sobota, 16 lutego 2019

My dwie, my trzy, my cztery - czyli mocna seria zaskoczeń


Dwa tygodnie temu zanurzyliśmy się w świat książek dla nastolatków i dzisiaj również z niego nie wyjdziemy. Otóż ostatnio na naszym rynku pojawiła się pozycja, która zachwyciła wiele osób. Przez niektórych, została nawet okrzyknięta najlepszą książką dla młodzieży. Dla mnie z pewnością jest jedną z najciekawszych i najmądrzejszych. Dobrze, wejdźmy już do domu Apple, prędziutko!

Właśnie przed chwilą wspomniana bohaterka wróciła z babcią ze szkoły. Babcia wciąż nie rozumie, że wiek trzynastu lat jest zdecydowanie odpowiedni na samodzielne powroty do domu. Ta sama babcia nie pozwala jej też wychodzić z koleżankami. Uważa, że Apple jest jeszcze za mała. Między innymi w takich momentach Apple pragnie, aby mama znów się pojawiła... Głęboko w to wierzy. Wyczekuje tej chwili jeszcze bardziej niż najlepszych prezentów. Mama odeszła ponad 10 lat temu. Uwaga, dosłownie odeszła! Po prostu spakowała swoje rzeczy i wyszła z mieszkania. Za oknem hulała burza i padał grudniowy śnieg. Apple, leżąc w swoim łóżku piętro wyżej, słyszała okrzyki dwóch kobiet. To wspomnienie szczególnie zapadło jej w pamięci - mimo tego, że miała tylko dwa lata. No raczej nie wymyślałaby czegoś aż tak nieprzyjemnego.


Jak już wcześniej wspomniałam, nastolatka ma serdecznie dosyć swojej babci. Kocha ją, jednak uważa, że w wielu sytuacjach zdecydowanie przesadza. Po takich chwilach na drugi dzień oddawała swoje łzy do koszulki Pilar, najlepszej przyjaciółki. To ona była jej największym wsparciem. To właśnie z nią Apple dzieliła się swoimi sekretami. Jednak do czasu. Do czasu, gdy Donna ukradła naszej bohaterce przyjaciółkę. Do czasu, gdy Pilar zdradziła tajemnice Apple. Nastolatka nie spodziewała się takiej zdrady. Była zrozpaczona. Ale miała nadzieję, że los być może jeszcze się odmieni.


Teraz Apple cały czas jest sama. Sama na przerwach, sama po lekcjach. Jedyną istotą, której może się zwierzać jest jej pies - Reks. Ukojenie znajduje także w... pisaniu poezji. Swój talent odkrywa dzięki panu od języka angielskiego. A trzeba zaznaczyć, że jest to talent, obok którego nie można przejść obojętnie. Przekonajcie się sami:

Wojna
To wcale nie wygląda jak wojna,
Chyba żeby przyjrzeć się bliżej - założyć najpierw okulary
I przejechać palcem po pęknięciach przyjaźni.
Byłyśmy we dwie,
Drużyna na dwieście punktów,
Aż Donna zabrała ją
Ode mnie.
Spadła jak kamień i zabrała Pilar,
Jak ptak chwytający rybę przy brzegu oceanu.
Nie wiedziałam, że coś takiego może się wydarzyć.
Myślałam, że przyjaźń zawsze oznacza właśnie to:
Na zawsze i zawsze, i zawsze.
Teraz wiem, że oznacza:
Dopóki.
Dopóki nie zjawi się ktoś ciekawszy,
Dopóki nie zjawi się ktoś lepszy,
Dopóki dyrygentka nie machnie batutą,
Wybierze ciebie, a nie mnie
I zakończy naszą symfonię.

Przenieśmy się w świąteczny czas. Apple nigdy go nie lubi. Ma ku temu dwa powody. Po pierwsze - ten wieczór przypomina jej ucieczkę mamy. Po drugie - właśnie wtedy do babci przyjeżdża tata wraz ze swoją partnerką, czyli macochą Apple. To jeden z nielicznych dni w roku, podczas których okazuje jakiekolwiek zainteresowanie swoją córką. Czyli podsumowując - nie przywiązuje do niej praktycznie żadnej uwagi.


Te święta są jeszcze bardziej nieszczęśliwe i przygnębiające dla naszej bohaterki. Dowiaduje się o nowinie, która powinna ją cieszyć i sprawiać, że poczuje się szczęśliwsza, jednak wcale tak nie jest. Osoby, które mnie ociupinę znają pewnie domyślają się, że nie zdradzę, co było wspomnianym prezentem. Oczywiście tak też zrobię. Pozwólcie, że zostawię to do odkrycia czytelnikowi.

Aby ochłonąć po rodzinnych informacjach, Apple wychodzi z Reksem na spacer. Jest z lekka zdruzgotana. Właśnie wtedy dostrzega sąsiada w swoim wieku. Ma na sobie sweter, gumiaki i wchodzi do pobliskich posiadłości przez dziury w ogrodzeniach. Mimo tego, że wcale nie zna Apple, próbuje jej pomóc. Jednak nastolatka odpycha go niemiłym spojrzeniem i wymownymi wypowiedziami. Chciałaby otrzymać pomoc tylko od jednej osoby. Marzy o tym, aby mama wróciła. I faktycznie, marzenie się spełnia! Jednak jak wszystkim wiadomo, los to niezły figlarz i rzeczy nie są takie, jakimi mogą się wydawać.


Tak jak zdradziłam na samym początku, "My dwie, my trzy, my cztery" jest książką absolutnie wyjątkową. Porusza kilka z tematów, które są niezwykle istotne. Bezgraniczna miłość rodziny i także jej brak, relacja z rodzicami, niedotrzymywanie obietnic, moc poezji, zdrada najlepszej koleżanki i przyjaźń ze zwierzakiem, pierwsze gorące uderzania serca i pewność siebie. Autorce należą się ogromne gratulacje i brawa. Być może znacie już Sarah Crossan z jej pozycji "Kasieńka" (aw, jakaż ona była wspaniała!). Tutaj nasza pisarka również wykazała się wielkim zrozumieniem, jeśli chodzi o świat problemów nastolatków. To, podzielona na sześć części, trzecia pozycja z serii, w której znalazły się także "Pasztety, do boju!" oraz "Bystrzak". Trudno nie przyznać racji temu, że poziom znów został utrzymany!

Wy także sięgnijcie po „My dwie, my trzy, my cztery” i rozwiążcie zagadkę związaną z tytułem!

Tytuł - My dwie, my trzy, my cztery
Tekst - Sarah Crossan
Przekład - Małgorzata Glasenapp
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa, 2018

sobota, 2 lutego 2019

Pewnego lata - czyli kadry z dojrzewania


Za szybą okna można spostrzec śnieg i lód. Domyślam się, że wiele osób chciałoby, aby lato już powróciło. W pewnym sensie jest to możliwe. Zawsze możemy zatopić się w książkach, dzięki którym, choć na kilka chwil, myślami przeniesiemy się na wakacje. A jeśli jest to naprawdę dobra i wciągająca pozycja, to już w ogóle bomba! Przechodząc do sedna sprawy, poznajcie historię "Pewnego lata".

Rose, dorastająca nastolatka, już od kilku lat na wakacje jeździ z rodzicami w to samo miejsce. Cała trójka czuje się tam wyśmienicie. To czas, który mogą spędzić na samych przyjemnościach. To czas, który Rose wykorzystuje dokładnie tak, jak sobie wymarzyła. Od razu po przyjeździe do Awago, nastolatka pędzi do swojej młodszej przyjaciółki Windy. Spotykają się tam każdego lata. Mimo tego, że widują się zaledwie kilka dni w roku, śmiało można stwierdzić, że są najbliższymi i najwierniejszymi kompankami.


Oprócz zabaw i swawoli z Windy, Rose pochłaniała książki. W każdej wolnej chwili sięga po którąś z zabranych lektur. Sprawiają jej one sporo satysfakcji. Satysfakcję sprawia jej także oglądanie filmów ze swoją przyjaciółką. W Awago znajduje się ich wypożyczalnia. To miejsce bardzo często odwiedzane przez nasze bohaterki. Jednak wybierane filmy nie do końca są kierowane do osób w ich wieku, a przynajmniej tak sądzą rodzice dziewczyn. Rose i Windy spostrzegają, że we wspomnianej wypożyczalni dzieją się niezbyt dobre rzeczy. Bo czy zwracanie się do dziewczyn w sposób kompletnie pozbawiony szacunku jest odpowiednie? Czy przekleństwa, które można usłyszeć trzy razy w jednym zdaniu, są taktowne? Chyba wszyscy znają odpowiedzi na te pytania.


Atmosfera z lekka się zagęściła, więc rozluźnijmy się teraz na plaży. Dziewczyny pluskają się w wodzie popijając wodę z morza (ups!) i zajadając się chipsami. Śmiechu co niemiara. Ale nagle wywiązuje się rozmowa odnośnie dorosłości i atrakcyjności. O tym, że fajnie by było mieć już duży biust i chodzić niczym modelki na wybiegu. O tym, że już nie są przecież dziećmi. I o tym, że ten nie do końca grzeczny chłopak z wypożyczalni... wcale nie jest taki zły.


Podczas oglądanie filmów, Rose i Windy poruszają wiele tematów związanych z dojrzewaniem. Obie zdają sobie sprawę z tego, że już stykają się ze światem dorosłych i jego problemami. Starsza z przyjaciółek szczególnie tego doświadcza. Choć jej rodzice stoją tuż obok siebie, dzielą ich kilometry. Eh, a to wszystko przez jeden, przykry, incydent... Tata mówi swojej córce, że to tylko chwilowy kłopot, ale Rose dobrze wie, że jest zupełnie inaczej. Mimo swojego wieku, jest bardzo świadomą nastolatką. Chce być starsza. Maluje paznokcie i zwraca sporo uwagi na ubiór. Jest spokojna i odważna. Windy jest szalona i pełna energii. Istotne jest to, że obydwie dziewczyny łączy niepowtarzalna więź. Wspólnie przechodzą trudne okresy i pocieszają się wzajemnie. Choć niekiedy żarciki Windy doprowadzają Rose do szału.


"Pewnego lata" to komiks, który kierowany jest przede wszystkim do nastolatek. Mam wrażenie, że jest on wsparciem dla zakompleksionych i nieco skrytych dziewczyn. Pokazuje, że nie są same. Ja chciałabym mieć taką przyjaciółkę jak Rose. Mam przeczucie, że połączyłoby nas nie tylko zamiłowanie do książek. Dzisiejsza pozycja świetnie ukazuje również kontrast zachodzący w zderzeniu problemów młodzieży i dorosłych. To ważne, aby rodzice rozumieli zagwozdki swoich dzieci, nawet te, które mogą wydawać się im błahe. Dorośli muszą także pamiętać, że młodzi ludzie wcale nie mają zamkniętych oczu i bacznie obserwują rzeczywistość.


Słowo się rzekło, a raczej - napisało. "Pewnego lata" to komiks. To jeden z najważniejszych komiksów, jakie kiedykolwiek przeczytałam - nie jest to zdanie podkoloryzowane, ani w jednym procencie! Być może udowodni to informacja, że w książce występują tylko dwie barwy - czarna i biała. Jullian i Mariko Tamaki to duet, któremu należą się wielkie brawa. Wciąż nie otrząsnęłam się jeszcze z wspaniałości, jaką oprószyła mnie ta pozycja.

Wy także pozwólcie się oprószyć! Wskoczcie do wody wraz z Rose i Windy!

Tytuł - Pewnego lata
Tekst - Mariko Tamaki
Ilustracje - Jullian Tamaki
Przekład - Łukasz Buchalski
Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa, 2018

sobota, 26 stycznia 2019

W świecie małp - czyli z wizytą w hordzie


Mieszkają na trzech kontynentach - w Ameryce, Afryce i Azji. Ich siła polega na trzymaniu się w grupie, a tak właściwie to w hordzie. Pomysły tych zwierząt nie są niemądre nawet w jednym procencie. Często mówi się, że ogon to ich piąta kończyna. Patrząc na ich sposób poruszania się, naprawdę trudno się z tym nie zgodzić. To nasi najbliżsi kuzyni. Tak, teraz już wszystko jasne. Odchylmy lekkim ruchem dłoni liść monstery i zajrzyjmy do świata małp.


Nie jest tajemnicą to, że małpy dzielimy na rasy. Jedną z nich jest doskonale znany młodemu pokoleniu nosacz sundajski. Jak sama nazwa wskazuje, charakteryzuje się on naprawdę sporym nosem, który może liczyć nawet do dwudziestu centymetrów. Okazałym workiem pod brodą może pochwalić się gibon. Otóż wspomniany worek rozdyma się niczym balon przy wydawaniu odgłosów i staje się nawet większy od głowy. Nie odkryję Ameryki stwierdzając, że samce stroją się jak tylko mogą, aby samiczki poczuły do nich miętę. Uakari podrywają osobniczki na... pyszczki o kolorze krwistej czerwieni.


Energia w postaci pokarmu jest niezbędna do codziennego życia. Patrząc na świat małp, zdobywanie go nam, ludziom, może wydawać się niezwykle trudne. Makak krabożerny jest świetnym pływakiem i nurkiem, jego ulubionym przysmakiem są owoce morza. Natomiast kapucynka ukochała sobie kokosy. Aby dostać się do wnętrza twardego orzecha, rozbija skorupę kamieniem. Dżelady, znane z tego, że mieszkają w górach i na wyżynach Etiopii, uwielbiają soczystą, górską trawę.


Przyjrzyjmy się temu jeziorku, o tam, w oddali. To miejsce spotkań szympansów - małp nazywanych najmądrzejszymi, do czego w głównej mierze przyczyniła się Jane Godall. Dowodem niezawodnej inteligencji szympansów jest między innymi posługiwanie się patykiem tak sprawnie, jak człowiek łyżką. W ten sposób nasze małpki dostają się do wartościowych termitów ukrytych w termitierze. Ich uczucia także porównywane są do emocji ludzi. Zakochują się i obdarzają troską mniejsze osobniki, na przykład żółwie.


Wybierzmy się do dżungli. Tutaj mamy pełno atrakcji zarówno na górze, jak i na dole. Unieśmy nasz wzrok na korony drzew. Możemy zaobserwować tam gerezy, duki, wełniaki szare czy też wyjce. To właśnie one upodobały sobie te najwyższe partie drzew. Spójrzmy teraz nieco niżej. O, jaki potężny gibon! Dokładnie tak, jak jego siostry i bracia, technikę chodzenia, a nawet skakania, na gałęziach i lianach opanował do perfekcji. Zawodowi cyrkowcy nie mają z nimi szans. W oddali można dostrzec mistrzynię skoku w dal, gerezę abisyńską. A tuż pod nią spokojnie siedzą sobie dżelady. Hałas to przede wszystkim ich sprawka. Ale to tylko w ciągu dnia, nocą ich pyszczki nie wydają żadnych głośnych dźwięków. Skierujmy teraz nasze oczy na ziemię. W buszu ogromnych liści schowały się kapucynki. Kilka metrów dalej śpi goryl. Domyślam się, że za chwilkę się przebudzi, aby poszukać pożywienia.


Byliśmy już w ciepłym i gęstym buszu, więc zanurzmy się teraz... w wodzie. Gdy w Japonii pojawia się śnieg, małpy śnieżne czują się wyśmienicie. Mają gęste futro, które chroni je przed zimnem. Aby nie zamarznąć na kość, naszym małpkom pomagają także kąpiele w gorących zbiornikach wodnych nazywanych onsenami. Spędzają tam całe dnie! Małe makaki uwielbiają zabawy w śniegu. Szybko nawiązują także przyjaźnie z większymi osobnikami, jakimi są na przykład siki - jelonki. To właśnie one pomagają makakom przedostawać się z wody na ląd. W zamian za to otrzymują pożywienie i pielęgnację własnej sierści.


"W świecie małp" znajduje się tak wiele interesujących informacji, że wybór tych do recenzji był nie lada kłopotem. Dobrze, ale ja już nic więcej nie ujawnię! Reszta zostaje do samodzielnego odkrycia!

Nasza dzisiejsza pozycja to nie tylko wciągający tekst, ale także bogate ilustracje. A nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że rysunki odgrywają tutaj kluczową rolę. To sprawka Asi Gwis. Być może znacie tą panią z "Jaja", o którym napisałam tutaj. Pani Asi udało się zrobić książkę, która zaspokaja umysł i zachwyca oczy osób w każdym wieku, dosłownie! To co, sprawdzicie?

Tytuł - W świecie małp
Tekst i ilustracje - Asia Gwis
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa, 2019

sobota, 12 stycznia 2019

Pod podszewką - czyli dziewiętnaście uszytych opowieści


Sądzę, że nikt nie zaprzeczy przysłowiu "Nie szata zdobi człowieka". Jednak sądzę także, że każdy z nas ma swoje ulubione części garderoby, które lubi zakładać i w których bardzo dobrze się czuje. Dziś podyskutujemy sobie nieco właśnie o ubiorze. Poznamy sposób patrzenia na modę znanych i cenionych pisarzy. A przy okazji w głowie pozostaną nam liczne anegdoty i mądre słowa. A więc wskoczmy prędziutko do szaf osób wielbiących litery!

Zaczniemy od Olgi Tokarczuk, o której huczy cały świat. Jestem pewna, że wszyscy adoratorzy dobrej literatury kojarzą jej charakterystyczną fryzurę. Pani Olga uważa, że moda to "ostatni bastion wolności".  Przyznaje, że tak, jak Picasso ma okresy kolorystyczne w swoim życiu. Istnieje jeden kolor, który towarzyszy jej cały czas (czerń górą!). Niegdyś dominowała czerwień, fuksja i magenta, bordo, a teraz ulubieńcem stał się niebieski. Oczywiście oprócz kolorów, bardzo ważny jest krój. Olga Tokarczuk jest zaprzyjaźniona z sukienkami, i to takimi nieszablonowymi. Sukienka bez podszewki lub elementu wysuwającego się spod niej nie nadaje się do włożenia. Pisarka lubi zaskakiwać nie tylko swoją literaturą, ale także wyglądem.


Otwórzmy teraz drzwi szafy Joanny Bator. Zdecydowanie dominują tam kimona. Autorka w swojej opowieści przybliża nam historię najchętniej odsłanianych części ciała. Kiedyś były to nadgarstki, później honorowe miejsce zajął kark. Teraz trudno nie dostrzec, co jest "na szczycie". Wracając do kimon, to nie jedyny przejaw miłości pani Joanny do Japonii. Mieszkając w tym kraju Joanna Bator zaczęła pisać prozę. Przerzuciła się na minimalizm oraz polubiła naturalność. Bieganie, lekki makijaż i naturalny kolor włosów. Aktualnie pisarka nie mieszka już w Japonii, lecz śmiało można stwierdzić, że państwo to pozostało w jej głowie oraz w szafie.

O, a teraz czas na czerwień! Literatura plus czerwona sukienka równa się Katarzyna Bonda! Pani Katarzyna pokochała sukienki do tego stopnia, że przeznaczyła na nie osobny pokój w mieszkaniu. Zdradza, że ma ich ponad pięćset. Kiedy pracuje nad swoimi książkami, zakłada piżamę bądź polar. Natomiast gdy wychodzi już ze świata fabuły, sukienki towarzyszą jej praktycznie cały czas. Wszystkie szyte są w pracowni krawieckiej Przystanek Haft. Katarzyna Bonda szyje je hurtowo. Czasem tylko po to, aby poprawić sobie humor. Ponoć w mig potrafi poznać po ubiorze charakter danej osoby. Dlatego na spotkanie z panią Kasią trzeba uważnie przemyśleć, co na siebie włożyć!


Od czerwonej sukienki przejdziemy do eleganckich koszul, cylindrów i much. Miłośnikiem tego typu odzieży jest oczywiście Jacek Dehnel. Często ubiór tego pana uznawany jest za dziwny i niemodny. No cóż, to ekstrawagancja z krwi i kości! Trudno przejść obok Jacka Dehnela obojętnie. Twierdzi, że jeśli chodzi o pisarzy, woli szukać czegoś ciekawego w ich książkach, a nie w garderobie (zgadzam się!). Ale wie, że wizerunek jest niezwykle ważny. Zawsze dobiera swój strój z dużą dokładnością. Uwielbia dodatki - szelki, krawaty i laski. A bokobrody komponują się z tym idealnie!


Sylwia Chutnik i Grażyna Plebanek - jeśli chodzi o tę parkę, istnieje sporo kontrastów. Róż na włosach kontra stuprocentowa naturalność, sukienki kontra spodnie. Ale poświęćmy chwilkę właśnie włosom. Grzywki pani Sylwii nie da się zapomnieć. Ten wizerunek już na dobre do niej przylgnął, co bardzo cieszy pisarkę. Pani Sylwia wciąż nie rozumie, dlaczego jeszcze nie stała się twarzą swojej farby do włosów. Natomiast pani Grażyna jest zwolenniczką prostych fryzur. Według niej, najlepszy efekt to naturalne, długie włosy. Jednak Sylwię Chutnik i Grażynę Plebanek łączą wspólne zainteresowania - boks oraz pisanie, wspólnych felietonów również.

Krótkie włosy, męskie koszule oraz perfumy, szeroki uśmiech i ukochane książki wielu młodych dziewczyn. Dorzućmy jeszcze garnitury, szmizjerki i kombinezony. Za tym wszystkim stoi tylko jedna osoba - Anna Dziewit-Meller. Kiedy była członkinią zespołu rockowego, chodziła w skórzanych kurtkach, długich spódnicach, a jej ręce zdobiły liczne rzemyki. Teraz pani Anna kojarzy się z delikatnością i subtelnością. Zawsze zwraca uwagę na swoje ubrania i perfumy. Kiedy ogląda film i widzi na półeczce w tle flakonik, zatrzymuje domowy seans i wyszukuje dane perfumy w internecie. Ma naprawdę ich sporą kolekcję! Jej ulubione to te o zapachu morza, glonów i soli. Zielony kombinezon, czerwona szminka i właśnie takie perfumy. Naprawdę intrygujące!


Łukasz Orbitowski to pan kojarzony z lekkim nieposłuszeństwem i szczyptą adrenaliny. Raczej nikogo nie zaskoczę, jeśli napiszę, że autor uwielbia dres. Ale być może niektórych zaskoczę, gdy wspomnę, że pan Łukasz uwielbia... nosorożce. Niegdyś miał epizod "groźnego metalowca" i nie rozstawał się ze skórzanymi płaszczami. Potem nastąpił czas ubioru studenckiego - golfy i koszule w kratę górowały. Muszę przyznać, że trudno mi wyobrazić sobie Łukasza Orbitowskiego w koszuli. Później przyszedł czas na dres i tak już zostało. Pisarz nie zwraca uwagi na modę. Swój wizerunek kreuje z lekką nonszalancją.


A teraz lekki powrót do elegancji. Garnitur, nieoczywiste okulary i Ministerstwo Głupich Skarpetek. Michał Rusinek zawsze kojarzył mi się z osobą spokojną, dociekliwą i z wyrafinowanym humorem. Osobą, dla której liczy się każdy szczegół. Nic więc dziwnego, że ten (nie)poważny pan uwielbia kolorowe skarpety i fikuśne bryle. Pan Michał twierdzi, że to właśnie oczy powinny przykuwać uwagę, a okulary idealnie w tym pomagają. Jak pewnie większość z Was wie, autora irytują "językowe pypcie". Dlatego też wspomniał, że ubrań się nie "ubiera", tylko "zakłada". "Ubierać" można choinkę. Od tej chwili już nigdy nie ubiorę żadnej koszulki, swetra ani spodni!


Uchyliłam tylko rąbeczek tajemnicy, teraz już nic więcej nie zdradzę. Wspomniałam zaledwie o dziewięciu z zacnego grona dziewiętnastu pisarzy. Olga Tokarczuk, Joanna Bator, Katarzyna Bonda, Jacek Dehnel, Sylwia Chutnik, Grażyna Plebanek, Anna Dziewit-Meller, Agnieszka Wolny-Hamkało, Janusz Leon-Wiśniewski, Wojciech Chmielarz, Łukasz Orbitowski, Mariusz Czubaj, Katarzyna Tubylewicz, Aleksandra Zielińska, Jakub Małecki, Michał Rusinek, Marta Guzowska, Grzegorz Kasdepke i Justyna Sobolewska. Poznajcie ich zdanie na temat mody i tego, co na siebie wkładają (nie ubierają!). Koniecznie sięgnijcie po pozycję o tytule "Pod podszewką" autorstwa Sylwii Stano i Zofii Karaszewskiej (tak, to te panie od "Ady"). Muszę także wspomnieć, że w ramach tego przedsięwzięcia wymienieni pisarze zaprojektowali różne części garderoby. Powstały płaszcze, kaszkiety, spódnice i inne wymyślne stroje. Niekiedy może Was nawiedzić niezłe zaskoczenie!

Nie czekajcie ani chwili dłużej, zajrzyjcie do szaf i pod podszewki cenionych pisarzy!

Tytuł - Pod podszewką. Prawdziwy wizerunek pisarza
Tekst - Sylwia Stano i Zofia Karaszewska oraz Olga Tokarczuk, Joanna Bator, Katarzyna Bonda, Jacek Dehnel, Sylwia Chutnik, Grażyna Plebanek, Anna Dziewit-Meller, Agnieszka Wolny-Hamkało, Janusz Leon-Wiśniewski, Wojciech Chmielarz, Łukasz Orbitowski, Mariusz Czubaj, Katarzyna Tubylewicz, Aleksandra Zielińska, Jakub Małecki, Michał Rusinek, Marta Guzowska, Grzegorz Kasdepke, Justyna Sobolewska
Projektowanie i szycie - Justyna Ołtarzewska
Fotografie - Michał Jaworski
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa, 2018

niedziela, 30 grudnia 2018

Artysta - czyli barwna paleta Kazimierza Manna


Artysta. Zajrzyjmy do księgi synonimów tego słowa. Autorytet, mistrz, człowiek sztuki, malarz. Te wyrazy trafnie określają pewnego człowieka. Człowieka, który nie opuszczał pędzli, spędził dwa lata w stalinowskim więzieniu, kochał zwierzęta, nie popierał szarej rzeczywistości, za to wielbił radosne barwy. To mężczyzna ciut zapomniany, lecz w ostatnim miesiącu odświeżony w pamięci wielu osób. Kazimierz Mann - rozpocznijmy opowieść z tym panem w roli głównej.


Urodził się we Lwowie w 1910 roku. Miał dwóch braci - Tadeusza i Romana. Cała trójka robiła to, co kochała. Tadeusz zajmował się nauką, natomiast Roman umiłował sobie architekturę i film. Bracia Mannowie byli w owych czasach rozpoznawani w swoim mieście. Często odwiedzali rozmaite restauracje i kluby. W takim właśnie miejscu pan Kazimierz poznał Malwinę Niemczewską i od tamtej pory już nic nie było takie, jak wcześniej. Wkrótce do państwa Mannów dołączyła jeszcze jedna osóbka - malutki Wojtek.


Pierwsze wspomnienie pana Wojtka z tatą ma miejsce w więzieniu. Otóż Kazimierz Mann trafił tam za publikację ilustracji w niemieckich gazetach. Zresztą w więzieniu znalazł się wraz ze wszystkim znanym Alfredem Szklarskim. Ale wróćmy do rodziny Mannów. Więzienie to niezbyt przyjemne miejsce, co chyba jest jasne. Dlatego też mały Wojtek był bardzo niechętnie zabierany w odwiedziny do taty. Kiedy pan Kazimierz został wypuszczony na wolność, długo nie mógł się odnaleźć. Oczywiście nie zapomniał o swojej pasji sprzed lat. Wciąż malował, mimo tego, że warunki mu na to nie sprzyjały. Państwo Mannowie zajmowali niewielkie mieszkanie. Problem polegał na tym, że w sąsiednim pokoju brakowało frontowej ściany. Minusy: zimno i niebezpieczeństwo. Plus: miejsce idealne na rozwieszenie prania.


W końcu nadszedł czas na przeprowadzkę. Nowe mieszkanie było nieco większe, przytulniejsze i miało wszystkie ściany. Nawet udało się tam zainstalować pracownię pana Kazimierza, który mimo kiepskiego oświetlenia był niestrudzony w swoim fachu. Niestety była również wada przeprowadzki. Wiele prac naszego artysty zawieruszyło się i ślad po nich zaginął.

Jak już wspomniałam na samym początku, Kazimierz Mann był wielbicielem radosnych barw, co można łatwo dostrzec w jego obrazach. Często ich tematem były kobiety. Przedstawiane z różnych perspektyw i w rozmaitych strojach. Jednak zdanie pana Kazimierza na temat kobiecości było inne niż może się Wam wydawać. Ale tę kwestię zostawię do samodzielnego odkrycia.


Skoro jesteśmy przy kolorach, nie mogę nie wspomnieć o cyrku oraz o plakatach filmowych. Otóż Kaziemierz Mann często zabierał swojego syna właśnie do cyrku. Mały Wojtek zawsze z wielkim zaciekawieniem przyglądał się tańczącym niedźwiedziom, zabawnym słoniom i ludziom chodzącym po linie, natomiast pan Kazimierz raczej nie zwracał na to uwagi. Uważnie obserwował wszystkie światła, barwy i stroje. Później przefiltrowywał to przez swoją wyobraźnię i przenosił na papier.
Było o cyrku, więc teraz czas na film. Zdarzało się, że Kazimierz Mann malował plakaty filmowe. Miał specjalną wejściówkę na seanse pokazywane przed premierą. Niekiedy nastoletni Wojtek wypożyczał ją od taty, nie mówiąc mu o tym, i w tej oto sposób wydłużał swoją listę obejrzanych filmów.


Auto! Posiadanie samochodu w tamtych czasach to była nie lada gratka. Kiedy pan Wojtek wracał pociągiem do Warszawy, na stacji zawsze czekali rodzice, po czym rozpoczynało się polowanie na taksówkę. Jednak pewnego dnia było troszkę inaczej. Pan Kazimierz urządził niezłe przedstawienie. Po wyjściu z dworca krzyknął na cały głos, że na parkingu stoi pusty samochód. Szybko do niego podbiegł, dokładnie go obejrzał, po czym wraz z żoną i synem wsiadł do środka. I już, Škoda Octavia pojechała pod mieszkanie państwa Mannów. Jak się później okazało, podczas nieobecności pana Wojtka, Kazimierz Mann nabył auto i zdobył prawo jazdy. No cóż, nie było ono zdobyte w pełni legalnie.


Na koniec jeszcze na chwilkę wrócimy do kolorów. Nasz bohater zajmował się także projektowaniem murali. Murali, które nieco rozweselały niezbyt barwną rzeczywistość. Ten najbardziej znany znajdował się na ścianie dworca Warszawa Gdańska. Gdy do naszej stolicy przyjeżdżały ważne osobistości, właśnie ten budynek był pierwszym punktem oprowadzania. Niestety, dziś nie zostało ani śladu po dziele pana Kazimierza.


Zapewniam Was, że moje historie to zaledwie skrawki ze spójnej i jakże rozbudowanej całości. Przygoda z samochodem i restauracjami jest o wiele bardziej rozległa. W książce mowa również na przykład o akwarium i... zupie jagodowej. "Artysta. Opowieść o moim ojcu" to znakomicie opisane wspomnienia Wojciecha Manna o swoim tacie. Wspomnienia uzupełnione rysunkami, obrazami i fotografiami, często zabawne i szokujące, porywają nas do świata pędzli i farb. Cieszę się, że pan Wojtek zdecydował się przypomnieć nam postać, która kolorem starała się zakryć szarość ówczesnej codzienności.


Warto poznać życie pana Kazimierza, a przy tym i dzieciństwo pana Wojtka od ciut innej strony. Nie zastanawiacie się, pędźcie po "Artystę"!

Tytuł - Artysta. Opowieść o moim ojcu
Tekst - Wojciech Mann
Wydawnictwo Znak, Kraków, 2018

niedziela, 16 grudnia 2018

Ale miasta! - czyli świat od A do W


Na mapie są niewielkimi kropkami, a w rzeczywiści mogą być wielkimi metropoliami bądź niedużymi zielonymi przestrzeniami. O tych najbogatszych i najdogodniejszych słyszał chyba każdy. Ponad połowa osób żyjących na świecie mieszka właśnie w nich. Śledzimy ich losy z przeszłości zaglądając w szparki historii. Już wiecie, o czym dokładnie mowa? O miastach, rzecz jasna! A więc odwiedźmy teraz kilka wyjątkowych.


Na sam początek zajrzymy do serca Anglii, Londynu. Życie tętni tam na ziemi i pod ziemią. Na górze można dostrzec domy i wieżowce, samochody, wysokie drzewa, a pod tym wszystkim mieści się rozległa sieć korytarzy. To tam znajduje się najstarsze na świecie metro, które wciąż jest rozbudowywane od ponad stu pięćdziesięciu lat. Bez korytarzy miasto nie funkcjonowałoby przez nadmiar ludzi i smogu. Podziemia zdecydowanie ratują Londyn!


Skoczmy teraz na zupełnie inny i odległy kontynent. Kraj - Japonia, miasto - Tokio. Czy wiecie, że mieszkańcy tej ogromnej metropolii, ubrani w odzież roboczą, w towarzystwie mioteł, szufelek oraz worków na śmiecie skrupulatnie sprzątają każdą ulicę swojej dzielnicy? To nie koniec szokujących informacji. Codziennie od godziny trzeciej w nocy do godziny ósmej rano trwa największy na świecie targ ryb. Odbywają się tam poważne zawody właścicieli wielu restauracji. Wygląda to jak aukcja najcenniejszych dzieł sztuki. Wyobraźcie sobie, że tuńczyka ważącego 225 kilogramów sprzedano za 1,38 miliona euro! Tak, to nie brednie!


Otrząśnijmy się troszeczkę z tych niebotycznych liczb i pozachwycajmy swoje oczy. Wśród śnieżnobiałych stert śniegu wznoszą się wielobarwne, drewniane domki. Wszystkie barwy są bardzo spójne, miejsce jest niczym wyjęty z obrazka. Mieszkańcy Kulusuka, miasta na Grenlandii, codziennie upajają swój wzrok takim widokiem. Nie ma się co dziwić, że mimo mroźnych temperatur nie opuszczają swojego miejsca zamieszkania.


Wybierzmy się teraz... nad jezioro. Dorośli chodzą do pracy, a dzieci - do szkoły. Sklepy codziennie są otwarte, w wielu miejscach można dostrzec zieleń. Rozrywki również tam nie brakuje. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że życie mieszkańców Tonle Sap w Kambodży toczy się... na wodzie! Wszystkie budynki stoją na łodziach lub platformach przymocowanych do pali. Wielu ludzi przy swoich chatkach hoduje krokodyle, węże i ryby. Wszystkie dzieci, jeszcze zanim nauczą się chodzić, pływanie mają opanowane do perfekcji. Niektórzy pod wodą są w stanie wytrzymać kilka minut! To świat, w których woda jest serdecznym przyjacielem człowieka.


Znów wrócimy na chwilkę do mroźnych temperatur. Popatrzmy na termometr. Oj, -45 stopni Celsjusza. To oznacza, że dzieci mieszkające w Jakucku nie poszły dzisiaj do szkoły, a dorośli - do pracy. Jakuck to miejsce, w którym zima trwa aż 8 miesięcy. Kiedy na ziemi jest widoczna tylko cieniutka warstwa lodu bądź śniegu, mieszkańców najzimniejszego miasta na świecie ogarnia radość. Lato w owym miejscu to błoto i lekko prószący śnieg. Jednak w Jukucku mieszka aż 300 tysięcy osób. Tajemnica polega na tym, że to właśnie tam znajdują się ogromne złoża diamentów, złota gazu i węgla.


Mrrr, troszkę zmarzliśmy. Powoli zaczniemy podążać w kierunku domu. Wybierzemy drogę zahaczającą o Podkowę Leśną. To chyba najbardziej zielone miasto w naszym kraju. Samochód jest tam prawdziwą rzadkością, natomiast rowery oraz komunikacja miejska to dla mieszkańców Podkowy Leśnej codzienność. Zimą bardzo często spotkacie tam ludzi sunących na nartach czy też dosiadając konie. Natomiast nie spotkacie tam żadnych fabryk czy zakładów przemysłowych. Podkowa Leśna powstała około sto lat temu, w chwili, gdy architektów zaciekawił angielski pomysł, aby miasta przemieniły się w ogrody. Opisywane miejsce zdecydowanie jest „najlepszym miastem do życia”.


I tym zielonym akcentem zakończymy naszą wspólną podróż. Oczywiście pamiętajcie, aby dokończyć ją samodzielnie bądź w towarzystwie innych osób! Zbliżają się święta, a to idealny czas na spędzanie czasu z rodziną przy lekturze. Otwierając książkę „Ale miasta!” możecie odwiedzić: Aleppo, Angkor, Ateny, Bejrut, Berlin, Bodie, Bogotę, Brasilię, Cambridge, Chickén Itzá, Cieszyn, Dźajpur, Dźajsalmer, Dźodhpur, Dżarasz, Gdańsk, Gdynię, Hongkong, Jakuck, Jerozolimę, Kioto, Kolmanskop, Kulusuk, La Rinconadę, Londyn, Masdar, Nikozję, Nowy Orlean, Oxford, Paryż, Pekin, Petersburg, Petrę, Podkowę Leśną, Prypeć, Sopot, Timbuktu, Tokio, Tonle Sap, Waranasi oraz Wenecję, czyli łącznie 41 miast! Zostały one podzielone na 10 rozdziałów, a każdym zostały opisane średnio cztery miasta. Pakujcie potrzebne rzeczy i w drogę!


Ale chwileczkę, chwileczkę. Do naszej wycieczki nie doszłoby, gdyby nie dwie osoby - Joanna Łozińska oraz Maciek Blaźniak. Pani Joanna odpowiedzialna jest za wybór miast oraz tekst, a pan Maciek - za ilustracje. Autorka sama zdradziła, że odwiedziła aż trzy czwarte opisanych miejsc! Pan Maciek skrupulatnie oglądał fotografie i czytał o wybranych miastach, aby później doskonale oddać ich klimat. No cóż, narodził nam się nowy, wspaniały duecik!


Założę się, że Wy także po przeczytaniu tej książki krzykniecie „Ale miasta!”.

Tytuł - Ale miasta!
Tekst - Joanna Łozińska
Ilustracje - Maciek Blaźniak
Wydawnictwo Wytwórnia, Warszawa, 2018