niedziela, 17 czerwca 2018

Pelikan - czyli rzeczywistość widziana nie tylko z lotu ptaka


Domyślam się, że wszyscy wiedzą, że dzieci mają naprawdę bujną wyobraźnię. Bardzo często spotykamy sytuacje, w których dzieciaki (włączając w tę grupkę oczywiście mnie) odcinają się od realnego świata i przez kilka chwil żyją w swojej, wyodrębnionej rzeczywistości. Niekiedy bywa również tak, że "dzieci wiedzą lepiej" (uwaga, uwaga - to słowa pani Kasi Stoparczyk!). I tak też stało się w przypadku książki o wdzięcznym tytule "Pelikan".



Główny bohater - Emil - jest kilkunastoletnim chłopcem, który od niedawna mieszka w mieście. Jeszcze kilka miesięcy temu mieszkał na wsi, z mamą i z tatą. Teraz tata mieszka z nową, inną kobietą, a on z mamą musieli się wyprowadzić. Od tamtej pory już nic nie jest tak, jak dawniej. Mama pracuje całymi dniami, od samego rana aż po późne godziny wieczorne. Przez ten czas Emil jest sam. Gdy przychodzi ze szkoły do pustego domu, sam idzie do taniego, pobliskiego baru na obiad, sam odrabia lekcje, sam spędza czas wolny. Tutaj, w mieście, nikogo nie zna. Jednak jego los odmienia się, kiedy w barze widzi - można by rzec - dość ekscentrycznego pana. Pana, który czyta gazetę odwróconą nagłówkiem do dołu. Pana, który nerwowym ruchem co chwilę miesza kawę. Po krótkim czasie spostrzega, że to nie mężczyzna, a... pelikan!




Gdy opowiada tę niezwykłą historię swojej mamie, ta nie chce mu wierzyć. Opowieść swojego syna traktuje jak głupotę wymyśloną przez infantylnego przedszkolaka. Ale przecież nawet infantylny przedszkolak nie wymyśliłby czegoś takiego! Emilowi zachowanie mamy bardzo się nie podoba. Próbuje jej udowodnić, że historia z pelikanem wcale nie jest brednią. A mama wciąż powtarza, że to nie pelikan, tylko ich nowy sąsiad - pan Hyyryläinen.




Emil postanawia poznać tajemnicę pana Hyyryläinena! Trzeba przyznać, że to bardzo interesująca zagadka! Chłopiec zagląda do mieszkania swojego sąsiada. Każdy kolejny fakt utwierdza gow przekonaniu, że się nie pomylił, że jego sąsiad naprawdę jest ptakiem. Jegomość miał bardzo krzykliwy głos, pióra zamiast palców, mieszkał w wannie, nie umiał pisać i czytać... To, że jest mężczyzną było wprost niemożliwe!




Po krótkiej rozmowie okazało się, że sąsiad jest naprawdę całkiem fajną osobą. Przyjemnie się z nim gawędziło na przeróżne tematy. Emil z wielkim zaciekawieniem słuchał opowieści pana Hyyryläinena. I od czasu poznania się sąsiadów, rozpoczęły się codzienne wizyty kilkunastolatka. Między innymi, to dzięki tym codziennym spotkaniom pelikan zakochał się w szeroko pojętej sztuce. Owocem wielu rozmów stała się także więź, która łączyła chłopca i ptaka. Pelikan był jedynym kolegą Emila w mieście. Jednak w pewnym momencie nasi bohaterowie musieli zrobić sobie tygodniową przerwę w wizytach, gdyż Emil na siedem dni wyjeżdżał na wieś, do taty i jego nowej partnerki. Ale czemu chłopiec z wielką niechęcią postawił stopę w swoim rodzinnym domu? Czy więź Emila i pelikana po powrocie chłopca była dokładnie taka, jak przed wyjazdem? Ode mnie się tego nie dowiecie, po prostu musicie sięgnąć po dzisiejszą pozycję.




Ujawnię Wam tylko w wielkiej tajemnicy, że w książce pojawia się jeszcze jeden bohater, a tak właściwie to bohaterka. Jest nią słodziutka dziewczynka o imieniu Elsa, która także mieszka w bloku Emila i pelikana. Emil bardzo chciałby ją poznać, ale jeszcze nigdy nie było odpowiedniego momentu. I nareszcie nadarza się ta jedyna, właściwa okazja. Ale czy chłopiec ją wykorzysta? Wy wiecie, gdzie szukać odpowiedzi na to pytanie.




"Pelikan" to książka o nietypowej, niekiedy dość ekscentrycznej, przyjaźni, o niełatwym życiu ludzi oraz o trudnej sytuacji z rodzicami. Wszyscy wiemy, że prawdziwa przyjaźń może nawet góry przenosić! Gdy mamy prawdziwego przyjaciela jesteśmy pewni, że jeśli tylko będziemy tego potrzebować, on zawsze wyciągnie do nas pomocną dłoń, a w przypadku dzisiejszej lektury - pomocne skrzydło!




Śmiało mogę stw
ierdzić, że "Pelikan" to jedna z najlepszych lektur, jakie dotąd przeczytałam. Połączenie poetyckiego, w niektórych momentach wzruszającego, tekstu Leeny Krohn i nostalgicznych ilustracji Manua Blázqueza wprawiających nas w stan zamyślenia to małe dzieło sztuki! Dzisiejsza pozycja powinna stać na półce wszystkich czytelników, niezależnie od wieku.

Naprawdę, każdy powinien zatopić się w tej lekturze!

Tytuł - Pelikan. Opowieść z miasta
Tekst - Leena Krohn
Ilustracje - Manu Blázquez
Przekład - Iwona Kosmowska
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2008

środa, 13 czerwca 2018

Wróble na kuble - czyli po rachunki z panem Józefem!


Wróble są ptaszkami, które spotykamy bardzo często. Wiele razy zdarza się, że spokojnie przechadzamy się spacerowym krokiem, zerkamy w kierunku pobliskich krzaków i dostrzegamy chowające się w nich wróbelki. Inny przykład. Podążamy w kierunku kubła na śmieci z workiem przepełnionym odpadami, zerkamy na wspomniany kubeł, a na nim siedzi cała masa wróbelków. Właśnie ten drugi przypadek opisał i zilustrował mistrz życia oraz ilustracji (o którym ciut więcej napisałam tutaj) - Józef Wilkoń! No cóż, tego pana chyba nie trzeba przedstawiać.



"Usiadł wróbel na kuble, kręci główką i zerka. - Sam jestem? Jeden? Wokół żadnego wróbelka". Taki tekst wita nas już na pierwszej stronie dzisiejszej pozycji. Po przeczytaniu tekstu nasz wzrok pada na ptaszka siedzącego na kuble, po czym spoglądamy na dużą, wyraźną, czerwoną jedynkę. Przewracamy kartkę. Czytamy o tym, że kolejny - drugi - wróbelek chce przyłączyć się do pierwszego. Chciał i dołączył. On także przysiadł na kuble. Za kilka chwil nadlatuje kolejny, trzeci. Ale spokojnie, dla niego także znajdzie się miejsce!




Po kilku minutach "trzy wróble siedzą na kuble". Zaraz przyleciał czwarty wróbelek z nieco zadartym ogonkiem. On także znalazł sobie miejsce, bez problemu. Nagle zza horyzontu wyłonił się wróbelek piąty. Ale czy i dla niego znalazło się miejsce na kuble? Hmn, i to jest zagadka! Mam nadzieję, że rozwiążecie ją sami trzymając książkę w ręku.




Dzisiejsza pozycja kierowana jest do młodych czytelników, początkujących adeptów ornitologii oraz do wielbicieli twórczości pana Wilkonia. "Wróble na kuble" są tak naprawdę wyliczanką, dzięki której najmłodsi niewątpliwie będą mogli nauczyć się - na przykład - liczyć. Adepci będą mieli przyjemność w śledzeniu losów naszych wróbelków, natomiast wielbiciele twórczości pana Józefa będą cieszyli swoje oko wilkoniowatą, zamaszystą kreską. W tej książce zagościła ona na między innymi na piórach wróbelków, co można dostrzec już po samej okładce. A, i jeszcze jedno. Bardzo możliwe, że osoby, które kiedyś wróbelków nie dostrzegały, po przeczytaniu książki nagle, zupełnie niespodziewanie, zaczną się za nimi rozglądać. Fajnie, prawda?!




Sięgnijcie po tę pozycję i sprawdźcie, ile tak naprawdę wróbelków siedziało na kuble ;)



Tytuł - Wróble na kuble
Tekst i ilustracje - Józef Wilkoń
Wydawnictwo Hokus-Pokus, Warszawa, 2018

niedziela, 10 czerwca 2018

Super M - czyli pan Dawid bębni na sercu


Każdy z nas ma w swoim życiu jedynego w swoim rodzaju superbohatera! Niekoniecznie musi nosić on czerwoną pelerynę, magiczne buty i przepaskę na oczach. Wcale nie musi skakać po dachach i walczyć z czarnoksiężnikami. Nie musi także posiadać auta, które w błyskawiczny sposób zamieni się w łódź podwodną czy samolot. Nie, nie o takich superbohaterach mowa!


Jak napisałam chwileczkę temu, każdy z nas ma superbohatera, a w przypadku kobiet - superbohaterkę. My skupimy się właśnie na naszej superbohaterce. To ona ma na głowie cały dom i musi o niego dbać. To ona z prędkością światła pędzi do sklepu po produkty, na przykład na nasze śniadanko! Zawsze nam pomaga, nie tylko w pracach domowych. Odpowiada na nasze pytania, a niekiedy są one naprawdę trudne. Bardzo często jest w wielu miejscach naraz. Jednocześnie siedzi na ławeczce na placu zabaw, śledzi nas wzrokiem i pracuje w międzyczasie.


To ona zawsze wszystko naprawi, zaszyje dziurę w bluzce, wygra z plamą po soku na spodenkach. Ból w magiczny sposób zamieni na ślad w postaci plasterka. Nie boi się niczego, włącznie z okropnymi koszmarami, ciemną piwnicą, z której trzeba wyjąć rower oraz pająkami. Koszmary złapie w słoik, do piwnicy wejdzie pewnym krokiem, z wielkim spokojem wypuści pająka na trawę. Tylko ona tak potrafi!


Czy już wiecie, kim jest tytułowa Super M? To kobieta, która zasługuje na całe stosy pachnących kwiatów! Kobieta, której zawdzięczamy naprawdę dużo. To z nią chodziliśmy trzymając się za rączkę do przedszkola. To ona budziła (a w moim przypadku - budzi) nas do szkoły. To ona robi pyszne śniadania, obiady i kolacje (też w moim przypadku). Tak, jest po prostu najlepszą mamą na świecie!


Przyznam z wielkim wstydem, że przed przeczytaniem i obejrzeniem książki "Super M" nigdy nie patrzyłam na mamę jak na superbohaterkę. Zawsze z podziwem zerkałam na nią, gdy gotowała, rozmawiała przez telefon, pakowała się do pracy i pisała listę zakupów. Teraz patrzę z jeszcze większym! 


Sam pomysł na książkę o takiej tematyce jest naprawdę wspaniały, a wykonanie - równie świetne! Autorem tekstu i ilustracji jest przesympatyczny pan z mocą tatuaży, który także nieźle wywija pałeczkami na bębnach. Tak, to Dawid Ryski! Można poznać go już po samej okładce, i nie chodzi mi tutaj o wypisane imię i nazwisko! Pan Dawid zilustrował tę książkę fenomenalnie, czyli tak, jak zwykle to robi.


Już kiedyś pisałam o tym na blogu, ale powtórzę. Dawno, dawno temu, gdy po raz pierwszy usłyszałam imię i nazwisko "Dawid Ryski", od razu pomyślałam, że ten pan to prawdziwy adorator muzyki! Otóż imię Dawid kojarzy mi się z pewnym bardzo słynnym wokalistą (takim od błyskawicy), a nazwisko Ryski - z rysowaniem. Ha, nie myliłam się!

Choć tekstu tutaj niewiele, tej książce niczego nie brakuje! "Super M" nieźle uderzyła w moje serducho. Wy także pozwólcie na to, aby pan Dawid zabębnił Wam na sercu!

Tytuł - Super M
Tekst i ilustracje - Dawid Ryski
Wydawnictwo Babaryba, Warszawa, 2018

niedziela, 3 czerwca 2018

Czy umiesz gwizdać, Joanno? - czyli mocna każda strona


Uwielbiam książki, które jednocześnie poruszają i uruchamiają uśmiech. Książki, które czytamy całymi dniami, choć nie są obfite w ilość stron. Książki proste, lecz trudne. Jedną z tych pozycji jest lektura "Czy umiesz gwizdać, Joanno?". Hmn... chyba ociupineczkę przesadziłam z tą nostalgiczną atmosferą. Choć w sumie nie, jest idealnym wprowadzeniem!

Wszystko rozpoczyna się od pewnej rozmowy dwóch chłopców - Bertila i narratora. Rozmowy o dziadku drugiego z chłopców. Kiedy narrator przychodzi do swojego dziadka, na twarzy staruszka zawsze maluje się uśmiech. Dziadek częstuje go wtedy kawą i obdarowuje pięcioma koronami. Chłopiec bardzo lubi odwiedzać swojego dziadka! Bertil czuje, że też by to lubił. Tylko że problem tkwi w tym, że Beril niestety dziadka nie ma.




Narrator postanawia pomóc Bertilowi w (uwaga, uwaga!) odnalezieniu nowego dziadka. A gdzie jest najwięcej staruszków, którzy tęsknią dniami i nocami za swoimi wnukami? Oczywiście, że w domu starców! Właśnie w tamtym kierunku podążają chłopcy. Bertil ubrał się wtedy wyjątkowo ładnie. Miał na sobie białą koszulę, ranę na brodzie starannie zakleił plastrem, a w ręku trzymał nagietka. To był dla niego niezmiernie ważny dzień!




Korytarz domu starców był dość mroczny. Bertil nie miał ani zielonego, ani niebieskiego, pojęcia, które drzwi otworzyć, aby trafić na odpowiedniego dziadka, który częstowałby go kawą i co wizytę dawałby mu pięć koron. Zerknął przez uchylone drzwi. Ujrzał siedzącego na krześle staruszka układającego na stole karty do gry. Bertil (z lekką pomocą swojego przyjaciela) odważył się i wszedł do pokoju.




Chłop
iec uprzejmie się przywitał i podarował staruszkowi kwiatek. Ten zaś niezmiernie się ucieszył. Staruszek i on od razu się zrozumieli. Bertil wiedział, że trafił na odpowiednią osobę! Tak, już teraz miał dziadka. Dziadka Nilsa. Od tamtej pory Bertil był największym skarbem starego Nilsa. I z wzajemnością.

Od czasu, kiedy się poznali, Bertil odwiedzał swojego dziadka bardzo często. Wspólnie spędzony czas wypełniały czynności, które spajały ich uczucia. Niekiedy były one najzwyklejsze, takie jak granie w karty czy też nauka gwizdania, a niekiedy niekoniecznie, na przykład wsłuchiwanie się w krople deszczu oraz wpatrywanie się w zdjęcie młodej kobiety z dużymi oczami.



Jednak jak każdy z nas wie, wszystko ma swój kres. Życie także. Najczęściej życie osób w dojrzałym wieku. Nawet, jeśli są najszczęśliwsze na świecie, kiedyś odchodzą. I już nie wracają. Wtedy nie możemy już z nimi porozmawiać, złapać ich za rękę. Lecz możemy przywołać je wspomnieniami. To także bardzo cenne!



Ulf Stark i Anna Höglund wykonali naprawdę świetną robotę! Trudną historię z - no cóż, trzeba to przyznać - mocnym zakończeniem przedstawili w sposób pogodny. Wzruszenie następuje po skończonej już lekturze, kiedy zaczynamy o niej rozmyślać. To wcale nie tak łatwe zadanie - znaleźć sobie dziadka ot tak, po prostu. Jak bardzo trzeba być odważnym, aby otworzyć drzwi i wejść do pokoju w domu starców. Chłopiec przywiązał się do dziadka, a po niedługim czasie musi się pogodzić z jego odejściem.



Dobrze, spójrzmy teraz na naszą pozycję z ciut innej strony. Choć dziadek odszedł, w głowie Bertila pozostały wspomnienia, do których będzie wracał z wielką przyjemnością. Przecież przeżył ze swoim dziadkiem tyle niezapomnianych przygód, spędził z nim wspaniały czas. Co prawda nie będzie mógł już złapać dziadka za rękę, ale zawsze będzie mógł dotknąć go w swoim świecie wyobraźni. Dziadek Nils będzie po prostu żył w głowie swojego wnuka, to jest pewne!




Nie ma się co zastanawiać, sięgnijcie po tę pozycję i sprawdźcie, co kryje się za tajemniczym tytułem, bo (jak się zapewne sami domyślacie) nie zdradziłam Wam wszystkiego, oj nie!


Tytuł - Czy umiesz gwizdać, Joanno?
Tekst - Ulf Stark
Ilustracje - Anna Höglund
Przekład - Katarzyna Skalska
Wydawnictwo Zakamarki, Poznań, 2016

sobota, 26 maja 2018

Ożywczy deszcz - czyli kolorowe nie zawsze jest zdrowe


Pamiętacie Bajkę i Wiktorię? Tak, to najlepsze przyjaciółki ever, które (prawie) zawsze się wspierają i wiedzą, kiedy należy wyciągnąć pomocną dłoń czy też łapę, bo Bajka jest przecież sunią. Ups, troszkę się zapędziłam. Dla osób, które nie znają serii komiksów "Bajka na końcu świata" wspomnę, że akcja rozgrywa się w postapokaliptycznym świecie. Wiktoria poszukuje swoich rodziców. Pomaga jej w tym Bajka. Jak na razie idzie im to dość opornie, choć w tym najnowszym - trzecim - tomie mają całkiem niezłe tempo!, co podkreśla sama Wiktoria.


Dzisiejszą opowieść zacznę od przypomnienia, że każdy pies ma oczywiście swój instynkt. Każdy pies i każda sunia, nie pomijając Bajki, rzecz jasna. Dlatego Bajka, przechodząc tuż obok sterty 'sami domyślacie się czego', nie mogła w nią nie wskoczyć i się w niej nie wytarzać. No cóż, jej instynkt był silniejszy od niej. W tarzaniu się przeszkodziła jej Wiktoria pytając, czym się tak właściwie teraz zajmuje. Odpowiedź brzmiała: "Tarzam się i turlam jak opętana". Po usłyszeniu tego zdania, Wiktorię opanowała złość, co w sumie można było przewidzieć. I wtedy stało się coś... niezwykłego! No dobra, może minimalnie przesadzam, no ale trzeba przyznać, że nie było to przeciętne wydarzenie. Uwaga, uwaga! Bajka opanowała swój instynkt i zdołała wydostać się ze sterty 'sami wiecie czego'! Kurczę, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile może zdziałać złość najserdeczniejszej przyjaciółki, z którą spędza się każdą chwilę swojego życia - dosłownie!



I wyobraźcie sobie, że kilka chwil po opanowaniu swojego instynktu przez Bajkę obudził się instynkt Wiktorii! A to niespodzianka, prawda? Nasze przyjaciółki chciały się już ze sobą pogodzić, więc dziewczynka z burzą czarnych loków troskliwie podrapała swoją sunię po brzuszku. I tak jakoś wyszło, że nie mogła od tego brzucha odczepić rąk, takie to było silne i przyjemne uczucie! W instynktach dziewczyny szły łeb w łeb!



Wróćmy na tytułowy koniec świata. Nagle się rozpadało. Ale nie był to zwyczajny deszcz! Dowodem na to jest fakt, że Wiktoria spostrzegła czerwoną kroplę deszczu spadającą na malutką rodzinkę kamyków. I... plum! Tsss! Po kamykach, nasza malutka rodzinka zniknęła, został po niej tylko i wyłącznie czarny pył. Tuż po tym Bajka otworzyła swój pyszczek, a do niego wpadła niebieska kropla. Ponoć smakowała słodziutko, jak malinki w ogrodzie u Tapira (Tapir to postać, którą poznaliśmy w pierwszej części). Wtedy sunia przemieniła się w zielonego uzbrojonego w ostre zęby potwora! Ale na całe szczęście po kilku sekundach znów stała się zananą nam Bajką.



Wiktoria wzięła przykład z Bajki. Do jej buzi wpadła żółta kropla. Wtedy dziewczynka zmniejszyła się do rozmiarów nosa swojej suni. Po chwili na jej twarzy pojawiły się bąble, po czym dziewczynka w gepardzim tempie podskoczyła, aby do jej ust wpadła zielona kropla, dzięki której wróciła do swoich dawnych rozmiarów. Gdyby nie doszło do połknięcia zielonej kropli, byłoby naprawdę kiepsko! Dziewczyny miałyby ogromne kłopoty.



A skoro o kłopotach mowa, pojawiły się inne. A tak właściwie, to jeden monstrualny kłopot! Był nim potwór zrobiony z całej masy przeróżnych odpadów. I już, już miał porwać Wiktorię, kiedy zupełnie niespodziewanie z plecaka dziewczynki wyskoczył dinozaur. Część z Was wie, zielony dinozaur jest bardzo istotny dla naszej bohaterki, ale część z Was zapewne tego nie wie. I tutaj odsyłam Was do drugiego tomu "Bajki na końcu świata", o którym napisałam tutaj. Ale pamiętajcie, że przygodę z serią warto rozpocząć od części pierwszej!



No dobrze, wróćmy do naszych koleżanek. Kiedy już poradziły sobie z monstrualnym kłopotem, pojawił się następny. Wiktoria bardzo nieszczęśliwie wpadła do przeogromnej dziury, a jak wiecie, z takiej wydostać się nie jest łatwo. Trzeba podkreślić, że tym skokiem do dziury uratowała ostatnią sadzonkę w postapokaliptycznym świecie. Ale czy było warto? No pewnie, że było! Tylko czy przyjaciółki wydostały się z przeogromnej dziury? Tego zdradzić Wam już nie mogę. No ale Wy wiecie, co należy zrobić, prawda?



Dla niewtajemniczonych wspomnę jeszcze, że seria "Bajka na końcu świata" jest wspaniale narysowana! Autorem wszystkich trzech komiksów jest oczywiście znany i ceniony Marcin Podolec. Wszyscy wielbiciele dobrych książek zastanawiają się, czemu jego komiksy nie podbiły jeszcze świata. Ja także zadaję sobie to pytanie i jakoś nie mogę na nie znaleźć odpowiedzi.



Sięgnijcie po tę pozycję i śledźcie losy najlepszych przyjaciółek ever!


Tytuł - Bajka na końcu świata. Ożywczy deszcz
Tekst i ilustracje - Marcin Podolec
Wydawnictwo Kultura Gniewu (Krótkie Gatki), Warszawa, 2018


P.S. Uwaga, to nie koniec przygód naszych bohaterek! Wiktoria i Bajka powrócą w czwartym tomie pod tytułem "Opowieść gołębia". Odlot!

niedziela, 20 maja 2018

Dino Bambino - czyli co róż, to niespodzianka!


Gablotki Mirelli. Wiem, że bardzo wielu mieszkańców Warszawy zna je lub o nich słyszało. To magiczny, malusieńki świat stworzony przez Mirellę von Chrupek. Patrząc na te gablotki, podobno czuje się, jakby tamten świat wsysał nas do środka. Użyłam słowa 'podobno', ponieważ ja niestety nie miałam okazji widzieć ich na żywo. Ale miałam okazję widzieć je wydrukowane w książce i śmiało mogę stwierdzić, że jest dokładnie tak samo! 

Sylwia Chutnik, oczarowana pracami pani Mirellki, stworzyła do nich tekst. Połączenie tekstu i fotografii gablotek dało wynik w postaci książki! Książki o tytule "Dino Bambino". Opowieść rozpoczyna się tak: "Często wykrzykujemy: "Och, nie spodziewałam się!" albo "Ach, co za niespodzianka!". Wszystko dlatego, że kiedy otwieramy rano oczy, to zupełnie nie wiemy, jaki będzie nowy dzień. Nawet jeśli zrobimy sobie plan i wpiszemy wszystko do kalendarza, żeby nie zapomnieć. Nawet jeśli wymyślimy sobie najciekawsze perypetie. I tak nie ma możliwości, żeby wszystko przewidzieć. No nie da się i tyle. Dlatego też, kiedy Dino Bambino zakładała na głowę kapelusz i mości się w torebce swojej pani, nie domyślała się nawet, jakie to przygody ją czekają". Zachęcający wstęp, prawda? I na dodatek jak nieszablonowo napisany! Nie ma się czemu dziwić, to przecież Sylwia Chutnik.



Dino jest dinozaurowata, jak samo jej imię wskazuje. Lubi się pudrować, chodzić w kapeluszu i nie rusza się też torebki! Trzeba przyznać, że niezła z niej dama. A naszyjnik dodaje jej szyku, oj dodaje. No dobrze, wróćmy do przygód naszej bohaterki. Kiedy już dokładnie umościła się w torebce swojej ukochanej pani (nie wiem czy mogę, ale zdradzę Wam w sekrecie, że tą panią jest właśnie Mirella von Chrupek), pstryknęła sobie fotkę z ręki i zjadła ciasteczko, jej pani wzięła torbę na ramię i wyruszyły na tramwaj. Celem jazdy było zoo!



I nagle bum! Tramwaj zupełnie niespodziewanie zatrzymał się z hukiem. Wiele osób upadło, niektórzy zdążyli złapać się barierki lub fotela. Upadły także czereśnie trzymane w koszyku przez pewną panienkę. Pani Dinki nie chciała tracić czasu w stojącym tramwaju, spieszyła się przecież do zoo. Wyszła z niego pewnym krokiem. Tylko wielka szkoda, że nie zauważyła, iż przy nagłym hamowaniu Dino Bambino wypadła jej z torebki.



Dinka 'wyskoczyła' z tramwaju i potoczyła się w kierunku chodnika. Naszyjnik z pereł zerwał się, torebka zaginęła, a kapelusz pofrunął hen daleko. Dino Bambino była cała potłuczona. Z trudem dotarła na chodnik, a potem na trawę. Bała się. Aby ulżyć sobie z cierpienia, z wielką starannością przypudrowała mały nosek. Nagle znalazła się w samym zadymionym i szarym sercu ogromnego miasta. A pomyśleć, że mogłaby teraz siedzieć w swoim przytulnym pokoiku zrobionym z pudełka po butach.



Na całe szczęście wiedziała, że nie może wpaść w panikę, bo będzie jeszcze gorzej. Wyjęła zza uszka flakonik z solami trzeźwiącymi. Zaciągnęła się ich charakterystycznym zapachem. Westchnęła, po czym policzyła do dziesięciu. Pomogło. Nareszcie miała świeży umysł gotowy do obmyślania planu. Choć nie oznaczało to, że nie omdlewała z przerażenia! Rozejrzała się po okolicy. Wszędzie można było dostrzec dym wylatujący z rur samochodów, żadnego bezpiecznego miejsca. No cóż, musiała powędrować dalej.



W momencie, w którym postanowiła odbyć swoją wędrówkę, zauważyła dziewczynkę stojącą nieopodal. Dziewczynka uważnie przyglądała się całemu zdarzeniu, widziała także Dino wypadającą z tramwaju. Jak się chwilkę później okazało, obserwatorka miała na imię Bulinka, a zwierzątko, które trzymała w rękach - Sabinka. Bulinka już od pierwszego rzutu oka była tak bardzo sympatyczna, że chciało się jej opowiedzieć wszystko - włącznie z najnowszym przeżyciem sąsiada. Bulinka pragnęła pomóc Dince. Doradziła jej, aby odwiedziła Pudelka Numerka, który zna się na wszystkim i pomaga każdemu.



Dino Bambino zrobiła wszystko wygodnie z radami nowopoznanej przyjaciółki. Wstąpiła do Pudelka Numerka, z którym można było pogaworzyć dosłownie o wszystkim - zaczynając od dziurawego wcale niepotrzebnego worka, a kończąc na poszukiwaniu swojego przytulnego domku. Dlatego nic dziwnego, że rozmowy z nim trwały co najmniej godzinę. Należy też zaznaczyć, że Pudelek Numerek był niezbyt wyrozumiałym i miłym typem. Wręcz na odwrót. Ale mimo braku kultury osobistej, chciał pomóc poszkodowanej. Zadzwonił to tu, to tam, ale nikt nie kojarzył Dino Bambino. W końcu ona cały swój czas spędzała w pokoiku z pudełka po butach albo w torbie swojej pani... A to klops!



Nasza bohaterka postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i sama wyruszyć w poszukiwaniu domu. A przy tym poznała wielu przyjaciół, których do teraz niezwykle miło wspomina. Ale czy odnalazła tak długo poszukiwany dom i panią? Jak już zapewne wiecie, tego Wam nie zdradzę. Tak, nie mylicie się - oczywiście odsyłam Was do książki.



"Dino Bambino" w delikatny sposób pokazuje nam, jak ważna jest pomoc i że warto pomagać. Czasem naprawdę drobnym gestem możemy zrobić bardzo wiele. Dzisiejsza pozycja zaznacza również, że prawdziwi przyjaciele zawsze pomogą nam w trudnych chwilach, zawsze stać ich na wyciągnięcie pomocnej dłoni. Fajnie byłoby otaczać się tylko takimi ludźmi. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo są te osoby dla nas ważne. I z wzajemnością oczywiście.


Dodam, że książka ta nie jest pozbawiona poczucia humoru! Spotykamy tutaj także wiele niezwykle zabawnych zdań. Nawet niektóre szczegóły na fotografiach potrafią nieźle rozbawić. Na przykład poukładane na półce świeże numery "Dino VOGUE" czy też "Dino Travel". Na tylnej okładce możemy także zobaczyć bardzo śmieszny element. Jesteście ciekawi, jaki? Już piszę! "Patronat honorowy: Ministerstwo Dinozaurów | Patronat prasowy: Dino Travel | Współpraca: Sole Trzeźwiące Psotka, Sklepy Wielobranżowe Groza, Lodziarnia Bąbelek". I jak tu nie zachichotać?


Ujawnię Wam, że wczoraj na Warszawskich Targach Książki miałam przyjemność porozmawiać z autorkami. To najbardziej kolorowe dziewczyny i jedne z najbardziej szalonych kobiet jakie poznałam (oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu)! A świadczą o tym między innymi piękne wielobarwne piórka, którymi dekorowały swoje podpisy w książce. Można by nawet stwierdzić, że te panie zarażają swoim optymizmem już po pierwszym kontakcie wzrokowym, naprawdę!



Sięgnijcie po naszą pozycję i koniecznie poznajcie przyjaciół Dinki oraz jej dalszą historię.


Tytuł - Dino Bambino
Tekst - Sylwia Chutnik
Fotografie - Mirella von Chrupek
Wydawnictwo WYtwórnia, Warszawa, 2018