niedziela, 18 lutego 2018

Żegnaj, Skarpetko! - czyli historia związania czerwoną nitką


Nie mam nawet cienia wątpliwości, że każdy z Was ma w swoim domu skarpetki. Lecz wyobrażacie sobie, że trzeba chodzić z nimi na spacery i je karmić?! Raczej nie. Bohater książki Benjamina Chauda musi to robić, gdyż jego Skarpetka to... królik rasy baran!

Tak, królik rasy baran. Brzmi to naprawdę komicznie! Powinniście wiedzieć, że nie od razu było wiadomo, iż Skarpetka to królik rasy baran, więc wróćmy do początku. Otóż najpierw Skarpetka został rozpoznany jako królik rasy bawół, co (jak już wiecie) nie jest prawdą. A czy jesteście ciekawi, czemu Skarpetka ma takie, a nie inne imię? Już tłumaczę - ponieważ nie potrafi on trzymać uszu podniesionych w górę, tak, jak większość królików. Skarpetka to niemrawy, bardzo łagodny grubasek. I podgryza kable elektryczne w całym domu.


"Trzeba też przyznać, że jako towarzysz zabaw jest dość beznadziejny". Skarpetka nie umie grać w piłkę nożną, nie wywołuje żadnych bójek i wciąż nie załapał różnicy między kowbojami a Indianami. Ale najważniejsze jest to, że jest już za mały na swojego właściciela, a właściwie, to jego właściciel uważa, że jest już za duży na zabawy ze swoim zwierzakiem. Postanawia... zostawić go w lesie! Jakież to okrutne!

Kiedy główny bohater postanawia pójść z nim na 'spacer' do lasu, Skarpetka nic, a nic nie podejrzewa. Królik jest przekonany, że idzie na codzienny spacer. Nie wie, jak bardzo się myli.


'Spacer' jest bardzo, bardzo, bardzo długi. Tak, jak już wcześniej wspominałam, Skarpetka ma parę, a może nawet ciut więcej, kilogramów nadwagi, więc wlecze się noga za nogą. Ale chłopcu zależy na tym, aby dojść jak najdalej. Na tyle daleko, żeby zwierzak nie potrafił wrócić sam do domu. Kiedy nasi bohaterowie szli sobie przez las, nagle usłyszeli jakieś odgłosy. Chłopiec szybko i zwinnie chwycił Skarpetkę za ucho, po czym sprawnie wciągnął go w krzaki. Jak się później okazało, odgłosy te były sprawką pewnej dziewczynki oraz jej psa. Chłopcu przebiega przez głowę myśl, że ona też tutaj przyszła, aby zostawić w lesie swojego pupila. Nasz bohater wyobraża sobie, że jeśli więcej dzieci postępuje tak samo jak on, las pełen jest biednych, porzuconych zwierzaków.


Gdy chłopiec i królik docierają już do miejsca, w którym chłopiec postanawia zostawić Skarpetkę, tłumaczy mu, że teraz muszą się rozstać. Jednak Skarpetka jest niezłą przyklejką i nie chce odkleić się od swojego właściciela, więc chłopiec zmuszony jest do tego, aby... przywiązać go do drzewa! Ale czym to zrobić? Wpada na pomysł, żeby urwać nitkę ze swojego uroczego, czerwonego sweterka i to właśnie nią przywiązać Skarpetkę do drzewa. Kiedy już wykonał to zadanie, uciekł jak najszybciej potrafi, nie odwracając się za siebie. Stara się zapomnieć o Skarpetce, lecz nie może. Ma wrażliwe serduszko, dlatego postanawia zawrócić i odwiązać swojego zwierzaka. Po prostu robi mu się go żal.

Główny Bohater widzi czerwoną nitkę przywiązaną do drzewa, ale nie widzi królika! Chłopiec wprost nie może uwierzyć, że jego ukochany zwierzak go zostawił! Jak on mógł tak zrobić!? - dziwi się chłopiec.


A co się wydarzyło później, tego Wam nie zdradzę. Czy chłopiec odnalazł swojego ukochanego zwierzaka? Na to pytanie możecie odpowiedzieć sobie tylko i wyłącznie sami. No chyba że zapytacie kogoś innego o zakończenie, lecz nie polecam tego rozwiązania, ponieważ "Żegnaj, Skarpetko!" Jest niezwykle ciekawą książką i naprawdę warto po nią sięgnąć.

Ta książka, jak zresztą wszystkie Benjamina Chauda, które miałam okazję poznać, jest arcyśmieszna i zawiera ukrytą puentę. Pokazuje, że na czworonożnego przyjaciela nigdy nie jest za późno. Jeśli pokochamy danego zwierzaka, musi się stać coś kolosalnie złego, aby nasza miłość do niego zniknęła. A oprócz tego, każdy czworonożny przyjaciel umila życie, więc wszystkie dzieci powinny doświadczyć tego uczucia!


Wróćmy jeszcze do wspomnianego Benjamina Chauda. Myślę, że tego pana nie trzeba przedstawiać, lecz dla niewtajemniczonych dodam, że jest to rozpoznawalny na całym świecie autor tekstów oraz ilustrator ze świetnym poczuciem humoru. Jeśli zawierzyć tłumaczeniu Katarzyny Skalskiej, pan Benjamin znów podał nam ogromną dawkę śmiechu. Między innymi, świadczy o tym wypowiedź chłopca mającego pretensje do Skarpetki, że go zostawił, a to przecież on chciał pozbyć się swojego zwierzaka! Nie podam więcej przykładów, ponieważ nie chcę odbierać wam radości z czytania, ale od razu zaznaczam – przy czytaniu tej książki będziecie śmiać się w głos!

No to teraz przejdźmy do ilustracji. Pan Benjamin także wykonał je w niezwykle humorystyczny sposób, co również nie jest niespodzianką. A oprócz tego, że pan Benjamin wykonał je w niezwykle humorystyczny sposób, już po okładce można spostrzec, że jest on rownież autorem ilustracji (i nie chodzi mi tutaj o imię i nazwisko wypisane na okładce, o nie!). Więc gdybyście spotkali kiedyś przeciągającą oko książkę w dużym formacie, bardzo możliwe, że jest to wydawnictwo autorstwa właśnie tego pana.


A wy sięgnijcie po tę lekturę i dowiedzcie się, w jaki sposób główny bohater odkrył, że Skarpetka to królik rasy baran ;)

Tytuł – Żegnaj, Skarpetko!
Tekst i ilustracje – Benjamin Chaud
Tłumaczenie – Katarzyna Skalska
Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2015

P.S. Dodam jeszcze, że "Żegnaj, Skarpetko!" to nie jedyna książka o przygodach królika i chłopca!

niedziela, 11 lutego 2018

Nasze wakacje - czyli książka pełna uczuć i kolorów


Osoby, które stale czytają wpisy na moim blogu wiedzą, że Blexbolex, ze względu na swoje niesamowite ilustracje oraz świetne koncepty, jest autorem szczególnym. Zawsze, gdy moim oczom ukazywały się jego obrazki, na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. Od lipca ubiegłego roku jest on jeszcze większy! Za kilka bądź też kilkanaście chwil dowiecie się, dlaczego.


Kiedy tylko otworzymy "Nasze wakacje", widzimy niemały dom oraz ptaka siedzącego na gałęzi. Przewracamy kolejne strony, a na nich - dziewczynka. Dziewczynka zmierzająca w kierunku jakiegoś zbiornika wodnego. Nie wiemy, czy jest to jezioro czy rzeka, lecz jesteśmy przekonani, że zbiornik ten jest ozdobą, dodatkową atrakcją oraz ochroną pewnego pałacu.


Główna bohaterka wpatruje się w owy pałac i zapomina o całym świecie. Po pewnym czasie słyszy wołanie. Wołanie swojego dziadka. Zmierza w jego kierunku ze spuszczoną głową.


Gdy dociera do domu, dowiaduje się, że musi się spieszyć. Dziewczynka wchodzi do swojego pokoju, by założyć kapelusz, po czym wraz z dziadkiem idzie na stację kolejową. Właśnie tam czeka na nich gość, a jest nim... mały słoń!


Główna bohaterka nie jest z tego zadowolona. Ba, niezadowolona to mało powiedziane! Jest wściekła. Nie umie tolerować słonia, słoń jej przeszkadza. Jest dla niego niemiła. Zabiera mu jego zabawki. A słoń przecież nic złego nie zrobił. Po prostu chciał zaprzyjaźnić się z dziewczynką.


Kiedy bohaterka kładzie się spać, ma sen. Zły sen. Śni się jej, że jest samotna. Bawi się z innymi dziećmi w ciuciubabkę, lecz zawsze przegrywa i zostaje odepchnięta na bok. Jest mniej ważna. Nie może nikogo złapać. Nie może nikogo dotknąć. Wciąż podąża w nieprawidłowym kierunku. W końcu jej ochota na zabawę odchodzi. Gniewnie zdejmuje chustę z oczu. A nim ukazuje się kolosalny słoń. Dziewczynka jest przerażona.


Dziadek, widząc gniew dziewczynki, próbuje rozluźnić atmosferę. Wchodzi na stół, by wykonać na nim zabawny taniec i przewraca się, a słoń śmieje się w głos. Naszej bohaterce się to nie podoba. Przestaje panować nad swoją złością. Ma już wszystkiego dosyć. Właśnie dlatego wylewa na roześmianego gościa swoją zupę.


W ciągu następnych dni jest coraz gorzej. Dochodzi nawet do lekkiej przemocy. Dziewczynka wie, że ma przewagę nad słoniem. Chce, aby słoń widział brak tolerancji dla niego. Gdy udaje jej się wygonić słonia z ogrodu dziadka, jest z siebie zadowolona. Podkreśla to złowrogim uśmieszkiem.


Lecz później następuje nagły zwrot akcji. Słonia nie ma i nie ma, a za oknem rozszalała się burza. Dziewczynka zaczyna martwić się o słonia. Zaczyna jej go brakować. I nie chodzi tutaj o brakowanie bójki, o nie. Zapewne domyślcie się, o co chodzi. Nagle w sercu naszej małej bohaterki znajduje się miejsce na małego słonia.


Ale serce słonia pozbywa się miejsca, w którym znajdowała się dziewczynka. Trzeba przyznać, że trochę sobie na to zasłużyła... Jednak co działo się dalej? Czy w sercu słonia znów pojawiło się miejsce na przyjaźń dziewczynki? Tego Wam nie zdradzę. No ale wiecie, co należy zrobić - trzeba sięgnąć po książkę.


Dodam jeszcze, że dziadek, chcąc pogodzić swoją wnuczkę ze słoniem, zabiera dziewczynkę i gościa na bal karnawałowy. Przebierają się i wspólnie wyruszają. Na balu organizowane są zabawy. Wszystkie z nich wygrywa drużyna słonia. A oprócz tego, wydarza się coś nadzwyczajnego. Dziewczynka wpatruje się w ogień i... przechodzi do świata wyobraźni.


Muszę zaznaczyć, że wszystkie zdania znajdujące się powyżej są moją interpretacją tej książki. Jeśli ktoś z Was odczyta tę pozycję inaczej - wcale nie znaczy to, że odczytał ją niepoprawnie. Tu każda wersja jest poprawna. No właśnie, zapomniałam wspomnieć o najważniejszym! "Nasze wakacje" są książką obrazkową. Czytamy tylko i wyłącznie obrazem. Nie znajdziemy tutaj tekstu. Nasza wyobraźnia ma niezłe pole do popisu.


"Nasze wakacje" przede wszystkim uczą tolerancji oraz szacunku. Po przeczytaniu tej książki, zadajemy sobie pytania. Czy jesteśmy słoniem, czy dziewczynką?, Czemu nasi bohaterowie się nie lubili?, Dlaczego dziadek zaprosił do swojego domu słonia? - to tylko trzy nich. Ta pozycja Blexbolexa, zarówno jak jego "Ballada" (napisałam o niej tutaj), na długo zapada w pamięci. A w szczególności jej zaskakujące zakończenie.


Napiszę kilka zdań o autorze, a konkretnie to o jego ilustracjach. Niektórzy z Was zapewne wiedzą już, że ilustracje tego pana są hipnotyzujące. Wystarczy, że tylko na nie spojrzymy, a one już wciągają nas do swojego świata. Kiedy już jesteśmy w tym świecie, podążamy ścieżką, która wyrysował nam autor. Jeśli tak jest, znaczy to, że jesteśmy wrażliwi na piękno ilustracji!


A teraz muszę na chwilkę wyłączyć skromność, ponieważ chciałabym się czymś pochwalić. Czymś, dzięki czemu 10 lipca 2017 roku jest dla mnie niezwykle wyjątkową datą. Właśnie tego dnia, siedem miesięcy przed premierą, miałam zaszczyt podążyć 'wakacyjną' ścieżką Blexbolexa i opisać ją w jednym, niedługim zdaniu. Zdanie to znalazło się na tylnej okładce "Naszych wakacji". Kiedy się o tym dowiedziałam, moje oczy stały się dwa razy większe, a na moich, wtedy piegowatych, policzkach pojawiły się wypieki! Zapewne wiecie już, że jestem strasznym wrażliwcem, więc nie obyło się bez łez wzruszenia. No i były też podskoki. I to jakie!


Naprawdę warto podążać ścieżkami Blexbolexa. Przekonajcie się o tym sami!

Tytuł - Nasze wakacje
Ilustracje - Blexbolex
Wydawnictwo WYtwórnia, Warszawa 2018

niedziela, 4 lutego 2018

Zdobyć koronę - czyli czternaście razy osiem tysięcy równa się Jerzy Kukuczka!


Przyznam szczerze, że uwielbiam czytać biografie Anny Czerwińskiej-Rydel, co chyba nie jest niespodzianką. Niespodzianką nie jest również to, że pani Anna opisuje postaci wyjątkowe. Istne perełki. I tak stało się również w tym przypadku. Po tytule zapewne wiecie już, kto jest głównym bohaterem tej opowieści. A więcej o nim już za chwilkę.


Nikt nie może zaprzeczyć temu, że Jerzy Kukuczka jest naszą dumą narodową. Był przecież wybitnym himalaistą, o czym świadczy zdobyta przez niego Korona Himalajów i Karakorum. No właśnie, a czym tak właściwie jest ta Korona? Już tłumaczę. To "czternaście najwyższych szczytów na Ziemi. 10 z nich znajduje się w Himalajach, 4 w Karakorum. Wszystkie te szczyty mają wysokość powyżej 8000 metrów n.p.m.". A, dla niewtajemniczonych wspomnę jeszcze, że Himalaje oraz Karakorum to pasma najwyższych gór. 


Ale wróćmy do Kukuczki. Jego przygoda z ośmiotysięcznikami rozpoczęła się na Lhotse. Wyobraźcie sobie, jak szczęśliwy był młody Jurek po zdobyciu szczytu! Ale oczywiście nie obeszło się bez przygód. Uchylę rąbka jednej z nich. Pan Jerzy wraz ze swoimi kolegami, z którymi miał wspinać się po zachodniej ścianie Lhotse na sam jej szczyt, był zmuszony przespać dwie noce w obskurnych pokojach. Obskurnych do tego stopnia, że pod łóżkami mieszkały szczury! Brrr... aż mnie dreszcz przechodzi, kiedy o tym myślę!


Wyprawa na Lhotse okazała się udaną, więc nasz bohater był jeszcze bardziej zmotywowany do tego, by zdobyć kolejny szczyt. Musicie wiedzieć, że owy szczyt był kolosem nad kolosami. Był to Mount Everest! Zapewne domyślacie się, że tutaj (jak z resztą na wszystkich wyprawach) również nie zabrakło niezapomnianych przyżyć. Otóż, gdy uczestnicy wspinaczki spotkali się już u podnóża góry mierzącej 8848 metrów nad poziomem morza, okazało się, że do pełnego składu brakowała tylko kierownika wyprawy, Andrzeja Zawady. Podczas spotkania himalistów, pan Andrzej starał się o pozwolenie na zdobycie najwyższej góry świata. W tym czasie, wspomniani himalaiści postanowili rozpocząć wspinaczkę. Kiedy Zawada triumfalnie przyjechał z pozwoleniem, pan Jerzy wraz ze swymi kolegami zakładał już trzeci obóz.


A oprócz tego, była jeszcze jedna 'niespodzianka' na Mount Evereście. Jerzy Kukuczka oraz Andrzej Czok postanowili, że na szczyt monstrualnej góry wejdą bez tlenu. Oczywiście szef wyprawy im na to nie pozwolił, ale podczas wspinaczki akurat tak się zbiegło, że butle z tlenem obu panów zostały opróżnione na wysokości 8400 metrów. No cóż, nasi bohaterowie chcieli pokonać południową ścianę Bogini Matki Śniegu (bo tak również nazywano Mount Everest) bez tlenu, i tak zrobili.


Czytając tę książkę, nie sposób nie zwrócić uwagi na to, jak wyglądał ubiór himalaistów podczas wypraw. Większość z Was ma zapewne świadomość tego, że ubieranie się na wspinaczkę trochę trwało. Sprawa była dość skomplikowana. W pierwszej kolejności trzeba było założyć bieliznę, co jest chyba rzeczą oczywistą. W drugiej kolejności należało ubrać trzy pary skarpet - na sam spód bawełniane, a na nie dwie pary wełnianych, a następnie rajstopy oraz bluzy z długimi rękawami. Potem czas na swetry oraz kombinezony. Później puchowe kurtki i spodnie. Po puchowej kurtce oraz spodniach, trzeba było włożyć stopy w wielowarstwowe buty, a na nie - overbooty. Overbooty można nazwać specjalnymi skarpetami do kolan. Do podeszw przypinano raki, zaś na głowę wkładano kominiarki z polaru oraz kaski. Ufff, to już koniec. Trzeba przyznać, że wkładanie takiego stroju było strasznie męczące.


Kiedy himaliści już się ubrali, wyruszali na wspinaczkę! Pan Jurek często wybierał niepokonane dotąd szlaki. Jednak mimo tego, praktycznie zawsze udwało mu się dotrzeć do celu. Ale niestety wielu jego towarzyszy nie potrafiło podołać tak trudnym wyzwaniom i płaciło za to najwyższą cenę. Właśnie dlatego do Kukuczki przykleiła się bardzo przykra plotka. A jaka to plotka, o tym musicie przekonać się sami, oddając się lekturze tej książki.


Zaznaczę jeszcze, że wszystkie ośmiotysięczniki, jako pierwszy człowiek na świecie, zdobył Reinhold Messner, włoski alpinista oraz himalaista. Jerzy Kukuczka zdobył Koronę jako drugi. Nieformalnie mówi się, że Messner i Kukuczka rywalizowali ze sobą. Każdy z nich chciał postawić postawić stopę na wszystkich szczytach pierwszy. A skoro mowa o szczytach, wspomnę, że pan Jerzy na jednej ze zdobytych przez siebie górze zostawił zabawkę swoich dzieci. Już wszystko wyjaśniam. Na Makalu mierzącej 8463 metrów nad poziomem morza Kukuczka zostawił plastikową biedronkę. Bardzo ucieszył się, gdy przyszedł do niego list oznajmiający, że jeden z uczestników wyprawy na Makalu w 1982 roku znalazł na szczycie "zabawkę w kształcie żółwia (czarne plamy na czerwonym tle)". Biedronka ta okazała się bardzo znaczącym przedmiotem, ponieważ to właśnie ona była dowodem tego, że pan Jerzy stanął na szczycie Makalu.


Jejku, o Jerzym Kukuczce możnaby pisać, i pisać, i pisać bez końca! Jest to przecież tak niezwykle ciekawa postać. Jego życie było przepełnione fascynującymi przeżyciami. Ale ja nie chcę zdradzać Wam wszystkich przeżyć, a zarazem odbierać radości z czytania. Lecz chcę, abyście i Wy sięgnęli po tę pozycję.


No dobra, ujawnię jeszcze jedno zdarzenie. Nasza duma narodowa była wielkim łasuchem, więc gdy zjechała ze swojego ostatniego, czternastego, ośmiotysięcznika na nartach (no coż, taki szalony był Kukuczka!) bardzo się ucieszyła, ponieważ koledzy sprezentowali jej... no właśnie, tego nie ujawnię. Jednak jeśli uważnie przyjrzycie się okładce, możliwe że uda Wam się odgadnąć jak to była niespodzianka.


Należy zaznaczyć, że pan Jurek miał bardzo wyrozumiałą i cierpliwą żonę. Wszyscy na około zwracali mu uwagę na to, aby więcej czasu spędzał w domu, tylko nie jego żona, Celina, która doskonale rozumiała pasję swojego męża. A oprócz tego, pani Celina była podobno prawdziwą królową kuchni.


Przejdźmy teraz do autorki, czyli znakomitej biografki - Anny Czerwińskiej-Rydel. Jestem przekonana, że wcale, ale to wcale, nie zdziwicie się, jeśli powiem, że książka "Zdobyć koronę. Opowieść o Jerzym Kukuczce" jest prawdziwym majstersztykiem. Została ona wspaniale napisana oraz świetnie wymyślona. No właśnie, z pewnością jesteście ciekawi, co kryje się w 'świetnym wymyśleniu'. Otóż czas akcji rozgrywa się w obozie na południowej ścianie Lhotse, a każdy z rozdziałów jest wspomnieniem z wyprawy na każdy ośmiotysięcznik. Południowa ściana Lhotse... dla Polaków to jedna z najbardziej smutnych ścian gigantycznych gór. Pewnie domyślcie się, dlaczego.


Teraz słów kilka o ilustratorce. Jest nią Marianna Oklejak. Ta Pani także wykonała swoją robotę w przeciekawy sposób. Zilustrowała tę książkę używając ograniczonej palety barw, co sprawia, że jej ilustracje są zarówno chłodne, jak i gorące. Przyglądając się ilustracjom, jednocześnie czujemy ciepło bohatera i chłód gór. Kiedy o tym myślę, do głowy przychodzi mi jedno zdanie, a brzmi ono: Marianna - świetnych pomysłów fontanna! I nie dość, że się rymuje, to jeszcze jest w pełni prawdziwe!


Trzeba zapamiętać, że Jerzy Kukuczka jest naszą dumą narodową i każdy Polak, ten młodszy oraz nieco starszy, powinien poznać go lepiej!


Tytuł - Zdobyć koronę. Opowieść o Jerzym Kukuczce
Tekst - Anna Czerwińska-Rydel
Ilustracje - Marianna Oklejak
Wydawnictwo Na Szczyt, Gdańsk 2015

niedziela, 28 stycznia 2018

Kłopot - czyli historia wyjątkowej plamy na obrusie


Mogę się założyć, że nikt z nas nie lubi mieć problemów na głowie. Zapewne wiele oddalibyśmy za pozbycie się wszelkich kłopotów. Lecz od razu apeluję, aby zostawić jeden z nich! Nie wyobrażam sobie, aby na półce z książkami prawdziwego adoratora dobrej literatury oraz ilustracji nie znalazło się miejsce na "Kłopot" Iwony Chmielewskiej. To byłby już szczyt wszystkich szczytów!



A teraz opowiem co-nieco o głównym bohaterze tej książki, czyli o wspomnianym przed chwilką kłopocie. Otóż pewna dziewczynka prasowała, niezwykle cenny dla mamy, obrus. Był to obrus wyhaftowany przez babcię. Dziewczynka zamyśliła się troszkę dłużej i... powstał prawdziwy kłopot!



Na białej tkaninie odbił się ślad po żelazku. Mała kobietka była przerażona, gdyż wiedziała, jak ważny był ten obrus dla jej mamy. I właśnie tutaj rozpoczyna się bardzo filozoficzna część książki.


Nasza bohaterka boi się reakcji mamy, więc poczyna wymyślać bardzo zaskakujące wyjaśnienia. Pozwolę sobie zacytować kilka z nich. "To spadło jak nieszczęście! Przecież na taką plamę nie ma siły. Nie wywabi jej żaden, nawet najdroższy środek. Nie pomogą najmądrzejsze rady. Nawet te z internetu. Nie pomoże nawet modlitwa. Choćbym nie wiem jak długo siedziała, to i tak nic nie wymyślę. A może powiem, że zrobił to mój młodszy brat? Albo, że plamę wypalił dziadek? Albo, że"... no właśnie, jak myślicie, co jeszcze wymyśliła dziewczynka?


Dodam, że koniec jest naprawdę szokujący! Zapewne domyślacie się już, co zrobiła mama widząc plamę nie do zmycia. Teraz na obrusie została pamiątka po trzech pokoleniach: po babci, po mamie oraz po córce. Taka serweta to jeden z najcenniejszych skarbów strzeżonych przez rodzinę.



"Kłopot" pokazuje nam, że zawsze potrafimy wyjść z trudnej sytuacji. Czasem musimy się trochę nagłówkować, czasem wyjście przychodzi do nas samo, a czasem wystarczy po prostu powiedzieć prawdę. Jeśli chodzi o ten przypadek, dziewczynka wybrała... nie zdradzę oczywiście, które rozwiązanie wybrała, lecz zdradzę, że było ono jedyne poprawne.



Przejdźmy teraz do autorki "Kłopotu", czyli Iwony Chmielewskiej. Książki tej Pani są jak silne ręce mądrego człowieka. Mocno chwytają za serce oraz pouczają - za każdym razem potrafią wzruszyć, czasem nawet do płaczu. To ogromna radość, kiedy twórca dowiaduje się, że wzruszył czytelnika. A idąc tym tropem myślenia można wywnioskować, że Pani Iwona jest przeszczęśliwym człowiekiem. Przecież wzrusza tysiące czytelników, i to nie tylko tych polskich!


Ilustracje Iwony Chmielewskiej śmiało można nazwać ilustracjami magicznymi. Ta Pani zawsze wykonuje je z wielką finezją. Tutaj nawet najdrobniejsze kreseczka jest bardzo znacząca. Na te ilustracje można patrzeć i patrzeć, i wciąż będziemy dostrzegać nowe szczegóły. Ja przeczytałam tę książkę trzy razy i dopiero za trzecim razem dostrzegłam, że... o rajuśku, tego ujawnić nie mogę!




Ale mogę ujawnić, w jaki sposób autorka wykonała plamę po żelazku. Wspomnę, że dowiedziałam się tego podczas rozmowy z Panią Iwoną na Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie, czyli równiusieńkie trzy miesiące temu. Na początku Pani Iwona wycięła szablon - otwór w kształcie stopki żelazka. Następnie pokolorowała papier wokół wyciętego kształtu bezową kredką. Później przyłożyła owy szablon do kartki, potarła kilka razy wacikiem i włala! W ten oto sposób powstało idealne odwzorowanie kłopotu na obrusie.




Na zachętę dodam jeszcze, że choć 2018 zaczął się zaledwie dwadzieścia osiem dni temu, Pani Iwona odniosła już tegoroczny, przeolbrzymi sukces! Autorka książki pod tytułem "Kłopot" została wyróżniona na tak zwanej shortliście Nagrody Hansa Christiana Andersena 2018!!! Pani Iwonie należą się wielkie brawa! Ba, brawa to sto razy za mało!




Na koniec zacytuję fragment blurba autorstwa Moniki Obuchow: "Obraz cieszy, rozwija, uczy. Obraz niesie znaczenie. To, że słów w nim nie widać nie znaczy, że ich tam nie ma". Uważam, że Pani Monika ujęła tak trafne spostrzeżenie w niezwykle piękny sposób. Podpisuję się pod tym obiema rękami!



Powtórzę - każdy z Was musi mieć ten "Kłopot"!


Tytuł - Kłopot
Tekst i ilustracje - Iwona Chmielewska
Wydawnictwo Wytwórnia, Warszawa 2016