Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Mann. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Mann. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 grudnia 2018

Artysta - czyli barwna paleta Kazimierza Manna


Artysta. Zajrzyjmy do księgi synonimów tego słowa. Autorytet, mistrz, człowiek sztuki, malarz. Te wyrazy trafnie określają pewnego człowieka. Człowieka, który nie opuszczał pędzli, spędził dwa lata w stalinowskim więzieniu, kochał zwierzęta, nie popierał szarej rzeczywistości, za to wielbił radosne barwy. To mężczyzna ciut zapomniany, lecz w ostatnim miesiącu odświeżony w pamięci wielu osób. Kazimierz Mann - rozpocznijmy opowieść z tym panem w roli głównej.


Urodził się we Lwowie w 1910 roku. Miał dwóch braci - Tadeusza i Romana. Cała trójka robiła to, co kochała. Tadeusz zajmował się nauką, natomiast Roman umiłował sobie architekturę i film. Bracia Mannowie byli w owych czasach rozpoznawani w swoim mieście. Często odwiedzali rozmaite restauracje i kluby. W takim właśnie miejscu pan Kazimierz poznał Malwinę Niemczewską i od tamtej pory już nic nie było takie, jak wcześniej. Wkrótce do państwa Mannów dołączyła jeszcze jedna osóbka - malutki Wojtek.


Pierwsze wspomnienie pana Wojtka z tatą ma miejsce w więzieniu. Otóż Kazimierz Mann trafił tam za publikację ilustracji w niemieckich gazetach. Zresztą w więzieniu znalazł się wraz ze wszystkim znanym Alfredem Szklarskim. Ale wróćmy do rodziny Mannów. Więzienie to niezbyt przyjemne miejsce, co chyba jest jasne. Dlatego też mały Wojtek był bardzo niechętnie zabierany w odwiedziny do taty. Kiedy pan Kazimierz został wypuszczony na wolność, długo nie mógł się odnaleźć. Oczywiście nie zapomniał o swojej pasji sprzed lat. Wciąż malował, mimo tego, że warunki mu na to nie sprzyjały. Państwo Mannowie zajmowali niewielkie mieszkanie. Problem polegał na tym, że w sąsiednim pokoju brakowało frontowej ściany. Minusy: zimno i niebezpieczeństwo. Plus: miejsce idealne na rozwieszenie prania.


W końcu nadszedł czas na przeprowadzkę. Nowe mieszkanie było nieco większe, przytulniejsze i miało wszystkie ściany. Nawet udało się tam zainstalować pracownię pana Kazimierza, który mimo kiepskiego oświetlenia był niestrudzony w swoim fachu. Niestety była również wada przeprowadzki. Wiele prac naszego artysty zawieruszyło się i ślad po nich zaginął.

Jak już wspomniałam na samym początku, Kazimierz Mann był wielbicielem radosnych barw, co można łatwo dostrzec w jego obrazach. Często ich tematem były kobiety. Przedstawiane z różnych perspektyw i w rozmaitych strojach. Jednak zdanie pana Kazimierza na temat kobiecości było inne niż może się Wam wydawać. Ale tę kwestię zostawię do samodzielnego odkrycia.


Skoro jesteśmy przy kolorach, nie mogę nie wspomnieć o cyrku oraz o plakatach filmowych. Otóż Kaziemierz Mann często zabierał swojego syna właśnie do cyrku. Mały Wojtek zawsze z wielkim zaciekawieniem przyglądał się tańczącym niedźwiedziom, zabawnym słoniom i ludziom chodzącym po linie, natomiast pan Kazimierz raczej nie zwracał na to uwagi. Uważnie obserwował wszystkie światła, barwy i stroje. Później przefiltrowywał to przez swoją wyobraźnię i przenosił na papier.
Było o cyrku, więc teraz czas na film. Zdarzało się, że Kazimierz Mann malował plakaty filmowe. Miał specjalną wejściówkę na seanse pokazywane przed premierą. Niekiedy nastoletni Wojtek wypożyczał ją od taty, nie mówiąc mu o tym, i w tej oto sposób wydłużał swoją listę obejrzanych filmów.


Auto! Posiadanie samochodu w tamtych czasach to była nie lada gratka. Kiedy pan Wojtek wracał pociągiem do Warszawy, na stacji zawsze czekali rodzice, po czym rozpoczynało się polowanie na taksówkę. Jednak pewnego dnia było troszkę inaczej. Pan Kazimierz urządził niezłe przedstawienie. Po wyjściu z dworca krzyknął na cały głos, że na parkingu stoi pusty samochód. Szybko do niego podbiegł, dokładnie go obejrzał, po czym wraz z żoną i synem wsiadł do środka. I już, Škoda Octavia pojechała pod mieszkanie państwa Mannów. Jak się później okazało, podczas nieobecności pana Wojtka, Kazimierz Mann nabył auto i zdobył prawo jazdy. No cóż, nie było ono zdobyte w pełni legalnie.


Na koniec jeszcze na chwilkę wrócimy do kolorów. Nasz bohater zajmował się także projektowaniem murali. Murali, które nieco rozweselały niezbyt barwną rzeczywistość. Ten najbardziej znany znajdował się na ścianie dworca Warszawa Gdańska. Gdy do naszej stolicy przyjeżdżały ważne osobistości, właśnie ten budynek był pierwszym punktem oprowadzania. Niestety, dziś nie zostało ani śladu po dziele pana Kazimierza.


Zapewniam Was, że moje historie to zaledwie skrawki ze spójnej i jakże rozbudowanej całości. Przygoda z samochodem i restauracjami jest o wiele bardziej rozległa. W książce mowa również na przykład o akwarium i... zupie jagodowej. "Artysta. Opowieść o moim ojcu" to znakomicie opisane wspomnienia Wojciecha Manna o swoim tacie. Wspomnienia uzupełnione rysunkami, obrazami i fotografiami, często zabawne i szokujące, porywają nas do świata pędzli i farb. Cieszę się, że pan Wojtek zdecydował się przypomnieć nam postać, która kolorem starała się zakryć szarość ówczesnej codzienności.


Warto poznać życie pana Kazimierza, a przy tym i dzieciństwo pana Wojtka od ciut innej strony. Nie zastanawiacie się, pędźcie po "Artystę"!

Tytuł - Artysta. Opowieść o moim ojcu
Tekst - Wojciech Mann
Wydawnictwo Znak, Kraków, 2018

niedziela, 25 lutego 2018

Wszystkie przygody Żabka i Ropucha - czyli dobre strony rechotania


Zapewne większość z Was niezbyt lubi żaby i ropuchy. Przyznam szczerze, że jakiś czas temu też ich nie lubiłam. Ba, nawet nie zawaham się stwierdzić, że żaby i ropuchy mnie obrzydzały! Ale to było jakiś czas temu... Teraz jest zupełnie odwrotnie. Do pewnej dwójki nawet czuję sympatię. A to wszystko dzięki zbiorowi wszystkich przygód radosnego Żabka i filozoficznego Ropucha! A więc zanurzmy się w absurdzie pewnych sytuacji.


Akcja rozgrywająca się w książce "Wszystkie przygody Żabka i Ropucha" rozpoczyna się wiosną, a konkretnie - w słoneczny, kwietniowy dzień. Żabek puka do Ropuchowych drzwi. Na wołanie "Ropuchu, Ropuchu!", Ropuch odpowiada "E tam". Ale Żabek nie przestaje pukać. Zachęca przyjaciela do wyjścia ze swego posłania, lecz ten nie ustaje. W końcu Żabek wchodzi do środka domu, a tam widnieje tylko i wyłącznie ciemność. Kiedy udaje mu się znaleźć Ropucha, wypycha go przed dom, aby zobaczył pierwsze oznaki wiosny. Na Ropuchu nie robi to wrażenia, więc pospiesznie wraca do łóżka. Mówi, że właśnie ucina sobie drzemkę od listopada do wpół do czerwca. I w tym momencie Żabek wpada na świetny pomysł! Wyrywa kartki z kalendarza, poprzestaje na maju. No, jest już maj, czas obudzić Ropucha i zachęcić go do wyjścia na spacer!


Ależ to zabawne! Choć znam zakończenie tej historyjki, gdy ją sobie przypominam, moje usta przybierają kształt księżyca w drugiej fazie! Zaznaczę jeszcze, że "Wszystkie przygodny Żabka i Ropucha" składają się z czterech części. Ja przedstawię po jednej historyjce z każdej, by nie odbierać Wam niezbędnej radości towarzyszącej czytaniu. Jedną mamy już za sobą. Przejdźmy do kolejnej.


Na 94 stronie wyczytałam, że Ropuch upiekł smakowicie pachnące i smakujące ciasteczka. Przyszedł z nimi do Żabka. Żabek stwierdził, że są to najpyszniejsze ciasteczka, jakie kiedykolwiek jadł. I po tym stwierdzeniu, dwójka przyjaciół usiadła przy stole i zajadała najpyszniejsze ciasteczka, jakie kiedykolwiek jadła. Zajadała je bez opamiętania. Wtedy odezwał się zdrowy rozsądek Żabka, który powiedział, że nie mogą pożerać tyle ciasteczek, bo się pochorują. No więc zjedli zupełnie ostatnie ciasteczko. Później jeszcze jedno zupełnie ostatnie ciasteczko, i jeszcze jedno zupełnie ostatnie ciasteczko, i jeszcze jedno zupełnie ostatnie ciasteczko. I znowu odezwał się zdrowy rozsądek Żabka. Powiedział, że trzeba ćwiczyć silną wolę! Żabek zamknął ciasteczka w pudełku. Obwiązał je kawałkiem sznurka. Postawił je na najwyższej półce, po czym jednak zdjął pudełko z najwyższej półki. Następnie przeciął sznurek i otworzył je. Wyniósł na dwór, zwołał ptaki, po czym te je zjadły. No, teraz Żabek i Ropuch nie mogą już zjeść swoich ciasteczek. Z pewnością się nie pochorują!


Czas na historyjkę numer trzy! Otóż w październiku, jak to zawsze bywa w tym miesiącu, na trawniki pospadało mnóstwo liści. Żabek postanowił zrobić Ropuchowi niespodziankę. Wyjął grabie z szopy, po czym pomaszerował do Ropuchowego ogródka. Idąc, cały czas myślał o radości Ropucha, gdy ten zobaczy, że na jego trawniku nie ma ani jednego listka. Kiedy zagrabił już liście, był z siebie niezmiernie dumny. Z uśmiechem na twarzy opuścił ogródek swojego przyjaciela. Nagle zerwał się okropny wiatr, lecz nasz bohater nie pomyślał, że zagrabione przez niego liście będą rozrzucone po całym trawniku. Przez głowę przebiegła mu tylko myśl - jutro zajmie się swoim.


W tym samym czasie, Ropuch postanowił zrobił Żabkowi niespodziankę. Wyjął grabie z szopy, po czym pomaszerował do Żabkowego ogródka. Idąc, cały czas myślał o radości Żabka, gdy ten zobaczy, że na jego trawniku nie ma ani jednego listka. Kiedy zagrabił już liście, był z siebie niezmiernie dumny. Z uśmiechem na twarzy opuścił ogródek swojego przyjaciela. Nagle zerwał się okropny wiatr, lecz nasz bohater nie pomyślał, że zagrabione przez niego liście będą rozrzucone po całym trawniku. Przez głowę przebiegła mu tylko myśl - jutro zajmie się swoim.


A teraz czwarta absurdalna sytuacja! Nadeszły urodziny Ropucha. Żabek wręczył mu bardzo oryginalny prezent, był nim... kapelusz! Gdy nasz solenizant zobaczył wspomniany podarunek, od razu go przymierzył. Jednak jak się okazało, kapelusz był dużo za duży. Lecz mimo tego, Ropuch z przyjemnością go nosił. Co z tego, że potknął się o kamień, uderzył o pień drzewa, wpadł do rowu. To był przecież prezent od najlepszego przyjaciela! Przez chwilę obaj się martwili, ale Żabek wpadł na genialny pomysł. Kazał Ropuchowi myśleć o wielkich rzeczach tuż przed snem. Wtedy jego głowa urośnie i kapelusz będzie leżał jak ulał.


Gdy nadeszła noc i Ropuch już spał, Żabek potajemnie zakradł się do jego domu i wziął kapelusz do siebie. Polał go wodą, po czym zostawił w ciepłym miejscu, by wysechł. A podczas tego schnięcia, kapelusz się kurczył, kurczył i kurczył. Później Żabek w gepardzim tempie pobiegł do domu Ropucha i odłożył kapelusz na jego miejsce. Kiedy rano jego przyjaciel się obudził, był niezwykle zadowolony, gdyż kapelusz leżał na jego głowie jak ulał!

Tak, to już koniec absurdalnych historyjek. Jednak nie myślcie sobie, że zdradziłam pół książki, o nie! Uchyliłam Wam dosłownie tylko rąbek "Wszystkich przygód Żabka i Ropucha". A, wspomnę jeszcze, że podczas (najlepiej rodzinnego!) czytania opisywanej książki, nieźle się uśmiejecie!


Wiem, że za tę lekturę odpowiada wiele osób, lecz wyróżnię najważniejszą dwójkę: Arnolda Lobela oraz Wojciecha Manna! Jak się pewnie domyślacie, pan Lobel odpowiedzialny jest za tekst i ilustracje, zaś tłumaczenie to sprawka pana Manna. Sądząc po przekładzie, Arnold Lobel ma znakomite poczucie humoru! Wystarczy, że przeczytamy zdanie "Nie boję się! - wrzasnął Ropuch, trzęsąc się ze strachu" i już poznamy charakter autora. Myślę, że panowie - chodzi o pana Wojtka i pana Arnolda - mogliby się zaprzyjaźnić. Łączą tych panów ich specjalności, czyli doskonała gra słów oraz niezwykle trafne żarciki!


Na koniec powtórzę raz jeszcze - sięgnijcie po tę pozycję. Jestem w pełni przekonana, że po jej przeczytaniu Wy także poczujecie sympatię do zielonych przyjaciół!

Tytuł - Wszystkie przygody Żabka i Ropucha
Tekst i ilustracje - Arnold Lobel
Przekład - Wojciech Mann
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

niedziela, 24 grudnia 2017

Amelia Bedelia i Boże Narodzenie - czyli historia o tym, jak zrobić z siebie gwiazdę


Jak ten czas szybko leci! Boże Narodzenie tuż za pasem, a przecież niedawno były wakacje! Mogę się założyć, że każdy chce, aby podczas wieczerzy wigilijnej wszystko było dopięte na ostatni guzik. Pani Rogers też tak chciała, jednak Amelia Bedelia, jej zwariowana gosposia, wszystkie polecenia potraktowała bardzo dosłownie! Ci, którzy już ją poznali, mogli się tego po niej spodziewać.


Najpierw Amelia miała upiec świąteczne ciasto orzechowe. A co kojarzy się ze świętami? Kartki z kalendarza! Gosposia wyrwała z niego wszystkie kartki ze świątecznymi datami i wrzuciła je do ciasta. Pieczenie ciast jest jej dobrą stroną, więc Bedelia upiekła również piernik, tak na wszelki wypadek.


Przejdźmy teraz do napełniania skarpetek. Amelia w życiu o czymś takim nie słyszała! Tak, wypełniała nadzieniem indyka, ale skarpetki?! No cóż, gosposia musiała wykonać wszystkie polecenia pani Rogers, napełnianie skarpetek również. Bedelia zrobiła smakowite nadzienie i włożyła go do sześciu wyjętych z garderoby podkolanówek. Amelia napełniła skarpetki, nikt nie może temu zaprzeczyć!


Następnym zadaniem gosposi było ubranie choinki. Na początku Amelia musiała oczywiście wyrównać jej gałęzie, aby drzewko miała kształtną figurę. Później poszła kupić piłki, gdyż bombki, według niej, są tak samo niebezpieczne, jak bomby. Ale to nie koniec niespodzianek! Bedelia musiała przyozdobić czubek choinki gwiazdą, ale jaką gwiazdą? Gwiazdą filmową, gwiazdą rocka, a może gwiazdą sportu? Amelia wykazała się tutaj niezwykła pomysłowością! Na czubku choinki umocowała lusterko oraz napis "Oto świąteczna gwiazda". Wystarczyło tylko podejść do ozdobionego piłkami drzewka i już było się prawdziwą gwiazdą!


A teraz nadszedł czas na moją ulubioną część tej książki, czyli przywitanie ciotki Myry! Ciotka miała przyjechać do państwa Rogers na Wigilię, więc pani Rogers powiedziała, aby gosposia przygotowała kolędy na jej powitanie. Bedelia świetnie wywiązała się z tego zadania. Zacytuję fragmencik:
"- Witamy, witamy, witamy! - powiedziały chórem dzieci.
- O co tu chodzi? - zdziwiła się pani Rogers.
- Mówiła pani, że ciotka Myra bardzo lubi Kolendy, więc zaprosiłam dzieci naszych sąsiadów, państwa Kolendów, żeby ją powitały".
Po przeczytaniu tego kawałka, roześmiałam się w głos!


Warto zaznaczyć, że Peggy Parish nie oszczędziła mojego śmiechu! To tylko pięć arcyśmiesznych historyjek, w książce jest ich więcej. Ich Wam nie zdradzę, lecz gdy przeczytacie książkę zatytułowaną "Amelia Bedelia i Boże Narodzenie", poznacie je, owszem.


Przyszła kolej na tłumacza! Tak, jak cztery poprzednie, tę część przełożył Wojciech Mann. Hmmm, ile czasu trzeba mu klaskać? A z pięć lat świetlnych! Pamiętajcie, że jeśli na świat przyjdzie Wam syn lub córka, musicie przełożyć obowiązek bicia braw na ich barki. No wiecie, po kilkudziesięciu latach klaskania, ręce będę nieźle boleć!


Nadeszła pora na... ilustratora! Książkę tę w prosty, ale jakże świąteczny i zabawny sposób zilustrowała Lynn Sweat. Warto zaznaczyć, że ta Pani ma niezwykle 'słodkie' nazwisko ;)


Święta to magiczny czas, który powinno się spędzać z rodziną. Seria o Amelii Bedelii jest serią, którą wspaniale czyta się w rodzinnym gronie. Życzę Wam wesołych, rodzinnych i książkowych Świąt Bożego Narodzenia!

Tytuł - Amelia Bedelia i Boże Narodzenie
Tekst - Peggy Parish
Ilustracje - Lynn Sweat
Przekład - Wojciech Mann
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

czwartek, 29 czerwca 2017

Wracaj, Amelio Bedelio! - czyli bardzo dosłowna pomoc


Wiem, że jest sporo osób, które znają już Amelię Bedelię. Ale wiem także, że są osoby, które Amelii Bedelii nie znają. Więc, aby wszyscy mogli poznać naszą bohaterkę, powtórzę po raz czwarty. Amelia Bedelia to szalona gosposia i wszystko wykonuje bardzo dosłownie. Pracuje u państwa Rogers i im pomaga. Lecz tak w sumie, to raczej sprawia kłopoty!


Czwarta część cyklu o Amelii Bedelii zaczyna się smacznie i równie pysznie się kończy. Zaczynamy od ptysiów piekących się w piekarniku. Po ptysiach czeka na nas śniadanie pani Rogers. Pani Rogers poprosiła swoją gosposię, by zrobiła jej płatki z kawą. A kiedy robi się płatki z mlekiem, płatki wsypuje się do mleka, więc Amelia zrobiła to samo, tylko że z kawą. "Zwalniam Cię!" - krzyknęła pani Rogers i Bedelia musiała opuścić jej dom.


Amelia szła po mieście ze smutną miną i zastanawiała się, co ma z sobą zrobić. Nagle ujrzała karteczkę z napisem "Potrzebna pomoc". Nie zastanawiała się długo. Weszła do środka. Jak się okazało, był to salon piękności. Pani w różowym fartuchu potrzebowała pomocy w układaniu włosów. Amelia Bedelia wyjęła z torebki szpilki i zaczęła upinać włosy. Niestety, skończyło się to bardzo boleśnie dla klientki, więc z ust pani w fartuchu wydobyły się słowa "Wynoś się natychmiast". I tak się też stało.


Następnie Amelia trafiła do salonu mody. Tam miała skrócić sukienki, lecz przecież wcale nie trzeba umieć szyć, żeby obciąć ubranie! Ale to również nie skończyło się w sposób miły dla Amelii. Potem Bedelia pojawiła się w biurze i musiała oznaczyć listy oraz doszlifować dokumenty. Położyła koperty na podłodze, po czym je podeptała. I już były oznaczone! Wyjęła pilniczek i dokładnie wyszlifowała dokumenty. Gdy tylko kierownik pojawił się w biurze, Amelia musiała je szybciutko opuścić.


Gosposia weszła do gabinetu lekarskiego. Miała zapraszać pacjentów pojedynczo, więc musiała oddzielić Janeczkę od mamy. Później poszła do recepcji. Następnie została wezwana do doktora. Lekarz potrzebował kilka szwów, aby zaszyć ranę Rysia. Amelia wyjęła ze swojej torebki kolorową nić oraz igłę. "Rękawiczki lekarskie! Natychmiast, proszę!" - rzekł doktor i Amelia założyła rękawiczki, tylko że rękawiczki miał założyć lekarz.


Nagle gosposia przypomniała sobie, że jej ptysie czekają u państwa Rogers na napełnienie czekoladowym kremem. Amelia Bedelia ruszyła biegiem w stronę domu Rogersów. Ale czy została tam na dłuższy czas? Czy zdążyła podgrzać obiad pana Rogersa? Ode mnie się tego nie dowiecie, lecz gdy przeczytacie książkę "Wracaj, Amelio Bedelio!", owszem.


To już czwarta część naszej Amelii i wszystkie książki przekładał na język polski Wojciech Mann. Napiszę po raz czwarty, że panu Wojtkowi należy bardzo długo klaskać za ten przekład. Myślę, że nawet kilka lat świetlnych. Ale czy starczy nam życia? Nie sądzę, ale takie oklaski i książki możemy przekazywać z pokolenia na pokolenia! Ostrzegam, przy tak długim klaskaniu co jakiś czas trzeba myć ręce! No wiecie, pot.


Tę Amelię także zilustrowała inna osoba. Nie jest to ani Fritz Siebel, ani Barbara Siebel Thomas. A więc kto? Podpowiem Wam. Tę część zilustrował Wallace Tripp. Ilustracje są bardzo kres(ków)kowe. Jest tutaj mnóstwo czarnych kreseczek! Obrazki Trippa idealnie nadawałyby się do kreskówek, ale również książki o Amelii Bedelii!


Pierwsza historia - ha! Druga historia - ha, ha! Trzecia historia - ha, ha, ha! Czwarta historia - ha, ha, ha, ha! Wiecie, co mam na myśli? Każda z opowiadań o Amelii Bedelii jest prześmieszna! Czytając, czujemy się, jakby ktoś łaskotał nas po brzuchu! A jeżeli ktoś ma łaskotki na piętach, to i po pietach! Ale uwaga! Gdy się zaczniemy śmiać przy pierwszej części, to i przy drugiej, i przy trzeciej, i przy czwartej nie ma już ratunku! Lecz tak w sumie, śmiech to zdrowie!


A Wy jak myślicie, czy pan Rogers był zadowolony ze swojej podgrzanej zupki?

Tytuł - Wracaj, Amelio Bedelio!
Tekst - Peggy Parish
Ilustracje - Wallace Tripp
Przekład - Wojciech Mann
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Amelia Bedelia i przyjęcie niespodzianka - czyli Amelia na mokro


Zapewne większość z Was zna już Amelię Bedelię. Wiecie, że to szalona gosposia, która wszystkie polecenia traktuje bardzo dosłownie. Ci, którzy czytali lub słyszeli o Amelii Bedelii wiedzą również, że dyspozycje państwa Rogers wykonuje sama. Tym razem tak nie było! Z pomocą nadszedł kuzyn Alcolu!


Jak to w każdy wtorek, do pani Rogers przychodzą koleżanki. Zwykle szydełkują i rozmawiają. Lecz tego wieczoru miało być ciut inaczej. Dziś pani Rogers ze swoimi koleżankami miały oblewać zaręczyny panny Almy. To przyjęcia jest bardzo wyjątkowe dla pani Rogers oraz jej koleżanek. A co więcej, to przyjęcie niespodzianka!

Amelia swą pracę zaczęła od zrobienia lodów czekoladowych. Ale jeszcze wcześniej wytłumaczyła kuzynowi, jak zająć się żywopłotem tak, aby inni podziwiali owoce jego pracy. To proste! Trzeba tylko wyjąć pudełko suszonych śliwek i nakładać je pojedynczo na gałązki! No proszę, jakie piękne owoce pracy!


Jeszcze przed przygotowywaniem przyjęcia niespodzianki, pan Rogers przyszedł do domu z porcją świeżych ryb. Amelia Bedelia miała je obłożyć lodem! Jakie szczęście, że właśnie skończyła robić lody czekoladowe!

Następnie Amelia wraz z kuzynem Alcolu przeleciała żelazkiem po obrusie, włożyła kwiaty cięte do dużej wazy i pięknie ułożyła prezenty. Ale nie było przecież oblewania panny Almy! Tym razem także się nie zawiedliśmy! Amelia Bedelia zapewniła nam zapas śmiechu na dłuższą chwilę. Pomocnicy państwa Rogers ubrali stroje kąpielowe, a potem wzięli wąż ogrodowy. Odkręcili wodę i skierowali wprost na pannę Almę! W ten właśnie sposób Alcolu i Amelia oblewali jej zaręczyny.


O jak dobrze, że nasza gosposia ma rękę do wypieków słodkości! Inaczej byłoby bardzo źle! Domyślacie się, co tym razem upiekła Amelia Bedelia? Podpowiem Wam - to na pewno nie tort cytrynowo bezowy ani szarlotka. I jeszcze coś! Potrawa została podana z lodami!

Myślę, że nie starczyłoby nam życia, aby klaskać panu Mannowi za ten równie genialny przekład! Ci, którzy mają teraz czapki na głowach koniecznie muszą je zdjąć. Ci, którzy ich nie mają, muszą po prostu je założyć, a następnie zdjąć. Czyli w skrócie 'czapki z głów'. Bombastyczny facet z tego pana Wojtka!


Tym razem ilustracje do książki Peggy Parish nie wykonał Fritz Siebel, lecz Barbara Siebel Thomas! Muszę przyznać, że charakter obrazków niesamowicie podobny! A nawet zastanawiałam się, czy ktoś nie przekręcił imienia i nazwiska ilustratora dwóch pierwszych części z serii o Amelii Bedelii!

Dużo razy zostaliście dziś oblani (oczywiście pomijając deszcz)? No bo dzisiaj Śmigus Dyngus! Przypuszczam, że panna Alma ma już dość jakiegokolwiek oblewania!


Tytuł - Amelia Bedelia i przyjęcie niespodzianka
Tekst - Peggy Parish
Ilustracje - Barbara Siebel Thomas
Przekład - Wojciech Mann
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

czwartek, 2 marca 2017

Dziękujemy ci, Amelio Bedelio! - czyli Amelia piecze szarlotkę

Do państwa Rogers miała przyjechać ciotka Myra, a pani Rogers (chyba z tego przejęcia) zapomniała podać Amelii Bedelii poleceń takich, aby można je było zrozumieć tylko na jeden sposób. No i już możemy się domyślać, że gosposia zrobiła coś zupełnie zwariowanego.

 

Tak, jak już kiedyś pisałam - Amelia Bedelia to szalona gosposia. Pani Rogers chciała, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Nie, nie. W tej chwili nie myślcie, że Amelia zapinała guziki, lecz robiła wiele innych rzeczy. Jakich? A mianowicie pierwszym krokiem było podzielenie prześcieradeł. Tylko po co je drzeć? Drugim krokiem było odebranie i sprawdzenie, czy wszystko w porządku z koszulami pana Rogersa, bo pani Rogers wiedziała, że ta pralnia pierze w kratkę. Ale trzeba do tego używać pędzla i farb? Dalsze kroki poznacie po przeczytaniu książki (cały czas łączącej się z takimi samymi nazwiskami - Parish, Siebel, Mann) pt. "Dziękujemy ci, Amelio Bedelio!".


Przejdziemy teraz trochę dalej, bo do rolad z dżemem. Ci państwo Rogers są bardzo niemądrzy według Amelii Bedelii, bo czy da się zrolować dżem? Rzecz jest jasna, że nie! Ale to złe zlecenie pani Rogers, czy też złe wykonanie gosposi?

Już wiemy, że pan Wojtek znów przełożył starą książkę Peggy Parish, jednak po tych dwóch sztukach - można mu klaskać co najmniej tydzień! Tutaj także pokazał, jak powinno się przekładać książki dla dzieci! No normalnie boski chłop!

Opowieść też nie jest za długa, ale ilustracji mnóstwo! Amelia Bedelia wygląda tak samo, państwo Rogers wyglądają tak samo, piesek wygląda tak samo, dom wygląda tak samo... och ta staranność! A czego innego moglibyśmy się spodziewać od pana Fritza Siebela.


Tutaj nie pojawił się bezowo cytrynowy tort, lecz szarlotka. Teraz to zapewne się wahacie - była pyszna, a może jednak spalona? Po takiej kobiecie można się spodziewać wszystkiego! I najważniejsze pytanie - czy ciasto smakowało ciotce Myrze?

Uwaga, uwaga! Tytuł: Dziękujemy ci, Amelio Bedelio!; treść: Peggy Parish; ilustracje: Fritz Siebel; przekład: Wojciech Mann
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017