy także macie młodsze siostry i ogrody niczym opuszczone busze, zamieszkajcie z Pearl właśnie od marca do lutego!

Tytuł - Rok Szczura
Tekst - Clare Furniss
Przekład - Katarzyna Rosłan
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2016

sobota, 2 marca 2019

Hen - czyli Saam, śnieg i lód


Norwegia. Pierwsze skojarzenie, które wpada mi do głowy, kiedy słyszę ten wyraz, to kolorowe, drewniane domki. Później moje myśli wędrują zaśnieżoną ścieżką do szczęśliwych i opatulonych w kurtki mieszkańców oraz do małych sklepików rybnych. Po chwili zadumy uciekam do świata drzew iglastych. Właśnie z tym kojarzy mi się Norwegia. Jednak jak się okazało, nie jest to jej prawdziwy obraz, a przynajmniej tej na północy. Ubierzcie się ciepło, w drogę!


Najpierw przenieśmy się do Tromsø, a konkretnie - do domu Iberta Amundsena. Do domu, w którym prawie dziewięćdziesięciolatek żyje sam. Z czasem przyzwyczaja się do samotności, która wypełnia kąty jego mieszkania. Niegdyś to uczucie było mu obce. Przebywał w towarzystwie żony, dwóch synów, trzech córek i czterech koni. I jeszcze wozu, na którym spędzał mnóstwo czasu. Najczęstszymi gośćmi na wozie Iberta były bloki lodu. Natomiast najczęstszym gościem, który witał ludzi w rękach braci Amundsenów (synów Iberta) był aparat. To głównie dzięki nim zachował się obraz miasteczek w Finnmarku. I kolejny dowód na to, że uwiecznianie codzienności to skarb!


Ibert codziennie odwiedza pobliską kawiarnię. Trwa to już kilka lat. "W kawie zanurza kostki brązowego cukru, a wzrok w gazecie albo w rozmówcy". Płynnie przechodzi z jednej opowieści do drugiej. Niekiedy jego rozmowy przeciągają się nawet do sześciu godzin. Może to dlatego, że widok za oknem wciąż się nie zmienia i trudno rozpoznać, czy wieczór już się zbliża. A trzeba zaznaczyć, że tematów do rozmowy z tym panem jest całe mnóstwo. Dotyczą one przede wszystkie przeszłości. Dzieciństwa, które wypełnione było "spalaniem". Nie, nie wojną. Spalaniem. Płonącymi domami. Wojna w Norwegii jest wspomnieniem, które każdemu mieszkańcowi przypomina właśnie o ogniu.


Dobrze, ale wrócimy do historii naszego bohatera. Oprócz tego, że Ibert był woźnicą, prowadził także kiosk. Te małe sklepiki były bardzo popularne w czasach jego młodości. Można było w nich kupić cały przekrój przedmiotów. Jedzenie, kosmetyki, ozdoby. W grono tych różności wliczały się także podpaski. Kupowanie ich było wstydem dla kobiet. Dlatego żona Iberta, aby zaoszczędzić go koleżankom, wkładała je pojedynczo do papierowych opakowań. Od tamtej pory już nikt nie rzucał dziewczynom kupującym artykuły im niezbędne niemiłych spojrzeń.


Jak wspomniałam już wcześniej, bracia Amundsenowie uwieczniali życie w północnej Norwegii. Mieli nawet swoją pracownię w piwnicy, w której powiększali i wywoływali zdjęcia. Ich tata podchodził do tego pozytywnie, ale z lekkim dystansem. Czasem, odwiedzajac swoich synów w pracowni, opowiadał drobne żarty. Poczucie humoru zawsze mu towarzyszyło. Słysząc pytanie dotyczące swoich urodzin odpowiada, że najchętniej zaprosiłby sto osób, a sam by nie przyszedł. Jeśli jesteście introwertykami, warto brać również taką opcję pod uwagę!

Odwiedźmy teraz pana, który wie bardzo dużo o korzeniach swojej rodziny i durnostojkach. Oraz o bujanych fotelach. A w szczególności jednym, niebieskim. Kolekcja Håkona Foldstada jest naprawdę spora. Każda rzecz ma jakąś wartość, zapisaną historię rodzinną. Do niedawna właściciel był do nich bardzo przywiązany. Jednak teraz postanowił je sprzedać. I w ten sposób niebieski, bujany fotel trafił do Ilony Wiśniewskiej, autorki książki "Hen". Pan Håkon twierdzi, że z wiekiem coraz trudniej o znalezieniu głębokiego sensu w trzymaniu tak wielu talerzy, łyżek i krzeseł. Dlatego cieszy się, że udało mu się oddać mebel w dobre ręce. Do fotela dorzucił jeszcze sędziwe zdjęcie, na którym zostały ukazane trzy kobiety. I teraz rodzi się kolejna zagadka - kim one są?


Autorka kieruje się z tym pytaniem do kobiety o imieniu Oddfrid. Staruszka z początku udaje, że pani Ilona wcale ją nie interesuje. Jest to spowodowane jej przekonaniem, że turyści niszczą Norwegię. Jednak po czasie zmienia zdanie. Hm, no może niezupełnie. Zmienia swoją opinię na temat pani Ilony. I postanawia, że jednak jej pomoże. Powszechnie wiadomo, że Oddfrid to jedyna osoba, która jest w stanie rozpoznać trzy postaci na fotografii. Oddfrid ma cały szereg katalogów i albumów ze zdjęciami mieszkańców Vardø. Mieszkańców z lekka zmęczonych. Najczęściej jest to spowodowane niełatwą pracą, która nie rozpieszcza w takich warunkach atmosferycznych.


O, przyjrzyjcie się tym dwóm paniom, o tam, w oddali. To dwie przyjaciółki - Wenche i Tove - także codziennie odwiedzające kawiarnię w pobliżu. Spotykają się tam, aby oderwać się od odśnieżania ogródka i wypić wspólnie kilka filiżanek. Wenche pracowała niegdyś w Grand Hotelu, po czym przyszedł czas na bieganie z informacjami dla rybaków w porcie, natomiast swoje dorosłe życie spędziła w banku. Teraz krząta się po domu, co chwilę coś nucąc. Kilka lat temu nagrała krążek z przebojami z lat sześćdziesiątych. Gdy mówi o swojej płycie, wypełnia ją duma. Tove urodziła się wśród płonących domów. Jej rodzice "byli z tych, którzy wojenne wspomnienia woleli przerabiać na wełniane swetry niż na opowieści". Dlatego nie wie zbyt wiele o swoim dzieciństwie. Swoje dorosłe lata przepracowała w niedawno zamkniętym biurze. Nie do końca przepada za siedzeniem w mieszkaniu. Znacznie bardziej lubi spacerować po okolicy. Nalewa sobie ciepłą kawę do termosu i wyrusza.


Jednak dzisiejsza pozycja nie opowiada tylko o dwóch miastach - Tromsø i  Vardø. Ilona Wiśniewska przejechała tysiące kilometrów na terenie Finnmarku, aby poznać historie tutejszych mieszkańców, a następnie przedstawić je w swojej książce. A są to historie wypełnione różnorodnością. Dotyczą między innymi mniejszości etnicznych, w tym przypadku Saamów, oraz podtrzymywania tradycji - nauki śpiewania joiku czy też szycia gátki. Autorka spotkała się z osobami, które postanowiły sprzeciwić się dyskryminacji i walczyć o prawa rdzennych mieszkańców północnej Norwegii. Dzięki ich słusznemu uparciu, coraz więcej Saamów pozbywa się wstydu swoich korzeni oraz zaczyna mówić we własnym języku, o czym w książce opowiadają między innymi Ellen Anne Ole Hætta, Mari Boine, Susann Funderud Skogvang. W Finnmarku powstają organizacje i festiwale, jak choćby Riddu Riđđu, pozwalające na zjednoczenie ludzi niegdyś żyjących wraz z wielkim strachem i kompletnie niepotrzebnym zażenowaniem. Należy pamiętać, że świat, któremu towarzyszą równouprawnienia staje się o niebo lepszy. "Hen" to, napisane wysmakowanym językiem i uzupełnione zdjęciami, opowieści ludzi, którzy otwierają przed czytelnikiem swoje wnętrze. Ludzi, którzy, mimo wielu niesprawiedliwości oraz surowego klimatu, pokochali opisane miejsce i nie chcą go opuszczać. Tak, Ilonie Wiśniewskiej należy się ogromny ukłon. To właśnie dzięki tej pani możemy zamieszkać w północnej Norwegii choć na kilka dni.


Pędźcie po nasz reportaż, bo jest to rzecz absolutnie wyśmienita!

Tytuł - Hen. Na północy Norwegii
Tekst i fotografie - Ilona Wiśniewska
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2016

sobota, 16 lutego 2019

My dwie, my trzy, my cztery - czyli mocna seria zaskoczeń


Dwa tygodnie temu zanurzyliśmy się w świat książek dla nastolatków i dzisiaj również z niego nie wyjdziemy. Otóż ostatnio na naszym rynku pojawiła się pozycja, która zachwyciła wiele osób. Przez niektórych, została nawet okrzyknięta najlepszą książką dla młodzieży. Dla mnie z pewnością jest jedną z najciekawszych i najmądrzejszych. Dobrze, wejdźmy już do domu Apple, prędziutko!

Właśnie przed chwilą wspomniana bohaterka wróciła z babcią ze szkoły. Babcia wciąż nie rozumie, że wiek trzynastu lat jest zdecydowanie odpowiedni na samodzielne powroty do domu. Ta sama babcia nie pozwala jej też wychodzić z koleżankami. Uważa, że Apple jest jeszcze za mała. Między innymi w takich momentach Apple pragnie, aby mama znów się pojawiła... Głęboko w to wierzy. Wyczekuje tej chwili jeszcze bardziej niż najlepszych prezentów. Mama odeszła ponad 10 lat temu. Uwaga, dosłownie odeszła! Po prostu spakowała swoje rzeczy i wyszła z mieszkania. Za oknem hulała burza i padał grudniowy śnieg. Apple, leżąc w swoim łóżku piętro wyżej, słyszała okrzyki dwóch kobiet. To wspomnienie szczególnie zapadło jej w pamięci - mimo tego, że miała tylko dwa lata. No raczej nie wymyślałaby czegoś aż tak nieprzyjemnego.


Jak już wcześniej wspomniałam, nastolatka ma serdecznie dosyć swojej babci. Kocha ją, jednak uważa, że w wielu sytuacjach zdecydowanie przesadza. Po takich chwilach na drugi dzień oddawała swoje łzy do koszulki Pilar, najlepszej przyjaciółki. To ona była jej największym wsparciem. To właśnie z nią Apple dzieliła się swoimi sekretami. Jednak do czasu. Do czasu, gdy Donna ukradła naszej bohaterce przyjaciółkę. Do czasu, gdy Pilar zdradziła tajemnice Apple. Nastolatka nie spodziewała się takiej zdrady. Była zrozpaczona. Ale miała nadzieję, że los być może jeszcze się odmieni.


Teraz Apple cały czas jest sama. Sama na przerwach, sama po lekcjach. Jedyną istotą, której może się zwierzać jest jej pies - Reks. Ukojenie znajduje także w... pisaniu poezji. Swój talent odkrywa dzięki panu od języka angielskiego. A trzeba zaznaczyć, że jest to talent, obok którego nie można przejść obojętnie. Przekonajcie się sami:

Wojna
To wcale nie wygląda jak wojna,
Chyba żeby przyjrzeć się bliżej - założyć najpierw okulary
I przejechać palcem po pęknięciach przyjaźni.
Byłyśmy we dwie,
Drużyna na dwieście punktów,
Aż Donna zabrała ją
Ode mnie.
Spadła jak kamień i zabrała Pilar,
Jak ptak chwytający rybę przy brzegu oceanu.
Nie wiedziałam, że coś takiego może się wydarzyć.
Myślałam, że przyjaźń zawsze oznacza właśnie to:
Na zawsze i zawsze, i zawsze.
Teraz wiem, że oznacza:
Dopóki.
Dopóki nie zjawi się ktoś ciekawszy,
Dopóki nie zjawi się ktoś lepszy,
Dopóki dyrygentka nie machnie batutą,
Wybierze ciebie, a nie mnie
I zakończy naszą symfonię.

Przenieśmy się w świąteczny czas. Apple nigdy go nie lubi. Ma ku temu dwa powody. Po pierwsze - ten wieczór przypomina jej ucieczkę mamy. Po drugie - właśnie wtedy do babci przyjeżdża tata wraz ze swoją partnerką, czyli macochą Apple. To jeden z nielicznych dni w roku, podczas których okazuje jakiekolwiek zainteresowanie swoją córką. Czyli podsumowując - nie przywiązuje do niej praktycznie żadnej uwagi.


Te święta są jeszcze bardziej nieszczęśliwe i przygnębiające dla naszej bohaterki. Dowiaduje się o nowinie, która powinna ją cieszyć i sprawiać, że poczuje się szczęśliwsza, jednak wcale tak nie jest. Osoby, które mnie ociupinę znają pewnie domyślają się, że nie zdradzę, co było wspomnianym prezentem. Oczywiście tak też zrobię. Pozwólcie, że zostawię to do odkrycia czytelnikowi.

Aby ochłonąć po rodzinnych informacjach, Apple wychodzi z Reksem na spacer. Jest z lekka zdruzgotana. Właśnie wtedy dostrzega sąsiada w swoim wieku. Ma na sobie sweter, gumiaki i wchodzi do pobliskich posiadłości przez dziury w ogrodzeniach. Mimo tego, że wcale nie zna Apple, próbuje jej pomóc. Jednak nastolatka odpycha go niemiłym spojrzeniem i wymownymi wypowiedziami. Chciałaby otrzymać pomoc tylko od jednej osoby. Marzy o tym, aby mama wróciła. I faktycznie, marzenie się spełnia! Jednak jak wszystkim wiadomo, los to niezły figlarz i rzeczy nie są takie, jakimi mogą się wydawać.


Tak jak zdradziłam na samym początku, "My dwie, my trzy, my cztery" jest książką absolutnie wyjątkową. Porusza kilka z tematów, które są niezwykle istotne. Bezgraniczna miłość rodziny i także jej brak, relacja z rodzicami, niedotrzymywanie obietnic, moc poezji, zdrada najlepszej koleżanki i przyjaźń ze zwierzakiem, pierwsze gorące uderzania serca i pewność siebie. Autorce należą się ogromne gratulacje i brawa. Być może znacie już Sarah Crossan z jej pozycji "Kasieńka" (aw, jakaż ona była wspaniała!). Tutaj nasza pisarka również wykazała się wielkim zrozumieniem, jeśli chodzi o świat problemów nastolatków. To, podzielona na sześć części, trzecia pozycja z serii, w której znalazły się także "Pasztety, do boju!" oraz "Bystrzak". Trudno nie przyznać racji temu, że poziom znów został utrzymany!

Wy także sięgnijcie po „My dwie, my trzy, my cztery” i rozwiążcie zagadkę związaną z tytułem!

Tytuł - My dwie, my trzy, my cztery
Tekst - Sarah Crossan
Przekład - Małgorzata Glasenapp
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2018

sobota, 2 lutego 2019

Pewnego lata - czyli kadry z dojrzewania


Za szybą okna można spostrzec śnieg i lód. Domyślam się, że wiele osób chciałoby, aby lato już powróciło. W pewnym sensie jest to możliwe. Zawsze możemy zatopić się w książkach, dzięki którym, choć na kilka chwil, myślami przeniesiemy się na wakacje. A jeśli jest to naprawdę dobra i wciągająca pozycja, to już w ogóle bomba! Przechodząc do sedna sprawy, poznajcie historię "Pewnego lata".

Rose, dorastająca nastolatka, już od kilku lat na wakacje jeździ z rodzicami w to samo miejsce. Cała trójka czuje się tam wyśmienicie. To czas, który mogą spędzić na samych przyjemnościach. To czas, który Rose wykorzystuje dokładnie tak, jak sobie wymarzyła. Od razu po przyjeździe do Awago, nastolatka pędzi do swojej młodszej przyjaciółki Windy. Spotykają się tam każdego lata. Mimo tego, że widują się zaledwie kilka dni w roku, śmiało można stwierdzić, że są najbliższymi i najwierniejszymi kompankami.


Oprócz zabaw i swawoli z Windy, Rose pochłaniała książki. W każdej wolnej chwili sięga po którąś z zabranych lektur. Sprawiają jej one sporo satysfakcji. Satysfakcję sprawia jej także oglądanie filmów ze swoją przyjaciółką. W Awago znajduje się ich wypożyczalnia. To miejsce bardzo często odwiedzane przez nasze bohaterki. Jednak wybierane filmy nie do końca są kierowane do osób w ich wieku, a przynajmniej tak sądzą rodzice dziewczyn. Rose i Windy spostrzegają, że we wspomnianej wypożyczalni dzieją się niezbyt dobre rzeczy. Bo czy zwracanie się do dziewczyn w sposób kompletnie pozbawiony szacunku jest odpowiednie? Czy przekleństwa, które można usłyszeć trzy razy w jednym zdaniu, są taktowne? Chyba wszyscy znają odpowiedzi na te pytania.


Atmosfera z lekka się zagęściła, więc rozluźnijmy się teraz na plaży. Dziewczyny pluskają się w wodzie popijając wodę z morza (ups!) i zajadając się chipsami. Śmiechu co niemiara. Ale nagle wywiązuje się rozmowa odnośnie dorosłości i atrakcyjności. O tym, że fajnie by było mieć już duży biust i chodzić niczym modelki na wybiegu. O tym, że już nie są przecież dziećmi. I o tym, że ten nie do końca grzeczny chłopak z wypożyczalni... wcale nie jest taki zły.


Podczas oglądanie filmów, Rose i Windy poruszają wiele tematów związanych z dojrzewaniem. Obie zdają sobie sprawę z tego, że już stykają się ze światem dorosłych i jego problemami. Starsza z przyjaciółek szczególnie tego doświadcza. Choć jej rodzice stoją tuż obok siebie, dzielą ich kilometry. Eh, a to wszystko przez jeden, przykry, incydent... Tata mówi swojej córce, że to tylko chwilowy kłopot, ale Rose dobrze wie, że jest zupełnie inaczej. Mimo swojego wieku, jest bardzo świadomą nastolatką. Chce być starsza. Maluje paznokcie i zwraca sporo uwagi na ubiór. Jest spokojna i odważna. Windy jest szalona i pełna energii. Istotne jest to, że obydwie dziewczyny łączy niepowtarzalna więź. Wspólnie przechodzą trudne okresy i pocieszają się wzajemnie. Choć niekiedy żarciki Windy doprowadzają Rose do szału.


"Pewnego lata" to komiks, który kierowany jest przede wszystkim do nastolatek. Mam wrażenie, że jest on wsparciem dla zakompleksionych i nieco skrytych dziewczyn. Pokazuje, że nie są same. Ja chciałabym mieć taką przyjaciółkę jak Rose. Mam przeczucie, że połączyłoby nas nie tylko zamiłowanie do książek. Dzisiejsza pozycja świetnie ukazuje również kontrast zachodzący w zderzeniu problemów młodzieży i dorosłych. To ważne, aby rodzice rozumieli zagwozdki swoich dzieci, nawet te, które mogą wydawać się im błahe. Dorośli muszą także pamiętać, że młodzi ludzie wcale nie mają zamkniętych oczu i bacznie obserwują rzeczywistość.


Słowo się rzekło, a raczej - napisało. "Pewnego lata" to komiks. To jeden z najważniejszych komiksów, jakie kiedykolwiek przeczytałam - nie jest to zdanie podkoloryzowane, ani w jednym procencie! Być może udowodni to informacja, że w książce występują tylko dwie barwy - czarna i biała. Jullian i Mariko Tamaki to duet, któremu należą się wielkie brawa. Wciąż nie otrząsnęłam się jeszcze z wspaniałości, jaką oprószyła mnie ta pozycja.

Wy także pozwólcie się oprószyć! Wskoczcie do wody wraz z Rose i Windy!

Tytuł - Pewnego lata
Tekst - Mariko Tamaki
Ilustracje - Jullian Tamaki
Przekład - Łukasz Buchalski
Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa, 2018

sobota, 26 stycznia 2019

W świecie małp - czyli z wizytą w hordzie


Mieszkają na trzech kontynentach - w Ameryce, Afryce i Azji. Ich siła polega na trzymaniu się w grupie, a tak właściwie to w hordzie. Pomysły tych zwierząt nie są niemądre nawet w jednym procencie. Często mówi się, że ogon to ich piąta kończyna. Patrząc na ich sposób poruszania się, naprawdę trudno się z tym nie zgodzić. To nasi najbliżsi kuzyni. Tak, teraz już wszystko jasne. Odchylmy lekkim ruchem dłoni liść monstery i zajrzyjmy do świata małp.


Nie jest tajemnicą to, że małpy dzielimy na rasy. Jedną z nich jest doskonale znany młodemu pokoleniu nosacz sundajski. Jak sama nazwa wskazuje, charakteryzuje się on naprawdę sporym nosem, który może liczyć nawet do dwudziestu centymetrów. Okazałym workiem pod brodą może pochwalić się gibon. Otóż wspomniany worek rozdyma się niczym balon przy wydawaniu odgłosów i staje się nawet większy od głowy. Nie odkryję Ameryki stwierdzając, że samce stroją się jak tylko mogą, aby samiczki poczuły do nich miętę. Uakari podrywają osobniczki na... pyszczki o kolorze krwistej czerwieni.


Energia w postaci pokarmu jest niezbędna do codziennego życia. Patrząc na świat małp, zdobywanie go nam, ludziom, może wydawać się niezwykle trudne. Makak krabożerny jest świetnym pływakiem i nurkiem, jego ulubionym przysmakiem są owoce morza. Natomiast kapucynka ukochała sobie kokosy. Aby dostać się do wnętrza twardego orzecha, rozbija skorupę kamieniem. Dżelady, znane z tego, że mieszkają w górach i na wyżynach Etiopii, uwielbiają soczystą, górską trawę.


Przyjrzyjmy się temu jeziorku, o tam, w oddali. To miejsce spotkań szympansów - małp nazywanych najmądrzejszymi, do czego w głównej mierze przyczyniła się Jane Godall. Dowodem niezawodnej inteligencji szympansów jest między innymi posługiwanie się patykiem tak sprawnie, jak człowiek łyżką. W ten sposób nasze małpki dostają się do wartościowych termitów ukrytych w termitierze. Ich uczucia także porównywane są do emocji ludzi. Zakochują się i obdarzają troską mniejsze osobniki, na przykład żółwie.


Wybierzmy się do dżungli. Tutaj mamy pełno atrakcji zarówno na górze, jak i na dole. Unieśmy nasz wzrok na korony drzew. Możemy zaobserwować tam gerezy, duki, wełniaki szare czy też wyjce. To właśnie one upodobały sobie te najwyższe partie drzew. Spójrzmy teraz nieco niżej. O, jaki potężny gibon! Dokładnie tak, jak jego siostry i bracia, technikę chodzenia, a nawet skakania, na gałęziach i lianach opanował do perfekcji. Zawodowi cyrkowcy nie mają z nimi szans. W oddali można dostrzec mistrzynię skoku w dal, gerezę abisyńską. A tuż pod nią spokojnie siedzą sobie dżelady. Hałas to przede wszystkim ich sprawka. Ale to tylko w ciągu dnia, nocą ich pyszczki nie wydają żadnych głośnych dźwięków. Skierujmy teraz nasze oczy na ziemię. W buszu ogromnych liści schowały się kapucynki. Kilka metrów dalej śpi goryl. Domyślam się, że za chwilkę się przebudzi, aby poszukać pożywienia.


Byliśmy już w ciepłym i gęstym buszu, więc zanurzmy się teraz... w wodzie. Gdy w Japonii pojawia się śnieg, małpy śnieżne czują się wyśmienicie. Mają gęste futro, które chroni je przed zimnem. Aby nie zamarznąć na kość, naszym małpkom pomagają także kąpiele w gorących zbiornikach wodnych nazywanych onsenami. Spędzają tam całe dnie! Małe makaki uwielbiają zabawy w śniegu. Szybko nawiązują także przyjaźnie z większymi osobnikami, jakimi są na przykład siki - jelonki. To właśnie one pomagają makakom przedostawać się z wody na ląd. W zamian za to otrzymują pożywienie i pielęgnację własnej sierści.


"W świecie małp" znajduje się tak wiele interesujących informacji, że wybór tych do recenzji był nie lada kłopotem. Dobrze, ale ja już nic więcej nie ujawnię! Reszta zostaje do samodzielnego odkrycia!

Nasza dzisiejsza pozycja to nie tylko wciągający tekst, ale także bogate ilustracje. A nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że rysunki odgrywają tutaj kluczową rolę. To sprawka Asi Gwis. Być może znacie tą panią z "Jaja", o którym napisałam tutaj. Pani Asi udało się zrobić książkę, która zaspokaja umysł i zachwyca oczy osób w każdym wieku, dosłownie! To co, sprawdzicie?

Tytuł - W świecie małp
Tekst i ilustracje - Asia Gwis
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa, 2019

sobota, 12 stycznia 2019

Pod podszewką - czyli dziewiętnaście uszytych opowieści


Sądzę, że nikt nie zaprzeczy przysłowiu "Nie szata zdobi człowieka". Jednak sądzę także, że każdy z nas ma swoje ulubione części garderoby, które lubi zakładać i w których bardzo dobrze się czuje. Dziś podyskutujemy sobie nieco właśnie o ubiorze. Poznamy sposób patrzenia na modę znanych i cenionych pisarzy. A przy okazji w głowie pozostaną nam liczne anegdoty i mądre słowa. A więc wskoczmy prędziutko do szaf osób wielbiących litery!

Zaczniemy od Olgi Tokarczuk, o której huczy cały świat. Jestem pewna, że wszyscy adoratorzy dobrej literatury kojarzą jej charakterystyczną fryzurę. Pani Olga uważa, że moda to "ostatni bastion wolności".  Przyznaje, że tak, jak Picasso ma okresy kolorystyczne w swoim życiu. Istnieje jeden kolor, który towarzyszy jej cały czas (czerń górą!). Niegdyś dominowała czerwień, fuksja i magenta, bordo, a teraz ulubieńcem stał się niebieski. Oczywiście oprócz kolorów, bardzo ważny jest krój. Olga Tokarczuk jest zaprzyjaźniona z sukienkami, i to takimi nieszablonowymi. Sukienka bez podszewki lub elementu wysuwającego się spod niej nie nadaje się do włożenia. Pisarka lubi zaskakiwać nie tylko swoją literaturą, ale także wyglądem.


Otwórzmy teraz drzwi szafy Joanny Bator. Zdecydowanie dominują tam kimona. Autorka w swojej opowieści przybliża nam historię najchętniej odsłanianych części ciała. Kiedyś były to nadgarstki, później honorowe miejsce zajął kark. Teraz trudno nie dostrzec, co jest "na szczycie". Wracając do kimon, to nie jedyny przejaw miłości pani Joanny do Japonii. Mieszkając w tym kraju Joanna Bator zaczęła pisać prozę. Przerzuciła się na minimalizm oraz polubiła naturalność. Bieganie, lekki makijaż i naturalny kolor włosów. Aktualnie pisarka nie mieszka już w Japonii, lecz śmiało można stwierdzić, że państwo to pozostało w jej głowie oraz w szafie.

O, a teraz czas na czerwień! Literatura plus czerwona sukienka równa się Katarzyna Bonda! Pani Katarzyna pokochała sukienki do tego stopnia, że przeznaczyła na nie osobny pokój w mieszkaniu. Zdradza, że ma ich ponad pięćset. Kiedy pracuje nad swoimi książkami, zakłada piżamę bądź polar. Natomiast gdy wychodzi już ze świata fabuły, sukienki towarzyszą jej praktycznie cały czas. Wszystkie szyte są w pracowni krawieckiej Przystanek Haft. Katarzyna Bonda szyje je hurtowo. Czasem tylko po to, aby poprawić sobie humor. Ponoć w mig potrafi poznać po ubiorze charakter danej osoby. Dlatego na spotkanie z panią Kasią trzeba uważnie przemyśleć, co na siebie włożyć!


Od czerwonej sukienki przejdziemy do eleganckich koszul, cylindrów i much. Miłośnikiem tego typu odzieży jest oczywiście Jacek Dehnel. Często ubiór tego pana uznawany jest za dziwny i niemodny. No cóż, to ekstrawagancja z krwi i kości! Trudno przejść obok Jacka Dehnela obojętnie. Twierdzi, że jeśli chodzi o pisarzy, woli szukać czegoś ciekawego w ich książkach, a nie w garderobie (zgadzam się!). Ale wie, że wizerunek jest niezwykle ważny. Zawsze dobiera swój strój z dużą dokładnością. Uwielbia dodatki - szelki, krawaty i laski. A bokobrody komponują się z tym idealnie!


Sylwia Chutnik i Grażyna Plebanek - jeśli chodzi o tę parkę, istnieje sporo kontrastów. Róż na włosach kontra stuprocentowa naturalność, sukienki kontra spodnie. Ale poświęćmy chwilkę właśnie włosom. Grzywki pani Sylwii nie da się zapomnieć. Ten wizerunek już na dobre do niej przylgnął, co bardzo cieszy pisarkę. Pani Sylwia wciąż nie rozumie, dlaczego jeszcze nie stała się twarzą swojej farby do włosów. Natomiast pani Grażyna jest zwolenniczką prostych fryzur. Według niej, najlepszy efekt to naturalne, długie włosy. Jednak Sylwię Chutnik i Grażynę Plebanek łączą wspólne zainteresowania - boks oraz pisanie, wspólnych felietonów również.

Krótkie włosy, męskie koszule oraz perfumy, szeroki uśmiech i ukochane książki wielu młodych dziewczyn. Dorzućmy jeszcze garnitury, szmizjerki i kombinezony. Za tym wszystkim stoi tylko jedna osoba - Anna Dziewit-Meller. Kiedy była członkinią zespołu rockowego, chodziła w skórzanych kurtkach, długich spódnicach, a jej ręce zdobiły liczne rzemyki. Teraz pani Anna kojarzy się z delikatnością i subtelnością. Zawsze zwraca uwagę na swoje ubrania i perfumy. Kiedy ogląda film i widzi na półeczce w tle flakonik, zatrzymuje domowy seans i wyszukuje dane perfumy w internecie. Ma naprawdę ich sporą kolekcję! Jej ulubione to te o zapachu morza, glonów i soli. Zielony kombinezon, czerwona szminka i właśnie takie perfumy. Naprawdę intrygujące!


Łukasz Orbitowski to pan kojarzony z lekkim nieposłuszeństwem i szczyptą adrenaliny. Raczej nikogo nie zaskoczę, jeśli napiszę, że autor uwielbia dres. Ale być może niektórych zaskoczę, gdy wspomnę, że pan Łukasz uwielbia... nosorożce. Niegdyś miał epizod "groźnego metalowca" i nie rozstawał się ze skórzanymi płaszczami. Potem nastąpił czas ubioru studenckiego - golfy i koszule w kratę górowały. Muszę przyznać, że trudno mi wyobrazić sobie Łukasza Orbitowskiego w koszuli. Później przyszedł czas na dres i tak już zostało. Pisarz nie zwraca uwagi na modę. Swój wizerunek kreuje z lekką nonszalancją.


A teraz lekki powrót do elegancji. Garnitur, nieoczywiste okulary i Ministerstwo Głupich Skarpetek. Michał Rusinek zawsze kojarzył mi się z osobą spokojną, dociekliwą i z wyrafinowanym humorem. Osobą, dla której liczy się każdy szczegół. Nic więc dziwnego, że ten (nie)poważny pan uwielbia kolorowe skarpety i fikuśne bryle. Pan Michał twierdzi, że to właśnie oczy powinny przykuwać uwagę, a okulary idealnie w tym pomagają. Jak pewnie większość z Was wie, autora irytują "językowe pypcie". Dlatego też wspomniał, że ubrań się nie "ubiera", tylko "zakłada". "Ubierać" można choinkę. Od tej chwili już nigdy nie ubiorę żadnej koszulki, swetra ani spodni!


Uchyliłam tylko rąbeczek tajemnicy, teraz już nic więcej nie zdradzę. Wspomniałam zaledwie o dziewięciu z zacnego grona dziewiętnastu pisarzy. Olga Tokarczuk, Joanna Bator, Katarzyna Bonda, Jacek Dehnel, Sylwia Chutnik, Grażyna Plebanek, Anna Dziewit-Meller, Agnieszka Wolny-Hamkało, Janusz Leon-Wiśniewski, Wojciech Chmielarz, Łukasz Orbitowski, Mariusz Czubaj, Katarzyna Tubylewicz, Aleksandra Zielińska, Jakub Małecki, Michał Rusinek, Marta Guzowska, Grzegorz Kasdepke i Justyna Sobolewska. Poznajcie ich zdanie na temat mody i tego, co na siebie wkładają (nie ubierają!). Koniecznie sięgnijcie po pozycję o tytule "Pod podszewką" autorstwa Sylwii Stano i Zofii Karaszewskiej (tak, to te panie od "Ady"). Muszę także wspomnieć, że w ramach tego przedsięwzięcia wymienieni pisarze zaprojektowali różne części garderoby. Powstały płaszcze, kaszkiety, spódnice i inne wymyślne stroje. Niekiedy może Was nawiedzić niezłe zaskoczenie!

Nie czekajcie ani chwili dłużej, zajrzyjcie do szaf i pod podszewki cenionych pisarzy!

Tytuł - Pod podszewką. Prawdziwy wizerunek pisarza
Tekst - Sylwia Stano i Zofia Karaszewska oraz Olga Tokarczuk, Joanna Bator, Katarzyna Bonda, Jacek Dehnel, Sylwia Chutnik, Grażyna Plebanek, Anna Dziewit-Meller, Agnieszka Wolny-Hamkało, Janusz Leon-Wiśniewski, Wojciech Chmielarz, Łukasz Orbitowski, Mariusz Czubaj, Katarzyna Tubylewicz, Aleksandra Zielińska, Jakub Małecki, Michał Rusinek, Marta Guzowska, Grzegorz Kasdepke, Justyna Sobolewska
Projektowanie i szycie - Justyna Ołtarzewska
Fotografie - Michał Jaworski
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa, 2018