niedziela, 4 sierpnia 2019

Marsz, marsz, Batory - czyli elegancja na falach


To transatlantyk, o którym słyszeli chyba wszyscy. Przez trzydzieści trzy lata był kluczem do pewnych drzwi. Drzwi, które otwierały nowy świat Polakom do emigracji. Już sama jego nazwa przywoływała na myśl luksus i elegancję. W końcu grejpfruty i czerwone dywany nie były codziennością. M/S Batory - to właśnie on. Z jego usług skorzystało aż dwieście siedemdziesiąt tysięcy pasażerów. Zajrzyjmy na pokład!


M/S Batory to statek jedyny w swoim rodzaju. Trzydzieści trzy lata pływał pod polską banderą. Odbył dwieście dwadzieścia dwa rejsy oceaniczne. Był naszą dumą narodową. Zmienił życie wielu osób. W czasie komuny pomagał przedostać się Polakom do Ameryki. Wszyscy byli wpatrzeni w nią jak w obrazek. Ameryka stanowiła układankę, w którą każdy chciał się wplatać. Niektórzy na zawsze, a inni tylko na kilka lat. Jednak niekiedy plany się zmieniały. Ale czasami także nie zawodziły.


Najpierw czekano na paszport oraz wizę. Czas tychże oczekiwań był udręką. Rok, pięć, a nawet siedem lat. Nigdy nie podawano dokładnego terminu odbioru dokumentów. Mówiono tylko jedno - kilka lat.  Kiedy ten etap już się kończył, przychodziła pora na pakowanie. A warto zaznaczyć, że zabierano ze sobą dosłownie wszystko. Teraz wydaje się to niezbyt realne. Jednak wtedy nie posiadano całej gromady zbędnych przedmiotów. Dlatego wielkie kufry były wypełnione nawet radiami, pościelami oraz niewielkimi meblami.


Zdarzało się, że kobiety kupowały sobie nowe suknie oraz buty specjalnie na rejs. A przed nim wszystkie biegały do krawcowej. Aby coś skrócić, przeszyć, żeby miało dłuższe życie. Później przychodził czas na pożegnanie z bliskimi. Do Ameryki płynęły całe rodziny, pary, przyjaciele lub pojedyncze osoby. Port w Gdyni był miejscem na ostatnie uściski, życzenia i rozmowy. Gdy rozbrzmiewały hymny - Batorego oraz Polski - należało wchodzić na pokład. Statek odpływał od brzegu bardzo powoli. Żegnał go zgromadzony tłum. Pojawiały się łzy, uśmiechy i machające dłonie.


Batory był statkiem niezwykle dużym. Posiadał aż siedem pokładów i miał sto sześćdziesiąt metrów długości. Wspomniane pokłady były ulubionymi miejscami do zabaw dzieci. Jednak często przeganiano je do kabin. A kiedy przychodził czas posiłku - do restauracji. Na Batorym codziennie serwowano pięć dań. Śniadanie, drugie śniadanie, obiad, deser, kolacja. Menu było bardzo rozbudowane. Podawano homary, cytrusy i zupy, o których większość osób nawet nie słyszała.


Wszystkie pokoje i sale naszego transatlantyka wprost błyszczały luksusem. Piękne dywany, obrazy Stryjeńskiej, żyrandole i nowoczesne meble. Kapitan wkładał rękawice i sprawdzał, czy jakiś mały kącik nie umknął uwadze pracownikom odpowiedzialnym za sprzątanie. Z każdym kolejnym dniem obsługa zyskiwała w oczach podróżnych i emigrantów. Był tylko jeden problem. Kołysanie. Ludzie, słysząc o historii Tytanica, przeraźliwie bali się dużych fal. Zamknięci w kabinach przemieszczali się z lewej strony na prawą i z prawej na lewą. Często rozróżnienie nieba i wody sprawiało lekką trudność.


Mama pewnej - wówczas małej - dziewczynki zabrała ze sobą mnóstwo książek. W domu zrobiła ich surową selekcję. Spakowała tylko polskie pozycje, tłumaczenia zostały w budynku zamkniętym na klucz. Inna kobieta tuż po wejściu na pokład zrobiła awanturę. Obiecano jej kabinę z pięknym widokiem na morze, a przez okno było widać "rudery". Okazało się, że statek jeszcze nie odpłynął. Wiele osób twierdziło, że Batory był wolnością. Ową wolność fotografowała pani z aparatem Zorka. Zresztą nie była sama. Pasażerowie chętnie uwieczniali niezapomniane chwile na statku. Później z uśmiechem patrzyli na zdjęcia, które tak bardzo kontrastowały z szarą rzeczywistością w Polsce.


Gdy nasi bohaterowie docierają do Ameryki, rozpoczynają zupełnie różne od siebie życia. Niektórzy kupują samochody i zajadają się czekoladą, a inni szukają promocji we wszystkich sklepach. Niewiele osób wraca do Polski - mimo tego, że tęsknota wzrasta z każdym dniem. Chcecie poznać historię legendarnego transatlantyka? Tak? Bardzo mnie to cieszy. Koniecznie sięgnijcie po pozycję "Marsz, marsz, Batory"!


"Marsz, marsz, Batory" to książka nieszablonowa. Jest podzielona na trzy części - pierwsza: przed rejsem, druga: podczas rejsu, a trzecia: po rejsie. Aleksandra Karkowska i Barbara Caillot postanowiły odszukać osoby, które płynęły legendarnym statkiem albo na nim pracowały. Autorki poznały ich przeżycia i wykorzystały nabytą wiedzę do swojej książki. "Batorowe" opowieści przeplatają się ze sobą. Niekiedy są metaforą, a czasami bezpośrednim opisem zdarzeń albo uczuć. Wspomnienia są uzupełnione licznymi fotografiami, listami i ilustracjami. Dlatego można pokusić się o stwierdzenie, że "Marsz, marsz, Batory" to tak naprawdę cudowny album.

No dobrze, weszliście już na pokład. Chyba zostaniecie na nim nieco dłużej, prawda?

Tytuł - Marsz, marsz, Batory
Tekst - Barbara Caillot, Aleksandra Karkowska
Oficyna Wydawnicza ORYGINAŁY, Poznań, 2019

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza