niedziela, 17 marca 2019

Rok Szczura - czyli koniec i początek


Piętnastoletnia Pearl przygotowywała się na wyjście do kina ze swoją przyjaciółką Molly. Co chwilę zaglądała też do kuchni, w której krzątała się jej mama. Mama - zupełnie wycieńczona. To głównie przez swój okrągły brzuszek, a właściwie przez drobną osóbkę, która się w nim znajduje. Dokładnie takie same problemy pojawiały się przy pierwszej ciąży. Teraz nieco się spotęgowały, co niepokoiło Pearl oraz jej tatę. Hm, niezupełnie tatę, bo nastolatka nie poznała swojego biologicznego ojca. Jednak ze swoim przyszywanym tatą ma niezwykłą relację. To właśnie on bawił się z nią, gdy była malutka. Od zawsze pomagał mamie w jej wychowaniu. Ale właśnie, wróćmy do mamy. Nierzadko spotykały ją silne bóle głowy i wymioty. Jednak mimo tego nie poddawała się i wciąż funkcjonowała pełną parą. Kiedy Pearl wychodziła do kina zaproponowała jej, że tuż po powrocie wypiją wspólnie herbatę. Niestety, to nigdy nie nastąpiło.

Po skończonym seansie dziewczyna wyciągnęła telefon i zobaczyła całą masę nieodebranych połączeń i nieodczytanych esemesów od taty. Podejrzewała, co mogło się wydarzyć, jednak nie chciała dopuszczać do siebie tej myśli. Szybciutko złapała taksówkę i pojechała do szpitala. Ale było już za późno. Mama odeszła. Niespodziewanie i bez pożegnania. Pearl nie mogła pogodzić się z tą myślą. Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Wmawiała sobie, że to nieprawda. Mama "zostawiła" po sobie Rose. Rose, którą Pearl nazwała Szczurem. Bohaterka nie darzyła swojej siostry miłym uczuciem. Była przekonana, że to właśnie przez nią mama umarła, że gdyby nie siostra, wciąż by żyła. Nie potrafiła spojrzeć na Rose kochającym wzrokiem. Widziała w niej wroga, który odebrał jej nie tylko mamę, ale w pewien sposób również i tatę. Można nawet powiedzieć, że tata porzucił wszystkich i wszystko i zamieszkał w szpitalu, tuż obok swojej niewielkiej, biologicznej córki.


Pearl nie chciała z nikim rozmawiać. Zamknęła cały swój świat i nie zamierzała go otworzyć. Nawet przed swoją najlepszą przyjaciółką. Nie odpisywała na wiadomości, ani nie odbierała telefonów. I choć wiedziała, że rani Molly swoim zachowaniem, nie potrafiła tego zmienić. Pragnęła rozmawiać tylko i wyłącznie z jedną osobą. Ze swoją mamą. Pearl faktycznie z nią gawędziła, i to dość często. Uprzedzając pytania - tak, wydarzało się to po śmierci. Można to interpretować w sposób wszelaki. Bardzo prawdopodobne, że te rozmowy odbywały się w głowie głównej bohaterki, a być może były one snem lub jawą. A możliwe, że Pearl wywoływała mamę z ogromnej tęsknoty. Trudno mi stwierdzić, co dokładnie autorka, czyli Clare Furniss, miała na myśli, więc zostawię to do samodzielnego odkrycia.

Tata cały czas przebywał z Rose - fizycznie oraz myślami. Martwił się o uczucia swojej starszej córki i w pełni rozumiał to, że powrót do szkoły po tak okropnym wydarzeniu byłby tylko niepotrzebną frustracją. Dlatego Pearl nie chodziła do szkoły długie miesiące, co bardzo niepokoiło nauczycieli. Rozmyślała tylko i wyłącznie o mamie i o złu, które, jej zdaniem, wprowadziła do codzienności jej młodsza siostra. Nawet nie chciała przypominać sobie o tym, że już wkrótce Rose zostanie wypuszczona ze szpitala i zamieszka z nią i tatą. Przez pierwsze kilkanaście dni, ku jej zdziwieniu, wszystko było w porządku. Mała należała do grupki tych dzieci, które niewiele płaczą. Nastolatka prawie wcale nie musiała się nią zajmować, co przyniosło jej ulgę. Jednak do czasu. Tata przecież musiał wrócić do pracy, ich oszczędności nie wynosiły zbyt wiele, a ktoś musiał zająć się Rose. Jedyną taką osobą była właśnie Pearl. Z początku oczywiście zaprzeczała i na samą myśl o siostrze brało ją na wymioty. W końcu uległa. I dość mocno się zaskoczyła. Dlatego gdy babcia przyjechała do swojego syna i wnuczek, aby im pomóc, nastolatka była bardzo niezadowolona. Miała też ku temu również inne powody. Pozwólcie, że nie będę ich zdradzać, ale mogę ujawnić to, że Pearl miała dosyć ciągłych komentarzy swojej babci. O wyglądzie, charakterze, zachowaniu. O tym, że wcale nie różni się od mamy. Nic dziwnego, że wolała zamknąć się w pokoju i nawet nie wychodzić z niego jednym palcem.


W trudnych momentach nasza bohaterka wpatrywała się w widok za oknem. Jej oczom ukazywał się wtedy zaniedbany ogród. Nikt do niego nie zajrzał od czasu, kiedy zamieszkali w tym miejscu. Mama miała wizję idealnej, zielonej przestrzeni i roślin zachwycających wzrok. Ale to był wciąż mały, gęsty busz. Pearl niekiedy obserwowała Finna, wnuka schorowanej sąsiadki, pielęgnującego ogród starszej kobiety. Miała cichą nadzieję, że pewnego dnia pozna tego chłopaka bliżej. Będzie mogła z nim porozmawiać. Jednak po chwili przypomina sobie, że przecież nie chce wymieniać z nikim, nawet z Molly, choćby kilku zdań, więc nie może podejść i tak po prostu zacząć rozmowę z Finnem. Znowu dociera do niej, że życie bez mamy i jej rad jest przeraźliwie ciężkie.

"Rok Szczura" to pozycja dotycząca trudnego tematu, jakim jest śmierć najbliższej osoby. Po odejściu swojej mamy Pearl robi rzeczy, o których zrobieniu nie pomyślałaby nigdy wcześniej. Odstawiła na bok swoje pasje, naukę i przyjaciół. I także rodzinę. Bardzo mocno odczuła to, że mama była dla niej zdecydowanie najważniejszą osobą. Wraz z jej śmiercią umarła również duża część Pearl. Dzisiejsza lektura porusza temat dojrzewania, więzi rodzinnych, poszukiwania własnych korzeni i miłości - tej na wielu poziomach. "Rok Szczura" jest kierowany do osób w wieku czternaście plus, ale myślę, że te nieco młodsze oraz nieco starsze będą równie zachwycone oraz wzruszone. A, i muszę zaznaczyć, że jeśli akurat macie ochotę się pośmiać, zupełnie nie trafiliście i może warto poczekać. Nie zapomnijcie o chusteczkach!

Niezależnie od tego, czy Wy także macie młodsze siostry i ogrody niczym opuszczone busze, zamieszkajcie z Pearl właśnie od marca do lutego!

Tytuł - Rok Szczura
Tekst - Clare Furniss
Przekład - Katarzyna Rosłan
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2016

sobota, 2 marca 2019

Hen - czyli Saam, śnieg i lód


Norwegia. Pierwsze skojarzenie, które wpada mi do głowy, kiedy słyszę ten wyraz, to kolorowe, drewniane domki. Później moje myśli wędrują zaśnieżoną ścieżką do szczęśliwych i opatulonych w kurtki mieszkańców oraz do małych sklepików rybnych. Po chwili zadumy uciekam do świata drzew iglastych. Właśnie z tym kojarzy mi się Norwegia. Jednak jak się okazało, nie jest to jej prawdziwy obraz, a przynajmniej tej na północy. Ubierzcie się ciepło, w drogę!


Najpierw przenieśmy się do Tromsø, a konkretnie - do domu Iberta Amundsena. Do domu, w którym prawie dziewięćdziesięciolatek żyje sam. Z czasem przyzwyczaja się do samotności, która wypełnia kąty jego mieszkania. Niegdyś to uczucie było mu obce. Przebywał w towarzystwie żony, dwóch synów, trzech córek i czterech koni. I jeszcze wozu, na którym spędzał mnóstwo czasu. Najczęstszymi gośćmi na wozie Iberta były bloki lodu. Natomiast najczęstszym gościem, który witał ludzi w rękach braci Amundsenów (synów Iberta) był aparat. To głównie dzięki nim zachował się obraz miasteczek w Finnmarku. I kolejny dowód na to, że uwiecznianie codzienności to skarb!


Ibert codziennie odwiedza pobliską kawiarnię. Trwa to już kilka lat. "W kawie zanurza kostki brązowego cukru, a wzrok w gazecie albo w rozmówcy". Płynnie przechodzi z jednej opowieści do drugiej. Niekiedy jego rozmowy przeciągają się nawet do sześciu godzin. Może to dlatego, że widok za oknem wciąż się nie zmienia i trudno rozpoznać, czy wieczór już się zbliża. A trzeba zaznaczyć, że tematów do rozmowy z tym panem jest całe mnóstwo. Dotyczą one przede wszystkie przeszłości. Dzieciństwa, które wypełnione było "spalaniem". Nie, nie wojną. Spalaniem. Płonącymi domami. Wojna w Norwegii jest wspomnieniem, które każdemu mieszkańcowi przypomina właśnie o ogniu.


Dobrze, ale wrócimy do historii naszego bohatera. Oprócz tego, że Ibert był woźnicą, prowadził także kiosk. Te małe sklepiki były bardzo popularne w czasach jego młodości. Można było w nich kupić cały przekrój przedmiotów. Jedzenie, kosmetyki, ozdoby. W grono tych różności wliczały się także podpaski. Kupowanie ich było wstydem dla kobiet. Dlatego żona Iberta, aby zaoszczędzić go koleżankom, wkładała je pojedynczo do papierowych opakowań. Od tamtej pory już nikt nie rzucał dziewczynom kupującym artykuły im niezbędne niemiłych spojrzeń.


Jak wspomniałam już wcześniej, bracia Amundsenowie uwieczniali życie w północnej Norwegii. Mieli nawet swoją pracownię w piwnicy, w której powiększali i wywoływali zdjęcia. Ich tata podchodził do tego pozytywnie, ale z lekkim dystansem. Czasem, odwiedzajac swoich synów w pracowni, opowiadał drobne żarty. Poczucie humoru zawsze mu towarzyszyło. Słysząc pytanie dotyczące swoich urodzin odpowiada, że najchętniej zaprosiłby sto osób, a sam by nie przyszedł. Jeśli jesteście introwertykami, warto brać również taką opcję pod uwagę!

Odwiedźmy teraz pana, który wie bardzo dużo o korzeniach swojej rodziny i durnostojkach. Oraz o bujanych fotelach. A w szczególności jednym, niebieskim. Kolekcja Håkona Foldstada jest naprawdę spora. Każda rzecz ma jakąś wartość, zapisaną historię rodzinną. Do niedawna właściciel był do nich bardzo przywiązany. Jednak teraz postanowił je sprzedać. I w ten sposób niebieski, bujany fotel trafił do Ilony Wiśniewskiej, autorki książki "Hen". Pan Håkon twierdzi, że z wiekiem coraz trudniej o znalezieniu głębokiego sensu w trzymaniu tak wielu talerzy, łyżek i krzeseł. Dlatego cieszy się, że udało mu się oddać mebel w dobre ręce. Do fotela dorzucił jeszcze sędziwe zdjęcie, na którym zostały ukazane trzy kobiety. I teraz rodzi się kolejna zagadka - kim one są?


Autorka kieruje się z tym pytaniem do kobiety o imieniu Oddfrid. Staruszka z początku udaje, że pani Ilona wcale ją nie interesuje. Jest to spowodowane jej przekonaniem, że turyści niszczą Norwegię. Jednak po czasie zmienia zdanie. Hm, no może niezupełnie. Zmienia swoją opinię na temat pani Ilony. I postanawia, że jednak jej pomoże. Powszechnie wiadomo, że Oddfrid to jedyna osoba, która jest w stanie rozpoznać trzy postaci na fotografii. Oddfrid ma cały szereg katalogów i albumów ze zdjęciami mieszkańców Vardø. Mieszkańców z lekka zmęczonych. Najczęściej jest to spowodowane niełatwą pracą, która nie rozpieszcza w takich warunkach atmosferycznych.


O, przyjrzyjcie się tym dwóm paniom, o tam, w oddali. To dwie przyjaciółki - Wenche i Tove - także codziennie odwiedzające kawiarnię w pobliżu. Spotykają się tam, aby oderwać się od odśnieżania ogródka i wypić wspólnie kilka filiżanek. Wenche pracowała niegdyś w Grand Hotelu, po czym przyszedł czas na bieganie z informacjami dla rybaków w porcie, natomiast swoje dorosłe życie spędziła w banku. Teraz krząta się po domu, co chwilę coś nucąc. Kilka lat temu nagrała krążek z przebojami z lat sześćdziesiątych. Gdy mówi o swojej płycie, wypełnia ją duma. Tove urodziła się wśród płonących domów. Jej rodzice "byli z tych, którzy wojenne wspomnienia woleli przerabiać na wełniane swetry niż na opowieści". Dlatego nie wie zbyt wiele o swoim dzieciństwie. Swoje dorosłe lata przepracowała w niedawno zamkniętym biurze. Nie do końca przepada za siedzeniem w mieszkaniu. Znacznie bardziej lubi spacerować po okolicy. Nalewa sobie ciepłą kawę do termosu i wyrusza.


Jednak dzisiejsza pozycja nie opowiada tylko o dwóch miastach - Tromsø i  Vardø. Ilona Wiśniewska przejechała tysiące kilometrów na terenie Finnmarku, aby poznać historie tutejszych mieszkańców, a następnie przedstawić je w swojej książce. A są to historie wypełnione różnorodnością. Dotyczą między innymi mniejszości etnicznych, w tym przypadku Saamów, oraz podtrzymywania tradycji - nauki śpiewania joiku czy też szycia gátki. Autorka spotkała się z osobami, które postanowiły sprzeciwić się dyskryminacji i walczyć o prawa rdzennych mieszkańców północnej Norwegii. Dzięki ich słusznemu uparciu, coraz więcej Saamów pozbywa się wstydu swoich korzeni oraz zaczyna mówić we własnym języku, o czym w książce opowiadają między innymi Ellen Anne Ole Hætta, Mari Boine, Susann Funderud Skogvang. W Finnmarku powstają organizacje i festiwale, jak choćby Riddu Riđđu, pozwalające na zjednoczenie ludzi niegdyś żyjących wraz z wielkim strachem i kompletnie niepotrzebnym zażenowaniem. Należy pamiętać, że świat, któremu towarzyszą równouprawnienia staje się o niebo lepszy. "Hen" to, napisane wysmakowanym językiem i uzupełnione zdjęciami, opowieści ludzi, którzy otwierają przed czytelnikiem swoje wnętrze. Ludzi, którzy, mimo wielu niesprawiedliwości oraz surowego klimatu, pokochali opisane miejsce i nie chcą go opuszczać. Tak, Ilonie Wiśniewskiej należy się ogromny ukłon. To właśnie dzięki tej pani możemy zamieszkać w północnej Norwegii choć na kilka dni.


Pędźcie po nasz reportaż, bo jest to rzecz absolutnie wyśmienita!

Tytuł - Hen. Na północy Norwegii
Tekst i fotografie - Ilona Wiśniewska
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2016