Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania a może morze, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania a może morze, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 sierpnia 2020

A może morze? - czyli ahoj, Bałtyku!



Tegoroczne wakacje w bardzo wielu przypadkach minęły się z planem. Część ludzi wybrała się na przykład nad Bałtyk, natomiast niektórzy woleli zostać w domu. Jeśli należycie do tej pierwszej grupy, mam nadzieję, że wróciliście szczęśliwi i zdrowi. Dzisiaj przygotowałam znakomitą niespodziankę i dla wyjazdowiczów, i dla domatorów. Aby poczuć jej klimat, spróbujcie wyobrazić sobie morską bryzę, dzięki której włosy tańczą i co kilka sekund wpadają do oczu lub do ust. Przypomnijcie sobie parzący w stopy piasek, obklejający mokre od wody nogi. Poczujcie promyki słońca na twarzy (oczywiście wcześniej posmarowanej kremem z filtrem). Skoro już znaleźliśmy się nad Bałtykiem, pozostańmy tutaj na jakiś czas i poznajmy bałtyckie ciekawostki.


Morze Bałtyckie to najmłodsze morze na naszej planecie. Jest tylko ociupinkę starsze od nas. Liczy zaledwie... dwanaście tysięcy lat. Niezbyt wiele, prawda? To także dość chłodne morze. Latem temperatura wody raczej niechętnie przekracza dwadzieścia stopni Celsjusza. Natomiast zimą wynosi około trzech stopni. Brr, aż poczułam chłód na rękach. Jak już pewnie wiecie, zasolenie Bałtyku nie należy do oszałamiających liczb. W tabeli zasolenia z innymi morzami i oceanami, nasze morze zdecydowanie nie szczytuje, dlatego jest nazywane morzem słonawym. Bałtyk ma siedem i pół grama soli na litr wody. Tak dla porównania, Morze Śródziemne ma trzydzieści sześć gramów soli na litr wody, natomiast Morze Martwe - aż trzysta! Należy pamiętać, że im bardziej woda jest słona, tym łatwiej unosimy się na jej powierzchni. Morze Bałtyckie jest także dość płytkie. Ile wynosi jego średnia głębokość? I jak myślicie, z jakiego języka wywodzi się nazwa naszego morza? Macie może jakieś pomysły?


Czy znajdziemy w Bałtyku ogromnego rekina, pięknego wieloryba lub zadziwiającego marlina? Oczywiście, że nie. Wielkie stwory nie zaprzyjaźniły się z tym morzem. Dlaczego? Ponieważ Bałtyk jest morzem zamkniętym. A czy wiecie, jakie ryby polubiły się z Bałtykiem? Mogę Wam podpowiedzieć. Pierwsza ryba nazywana jest srebrem Bałtyku. Kiedyś tak licznie zaatakowała to morze, że mówiło się o niej "chwast". Teraz można szukać jej ze świecą (a raczej z wodoodporną latarką) w dłoni. Ma około czternaście centymetrów długości. Znacznie różni się od dobrze znanej nam ryby drapieżnej. Niezwykle eleganckiej, z wąsem na podbródku. Ona z kolei grasuje w Bałtyku w sporych ilościach. To dlatego, że jest zimnolubna. Wiecie, że w Morzu Bałtyckim mieszka... kuzyn konika morskiego? Naprawdę, nie żartuję! Wyposażony jest w chwytny ogon, który służy do czepiania się morskich traw. Jest cienki i długi. Z pewnością przypomnicie sobie, co to za ryby.


Okazuje się, że w Bałtyku gości także krewny delfina, czyli morświn. To gatunek zagrożony. Zaledwie kilka osobników pozostało w Bałtyku. Jeśli kiedykolwiek powitacie Morze Bałtyckie wiosną i spakujecie do kieszeni szczyptę szczęścia, możecie zobaczyć na plaży niewielkie foczki. Nie zbliżajcie się do nich, obserwujcie je z daleka! Ale z daleka z całą pewnością nie musicie obserwować bursztynów, czyli złota Bałtyku. Bursztyn to żywica z drzew iglastych, która zastygła dziesiątki milionów lat temu. W niektórych kroplach żywicy można dostrzec zatopione owady i roślinki. Bursztyny prezentują się nie tylko w żółci, brązie lub czerwieni. Występują też w barwie białej, a nawet niebieskiej czy szarej! Na bursztynowe poszukiwania najlepiej wybrać się wczesnym rankiem po sztormie. Wtedy można zebrać prawdziwe złote skarby!


Przeskoczmy do czasów, w których nie istniały jeszcze elastyczne, szybkoschnące kostiumy kąpielowe. Dawniej robiło się je własnoręcznie, na drutach lub na szydełku. Każdy strój do pływania wyglądał zupełnie inaczej, nie było dwóch takich samych. Po wyjściu z morza w ciężkim, przemoczonym kostiumie można było usłyszeć sprzedawcę lodów. Ubrany w biały fartuch oraz z zawieszoną na szyi drewnianą skrzynką głośno krzyczał: "Lody! Looooody! Lody Mewa na patyku!". Gdy brzuszek i kubki smakowe były już uśmiechnięte, spacer po molo w Sopocie kusił jeszcze bardziej. To najdłuższe molo w calutkiej Europie! Zgadnijcie, ile wynosi jego długość!


Założę się, że każdy z Was choć raz podziwiał morską panoramę z okna latarni. Wysyłanie światła to całodobowe zajęcie wszystkich latarni. Każda z nich ma swój własny zakodowany język - sygnał świetlny. Znają go tylko marynarze oraz żeglarze. W Polsce znajduje się piętnaście czynnych latarni. Większość z nich można odwiedzić i na własne oczy zobaczyć przeogromną świecącą żarówkę. Aby wspiąć się na wysoką latarnię, trzeba pokonać naprawdę sporo schodów. Najwyższa polska migająca wieża znajdująca się w Świnoujściu, skrywa wewnątrz ponad trzysta schodów. Jestem bardzo ciekawa, czy wiecie, jak daleko potrafi sięgnąć światło latarni morskiej. Zdradzę tylko, że to dwadzieścia cztery mile morskie. Mila morska - tak w przybliżeniu - mieści w sobie jeden i osiem dziesiątych kilometra. Teraz już z łatwością możecie rozwikłać zagadkę o świetlnym zasięgu latarni.


Kiedy sięgniecie po "A może morze?" poznacie zabawy z kamykami oraz tajemnice piszczącego piasku. Dowiecie się, kim są morzeczki i co noszą na swoich szyjach. Staniecie się ekspertami od rodzajów statków oraz morskich legend. Wypowiecie swoje imię posługując się alfabetem Morse'a. Aleksandra Karkowska i Barbara Caillot, dwie przyjaciółki oraz autorki dzisiejszej pozycji, zafundują Wam całą górę radości! Pomogą Wam odwiedzić nasze Morze Bałtyckie, nie wyściubiając nawet czubka nosa z pokoju! "A może morze?" to książka, której możecie być współautorami. Ten zeszyt zawiera sporo miejsca na Wasze odpowiedzi, emocje oraz przygody. Nie wahajcie się ani chwili dłużej - wybierzcie się nad Bałtyk razem z Barbarą Caillot i Aleksandrą Karkowską!


Tytuł - A może morze?
Tekst - Aleksandra Karkowska, Barbara Caillot
Oprawa graficzna - Katarzyna Brzostowska, Aleksandra Karkowska, Barbara Caillot
Kategoria wiekowa - 6+
Oficyna wydawnicza ORYGINAŁY, Łódź, 2020

czwartek, 11 maja 2017

Wyprawa Shackletona - czyli drżyj załogo, Endurance już na południu!


Ernesta Shakletona już od dziecka ciągnęło w stronę południa. Narzekał na nauczycieli, lecz nie przeszkadzało mu to interesować się książkami, a zwłaszcza poezją. W wieku 16 lat opuścił szkołę i wyruszył na morze, a podczas swoich wypraw wspierał załogę na duchu właśnie czytaniem. Shackleton podróżował, czytał i w 1914 roku postanowił zebrać załogę i popłynąć na... Antarktydę!


Shacketon wraz ze swoim zastępcą Frankiem Wildem spośród 5000 ochotników wybrał 26, aby pomagali i towarzyszyli mu w wyprawie na południe. Oprócz ludzi musiał rzecz jasna mieć statek, by nim popłynąć. Endurance już wpadł Shackletonowi w oko! Jego nazwa pochodziła od motta rodziny Shackletonów, a brzmiało ono: "Zwyciężymy wytrwałością". Ludzie... są! Statek... jest! A psy? Psy były tutaj niezbędne! Psy miały być silne i musiały posiadać grube futro. Z Kanady do Londynu wysłano ich aż 99, ale na wyprawę popłynęło 69.


Wabiły się między innymi: Alti, Alfons, Amundsen, Bob, Bosman, Bristol, Byczek, Całus, Caruso, Czajnik, Czarny, Elliot, Frytka, Gburas, Hackensmidt, Herkules, Jamie, Jasper, Jerry, Kangur, Kominiarz, Kropek, Kulas, Lampa, Luke, Lupoid, Małpa, Martin, Merkury, Niefart, Noel, Paddy, Pająk, Piotrek, Puszka, Rodger, Roy, Rozwód, Rufus, Rugby, Sadie, Sally, Sammy, Sadza, Samon, Sandy, Sędzia, Skrzat, Smutas, Steward, Szatan, Szekspir, Szpaner, Śliniak, Śliski Kark, Śnieżek, Śpiewak, Święty, Tim, Upton, Wilk, Zmiennik, Zuza, Żeglarz, Żołnierz.


Załoga Shackletona musiała zabrać ze sobą najróżniejsze przyrządy potrzebne do życia w mroźnych i niebezpiecznych warunkach - od nart i sań po koce i poduszki. Tak naprawdę ludzie na pokładzie Endurance 'zwiedzili' również inne wyspy, czyli na przykład Georgię Południową czy też Wyspę Słoniową (a na czym polegało zwiedzanie, powiedzieć Wam nie mogę, bo to opisane jest w książce). Jednak wszędzie było ciężko. Wszyscy cierpieli na odmrożenie i szkorbut, a mróz nie dawał spokoju. Paki lodowe wyglądały jak gigantyczne puzzle. Trudno się było przez nie przebić, choć załoga Shackletona była bardzo wytrzymała.


Czy Shackleton zdobył biegun południowy? Czy wszyscy dotarli cało? A może na statek Endurance wpadł pasażer na gapę? O tym dowiecie się po przeczytaniu tej historii. Co ważne, wszystkie przygody opisane w książce wydarzyły się naprawdę.


"Wyprawa Shackletona" została napisana i zilustrowana przez Williama Grilla. Jest to jego debiut książkowy. Książka jest równie fenomenalna jak "Wilki z Nowego Meksyku", którą poznałam jaką pierwszą. Autor do zilustrowania tej książek użył najzwyklejszych przyrządów, mianowicie kredek! Już same obrazki przykuwają naszą uwagę, a gdy czytamy i oglądamy w tym samym czasie... nie możemy wyjść z podziwu! Te ilustracje aż zapierają dech w piersiach. Nie są zbyt skomplikowane i być może to dlatego są tak rewelacyjne!


Na samym końcu książki mamy słowniczek. Podczas czytania musimy zwrócić szczególną uwagę na wyrazy napisane pogrubioną czcionką, a w słowniczku szukać ich znaczenia. Jednak nie tylko te pogrubione wyrazy są niełatwe, bo Agata Napiórska przekładając tę książkę na język zrozumiały dla Polaków zadbała o to, aby dzieci wzbogacały swoje słownictwo.



A może po przeczytaniu "Wyprawy Shackletona" Was także pociągnie na południe? Lecz proszę, nie złapcie odmrożeń i szkorbutu!

Tytuł - Wyprawa Shackletona
Tekst i ilustracje - William Grill
Tłumaczenie - Agata Napiórska
Wydawnictwo Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa 2015

wtorek, 20 czerwca 2017

Czary na Białym - czyli magia syfonu


Zuzka z obrzydzeniem trzymała na jednym palcu Kożuch z kakao. Wrzuciła go zlewu w szkolnej łazience, ale jak się okazało, zlew był magiczny. Syfon prowadził na wyspę otoczoną Morzem Białym. Morze Białe było całkiem białe, no bo mleko nie może mieć innego koloru! Oprócz tego Morze Białe na dnie nie miało piasku, lecz guziki.


Kiedy Kożuch znalazł się w mleku, spotkał Rybę w seledynowym surducie. Ryba okazała się być bardzo uprzejma. Do swojego ogona przyczepiła papierową łódkę, do której wskoczył Kożuch i razem płynęli na wyspę. Muszę jeszcze dodać, że przed spotkaniem z Rybą, Kożuch zrobił jedną z najważniejszych rzeczy, które do tej pory wykonał. Nasz bohater opowiedział na głos swoją Pierwszą Historię.


Na wyspie Kożuch poznał czwórkę przyjaciół - Laleczkę, Szypułkę, Kafelka i Koralika. Siedzieli w altance i rozmawiali. Po chwili i Kożuch z nimi rozmawiał. W końcu wszyscy się rozeszli i poszli spać. Wczesnym rankiem nasz bohater poprosił Koralika, aby ten pokazał mu okolicę. Koralik nie miał nic przeciwko, więc poszli. Podczas tej przechadzki Kożuch dowiedział się, że Laleczka kocha kwiaty, że w jednej z purchawek mieszka Bzik, który gryzie pięty (choć jak się później okazało, Bzik wcale nie gryzł pięt) oraz zdecydował, gdzie stanie niegdyś jego własny dom - na Skalistym Brzegu.


Kożuch trafił właśnie do świata otoczonego Morzem Białym. A gdzie trafia, na przykład guma do żucia czy też stary gwóźdź? Tego nie wiemy, chyba że zamienimy się w gumę lub gwoździa i wejdziemy do zlewu, a następnie trafimy na kręte korytarze syfonu. Jak myślicie, co dzieje się teraz z naszym zębem niechcący spuszczonym w toalecie? A może żyje sobie jakby nigdy nic i pije teraz wodę z cytryną? To możemy sobie tylko i wyłącznie wyobrazić! Magdalena Mrozińska i Maria Dek podały nam genialny przykład wyobrażania sobie drugiego życia małych przedmiotów lub też nawet resztek jedzenia.


Magdalena Mrozińska napisała "Czary na Białym" i wyszło jej to fenomenalnie! Jej język zrozumie większość dzieci, jednak występują słówka, które nie są często spotykane. I to właśnie dzięki ludziom takim, jak pani Magda nasz słownik staje się coraz obszerniejszy. Miałam przyjemność poznać osobiście panią Magdę i jest osoba stworzona do pisania książek dla dzieci! Wiem także, że ilustratorka tej oto książki, czyli Maria Dek jest przyjaciółką Magdaleny Mrozińskiej i obie wymyśliły historię Kożucha, a później podzieliły się na role.


Jak już wcześniej pisałam, ilustracje do książki "Czary na Białym" wykonała Maria Dek. I już widać po okładce, że są to ilustracje zrobione ręcznie. Jestem bardzo ciekawa, jak wy wyobrazilibyście sobie Kożucha, bo pani Marysia w bardzo ciekawy sposób. Oczywiście, słysząc nazwisko Dek od razu wiemy, że ilustracje będę rewelacyjne i tutaj także się nie zawiedliśmy. Panią Marię również widziałam na własne oczy oraz z nią rozmawiałam.


Ach, jakie to świetne doświadczenie poznać dwie tak wspaniałe autorki!


A Wy jak myślicie - czy Kożuch zamieszkał na Skalistym Brzegu? Co się działo na Wzgórzu Dmuchawców podczas wichury? Jakie rzeczy podgryzał Bzik, jeżeli nie były to pięty? Czy Pierwsza Historia Kożucha była prawdziwa? Odpowiedzi na te i inne pytania możecie znaleźć w książce bardzo uzdolnionych pań!

Tytuł - Czary na Białym
Tekst - Magdalena Mrozińska
Ilustracje - Maria Dek
Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2016

niedziela, 30 sierpnia 2020

30 znikających trampolin - czyli skacząc po opowieści

Na pewno przytrafiła się Wam kiedyś sytuacja, w której na przykład rodzina opowiadała o Waszym wspólnym wypadzie na kajaki, a podczas tej opowieści Wy łapaliście się za głowę i myśleliście: "O czym oni mówią? Przecież ich relacja zdarzeń wręcz graniczy z kłamstwem!". To nieprawda. Relacja zdarzeń rodziny wcale nie graniczyła z kłamstwem. Nie dotknęła go nawet opuszkiem palca! Podczas kajakowej wyprawy, uwagę rodziny przykuły po prostu inne atrakcje. Jej perspektywa znacząco różniła się od Waszej. I proszę bardzo - jedna historia, kilka osób i zupełnie odmienne opowieści. Dzisiaj naszą specjalną gościnią będzie... perspektywa! Zobaczcie, jak wiele od niej zależy.


Neutralnie.

Nadchodził sierpień. Właśnie zaczynała się druga połowa wakacji. Zosia i Łukasz spędzili całą sobotę ze swoją mamą. Najpierw wybrali się na basen. Radości z pływania i chlapania nie było końca. Po basenie grali w piłkę, a później założyli rolki i śmigali po asfalcie. Po tak aktywnie spędzonym czasie, brzuchy rodzeństwa się uaktywniły. Głód opanował je na dobre. Na całe szczęście w domu czekała pyszna pizza. Tata był prawdziwym pizzowym mistrzem. Oprócz smakowitego obiadu, Łukasz i Zosia nie mogli doczekać się... trampoliny! Trampolina była prezentem od rodziców. Skakanie na niej to ulubiona czynność naszej dwójki. Kiedy tylko pojawiała się wolna chwila, rodzeństwo pędziło do ogródka i wskakiwało na trampolinę. Ale wróćmy do sobotniego popołudnia. Zosia, Łukasz i mama wysiadali z autobusu i - z nutką zmęczenia na twarzy - zmierzali w kierunku domu. Łukasz dostał wiatru w żagle i szybciutko pobiegł do ogrodu. Na pewno wiecie, co chciał tam zrobić. Nagle stanął, jakby wyrosły mu korzenie. Nie mógł uwierzyć własnym oczom! Trampolina! Gdzie ona się podziała?!

Oczami.

Żadna chmurka nie zdołała zakryć słońca. Ta jaskrawa kula świeciła jak szalona! Wszyscy musieli mrużyć oczy. Łukasz oraz Zosia, ciemnowłose, zielonookie bliźniaki, właśnie wracali do domu. Ten dzień był wypełniony sportem. Najpierw rodzeństwo odwiedziło basen z przeźroczystą wodą, przez którą można było dostrzec błękitne kafelki. Dobrze, że wzięli ze sobą śnieżnobiałą piłkę - po basenie udało im się nią zagrać na zielonym trawniku. Natomiast później założyli rolki i razem z mamą rozszerzali oczy przechodniom. Nieco zmęczeni, położyli się na trawie fioletowej od koniczyn i popijali żółty sok. W końcu poczuli głód. Wyruszyli w drogę powrotną do domu. Rozmyślali o okrągłej, rumianej pizzy przygotowanej przez tatę. Ich myśli zajmowała także trampolina... Również okrągła, ale już nie rumiana. Swoim wyglądem cały czas kusiła Zosię oraz Łukasza, a oni ulegali jej urokowi i skakali po trampolinie całymi dniami. Po powrocie do domu Łukasz zauważył, że trampolina zniknęła! Na jego twarzy malował się jednocześnie smutek i niedowierzanie. Jak to możliwe, czyżby trampolina dostała nóg i uciekła?!

Uszami.

Tadam! Nadeszła pierwsza sierpniowa sobota. Panował tak ogromny upał, że wszystko skwierczało. Bliźniaki - Zosia i Łukasz oraz ich mama postanowili zrobić sobie sobotę, jakich mało. Z wielką ekscytacją pojawili się na basenie. Jednoznacznie stwierdzili, że schłodzenie się to świetny pomysł. Na basenie chlupała woda. Było słychać także radosne okrzyki dzieci i ich śmiech. A po basenie na całą trójkę czekała wizyta w parku z szeleszczącymi od lekkiego wiatru drzewami. Odbijanie piłki o trawnik nie było zbyt głośne, czego zdecydowanie nie można powiedzieć o wrzaskach mamy, która jeżdżąc na rolkach, bardzo często lądowała pupą na ziemi. Po niedługiej rolkowej przejażdżce, Zosia, Łukasz i mama spokojnie usiedli i pili sok, lekko siorbiąc. Nasi bohaterowie usłyszeli burczenie swoich brzuchów, więc szybciutko poszli na autobus. Jego silnik mruczał jak sędziwy niedźwiedź. W domu tata przygotowywał chrupiącą pizzę. Ale przed zjedzeniem obiadu, Zosia i Łukasz bardzo chcieli poskakać na swojej ukochanej trampolinie. Gdy tylko autobus się zatrzymał, chłopiec popędził do ogrodu. A tu niespodzianka! W ogrodzie nie było trampoliny. Łukasz wziął głęboki oddech i krzyknął: "Nie ma naszej trampoliny! Zniknęła! Ktoś ją ukradł!".

Straszliwie.

Ten dzień był dziwnie upalny i cichy. Nic nie wskazywało, że cokolwiek może zakłócić spokój sobotniego popołudnia. Zosię i Łukasza łączyło zniewalające podobieństwo. Każdy, kto tylko rzucił na nich okiem, dostawał w pakiecie ciarki na plecach i przeszywające spojrzenia. Bliźniaki i ich mama wracali do domu. Wcześniej wybrali się nad zdecydowanie za głęboki basen. To istny cud, że rodzeństwa nie pochłonął cyklon wodny, który pojawia się właśnie na głębokich wodach. Później Zosia i Łukasz grali w piłkę. Piłka unosiła się podejrzanie wysoko, jak gdyby podnosiły ją... duchy. Po kilku rozgrywkach cała trójka jeździła na rolkach. Mama także. Wychodziło jej to nieudolnie, często upadała. To był dla niej prawdziwy horror. Musiała walczyć o życie. Bo co by się stało, gdyby zbyt mocno uderzyła pupą o ziemię? Mogłaby umrzeć! Zosia i Łukasz byli wykończeni swoimi przerażającymi wyczynami na rolkach. Kiedy przycupnęli przy niemożliwie fioletowym trawniku, odezwały się ich brzuchy! Wypowiadały niezrozumiałe słowa. Bliźniaki oraz mama, straszliwie przestraszeni, popędzili do autobusu. Tam brzuchy domagały się pokarmu. Mówiły: "Szybko! Potrzebujemy jedzenia! Jeśli nam go nie dostarczycie, zjemy Was od środka". Na całe szczęście w domu czekała pizza przyrządzona przez tatę. Zosia oraz Łukasz marzyli jeszcze o zabawie na trampolinie. Ale co by się stało, gdyby skacząc skręcili sobie wszystkie kostki - nawet te w rękach? Już nie musieli się nad tym zastanawiać, bo gdy dotarli do domu, okazało się, że trampolina zniknęła. Czyżby ukradł ją jakiś potwór?!

Plotkarsko.

Dwie starsze panie przypadkowo spotkały się na ulicy. Słynęły one ze swojej biegłej znajomości okolicznych plotek. Swoją niedzielną rozmowę zaczęły od pytania: "A słyszała pani, co się stało wczoraj tu niedaleko?". Obydwie kobiety z ogromnym zaciekawieniem mówiły o napadzie na mamę oraz dwójkę jej dzieci! Ponoć gdy tylko nasza trójka wysiadła z autobusu po długim wypoczynku, ich walizki zniknęły. Ktoś ukradł je w biały dzień, tuż przy ludziach! Sąsiedzi widzieli tylko przestraszonego Łukasza, który szybciutko pędził do domu. Taka była wersja zdarzeń według pierwszej pani. Natomiast ta druga słyszała o czymś zupełnie innych. Podobno mama wyjechała z Zosią i Łukaszem nad morze, a w tym czasie złośliwi złodzieje obrabowali jej ogród! Włamali się nawet do domu i narobili tam licznych szkód. A kiedy Łukasz zobaczył, w jakim stanie jest jego dom, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Zaczął krzyczeć, po prostu puściły mu nerwy.

No cóż, jak widzicie, plotki i pogłoski mają się wyśmienicie. W miasteczku Zosi i Łukasza również.

Pozycja "30 znikających trampolin" przedstawia jedną, nieskomplikowaną - aczkolwiek zaskakującą - historię. Wspominane już wielokrotnie sobotnie popołudnie pokazane jest tutaj aż na trzydzieści różnych sposobów. W książce znajdziemy opowieść optymistyczną, esemesową, gazetową, długaśnie-zdaniową, a nawet rymowaną! Dorota Kassjanowicz zdecydowanie zasłużyła na uznanie czytelników. Jej pomysł na stworzenie tak nietypowej pozycji jest naprawdę genialny! Gdy tylko dowiedziałam się, że to Dorota Kassjanowicz jest autorką tekstu "30 znikających trampolin", szeroko się do siebie uśmiechnęłam. Dlaczego? Dlatego, że od książki "Cześć, wilki!" właśnie tej pisarki rozpoczęła się moja blogowa przygoda. Tak, to była pierwsza recenzja, którą napisałam! Możecie ją przeczytać klikając tutaj, ale raczej nie radzę tam zaglądać :) Ale do dzisiejszej lektury. Tekst idealnie przeplata się z ilustracjami, które świetnie wykonała Paulina Daniluk. No zerknijcie tylko na zdjęcia!


Chcecie dowiedzieć się, co stało się z trampoliną i na jakie sposoby została przedstawiona ta historia? Wiecie, co trzeba zrobić!


Tytuł - 30 znikających trampolin

Tekst - Dorota Kassjanowicz

Ilustracje - Paulina Daniluk

Kategoria wiekowa - 7+

Wydawnictwo Albus, Warszawa, 2020